Category Archives

914 Articles

dziennik pesymistyczny

A może to meszuge?

Obublikował pavvel dnia Komentarzy: 0

Teraz żeby błysnąc oryginalnością w polityce trzeba być – jak to mówią żurnaliści – kontrowersyjny. Wyróżniamy dwa typy kontrowersyjności: prawicowy i lewicowy. Czyli tradycyjnie dla tej dziedziny życia społecznego. Teraz wystarczy odważnie pieprzyć trzy po trzy, byle odważnie i co najważniejsze kontrowersyjnie. Sukces murowany.

– Parlament Europejski jest dziś bojówką obyczajową. My pójdziemy tam, żeby te bojówki rozwalać – przekonywała na spotkaniu z potencjalnymi jej wyborcami z mojego miasta obecna posłanka Krystyny P. która zapragnęła do Brukseli.

Zdaniem polskiej parlamentarzystki Unia przekształciła się dziś w koncepcję polityczno – obyczajową, a jej rolą jest forsowanie uchwał legalizujących związki dwóch bab, pedofili, chłopa i kozy itp. No i właśnie dzielna Krystyna P. zapragnęła walczyć, aby tak się nie stało. – Równość w Unii ma dotyczyć także chorych na zaburzenia tożsamości seksualnej, a nas normalnych, zdrowych ludzi traktuje się, jako chorych – grzmiała kandydatka i posłanka.

Parlament Europejski w obecnym kształcie jest zdominowany przez „lewaków i feministki, zielonych, pacyfistów i pedofili”, a im w głowach ”tylko tyłki” – niepokoiła się Krystyna P. I ona, jako osoba samotna, będzie przecież miała czas bronić w Brukseli polskiej rodziny i kościoła.

– Nasi kandydaci idą tam, by zastopować szaleństwo lewactwa i wytwarzania uchwał dla rozwalenia rodziny. Tu trzeba ratować całą Europę – stwierdziła kontrowersyjna posłanka.  Według niej ostatnia Eurowizja pokazała prawdziwą twarz Unii. Walkę klas zastąpiła obecnie walka płci, a fala obyczajowej rewolucji już idzie do Polski – przekonywała i tak w większości już przekonanych słuchaczy. – Polska na krzyżu stoi i to jest fakt historyczny, a Unia chce to zniszczyć – twierdziła Krystyna P. tradycyjnie nie dając żadnych przykładów tej niszczącej działalności UE.

Krystyna P. jest przekonana, że tylko ekipa prawych i sprawiedliwych, no i oczywiście ona sama jest w stanie „zatrzymać lawinę niszczącą polską cywilizację”. Oczywiście, nie zapomniała o starej zasadzie propagandy i kilkakrotnie wspomniała, co sądzi złego o obecnej władzy.  Zauważyła, że w interesie rządzących jest by frekwencja była jak najniższa. W Polsce mamy zdradzieckie władze, bo polscy przywódcy mają zakusy na stanowiska unijne – stwierdziła znajomo.

Ale Krystyna P. jest w swym przekonaniu ocaleniem dla Polski. Ona tam w Brukseli zrobi wszystko by zmienić priorytety. Bo dwóch facetów i dwie baby to są związki jałowe. Ona i inni prawi i sprawiedliwi nie pozwolą, by pieniądze były przeznaczane na ”marsze szmat”- mówiła kończąc swój chaotyczny, czasami histeryczny, ale za to przerywany gromkimi brawami wykład.

– A może to meszuge? – zapytał kolega z troską zapoznając się z tezami wykładu. Może? Kto to wie? – zgodziłem się z nim nie w pełni.  – A może w tym szaleństwie jest metoda? – pomyślałem. Tak, to szaleństwo to na pewno wyrafinowana metoda wyborcza! To zdecydowanie musi być jakaś gra na wyborczą wygraną, bo przecież nikt nie może być aż tak głupi. A może jest to możliwe? – znów pesymistycznie straciłem wszelką nadzieje. – Aby nie było to możliwe – zaklinałem i nadal zaklinam rzeczywistość.

dziennik pesymistyczny

Nieważne, jak kto głosuje, ważne, jak się liczy głosy

Obublikował pavvel dnia Komentarzy: 1

Nieważne, jak kto głosuje, ważne, kto liczy głosy – mawiał klasyczny demokrata. Parafrazując słowa ojca narodów można by rzec, że w wyborach do europarlamentu nieważne, kto głosuje, ważne, jak się liczy głosy.

Podejrzewam, że większość z tych kilkunastu procent obywateli, który jednak zdecydują się udać do urn, nie bardzo zdaje sobie sprawę, w czym uczestniczą i jakie są zasady liczenia głosów wyborców. Wydaje się czymś oczywistym, że zasady demokracji powinny być proste, przejrzyste i czytelne dla każdego.  A jeśli tak nie jest, to można mieć uzasadnione wątpliwości czy głos oddany w wyborach jest na pewno tym głosem, który zdecydowałem się oddać. Bo może jest tylko liczbą podstawową w zawiłych matematycznych obliczeniach.

Każdy, no dobrze, prawie każdy wyborca wie, że każda z partii wystawiającej swych kandydatów w wyborach do PE dostaje liczbę mandatów proporcjonalną do liczby uzyskanych przez nią głosów.  No i w zasadzie wszystko jest jasne. Wydawałoby się, że jak zagłosuje na pana X z partii Y i to samo zrobi powiedzmy 1000 osób. To pan X dostanie właśnie dokładnie te 1000 głosów. Otóż nie jest tak.

