Category Archives

914 Articles

dziennik pesymistyczny

Zuchwałość w sercu, gdy pieniądz w kieszeni

Obublikował pavvel dnia Komentarzy: 1

Punkt widzenia zdecydowanie zależy od punku siedzenia, a najedzony nigdy nie zrozumie głodnego. Przekonałem się o tym podczas spotkania ze znajomymi. Nie chodzi mi oczywiście o to, kto i jaki zajmował stołek w kawiarni i co tam spożywano, ale o to, że czasami ludzie w zależności od ilości posiadanych pieniędzy coraz bardziej zapominają, że nie wszyscy mają ich tyle samo, co oni. – Ja to nie wyobrażam sobie zimy bez spędzenia przynajmniej kilku dni na nartach w Alpach – powiedziała pani Kasia. – Dokładnie, jak nie wyjadę gdzieś na tydzień lub dwa… to potem nie można ze mną wytrzymać – zgodziła się z przedmówczynią pani Ilona. Przy stoliku byliśmy w mniejszości. My, mężczyźni. Tylko ja i kolega.  Resztę stanowiły panie. Ja z mym znajomym wpadliśmy tam „na jednego” w drodze do domu a panie już tam były, więc się przysiedliśmy za ich namowami. Okazało się, że nasze koleżanki i znajome spotykają się w tym miejscu regularnie. – Na takie damskie ploteczki – wyjaśniła jedna z nich, choć wcale tych wyjaśnień nie potrzebowaliśmy. Znaliśmy się z paniami z miasta – jak to lubi określać mój przyjaciel. Nasze koleżanki to w większości kobiety sukcesu. Czyli takie, co to posiadają jakiś interes lub pracują, jako urzędniczki wyższego szczebla. Ogólnie mówiąc powodzi im się finansowo. – Zamówiłam kawę chyba z godzinę temu i ta baba jeszcze mi nie przyniosła – usłyszałem głos jednej z pań. – To skandal jak się tu traktuje gości. Nie ma już dobrych kelnerek – potwierdziła druga. Po chwili wszystkie się zgodziły, co do istoty problemu z obsługą w lokalu i zaczęło się narzekanie na dzisiejszy personel. Dokładnie chodziło paniom o to, że trudno teraz znaleźć odpowiednią osobę do pracy. – Musiałam zwolnić pracownicę. Wyobraźcie to sobie, powiedziała, że chce odebrać sobie wolne za pracę w soboty i w niedziele – powiedział ta, która jest właścicielką sklepu z odzieżą w centrum handlowym.   –  Będzie mi tu stawiać warunki! Smarkula – dodała. – No i co? No i co? – Dopytywały się koleżanki. – Nic. Mam już nową – usłyszały w odpowiedzi. Potem dowiedzieliśmy się z kolegą z kolejnych wypowiedzi pań, że ich pracownice to w przeważającej większości nierozgarnięte tłumoki, co to tylko liczą na kasę, ale pracować im się nie chce.  – Ani to nic nie przeczyta ani nigdzie nie wyjedzie. Ostatnio jedna opowiadała, że nie kupiła przez ostatnie pół roku żadnej książki – opowiadała przerażanym koleżankom pani Kasia. – Nie chodzi toto do teatru ani niczym się nie zainteresuje – poprała ją koleżanką.  – Żeby przynajmniej do kina poszły, ale nie… gdzie tam tylko z pracy do domu i znów do pracy – wtrąciła pani Ilona. 

Siedzieliśmy sobie z boczku z kolega i popijaliśmy to, co tam mieliśmy do popijania. Słuchaliśmy tego wywodu pań o tym jak to damski personel w ich firmach jest tępy, niedouczony, nieoczytany, nieznający świata, chamski, wiecznie zmęczony, bezczelny, niewdzięczny, mało pracowity i tak dalej. I dużo więcej.  –  Szanowne panie – nagle usłyszałem głos mojego znajomego – Szanowne panie!  Mam do was pytanie: ile płacicie swoim pracownicom? Koleżanki po tym jak minęło ich zaskoczenie pytaniem kolegi, ustaliły, że przeciętna pensja w ich firmach nie przekracza tysiąca złotych netto.  – Ja wydaję na swą marną, samotną i skromną egzystencje około 700 zł na same opłaty. Kredyt na mieszkanie. Czynsz. Telefon. Internet. Prąd. Woda. Telewizja. Pewnie one też podobne mają wydatki. Zostaje im trzysta … Czy szanowne panie uważają, że te kobiety tylko ze swej głupoty wolą nie wydawać tych pieniędzy na wakacje, książki, kino czy teatr?  – kontynuował kolega. Że tylko z wrodzonej czy nabytej tępoty wolą wydawać na jedzenie czy ubrania? – dodał.  – Cena książki to dziś przeciętnie około 50 złotych nie wspominając o bilecie do teatru – wtrąciłem się do rozmowy. – Może płaćcie im więcej, to będzie ich stać na książki czy na teatr – zakończył kolega. Nastała cisza. – A słyszeliście dziewczyny, że jest nowe spa – powiedziała po chwili pani Ilona… i było po temacie. Dopiliśmy to, co mieliśmy z kolegą do wypicia i ulotniliśmy się cichutko.  – Człowiek nie jest do końca świadom zuchwałości, która kryje się w jego sercu, dopóki nie usłyszy słodkiego brzęku monet w kieszeni – powiedział kiedyś Carsol Ruiz Zafon. Zgadzam się z nim.

dziennik pesymistyczny

No future?