W nowoczesnej demokracji takie przestarzałe rozwiązania byłoby za proste i nie do pomyślenia.  Urzędnicy z unii europejskiej postanowili demokracje znacznie ulepszyć i procedurę podziałów mandatów skomplikować. Zapewne dla przejrzystości zasad tej demokracji właśnie. I tu pozwolę sobie na obszerny cytat: „By liczyć na miejsce w europarlamencie, dana partia musi uzyskać, co najmniej 5-procentowe poparcie. Kiedy Państwowa Komisja Wyborcza to ustali, wylicza – metodą d’Hondta – ile mandatów przypada poszczególnym komitetom. Zgodnie z tą metodą liczba głosów ważnych oddanych łącznie na wszystkie listy okręgowe każdego z komitetów wyborczych dzielona jest przez kolejne liczby pierwsze (1, 2, 3, 4, 5… itd.) tak długo, aż z otrzymanych w ten sposób ilorazów da się uszeregować 50 największych liczb, czyli tyle, ilu posłów do PE wybiera się w Polsce”.  No i jakie to proste! Gdzie tam takiej metodzie to zwykłego starodawnego głosowania bezpośredniego, gdzie jeden głos jest liczony, jako jeden głos oddany na kandydata na posła.

A ci wszyscy, którzy myślą, że to już koniec mielenia naszego pojedynczego głosu bardzo się mylą. Jesteśmy dopiero w połowie demokratyczno – prostych operacji. Bo teraz każdy komitet otrzymuje tyle mandatów ile przypadło im największych ilorazów wynikłych z tego liczenia opisanego powyżej. I dla dalszego uproszczenia tego, co starożytni wymyślili, teraz trzeba te mandaty przydzielić okręgom wyborczym.  Polska podzielona jest na trzynaście okręgów wyborczych. Państwowa Komisja Wyborcza prościuteńką metodą Hare’a-Niemeyera ( chciałem ja przytoczyć, ale wzór tam użyty mnie poraził) policzy głosy oddane na poszczególne listy okręgowe komitetów, a następnie powstało cyfrę pomnoży przez liczbę mandatów przypadających danemu komitetowi w kraju i po tej dziecinie prostej operacji matematycznej mamy już iloczyny. Które dzielone są z kolei przez łączną liczbę głosów ważnych oddanych we wszystkich okręgach na listy danego komitetu. Już jest blisko końca. Powstały iloraz oznacza liczbę mandatów przypadających danej liście w pojedynczym okręgu wyborczym. Mandaty na poszczególnych listach okręgowych uzyskują ci kandydaci danej partii, którzy otrzymali kolejno najwięcej głosów. Uff…. Koniec.

Ale nie zawsze udaje się w powyżej opisany sposób przyznać do okręgów wszystkich mandatów przynależnych danemu komitetowi.  Coś tam jeszcze pozostaje, i tę resztówkę przyznaje się wtedy listom okręgowym, dla których wyliczone wcześniej ilorazy mają kolejno największe wartości po przecinku. No i już, po wszystkim. I mamy, co chcieliśmy, czyli wynik wyborczy.

Ja bardzo przepraszam – Szanownych Czytelników – za ten wykład z matematyki, ale chciałem pokazać, jakie to proste i przejrzyste są zasady demokratycznego głosowania w wyborach do PE.

Namawiają mnie abym głosował. Abym poprzez głosowaniem legitymizował czyjeś prawa do rządzenia mną i innymi. Nie chce i nie mogę ich pozycji potwierdzać wyborczym rytuałem. A już na pewno nie chce, by mój głos wpadł w matematyczny młynek, z którego nie wiadomo, co wyjdzie.

dziennik pesymistyczny

Człowiek z czerwoną flagą przed każdym samochodem

Obublikował pavvel dnia Komentarzy: 0

W Wielkiej Brytanii obowiązywało prawo ograniczające dopuszczalną prędkość pojazdów mechanicznych do około 3 km/h w mieście i około 6 km/h poza nim.  Przed pojazdem musiał biec człowiek trzymający w ręku czerwoną chorągiewkę lub – w nocy – latarnię ostrzegającą innych użytkowników dróg. Myślę, że do takich ograniczeń zmierzają polscy decydenci. Rząd już szykuje drastyczne kary dla kierowców łamiących przepisy drogowe. Jeśli kierowca przekroczy dopuszczalną prędkość o 50 km/h i więcej, z miejsca straci prawo jazdy na trzy miesiące. Za jazdę w tym czasie bez dokumentu kara zostanie przedłużona o pół roku.  A co ciekawe do zatrzymania prawa jazdy niepotrzebny będzie sąd, wystarczy policja i starosta.

Polska to taki kraj, w którym wszystko musi być uregulowane. Prawnie dopuszczone lub zakazane. Wszystko z zasady jest zabronione, a wolno tylko to, czego nie zabraniają odpowiednie ustawy i przepisy. Nikt już nie kieruje się zdrowym rozsądkiem, a tylko przestrzega coraz bardziej restrykcyjnego prawa. Tu wszystkie dziedziny życia są unormowane, a odstępstwa od normy zagrożone są karą pozbawienia wolności lub wysokiej grzywny. A nad wszystkim czuwa armia nadzorców: urzędników, polityków, mundurowych przekonanych o tym, że te prawa są dla maluczkich, nie dla nich.

Ustawa o czerwonej fladze (Red Flag Act) obowiązywało kiedyś w Wielkiej Brytanii. Był to zakaz poruszania się omnibusów parowych bez osoby biegnącej 60 jardów (ok. 55 metrów) przed pojazdem i ostrzegającej innych użytkowników dróg. Człowiek biegnący przed takim omnibusem musiał trzymać w ręku czerwoną chorągiewkę lub – w nocy – latarnię. Ustawa ograniczyła także dopuszczalną prędkość do 2 mil na godzinę (ok. 3 km/h) w mieście i 4 mil na godz. (ok. 6 km/h) poza nim. Bardzo spowolniało to omnibusy, których praktyczna maksymalna prędkość, sięgała 25 km/h. Teraz w niektórych miejscach, w moim mieście i nie tylko tu, obowiązują ograniczenia prędkości do 30 km/h. Czyli kierunek zmian jest zdecydowanie widoczny.  To już tylko krok do zmian, które wymuszą, aby przed samochodem biegł człowiek trzymający w ręku czerwoną chorągiewkę.

Absurdu goni absurd. Ale takie jest przecież urzędniczy reżym państwa. Karać, karać i jeszcze raz karać. Teraz rząd wpadł na pomysł, aby kierowcy, który przekroczy prędkość o 50 km/h, policjant zabierze prawo jazdy na miejscu. Sądu nie będzie. Bo teraz policjant z drogówki będzie jak sędzia Dredd. Obywateli bronić będą przed chaosem bezprawia policjanci, którzy jeśli dopadną kogoś na przekroczeniu prędkości, wolno im będzie na miejscu go osądzić, wydać wyrok i wymierzyć karę.

Projekt takich zmian w kilku ustawach, który przygotowało Ministerstwo Spraw Wewnętrznych, już w przyszłym tygodniu może być przyjęty przez rząd. Przepisy mogą wejść w życie już w tym roku. – To nie jest nowe rozwiązanie. Podobne funkcjonują m.in. w Belgii, Danii, Holandii, czy Francji – mówi rzecznik Ministerstwa Spraw Wewnętrznych. – I tam przynoszą skutek. Można pójść jeszcze dalej. Obowiązujące w Iranie prawo przewiduje obcięcie ręki za powtórną kradzież. Jest bardzo skuteczne. Może rzecznik też jest zainteresowany takimi zmianami, bo „tam przynoszą skutek”?

W Polsce jest 19 mln samochodów osobowych. Jeśli przed każdym pojazdem będzie musiał biec człowiek trzymać w ręku czerwoną chorągiewkę lub – w nocy – latarnię ostrzegając innych użytkowników dróg, to stworzymy nowy zawód. A jak spadnie dzięki temu bezrobocie! Cóż to będzie za sukces rządu! Jeśli prędkość samochodów ograniczymy do 25 km/h to przecież ograniczymy liczbę wypadków. Zdecydowanie powinien rząd sięgnąć po rozwiązania zawarte „Red Flag Act”. A i rzecznik MSW będzie szczęśliwy, bo podobne funkcjonowało w Wielkiej Brytanii i tam przyniosło skutek.

dziennik pesymistyczny

Lotnisko w przyszłości

Obublikował pavvel dnia Komentarzy: 0

– A gdyby tu było nagle przedszkole w przyszłości i wasz synek mały tędy przechodził w przyszłości – takie słowa wypowiada milicjant w komedii Stanisława Barei. Właśnie to słynne i pamiętne „w przyszłości” powinno stać się mottem dla władz mojego miasta, głównego inwestora miejskiego portu lotniczego.

Tu bowiem właśnie, od wielu lat, w znoju i trudzie, władza miejska buduje dla obywateli zaznających życia doczesnego, ale i dla przyszłych pokoleń lotnisko. Po co się tak trudzi? Po co buduje? Po co staje naprzeciw tak wielu przeciwnością losu – zapyta nie jeden niedowiarek i pesymista. Ano, dlatego – odpowie władza – bo lotnisko „odpowiada żywotnym potrzebom całego społeczeństwa”. A kiedy ten cud miejskiej inwestycji zostanie otwarty? Ano w przyszłości – odpowiadają urzędnicy. A kiedy jakieśkolwiek tanie linie lotnicze będą regularnie latać z lotniska? – pytają zainteresowani. – Niestety nie możemy opowiedzieć. O wszystkich faktach poinformują nas wszystkich w odpowiednim czasie zarządzający Portem Lotniczym. Czyli w przyszłości– odpowiada władza. W odpowiednim czasie, to się stanie. W przyszłości bliżej nieustalonej.  – Reszta faktów poznamy pewnie w odpowiednim czasie – zapewniają urzędnicy.

I tak mamy tu, w moim mieście lotnisko cywilne. To znaczy mamy mieć, już niedługo, bo termin oddania inwestycji znów się trochę opóźnił. Coś tam stoi na przeszkodzie. Trzeba jeszcze kilku pieczątek i kilku pozwoleń brakuje. Ale w przyszłości się wszystko załatwi i wyprostuje.  Teraz dowiaduje się z mediów, że miejski port lotniczy uzyskał certyfikat lotniska cywilnego. – To oznacza, że w niedalekiej przyszłości nasze lotnisko zacznie w pełni funkcjonować – podkreślają urzędnicy. I kluczowe jest tu „w przyszłości”.

– Lotnisko cywilne to jedna z najważniejszych inwestycji prorozwojowych naszego miasta i regionu radomskiego. Budowa lotniska to trudny proces,(…). Sam proces rozpoczął się w 2006 roku jeszcze za czasów moich poprzedników – mówił prezydent miasta skromnie zapominając, że miejska spółka buduje sobie lotnisko już od roku 1989 roku.

– Głównymi problemami lotniska są teraz m.in. montaż radiolatarni, który miał rozpocząć się w maju, ale wiemy przecież, że ten termin został przesunięty na wrzesień. Trzeba również przedłużyć pas startowy o 500 m oraz dobudować płytę postojową. Ale to przyszłość. Przed nami wiele lat rozwoju lotniska. Miasto musi być przygotowane na wsparcie finansowe portu. O samofinansowaniu się możemy mówić dopiero za jakieś 10-11 lat od momentu funkcjonowania lotniska – uściślił prezydent.