Obublikował pavvel dnia Komentarzy: 1

Gdy słyszę kolejną obietnicę polityków o tym, że po przejściu na emeryturę będę mógł godnie żyć, za to co dostanę od państwa, coraz mniej jestem o tym przekonany. Całe moje dorosłe życie odkładałem w obowiązkowych podatkach na to, żeby tak się stało, ale pewności, że w zamian dostanę emeryturę, na zadowalającym mnie poziomie, dziś już nie mam.

Nie wynika to tylko z mojego nastawienia do świata. Nie jest to tylko wynikiem tego, że mam wielkie skłonności do szukania czarnych scenariuszy. Nie, ja po prostu nie mam podstaw, aby komukolwiek z naszej klasy politycznej zaufać.  – Miało być lepiej a wyszło jak zawsze – tak zdecydowanie za często powtarza przy kolejnych okazjach mój znajomy. To zdanie starcza mu za cały komentarz polityczny. On już dawno przestał mieć złudzenia. On już od dawna żyje w przekonaniu, że liczy się tylko ten dzień, który właśnie jest. On nie dostrzega przyszłości i niczego nie planuje. Bo jak można coś zaplanować, gdy nie znasz reguł gry. Ktoś wmawiał mi i jemu kilka lat temu, że w wyniku reformy emerytalnej spędzimy swe dni ostatnie w dostatku na tropikalnej wyspie i ja zaufałem, że tak będzie.  Bo jakie miałem wyjście. I tak dokonano tego dla mojego dobra pod przymusem. Nie miałem wyjścia. A teraz? Teraz słyszę, że znów konieczne są zmiany. Bo jak ich nie będzie… to nie będzie dla mnie emerytalnej przyszłości. Nie wiem, czym się różnią teoretyczne rozważania jednego czy drugiego polityka na temat księgowania moich składek. Nie chcę tego wiedzieć. Ja chcę tylko jednego. Mieć stuprocentową pewność, że po osiągnięciu wieku emerytalnego nie umrę z głodu i chłodu. A tej pewności dziś nie mam. Bo ja już raz zaufałem i okazało się, że na starość nie czeka mnie tropikalna wyspa, a raczej torba i kij. Mój przyjaciel nie wierzy w przyszłość już o wielu lat. Stara się żyć jak najszybciej i jak najmocniej. Łapać każdy dzień jakby miał być  jego ostatnim. Żyć chwilą. Bo on już zatracił wiarę w możliwości naszego państwa. – Oni tylko  dbają o to, co zapewni im kolejne lata u władzy, a ty i inni naiwni macie za zadanie tę ich władzę sfinansować  – mówił mi dziś rano.  – Te wszystkie reformy, kłótnie, spory, teoretyczne rozważania,  to tylko polityczny teatr dla maluczkich, aby jeszcze raz uwierzyli, że za dziesięć czy piętnaście  lat będzie zdecydowanie lepiej niż jest teraz  – przekonywał mnie z zapałem.  

On to, co zarobi wydaje teraz, zaraz, natychmiast, bo nie ma dla niego jutra. Stara się jak najbardziej unikać konieczności finansowych danin.  Żyje w szarości gospodarki. Bo przestał wierzyć. Stracił wiarę, lub może nigdy jej nie miał? Zastanawiam się czy polityk zaciągając u mnie kredyt zaufania powinien go spłacić w takim samym stopniu, w jakim ja muszę spłacać swój kredyt bankowi? Tak. Powinien.  A ja wciąż słyszę kolejne obietnice, ale nie widzę poprawy sytuacji.  I wzrasta we mnie przekonanie, że tak naprawdę to nikt nie wie jak to będzie za kilka lat. Nie mogę na nikogo liczyć. Narasta we mnie pewność, że obietnice polityków nigdy nie zostaną zrealizowane. Że kolejna reforma emerytalna to obietnica raju… ale po śmierci.  

– Mam poczucie, że żyję w czasach końca wszelkich systemów – usłyszałem od znajomego. On nie wierzy już od dawna w żadne możliwości zmiany panującego u nas systemu. – Pamiętasz, pamiętasz… ja miałem kiedyś na kurtce napis: no future. Nie chcę płacić za ich życie, wolę swoje – dodał. Czy to egoizm? Może. A może we mnie są jeszcze złudzenia. Choć jest ich coraz mniej, bo coraz bardziej nabieram pewności, że państwo raz na zawsze ustaliło najlepszy dla siebie porządek, w którym większość społeczeństwa jest głównym płatnikiem dla trwałości państwa. Że dla mnie są tylko obietnice a dla nich realne pieniądze.