W Hiszpanii, która często jest przyrównywana do Polski jest czterdzieści dziewięć lotnisk. Na kilku z nich nigdy nie wystartował, ani nie wylądował żaden samolot. Teraz, jak gdzieś przeczytałem, planowane jest zamknięcie prawie trzydziestu z nich. Czy tak będzie z lotniskiem w moim mieście? Nie wiem. Ale umowy z operatorem lotniczym, który byłby zainteresowany lotami z tego lotniska to przyszłość a nie teraźniejszość. Bardzo zaczynam się martwić, czy nie wybudowaliśmy słomianego misia? Bo nie można przyjąć założenia, jako przemyślanej strategii, że jak już wybudujemy sobie port lotniczy to ktoś pewnie zechce na nim wylądować, i z niego wystartować. Nie można zakładać, że jakoś tam będzie, że pewnie jakiś samolot zabierze stąd pasażerów do Londynu, Dublina czy Paryża. Port lotniczy, według szacunków, żeby nie przynosić strat musi obsługiwać, co najmniej milion pasażerów rocznie, minimalnie około trzystu tysięcy. Jak bez umów z tanimi przewoźnikami lotniczymi będzie to możliwe? Jeśli lotnisko będzie przynosiło straty to, co się wtedy zrobi? Za przykładem z „Misia” – protokół zniszczenia?

– Kiedy i przy jakiej liczbie pasażerów loty będą opłacalne? – pyta opozycja magistrat i prezydenta. – To największy projekt od czasu doprowadzenia do (miasta) kolei. Czas, by zrealizować (…) pewien sen. Pieniądze nie przyjdą od razu, będziemy dokładać do tej spółki długo. Ale to w końcu przyniesie efekt – mówił prezydent.  I radził, że lepiej czasem „nie mówić wcale, niż mówić źle”.

„W przyszłości” to słowa kluczowe przy tej inwestycji. – Kiedy ktoś zapyta: kiedy uruchomienie lotniska? Kiedy będą się odbywać tam regularne loty? Kiedy dowiemy się, który z poważnych operatorów lotniczych jest zainteresowany obsługą lotniska?  Kiedy lotnisko będzie na siebie zarabiać? Kiedy przestanie żyć na dotacjach i dofinasowaniu?  Wtedy odpowiedz jest zawsze jedna: w przyszłości.

dziennik pesymistyczny

Dziecionieroby i dziecioroby

Obublikował pavvel dnia Komentarzy: 0

Czy w Polsce obowiązuje jakiś państwowy czy prawny nakaz płodzenia dzieci? Jeśli nie, to dlaczego co chwilę słyszę płacze o tym jak to ciężko jest tym, co posiadają dzieci? Dlatego ciągle ktoś wytyka mi nie posiadanie potomstwa?

Ja rozumiem polityków i urzędników, którym zależy na powiększaniu armii płatników podatków. Ja wiem, że decydentom zawsze będzie zależeć na tych, co z posiadania potomstwa stworzyli heroiczny zawód.  Bo zadowolony podatnik wychowa nowych zadowolonych z systemu potulnych podatników. Klika mamuś i tatusiów zawsze będzie uprzywilejowana, bo taki jest sens istnienia państwa. Ale jedno mnie wnerwia. Dlaczego do ciężkiej cholery, co jakiś czas znajduje się jakiś polityk czy inny nawiedzony działacz, który na siłę wciska mi dziecko w brzuch?

Dobrze, nie mnie.  Bo ja nie mogę mieć dzieci, to znaczy nie mogę ich urodzić, ale piewcy dziecioróbstwa, co rusz naciskają mnie, abym wycisnął ze swych lędźwi soki i konieczne, na chwałę Polski i narodu, zapłodnił moją partnerkę.

– Mam dość budowania wrażenia, że państwo i społeczeństwo robi łaskę wielodzietnym, przyznając im jakieś „udogodnienia”. Mam dość, bo wcale tak nie jest. Wielodzietność i wielodzietni zwyczajnie się państwu opłacają, a nasza inwestycja w jego rozwój jest absolutnie fundamentalna. To nasze dzieci bowiem (określane niekiedy potomstwem „dzieciorobów”) będą pracować na emerytury dla „dziecionierobów”, dla rozmaitej maści „podwójnych singli”, konkubentów czy nawet niekiedy małżonków, którzy z własnej woli (bo o nich mowa, a nie o tych, którzy dotknięci są głębokim cierpieniem bezdzietności) nie chcą mieć i nie mają dzieci. One będą się opiekować staruszkami, którzy po życiu pełnym uciech, trafią do domów starców, bo nie będzie nikogo, kto będzie się nimi chciał i mógł zajmować. One wreszcie utrzymywać będą na swoich wątłych (bo jest ich bardzo mało) barkach odwróconą piramidę demograficzną, która jest skutkiem tego, że wygodni i konsumistycznie nastawieni libertyni nie chcą mieć dzieci – napisał Tomasz P. Terlikowski na portalu fronda.pl, proponując, by państwo podniosło podatki dla bezdzietnych par.

Otóż panie Terlikowski, jako ten, który nie chce mieć dzieci zwracam panu uwagę na fakt, że posiada Pan dzieci na własną odpowiedzialność. Nikt pana nie zmuszał. Jeśli nie chciał pan, aby „one” musiały się „opiekować staruszkami, którzy po życiu pełnym uciech, trafią do domów starców”. To zwyczajnie, było bachorów nie robić. Ja nie chce mnie dzieci, nie dlatego, że jestem wygodny i „konsumistycznie” nastawiony. Nie chce powoływać na ten świat nowego życia z odpowiedzialności.  Rozglądał się pan dookoła ostatnio? Nie widzi pan dokąd ten świat zmierza? Sam pan wielokrotnie narzekał na zepsucie tego świata. Czy sprowadzanie dzieci na ten łez padół jest odpowiedzialne?