dziennik pesymistyczny

Gdzieś pomiędzy zdradą a zaprzaństwem

Obublikował pavvel dnia Komentarzy: 0

– Niech panowie popatrzą, jacy przyprawieni z samego rana – zwróciła się do mnie i do mojego znajomego pewna pani, która tak jak i my oczekiwała na transport publiczny.  Spojrzeliśmy. Rzeczywiście trzech panów oraz pies szło w naszą stronę główną ulicą naszego miasta. Przemieszczali się krokiem bardzo chwiejnym, więc nie bardzo było wiadomo, kto kogo prowadzi. Ale po chwili obserwacji można było przyjąć założenie, że ten w czapce w środku jest prowadzony przez tych dwóch po jego bokach w tym ten z lewej strony dodatkowo prowadzi psa na smyczy.  – Biedne zwierzę – pomyślałem oczywiście o czworonogu. – Rzeczywiście, nieźle zakropieni, a przecież jest przed dziesiątą – powiedział kolega. W tym czasie korowód trzech panów nie licząc psa dotarł do miejsca gdzie dobrzy panowie z naszego magistratu ustawili ku wygodzie mieszkańców ławeczki.  Ten, co sprawiał wrażenie najbardziej wskazującego na spożycie, nagle wystartował niczym maratończyk i zaczął sunąć dziwnie równo w kierunku ławki. Nawet z tych kilkunastu metrów, jakie nas dzieliły doskonale widać było w jego oczach nadzieję, że mu się jednak uda.  – Nie uda mu się – stwierdził pesymistyczne mój kolega. Nietrzeźwy obywatel zrobił kilka metrów w miarę prosto się trzymając. Potem potknął się o coś na chodniku i natychmiast przyjął pozycję psa tropiącego z nosem przy ziemi. Po czym raptownie się wyprostował, zrobił dostojnie dwa kroki… poślizgnąwszy się na śniegu wyskoczył nogami do góry tak efektownie, że wszyscy oczekujący na autobus wypowiedzieli chóralne –  łaaaał… – Mówiłem że nie da rady – podsumował mój towarzysz. Koledzy tego, co właśnie doznał bliskiego kontaktu z ziemią usiłowali go podnieść. Udało się to i nawet wspólnie dotarli do ławeczki, na której zasiedli. – Jak tak można się zalać z rana! Tu jest szkoła w okolicy! – doleciał mnie głos kobiety, która wyraźnie zwracała się do tych, co odpoczywali w stanie po spożyciu.  – Tu w pobliżu jest kościół jak można w takim stanie łazić po ulicy – dodała inna pani. To ciekawe, że w takich chwilach zawsze kobiety są bardziej odważne w wypowiadaniu sądów i opinii. – Młodzież patrzy i się uczy – dodała ta pierwsza. Faktycznie jak na zawołanie zjawiła się grupka nastolatków.  – Hańba! – ryknął nagle i zupełnie niespodziewanie młodzian.  – Zdrada! Przed trybunał stanu z nim! – dodał jego kolega. Zatkało nas. Nie mówiąc już o strażniczkach przyzwoitości, czyli o tych paniach, co to rugały pijanych. W niemym osłupieniu trwało też tych trzech panów na ławce plus ich pies.  – Tu jest Polska! Tu jest Polska! Tu jest Polska! – zaczęła skandować radośnie grupka małolatów.  Młodym wyraźnie zaczęło to sprawiać przyjemność. Stali obok nas i wznosili coraz to nowe okrzyki: hańba! Targowica! Zdrada! – Nie było w dziejach państwa polskiego takiego zaprzaństwa – usłyszałem nagle głos młodej blondyneczki wyraźnie zadowolonej z cytatu, którego użyła.  Młodym szybko się to jednak znudziło i poszli w swoją stronę.  – Skąd oni to znają? Kto ich tego nauczył?  – próbowała dociec pani, która wcześniej obsztorcowała pijanych.  – Z telewizji się tego nauczyli. Od polityków, od tych prawych i sprawiedliwych zapewne usłyszeli takie słowa… z transmisji obrad sejmu to znają – pospieszyłem z wyjaśnieniami. – No wie, pan… To hańba – usłyszałem w odpowiedzi. – Ma pani szanowna całkowitą rację, tak to hańba – zakończyłem dobrze zapowiadającą się dyskusję, bo właśnie nadjechał autobus, na który czekaliśmy.

dziennik pesymistyczny

Urzędnik z humorkiem

Obublikował pavvel dnia Komentarzy: 0

Widziałem w telewizji urzędnika. Powiecie, nic specjalnego, przecież oni tam są pokazywani tysiącami. Fakt, to nie żadna rewelacja zobaczyć i usłyszeć wypowiadającego się człowieka władzy. Ale ten, którego zobaczyłem był wyjątkowy albo może właśnie typowy? Kiedyś było modne twierdzić, że coś tam – na przykład socjalizm – ma ludzką, czyli pewnie tę prawdziwą, twarz. Ja w telewizji zobaczyłem prawdziwego urzędnika państwowego. Takiego, co to się problemom nie kłania.  Który do zagadnienia za dwieście tysięcy podchodzi z humorem. Nie bardzo wiem, kto to był… ale to jak się zachowywał i co mówił, upewniło mnie w przekonaniu, że mam do czynienia z prawdziwym człowiekiem trzymającym ster władzy.  Miejscem gdzie mnie i telewidzom objawił się urzędnik – humorysta, była trasa S8, czyli najdroższa droga w Polsce. Odbywało się tam kolejne urzędniczo – biznesowe spotkanie w sprawie oddania do użytkowania czy też nie oddawania tej kosztującej 200 milionów -za kilometr -drogi.  Oczywiście to spotkanie, tak jak i poprzednie nie przyniosło żadnych konkretów. Droga nadal jest zamknięta i nie wiadomo, kiedy będzie otwarta.  – Będziecie mieć okazję do większej ilości reportaży – rzekł urzędnik do dziennikarza.  – Taki serial będzie miał Pan okazję nakręcić – dodał.  Pewnie. Przecież to takie radosne, że wydało się tyle pieniędzy, a teraz droga jest głównie miejscem spotkań kolejnych komisji.  Nic się nie stało. Ponad dwa miliardy złotych wydane, ale co z tego, przecież to żadne pieniądze. Na bogatego trafiło.  Na tego, co wydaje nieswoje pieniądze. Czy będzie otwarta ta droga czy nie będzie przecież to i tak obojętne. Radośnie trzeba. Z humorkiem.  Bo przecież żaden to wstyd. Nie ma też powodów do niepokoju. Typowy urzędniczy spokój.  Najwyżej będzie się trzeba jeszcze kilka razy w telewizji pokazać i coś tam poopowiadać. Spokojnie. Dziennikarz będzie miał robotę niech się cieszy. A i urzędnikowi nic się nie stanie. Przynajmniej na powietrzu się człowiek dotlenił. Oderwał od biurka. Według danych Głównego Urzędu Statystycznego w Polsce jest 400 tysięcy urzędników. Jakby dodać do siebie wszystkich, od pracowników urzędów powiatowych, gminnych i wojewódzkich do tych z urzędów centralnych. Dorzucić wszystkich urzędników agencji rządowych, skarbówki, cywilnych pracowników policji, pracowników NFZ i ZUS oraz innych urzędów, wszystkich ministrów, wiceministrów, urzędników kancelarii premiera i prezydenta… Jakby ich wszystkich zliczyć tyle właśnie wyjdzie. I jeśli wszyscy są tak samo dowcipni i beztroscy to… biada nam.

dziennik pesymistyczny

Ideał jest w bruku

Obublikował pavvel dnia Komentarzy: 0

– Nie dziwi Cię to, że tę drogę naprawiają kilka razy w roku – spytał mnie kolega, gdy tak siedzieliśmy sobie dobre kilka minut w samochodzie obserwując robotników. A dokładnie przyglądaliśmy się pracy wielkiej maszyny, która w huku i w znoju zdzierała asfalt. Siedzieliśmy to dobre określenie, bo przecież, choć byliśmy w aucie, to się nie poruszyliśmy nawet na minimetr, bo nie dało się tego zrobić przez remont drogi. Mną, jak i zapewne innymi kierowcami targały w tym korku ambiwalentne uczucia. Bo to niby dobrze, że remontują, ale czy muszą to robić w czasie największego natężenia ruchu? – Pewnie muszą skoro to robią – filozoficznie skomentował mój współtowarzysz.  Nasz samochód stał w korku a my dyskutowaliśmy nad zadziwiającą rzeczą, jaką jest nietrwałość asfaltu występująca w naszym kraju. Jak przekonywał mnie mój kolega nawierzchnia dróg u naszych bliskich sąsiadów z zachodu Europy ma wytrzymałość obliczoną na dwadzieścia pięć lat. A tu kilkaset kilometrów dalej na wschód nie da się wykonać drogi, która przetrwałaby w całości jeden sezon bez generalnego remontu. Prawdziwa zagadka. Gdy tak rozmawialiśmy sobie o rzeczach nadprzyrodzonych, maszyna skończyła swą pracę i odjechała. A naszym oczom ukazał się widok pięknej lśniącej, w miarę równej nawierzchni drogi.  W słońcu mieniła się jezdnia ułożona z pięknie dopasowanych kamiennych kostek, którą do tej pory skrywał czarny i wiecznie popękany asfalt. To było dzieło drogowców, którzy ułożyli ten bruk prawie sto lat temu. – Jakie to równe – zdołałem tylko wyksztusić, bo widok równej nawierzchni drogi w tym miejscu był dla mnie zbyt mocnym przeżyciem.  – Równe i nie ma dziur, zdecydowanie lepsze niż ten nowoczesny asfalt – mój znajomy był równie zachwycony i zadziwiony jak ja.

Faktycznie, maszyna zdarła dziurawą nawierzchnię na długości kilkunastu metrów. Tam gdzie wcześniej było to czarne i wiecznie dziurawe… teraz pojawiła się równa jezdnia.  – Niech oni lepiej już nic z tym nie robią – usłyszałem głos kolegi. – Pewnie, niech zostawią jak jest – powiedziałem.  – Ci specjaliści od dzwonków gazowych znów wszystko zepsują – dodałem.  Przecież widać było gołym okiem, że po zdarciu asfaltu powierzchnia drogi może nie była idealnie równa jak asfalt minutę po jego ułożeniu, ale była przynajmniej cała. Bez dziur. A to zdecydowanie lepsze niż nowoczesny asfalt stosowany w tym miejscy z marnym skutkiem od lat. W dawnych wiekach to potrafili robić drogi, ale potem człowiek nauczył się organizować przetargi na remonty dróg i mamy jak mamy, czyli wieczne remonty ulic, dopiero, co oddanych do użytku.. Przypomniałem sobie, że przed moim biurem też jest taka nawierzchnia. Kilka lat temu zerwano w centrum miasta nowoczesną nawierzchnie i ktoś wpadł na pomysł, żeby tak zostawić. Jako widoczny znak minionych czasów. Konserwator zabytków wydał odpowiednie rozporządzenie i została na tej ulicy brukowana jezdnia. Od tego czasu, a było to dość dawno, nie pamiętam żeby ktoś tam coś na tej drodze naprawiał. A może tak zerwać asfalt wszędzie tam gdzie pod spodem została stara kamienna nawierzchnia? Może to jest pomysł na poprawę jakości naszych dróg? Napłynęły mi do głowy takie swoiste wnioski racjonalizatorskie.  Po prostu wrócić to tego, co było. Nie, to niemożliwe. Tak się nie da. Popadłem szybko w przekonanie o niemożliwości takich działań. Przecież ilu ludzi straciłoby pracę a kilku nawet pieniądze. Bo, na tych przetargowych, wiecznie remontowanych ulicach, zbyt wielu zarabia. A mogło być tak pięknie. Równo, bez dziur i pęknięć i to tego historycznie…