Czy naprawdę mam, za pana namową, spłodzić niewolnika czy kolejnego nadzorcę w tym wiecznym wyścigu szczurów? (z całym szacunkiem do szczurów). Mam spłodzić dzieciaka, który – wedle pana słów – „utrzymywać będą na swoich wątłych (bo jest ich bardzo mało) barkach odwróconą piramidę demograficzną”? Ja zwyczajnie tego nie chce. Bo czuje się odpowiedzialny za nowe życie.  Pana pomysły to nic innego, jak powrót do tradycji. W Polsce, w okresie po 1945 roku, obowiązywał podatek (a właściwie podwyższona kwota podatku dochodowego) potocznie nazywana „bykowym”. Płaciły go osoby bezdzietne, nieżonate i niezamężne powyżej 21 roku życia (od 1 stycznia 1946 do 29 listopada 1956), a później powyżej 25 roku życia (do 1 stycznia 1973). Pewnie chciałby pan, aby państwo i społeczeństwo nałożyło takie ponownie „udogodnienia” na bezdzietnych? Cóż, mogę to zrozumieć.  Takie widać wychowanie. Takie PRL-owskie tradycje.

– Moja wizja przyszłości jest tak precyzyjna, że gdybym miał dzieci, udusiłbym je natychmiast – napisał kiedyś Emil Cioran. Ja nie jestem tak radykalny. Nie ma potrzeby od razu dusić.  Po prostu, mam podobnie taką precyzyjną wizje przyszłości, że za nic nie chce i nie chciałbym mieć dzieci.

dziennik pesymistyczny

Urzędniczy „brak świadomości”

Obublikował pavvel dnia Komentarzy: 0

Kiedyś była „pomroczność jasna”, która wszystko wytłumaczyła. Teraz ogromną karierę w moim mieście robi „brak świadomości”. A wszystko to za sprawą dyrektora kancelarii prezydenta miasta, który w piśmie pokontrolnym Najwyższej Izby Kontroli tłumaczył, że pewne „umowy zawarto bez zastosowania przepisów ustawy prawa zamówień publicznych, w tym przypadku z powodu braku świadomości konieczności stosowania przepisów wynikających z w/w ustawy”.

NIK przeprowadził kontrolę działalność magistratu w zakresie szeroko pojętej promocji miasta w latach 2011-2013. Okazało się, że w tym okresie czasu miasto zawarło dwie umowy o dzieło z osobą fizyczną na łączną kwotę 145 tys. 700 zł. Wspomniana wyżej „osoba fizyczna” miała zbierać i opracowywać materiały tekstowe, fotograficzne oraz przygotowywać do druku gazetę wychwalającą sukcesy miejskiej władzy. Okazało się, że urzędnik podpisał umowę bez respektowania prawa zamówień publicznych. A zrobił to „z powodu braku świadomości konieczności stosowania przepisów”.

Podobno nieznajomość prawa nie zwalnia od odpowiedzialności za jego naruszanie. Tak przynajmniej jest w teorii. Jestem bardzo ciekaw, jak to zostanie zastosowane w praktyce. Czy urzędnik, który miał brak świadomości, że ewidentnie łamie przepisy, teraz odpowie za naruszenie prawa?  Mam takie przeczucie graniczące z pewnością, że to już kres afery. Była kontrola, urzędnik odpowiedział na zarzuty, że nie miał świadomości… i po sprawie. Przypominałem sobie, że ten sam dyrektor kancelarii prezydenta miasta, przekonywał mnie kiedyś, że całkowicie niemożliwe jest to, aby w magistracie dochodziło do jakichkolwiek błędów i wypaczeń.  A ja mam skłonności do teorii spiskowych. Pewnie wtedy też nie miał świadomości, że się myli. To bardzo wygodne.

Płynie z opisanego przypadku urzędniczego „braku świadomości” jeszcze jedna nauka dla szaraka obywatela. Jeśli teraz coś przeskrobie Szanowny Czytelniku, złamiesz jakieś przepisy, naruszysz – nie daj Bóg – prawo, jakieś principia czy regulaminy, to już wiesz jak tłumaczyć się przed państwową władzą czy sprawiedliwością.  Po prostu, tak po naszemu, po urzędniczemu, napisze, że nie miałem świadomości, że coś tam naruszasz. Napisz w akcie skruchy, że „z powodu braku świadomości konieczności stosowania przepisów” tak szalenie zawiniłeś. I mam nadzieje, że mi władza Ci wybaczy, bo nie miałem przecież świadomości, że robisz coś złego. Całkiem jak ten dyrektor kancelarii prezydenta mojego miasta. Jemu się udało uniknąć prawa i sprawiedliwości, to Tobie pewnie też się uda.

dziennik pesymistyczny

Jak wynika z naszych informacji…

Obublikował pavvel dnia Komentarzy: 0

Nowa „linia lotnicza” rodem z mojego miasta – szokuje czytelników tytułem lokalna gazeta. Podana jest nawet nazwa nowego przewoźnika. „Trzy, cztery airbusy mają znaleźć się we flocie” (…) – zachwyca się autorka artykułu. Gazeta to informacyjna, nie plotkarska, więc wierze dziennikarce, że to sprawdzona informacja i czytam dalej.

 „Jak wynika z naszych informacji teraz zapadła decyzja o uruchomieniu własnej linii lotniczej oferującej przeloty czarterowy. (…)” – czytam z rosnącą radością, że to właśnie moje miasto zostało wybrane na siedzibę nowej firmy, która, mam nadzieje z sukcesem, powalczy o dominacje na tym trudnym rynku. „Osoby związane z firmą nie potwierdzają, ale też nie zaprzeczają tym informacją. Szczegóły dotyczące projektu mogą być podane jeszcze w tym tygodniu. (…)” – podgrzewa moje emocje autorka tekstu. „ Mogą być trzy, cztery samoloty” – czytam z wypiekami na twarzy i dumą w sercu.