dziennik pesymistyczny

Najbardziej dołujący dzień roku

Obublikował pavvel dnia Komentarzy: 3

Otworzyłem oczy. Dzień. Za oknem szaro, buro i nijako. Półmrok. – A może to jeszcze noc? – pomyślałem z nadzieją. Nie, niestety to był świt. Zegar pokazywał nieubłaganie, że czas się zbierać do roboty. Poszukałem, jeszcze nie całkiem przytomny, pilota do telewizora. Przecież trzeba wiedzieć, co na świecie i w naszym powiecie. Trzeba być na bieżąco. A telewizja, czyli moje okno na świat zapewni mi wiadomości z pierwszej ręki. Wiadomo: wstajesz i wiesz – jak to powtarza mi co rano radosny pan z ekranu telewizyjnego. Choć w moim przypadku jeszcze nie wstałem a już zapragnąłem wiedzieć. I to był pierwszy mój błąd tego dnia. – …w katastrofie smoleńskiej – doleciały do mnie słowa spikera nim zdążyłem zmienić stację. -… jak czytamy w raporcie MAK – na następnym kanale nie było lepiej. Naciskałem guziki pilota z nadzieją. Zmieniałem kanały, ale nic to nie pomogło. – Strona rosyjska kluczy w sprawie katastrofy, ukrywa dowody – uważa były minister…- litości – wyszeptałem sam do siebie. Znów zrobiłem klik pilotem. – …atmosfera była bardzo nerwowa, były przekleństwa, kierownik lotu za nic w świecie nie chciał się zgodzić na przyjęcie samolotu… – usłyszałem na kolejnym kanale telewizyjnym. Poddałem się. Włączyłem komputer i radio. Wolę nie wiedzieć. A właściwie to już mam dość tych wiadomości. Ja wiem, że to ważne… ale jest jakaś granica zmęczenia tematem i dziś właściwe u mnie to nastąpiło. Całe szczęście, że stację radiową, którą włączyłem słucham przez internet i ma ona tę zaletę, że jest zagraniczna. A więc nawet jak są tam nadawane wiadomości to i tak do mnie dociera tylko angielskojęzyczny biały szum. 

Stojąc pod prysznicem zastanawiałem się ile jeszcze potrwa to medialne i polityczne zainteresowanie tematem smoleńskim. Pewnie jeszcze z kilkadziesiąt lat. Bo nie sądzę żeby jakakolwiek wersja z wyjaśnieniami zadowoliła wszystkich. Tak czy inaczej pewnie będzie się trzeba przyzwyczaić do coraz to nowych proroków jedynej prawdy albo zrezygnować z wiadomości w telewizji lub z czytania gazet.  Kilka minut później stałem przy oknie z kubkiem herbaty a na zewnątrz wszystko było w szarych barwach. – Już lepiej żeby było biało, tak bez śniegu jest dołująco – pomyślałem. Przerażało mnie coraz bardziej to, że będę musiał wyjść z domu. Gdy zakładałem buty zerwałem sznurówkę. Potem poszukiwałem nowych. Przez to późniłem się do biura. – Dlaczego jestem taki zdołowany? – zastanawiałem się – najchętniej wróciłbym do domu. Położył się do łóżka, nakrył głowę kołdrą i przespał ten dzień. Ale nie. Przecież człowiek jest spętany obowiązkami… Siedziałem więc przy swoim biurku i usiłowałem zrobić coś pożytecznego dla siebie i dla mojej firmy. Szło mi tak, że… brak mi słów. Czasem są takie dni, że nic nie idzie… Każdy kolejny mail czy telefon dobijał mnie jeszcze bardziej… – Co za cholerny poniedziałek! – powtarzałem w myślach. W narastającym poczuciu beznadziejności przeglądałem skrzynkę pocztową… i nagle przeczytałem w mailu od kolegi że: w styczniu 2005 roku brytyjskie gazety i portale internetowe po raz pierwszy obwieściły światu tę złowieszczą informację: „Dziś Blue Monday, najbardziej dołujący dzień roku”. Za ostrzeżeniem stało odkrycie „brytyjskich naukowców”, a dokładnie psychologów z Cardiff University, którzy obliczyli (brali pod uwagę m.in. samopoczucie meteorologiczne, psychologiczne, ekonomiczne), że najgorszy dzień, to przedostatni poniedziałek stycznia. To był fragment artykułu z gazety. Angielscy naukowcy wszystko mi wyjaśnili! To dlatego tak się czuję! Bo dziś jest najbardziej dołujący dzień roku!

dziennik pesymistyczny

Po angielsku…

Obublikował pavvel dnia Komentarzy: 58

Gdy zrobimy sobie spacerek po naszych miastach i poczytamy witryny sklepowe możemy spokojnie dojść do wniosku, że nasz kraj jest dwujęzyczny. Nie chodzi mi o obszary naszego kraju gdzie dwujęzyczność jest uzasadniona istnieniem mniejszości narodowych. Tam sprawa jest oczywista. To, że u nas używa się drugiego obcego języka na równi z ojczystym można zaobserwować na przykład w moim mieście leżącym dokładnie pośrodku naszego kraju. U nas mniejszości jak na lekarstwo a na każdym sklepie wielki napis informuje, że właściciele interesu zapraszają mnie na „sale” lub „total sale”. Coraz częściej mam wrażenie, że nastała u nas moda na język angielski. Jest on obecny na każdym kroku bez względy czy ma to uzasadnienie czy nie. Tęsknię za całkiem naturalną dla naszego języka wyprzedażą, bo teraz tylko „sale”. Tak jakby, co druga osoba robiąca zakupy w tych sklepach była jedynie angielskojęzyczna.  To jakaś szaleńcza moda na nie używanie ojczystej mowy, czy w tym wypadku pisma. Mój kolega pracuje od lat w firmie amerykańskiej. To znaczy firma jest zarejestrowana w Polsce, działalność jej ogranicza się do obszaru naszego państwa, ale prawie całe kierownictwo to Amerykanie.  Mój znajomy przez lata pracy dla tej firmy, choć biegle włada językiem angielskim, nigdy jeszcze nie spotkał się z klientem, który preferowałby ten język w kontaktach biznesowych. Wszyscy klienci mówią po polsku, ale język angielski jest mu potrzebny, bo przecież kierownictwo to Amerykanie.  I choć ludzie ci mieszkają tu już kilka lat to żadnemu z nich nie przyszło do głowy nauczyć się języka polskiego. Przecież w ich mniemaniu nie muszą, bo znają już przecież angielski. Ja będąc we Francji, choć ni w ząb nie znam tego języka, dokonywałem cudów, aby się w tym właśnie języku porozumieć i zawsze spotykałem się z uprzejmością i wyrozumiałością tubylców, którzy spokojnie czekali aż wydukam, o co mi chodzi. Robiłem to z szacunku dla Francuzów. Podobnie jak jestem w Anglii, jeśli nie daję rady z językiem to proszę kogoś o tłumaczenie. Ale przynajmniej się staram mówić w tym języku, który tam jest w powszechnym użytku. 

A w Polsce? U nas językiem urzędowym jest język polski. Zakres jego użycia reguluje Ustawa z dnia 7 października 1999 roku o języku polskim (Dz.U. 1999 nr 90 poz. 999). I co? I nic. Niewiele z tego wynika. To takie kolejne martwe prawo. A została uchwalona, bo parlament uznał „konieczność ochrony tożsamości narodowej w procesie globalizacji”. Ale czy ktoś tego pilnuje? Nie. Wystarczy otworzyć gazetę by znaleźć ogłoszenia rekrutacyjne gdzie pracodawcy poszukują sales representative a nie przedstawiciela handlowego. Jeśli pracodawca rekrutuje do pracy na terenie Polski, wpisując w ogłoszenie nazwę stanowiska, powinien używać języka polskiego. Czyli nie „regional sales manager”, tylko „regionalnego kierownika sprzedaży”. Do tego jest zobowiązany, bo na terytorium Polski przy wykonywaniu przepisów z zakresu prawa pracy używa się języka polskiego. Wydaje mi się, że ogłoszenia rekrutacyjne w języku angielskim, a takie też można znaleźć w gazetach są złamaniem ustawy. Bo jeśli pracownik ma wykonywać czynności na terenie Polski to ogłoszenie powinno być po polsku. Nie wiem, co tak pcha Polaków do używania języka angielskiego. Jak wszystko, także to wymaga umiaru.  Może warto częściej używać języka polskiego w Polsce, zważywszy, że język polski stanowi podstawowy element narodowej tożsamości i jest dobrem narodowej kultury, – że pozwolę sobie na cytat z ustawy.