Chyba każdy mnie zrozumie, bo jak można sprawdzić na stronach producentów samolotów, jeden taki „airbus” to wydatek idący w setki milionów dolarów, więc aż mnie zmroziło z wrażenia. Człowiek żyje sobie w prowincjonalnym mieście, kupuje rzodkiewkę na targu i chleb powszechny w piekarni, a tuż obok niego wyrosła tak wielka firma, która nie tylko kupuje jeden samolot za setki tysięcy dolarów, ale nawet cztery! Zdecydowanie urzekła mnie ta historia z lokalnej gazety.

A tu nagle dopadła mnie rzeczywistość i autorka zgasiła moje marzenia, które tak pięknie rozpaliła mnie tytułem i początkiem artykułu: „Podobno nie od razu będą latać w barwach nowej linii lotniczej, a u jednego z już działających przewoźników”. No, co jest? To ja tu od tytułu aż do połowy artykułu czytam, że święto, że czas na euforie, że nowy przewoźnik… a tu „nie od razu będą latać w barwach nowej linii lotniczej”. No i co? I nic. – Miało być pięknie, a wyszło jak zwykle – jak mawia mój przyjaciel. Dziennikarce lokalnej gazety bardzo dziękuje za emocje i czekam na tekst o tym, że jakaś firma z mojego miasta kolonizuje obce planety. Oczywiście, nie teraz kolonizuje, ale w przyszłości. Teraz to ona planuje zakup floty kosmicznej.  – Tu, w tym miejscu, mogło dojść do tragedii – mawiał klasyk. Jego śladem, i za tym stylem dziennikarstwa podąża wielu, niestety bardzo wielu adeptów tego zawodu.

dziennik pesymistyczny

Nie do wiary

Obublikował pavvel dnia Komentarzy: 2

Jak mając ręce skute z tyłu kajdankami wyjąć z kabury konwojującego Cię czujnego policjanta pistolet a następnie oddać strzał po uprzednim przeładowaniu broni?  Potrafiłbyś to uczynić drogi czytelniku? A dokonałbyś tego wyczynu po pijanemu? Na tylnym siedzeniu samochodu, który właśnie pokonuje rondo?  Ja bym nie potrafił. Nie znam też nikogo, kto by to zdołał uczynić. To wymaga nadludzkiej wprost zręczności.  A może nawet umiejętności na pograniczu magii. Harry Houdini nie powstydziłby się takiej sztuczki. Był jednak ktoś, kto tego dokonał jak się okazało na swoje nieszczęście. I dla tego ze współczuciem pisze „był” a nie „jest”. Takie wysokiej klasy umiejętności przypisuje policja i tamtejsza prokuratura chłopakowi z małego miasteczka na Mazowszu.

Ale nie uprzedzajmy faktów – jak mawiał klasyk.  W pewien wiosenny wieczór policjanci zatrzymali dwudziestotrzyletniego mężczyznę. Do aresztu konwojowało zatrzymanego dwóch funkcjonariuszy. Jeden prowadził auto, a drugi siedział z tyłu obok aresztanta. Podczas jazdy chłopak odebrał broń policjantowi siedzącemu obok niego a następnie śmiertelnie się z niej postrzelił.  Taka jest wersja policji. I w taki przebieg wydarzeń świecie wierzy prokuratura.

– Wyniki będziemy znali za kilka dni, ale wiadomo już, że mężczyzna znajdował się pod znacznym wpływem alkoholu, a wystrzelona kula przeszyła jego ciało w okolicy krzyżowej i utknęła w dachu radiowozu, omijając kierowcę w bardzo bliskiej odległości. Policjanci potwierdzili w swoich wersjach wstępne ustalenia – powiedział zastępca Prokuratora Rejonowego.  Prokurator pytany przez dziennikarzy lokalnej gazety o to, czy możliwe jest wyciągnięcie pistoletu przez konwojowanego, który ma ręce skute z tyłu kajdankami, a następnie oddanie przez niego strzału odparł, że tak. – To był pistolet P-99, który nie wymaga odbezpieczenia i bardzo łatwo się przeładowuje – dodał.

Jakoś nie mogę sobie wyobraził tego zdarzenia. Ja bym na trzeźwo nie potrafił – jak napisałem na wstępie – co dopiero „pod znacznym wpływem alkoholu”. Trudno mi uwierzyć, że mocno pijany chłopak, ze skutymi na plecach rękoma, odbiera broń policjantowi, przeładowuje i następnie strzela do siebie. Pewnie nigdy nie się nie dowiem jak było naprawdę. Ale dziwi mnie to, że to jedyna wersja wydarzeń. Dziwi mnie, że prokurator prowadzący śledztwo tak łatwo głosi teorie o tym, iż z broni było bardzo łatwo oddać strzał. Chętnie zobaczyłbym jak Pan prokurator, który uważa, że to możliwe i łatwe, sam spróbuje wyjąc broń z kabury broniącego się policjanta ze skutymi na plecach rękoma a następnie przeładuje pistolet i oddaje strzał. Jeśli tego nie zobaczę to nie uwierzę.  I choć nic nie sugeruje, to tak po prostu trudno mi w to uwierzyć.

dziennik pesymistyczny

Katolicyzm religia panująca

Obublikował pavvel dnia Komentarzy: 1

Może jeszcze formalnie Polska nie jest państwem wyznaniowym. Ale do takiego państwa, w którym katolicyzm jest religią państwową zmierzamy raźnym marszowym krokiem. Lub raczej dreptamy jak zakonnik po zakonnych krużgankach.  Kiedyś większość polityków, działaczy katolickim, no i oczywiście duchowieństwa,  kwestowała rozdział państwa od religii po cichutku, tak niezbyt głośno, tak żeby nie zapeszyć i nie wzbudzać paniki. Ale teraz wszystko się zmieniło.  Polski biskup rzymskokatolicki, przewodniczący Konferencji Episkopatu Polski postanowił powiedzieć jasno i głośno, „o co walczymy, dokąd zmierzamy” – jak mawiali klasycy.

– Państwo i Kościół nie są tylko instytucjami żyjącymi obok siebie, swoim własnym autonomicznym życiem. To są dwie instytucje zdane na siebie. I to zdane na podobieństwo ciała i duszy. Kościół, jeśli jest autentyczny, powinien być duszą państwa, bez duchowych wartości, jakie przynosi Kościół, ciało państwa obumiera – przekonywał tłum wiernych nasz biskup rzymskokatolicki. Takie słowa łamiące podstawową – zawartą też w Konstytucji RP – zasadę rozdziału państwa od kościoła wypowiada polski hierarcha kościelny.

Wiem, że wielu z prałatów kościelnym widząc klęskę kierowniczej roli kościoła w życiu społeczeństwa, chce to społeczeństwo na siłę umoralnić. Polski kościół chce ratować swój autorytet poprzez jeszcze silniejsze połączenie z aparatem państwa. W myśl zasady „my was tak długo będziemy kochać, aż wy nas w końcu pokochacie”.  To jedno.  Drugie, to to, że nie mogą pojąc jak może biskup rzymskokatolicki kwestionować nauczanie II Soboru Watykańskiego. Kościół właśnie tam definitywnie i jednoznacznie potwierdził, że rezygnuje z budowy gdziekolwiek i kiedykolwiek „katolickiego państwa”. Przyjęto tam zasadę że katolicyzm w różnorodnym społeczeństwie nie może być wyznacznikiem na siłę ustanawiającym kierunki i zasady organizujące życie publiczne. A zatem, jak to możliwe, że ten hierarcha kościelny sprzeciwia się woli i prawom własnego kościoła? Dalibóg nie wiem, czy to zwykła głupota czy chęć władzy? Mam jednak cichą nadzieje, że to pierwsze.

W swym kazaniu na Jasnej Górze ksiądz arcybiskup z rozrzewnieniem wspominał stare, dobre czasy, w których Konstytucja z 1791 roku, co prawda, unowocześniła i zmieniła ustrój państwa, struktury sprawowania władzy, ale też „katolicyzm uznała za religię panująca”. – Nasza ojczyzna potrzebuje dzisiaj, podobnie jak za czasów konstytucji majowej odnowy, jeśli ma ona mieć przed sobą swoje jutro – mówił podczas homilii arcybiskup. To nic innego jak nawoływanie do uznania katolicyzmu za religie państwową. Co dalej? Przymusowa chrystianizacja obywateli?

– Religia jest głównym czynnikiem uspołecznienia, wychowania i wyrabiania cnót w społeczeństwie – podkreślał kaznodzieja. Zaczynam się bać takich słów, bo jeśli to nie zwykła głupota, jakiś starczy uwiąd to przecież tylko patrzyć jak jakiś polityk wpadnie na pomysł, żeby idee „wychowania i wyrabiania cnót w społeczeństwie” wprowadzać w życie pod przymusem. Co to jest średniowiecze?

 – Próba kształtowania spraw ludzkich z pominięciem Boga prowadzi do całkowitego zlekceważenia człowieka. Dlatego nawet ten, który nie umie znaleźć drogi do Boga, winien starać się tak, jak gdyby Bóg istniał – przekonuje przewodniczącego Episkopatu. W tym zdaniu już nawet nie sugeruje, że niewierzący mają jakąkolwiek szanse na istnienie i swobodne wyrażanie poglądów w społeczeństwie gdzie panuje państwowy katolicyzm. Arcybiskup uważa, że pominiecie Boga to pominiecie człowieczeństwa. Czyli ten, kto kwestionuje istnienie Boga, przestaje być człowiekiem? Jeśli tak, to takich „nieukształtowanych” może ksiądz radzi eliminować?  – „Nawet ten, który nie umie znaleźć drogi do Boga, winien starać się tak, jak gdyby Bóg istniał” – to zdanie jest tak kuriozalne, że istotnie może wskazywać, że klecha ma coś nie bardzo pod sufitem.

– Słabość dzisiejszego wymiaru życia społecznego, kulturalnego i politycznego w naszej ojczyźnie ma swoje korzenie w odcinaniu się państwa od Kościoła – naucza Przewodniczący Episkopatu. Ale spokojnie, już on ten słabość wykorzeni. Ba, nawet wbrew zasadom II Soboru Watykańskiego. Bo jak to w Polsce często bywa, polski katolik jest świętszy od papieża. A może to jednak tylko jakaś czasowa słabość dostojnika polskiego kościoła? Wciąż mam nadzieje, bo słysząc słowa przewodniczącego: „To właśnie odcinania się od wartości, które wyrastają z Ewangelii, sprawia, że 2,5 mln osób, przeważnie młodych, musiało wyjechać za chlebem, kolejne 2 mln jest bezrobotnych, blisko 4 mln żyją na skraju ubóstwa” mam szeroki uśmiech na twarzy.  Jeśli dobrze zrozumiałem tego księdza, to Polacy masowo uniknęliby emigracji, bezrobocia, nędzy gdyby tylko państwo polskie byłoby państwem wyznaniowym. Pomijając jawną głupotę takich twierdzeń, to warto dodać, że przecież zdecydowana większość naszego społeczeństwa deklaruje przywiązania do zasad ewangelii, więc pewnie znajduje się tam spora liczba polityków czy urzędników państwowych. Czy oni wszyscy przez ponad dwadzieścia lat ignorowali wartości? Odcinali się od ewangelii?