dziennik pesymistyczny

Zapiski w dniu następnym

Obublikował pavvel dnia Komentarzy: 2

Walczyłem z szarością świata i teraz czuję się bardzo przegrany. Ale czasami tak trzeba. Wiem, że środek tygodnia nie jest najlepszym dniem na topienie smutków… ale też sytuacja była wyjątkowa. Niecodziennie przecież odchodzi z tego łez padołu człowiek, którego miałem zaszczyt nazywać przyjacielem. Dlatego też chciałem i musiałem. Choć wiedziałem już wtedy, że dnia następnego czeka mnie cierpienie. I nie pomyliłem się. Już z samego rana dotarło do mnie, że ten dzień nie będzie należał do najłatwiejszych w moim życiu. I na swoje nieszczęście miałem rację. Otworzyłem oczy świtem zapłakanym (mówiąc słowami poety) i pierwszą moją myślą było – pić! Całe szczęście, że dnia poprzedniego przezornie postawiłem w zasięgu ręki butelkę z wodą.  – Jak nie pijesz to myślisz – mawia mój znajomy z pracy. Ha, ale tym razem się mylił. Choć lekko zamroczony napojem wyskokowym wypitym dnia poprzedniego na tyle jednak byłem przytomny i przewidujący, że postawiłem płynne wyzwolenie z porannej suchości gardła tuż przy łóżku. Boże, jak ta woda mi pomogła. Jakiż ona miała smak! Gdy już wyrównałem bilans wodny w organizmie, dotarło do mnie, że nieuniknionym będzie przezwyciężenie boleści, powstanie z pościeli i udanie się do pracy. Właściwie to uświadomił mi ten bolesny fakt zegar, który nieubłaganie odliczał minuty. A ja nie chciałem się spóźnić do biura. – Musisz, musisz… tam ludzie czekają – osiągałem szczyty automotywacji.  I nagle nie wiadomo skąd przypłynął z zakamarków pamięci wiersz Broniewskiego. –  …powtarza, jak niegdyś w Genewie: – Kochani… ja muszę do kraju… – recytowałem stojąc już pod prysznicem sam zadziwiony swoją pamięcią – Do Łodzi, Zagłębia, Warszawy, powrócę zawzięty, uparty… ja muszę… do kraju, do sprawy, ja muszę… do kraju, do sprawy. No byłem całkiem jak ten bohater wiersza.  Musiałem… No może nie do partii – ja tak musiałem – ale do spraw to już na pewno. To niewiarygodne jak woda wypita i woda wylana na siebie może człowieka przywrócić do życia. Uratowany i bardziej pewny tego, że dam jednak radę zmierzyć się z okrutnym światem wyszedłem z mieszkania. Rzeczywistość dopadła mnie tuz za progiem. Padał deszcz. No pewnie. Nie mogę pojechać samochodem, ze względu na niepewność, co do zawartości promili, to oczywiście tego dnia musi lać jak z cebra. I teraz ja w tym deszczu do pracy… nieszczęścia chodzą parami jak widać. Dobrze, że jak tak kropiło mi w twarz to z każdym krokiem nabierałem coraz bardziej wigoru. Przecież nie można tak do pracy stawić się pozbawiony zupełnie siły. Ale zmęczenie i tak czułem, bo mimo wszystko z wiekiem mój organizm coraz bardziej odczuwa boleści związane z syndromem dnia następnego. W biurze stawiłem się punktualnie, choć mokry od deszczu. I od razu dopadły mnie sprawy. I co gorsze musiałem być w biurze dziś bardzo wydajny. A tu sił brak. I jak tu pracować jak każdy atom twojego ciała mówi żeby dać mu odpocząć.  Jak zawsze poczucie obowiązku wygrało z podszeptami lenistwa. – Świat na trzeźwo jest nie do przyjęcia – powiedział kiedyś pewien bohater filmowy. I pewnie miał rację… Ale jak się okazuje równie nie do przyjęcia jest ten następny dzień trzeźwości. I tak walczyłem dzielnie z przeciwnościami losu oraz ze sprawami służbowymi przez cały dzień. Ponad osiem godzin… I czułem się coraz gorzej, nie lepiej. Bolała mnie głowa… Miałem dreszcze… Gorączkę.  Dopiero lekarz, do którego udałem się po pracy, uświadomił mi, że się przeziębiłem. To dobrze. Bo już myślałem ze przez cały dzień męczył mnie kac… a to zwykłe przeziębienie.

dziennik pesymistyczny

Nie ma winnych…

Obublikował pavvel dnia Komentarzy: 1

Gdy tak słucham kolejnych polityków, urzędników państwowych, różnej maści ekspertów, doradców, ekonomistów – wszystkich tych, którzy pojawiają się na ekranie mojego telewizora czy wypisują swoje opinie w prasie opowiadając o tym, że niechybnie czeka nas kolejny już kryzys – odnoszę wrażenie, że ten stan zapaści wynika sam z siebie. On po prostu nadchodzi, potem jest i już. Permanentny stan kryzysowy nie ma przyczyny – pojawia się i trwa. Pojawia się zapowiadany lub nagle, ale zawsze przychodzi znikąd. No może czasami ktoś wskazuje na przyczynę tego zjawiska, ale na pewno nie na winnych kryzysu. – Nie ma winnych są tylko zaskoczeni, nie ma winnych są tylko zadziwieni, – że znów zacytuję z twórczości zespołu Abaddon. Nie mogę się powstrzymać, bo te słowa zawsze mam gdzieś z tyłu głowy jak wysłuchuję kolejnych proroctw możnych tego świata na temat nieuchronności nadejścia kryzysu. Te słowa idealnie oddają tę atmosferę dyskusji. Bo przecież nie ma pojedynczych odpowiedzialnych. Ba, nawet instytucje nie są odpowiedzialne. Nikt nie jest winien.  I pewnie, gdy znów zawita do nas kryzys nikt nie będzie się poczuwał do odpowiedzialności.  Tak jakby nie było rządów, polityków, banków, urzędów, instytucji państwowych. Jakby nie było ludzi trzymających władzę. Wiem, że sukces ma wielu ojców, zaś porażka jest sierotą. Ale jak coś się wali to trzeba przynajmniej mieć odwagę by powiedzieć moja wina.  Jeśli jest ktoś winny, to rządy nie nasze, lecz ale jakichś tam krajów. Ja wiem, że wszystko jest powiązane, ale nie jest to żadne wytłumaczenie. Nie można mi wmawiać, ze płacę więcej za kredyt mieszkaniowy, bo w Grecji jest nieodpowiedzialny rząd oraz rok temu był krach sprzedaży na rynku nieruchomości w Stanach Zjednoczonych. Ja chciałbym wiedzieć, jeśli już utrzymuję to państwo z płaconych podatków, czy ktoś odpowiada za to, co mnie może czekać. Nie chcę już słyszeć o globalnych przyczynach kryzysu. Że gospodarcze załamanie w jednej części świata błyskawicznie sieje spustoszenie również w drugiej. Chcę wiedzieć, kto zapewni mi bezpieczeństwo, a jeśli tego nie zrobi, to nie chcę zgadywać, do kogo mam mieć pretensje. Nie chcę słyszeć, że kryzys to złożone zjawisko gospodarcze.  Bo gdy ceny poszybują w górę nie chce wyczytać w gazecie, że to niczyja wina, że tak samo z siebie się stało.  Mam dość wysłuchiwania, że wiele czynników wpływa na ostateczne skutki procesów gospodarczych. Że to nieuchronne i od nikogo zależne.  Wydaje mi się, że to takie rozmywanie odpowiedzialności. Jeśli nikt nie jest winny to nikt nie poniesie odpowiedzialności. Lub jeszcze inaczej, nikt z ludzi władzy w rządzie czy w finansowych korporacjach nie poniesie odpowiedzialności za błędne decyzje. Za kryzys zapłacą zwykli ludzie.  Bo ci u władzy jakoś zdołają przekonać demonstrantów na ulicach ze to niczyja wina. Że oni chcieli dobrze a wyszło… jak zawsze.