– Nasze społeczeństwo starzeje się, pogłębia się jego kastowość, postępuje alienacja młodych w pracy, lekceważeni są robotnicy, którzy miesiącami nie otrzymują zapłaty za swoją pracę, pod koniec roku nie przyjmuje się chorych do szpitali, więzienia nie mogą pomieścić skazanych, lekceważy się miliony głosów w sprawie wieku emerytalnego i wieku szkolnego – grzmi z ambony kaznodzieja zapominając oczywiście, że to przecież to właśnie w 98 procentach katolickie społeczeństwo, jest za tą sytuacje odpowiedzialne.   Naprawdę ustanowienie katolicyzm religią panującą niewiele w tej materii zmieni na lepsze. A obawiam się, że połączenie państwa i kościoła w jedno zaprowadzi nas z powrotem do średniowiecza.  – Dla niektórych może to brzmieć prowokacyjnie, ale taka jest prawda – pozwolę sobie na jeszcze jeden cytat z arcybiskupa.

 

dziennik pesymistyczny

Propaganda wyborcza na egzaminach gimnazjalnych

Obublikował pavvel dnia Komentarzy: 0

ytułu

Uśmiechniętą urna wyborcza mówiąca: spotkajmy się w niedziele?  Przy niej pogodne postacie. Wesolutka pani i radosny pan z pieskiem. To ilustracja odnosząca się do pytania z testu egzaminu gimnazjalnego dla uczniów z 2014 roku dotyczącego zagadnień z historii i WOS, czyli wiedzy o społeczeństwie. Do ilustracji, którą opisałem wcześniej trzeba dopasować poprawną odpowiedz. Pytanie: czy plakat zachęca do: a) humanitarnego traktowania zwierząt, b) prowadzenia zdrowego trybu życia, c) wspólnych niedzielnych spacerów, d) aktywnego uczestnictwa w wyborach. A Państwa zdaniem która odpowiedź jest prawdziwa i poprawna? Tak wiem, dla większości oczywiście odpowiedź „d”. Dla mnie problem nie leży w tym, że pytanie jest banalnie proste, tylko w tym, że jest idealnym przykładem jak państwo uczy posłusznych dla samego siebie rozwiązań.

Bo, przecież już dziecko w gimnazjum musi być pewne, że „demokracja nie jest ustrojem idealnym, ale jest najlepszy, jaki dotychczas istnieje” – jak mawiał Churchill. Już od małego trzeba, żeby każdy obywatel nie wiał wątpliwości, co to tego, że państwowy system parlamentarny jest idealnym rozwiązaniem. Nikt w państwowej szkole nie wspomni przecież, że są inne sposoby. Bo i po co? Po co wychowywać ludzi, którzy się zastanawiają? Przyszły poprawnie myślący obywatel ma grzecznie głosować i czerpać z tego teatru radość i wielkie zadowolenie, że ma na cokolwiek wpływ. Bo przecież państwo z założenia opiera się na „ woli (fikcyjnej) ludu”. I już od dzieciństwa ma być dla każdego w państwie jasne, że lud to „uznany za małoletniego wieczny uczeń, którego uważa się za mało zdolnego, by zdał kiedykolwiek egzaminy, by przyswoił sobie wiedze swoich nauczycieli i mógł obejść się bez dyscypliny”. Już uczeń gimnazjum nie może mieć najmniejszych, (co potwierdzi wybraniem poprawnej odpowiedzi w teście) wątpliwości, że władze w demokracji parlamentarnej sprawuje klasa polityczna i aparat biurokratyczny. A ich pozycja musi być i jest potwierdzana rytuałem wyborczym.

„Ciche porozumienie między A, B i C, że wybiorą w głosowaniu D na swojego przedstawiciela, żeby ów pozbawił mnie własności lub życia, nijak nie uprawnia D do zrobienia tego. Tak samo jest złodziejem, tyranem i mordercą, działając, jako ich reprezentant, jak byłby nim, gdyby działał wyłącznie na swoja odpowiedzialność” – twierdził Lysander Spooner. Tak, to szkoła państwowa i nikt nie będzie tam nauczał, że ten system jest wadliwy. Ale może przydałoby się, choć zdanie i tym, że parlamentaryzm nie jest jedynie słusznym rozwiązanie? Tak dla przyzwoitości?

„Oto niedziela, kiedy się odbywają te święte wybory. Kandydatów nie brakuje, są odpowiedni dla wszelkich gustów i we wszelkich kolorach: maciora nie odróżniłaby wśród nich swoich małych. Ale, na Boga, o ile zmieniają się kolory i etykietki kandydatów, jedna rzecz się nie zmienia: zachwalanie! (…) wszyscy obiecują ludziskom, że będą się dla nich zaharowywać na śmierć” – pisał Emile Pouget. Może trzeba wytłumaczyć dzieciakom, ze nie wszystko jest tak cudownie doskonałe? I nie prowadzić w szkole propagandy doskonałości systemu parlamentarnego.

Może przydałoby się dopisać pod tym rysunkiem z testu egzaminacyjnego odpowiedz „e”? Równie poprawną. Że absencjonizm, czyli nie uczestnictwo w wyborcach jest nadal prawem i wolnym wyborem człowieka, ale też możliwym nadal wyborem polskiego obywatela państwa, w którym przyszło nam żyć. Może egzaminy gimnazjalne do nie miejsce na propagandę „jedynie słusznych” państwowych idei?