dziennik pesymistyczny

Cześć, i do zobaczenia

Obublikował pavvel dnia Komentarzy: 2

Nikt tak nie potrafił wyjechać z bramy motorem jak on. Pamiętam jak po wielkiej, suto zakrapianej imprezie, Piotr postanowił, że pojedzie do domu, czy gdzie on się tam właśnie wtedy wybierał, motocyklem. – Słuchaj, nie rób głupstw, nie dasz rady, to niebezpieczne i po prostu głupie – starałem się go przekonać. – Słuchaj ten motor ma tyle w silniku mocy, że ja boje się na mim jeździć na trzeźwo –  usłyszałem w odpowiedzi. Wszystkich tych których zaniepokoiło to co piszę czyli pijany na publicznej drodze spieszę poinformować, że nigdzie nie pojechał. Nie dał rady ujechać daleko… ale to z jaka gracją wypadł z podwórka kamienicy przez bramę napełniło mnie wielkim szacunkiem dla jego umiejętności oraz zdrowo przeraziło. Nigdzie nie pojechał, bo mu zabroniono. Nie wiem doprawdy, dlaczego zapamiętałem właśnie to wydarzenie z tysiąca innych jakie były udziałem jego i moim. Ale właśnie o tym pomyślałem jak dowiedziałem, że nie ma już Piotra wśród nas. Był przecież zawsze. Gdzieś tam w moim mieście była zawsze osoba, na którą można było liczyć. Przynajmniej ja tak o nim myślałem. Był człowiekiem, z którym uwielbiałem rozmawiać. Pamiętam dyskusje o muzyce i o życiu. I na zawsze zapamiętam ten jego wygłąd prawdziwego punka. Ja zapamiętałem tę jego pewność, że da radę i że nie dla niego są wszelkie zasady. Nie było dla niego rzeczy niemożliwych. Piotr nie przychodził na śluby, bo jak mawiał nie wierzył w instytucje małżeństwa. Ogólnie zawsze miałem takie wrażenie, że nie darzył  szacunkiem żadnych instytucji państwowych oraz kontestował, tak zwany, porządek społeczny. On zrobił już bardzo dawno to o czym ja nadal tylko piszę lub mówię, czyli stanął z boku systemu. Przyglądał się temu naszemu wyścigowi szczurów z rezerwą i pewnym rozbawieniem. Pamiętam też jak na koncertach stał zawsze za mną i wyciągał mnie z kotłowaniny pod sceną. Był zawsze… a teraz go nie ma. Jak bardzo wielu z tych co odchodzą za wcześnie. Kilkanaście dni temu widziałem Piotra jak przechodził po drugiej stronie ulicy. Nie zauważył mnie a mnie nie chciało się za nim gonić. Pomyślałem, że przecież i tak spotkamy się, jak zawsze, gdzieś w przelocie na ulicy, że znów będzie mi opowiadał swoje przygody. Wtedy nie miałem dla niego czasu … Nie zawołałem za nim gdy znikał za rogiem ulicy. A teraz żałuję. Bo już tego nigdy nie zrobię. To smutne że nasza młodość odchodzi w ten sposób. Tak znika. – Czy nikt nie będzie pamiętał o tamtych czasach? O tych imprezach, koncertach, numerach różnych. O tym jak potrafiło być kupę śmiechu z niczego? Jak żyło się w młodości tak jakoś inaczej – spytał mnie kolega. No i co tu mu odpowiedzieć? Świat jakoś tak sparszywiał. Inna jest teraz jakość naszego życia. Ale czy lepsza?- Ty pamiętasz, i ja pamiętam, to dużo… i punki my pamiętamy to tamto będzie żyło i on będzie żył – odpowiedziałem. Ale czy w to uwierzyłem? Czy on by uwierzył? Pewnie by się śmiał ze mnie, że się tak roztkliwiam. Więc powiem mu na koniec to, co zawsze mówiłem jak się rozstawaliśmy – Cześć, i do zobaczenia.