dziennik pesymistyczny

Twój głos w wyborczym młynku

Obublikował pavvel dnia Komentarzy: 0

Wczoraj dostało mi się od moich uroczych koleżanek, gdy przy kawiarnianym stoliku nagle oznajmiłem, że nie zamierzam głosować. Zdziwiło mnie ich oburzenie, bo na moje pytanie czy znają i czy mogą mi przystępnie wytłumaczyć, jakie są zasady oddawania głosów w wyborach do Parlamentu Europejskiego nie uzyskałem wyczerpującej odpowiedzi. I nie jest to wina moich sympatycznych koleżanek. Podejrzewam, że większość z tych kilkunastu procent obywateli, który jednak w niedziele zdecyduje się udać do urn, nie bardzo te zasady rozumie. A mnie się wydaje oczywistym , że zasady demokracji powinny być proste a przynajmniej przejrzyste i czytelne dla każdego.  A jeśli tak nie jest, to mam uzasadnione wątpliwości czy mój oddany w wyborach głos jest na pewno tym głosem który zdecydowałem się oddać, czy może jest tylko liczbą podstawową w zawiłych matematycznych obliczeniach.

 

Od tygodni słyszę z radia i z telewizji oraz czytam w gazetach, że jak nie pójdę na wybory to mój głos zostanie zmarnowany. A on właśnie, ten mój osobisty głos na wielkie znaczenie. I ta opinia o ważności głosu pojedynczego na pewno przekonała wielu, ale ilu z tych przekonanym zastanowiło się, co dalej stanie się z ich głosem zaraz po tym jak zostanie wrzucony do urny w lokalu wyborczym. Każdy, no dobrze, prawie każdy wyborca wie, że każda z partii wystawiającej swych kandydatów w wyborach do PE dostaje liczbę mandatów proporcjonalną do liczby uzyskanych przez nią głosów.  No i w zasadzie wszystko jest jasne. Wydawałoby się, że jak zagłosuje na pana x z partii y i to samo zrobi powiedzmy 1000 osób. To pan x dostanie właśnie dokładnie te 1000 głosów. Otóż nie jest tak.  W nowoczesnej demokracji takie przestarzałe rozwiązania byłoby za proste i nie do pomyślenia.  Urzędnicy z unii europejskiej postanowili demokracje znacznie ulepszyć i procedurę podziałów mandatów skomplikować. Zapewne dla przejrzystości zasad tej demokracji właśnie. I tu pozwolę sobie na obszerny cytat z jednego z tygodników, który na pierwszej stronie zachęca do głosowania: „By liczyć na miejsce w europarlamencie, dana partia musi uzyskać, co najmniej 5-procentowe poparcie. Kiedy Państwowa Komisja Wyborcza to ustali, wylicza – metodą d’Hondta – ile mandatów przypada poszczególnym komitetom. Zgodnie z tą metodą liczba głosów ważnych oddanych łącznie na wszystkie listy okręgowe każdego z komitetów wyborczych dzielona jest przez kolejne liczby pierwsze (1, 2, 3, 4, 5… itd.) tak długo, aż z otrzymanych w ten sposób ilorazów da się uszeregować 50 największych liczb, czyli tyle, ilu posłów do PE wybiera się w Polsce”.  No i jakie to proste! Gdzie tam takiej metodzie to zwykłego starodawnego głosowania gdzie jeden głos jest liczony, jako jeden głos oddany na kandydata na posła.

 

A ci wszyscy, którzy myślą, że to już koniec mielenia naszego pojedynczego głosu bardzo się mylą. Jesteśmy dopiero w połowie demokratyczno – prostych operacji. Bo teraz każdy komitet otrzymuje tyle mandatów ile przypadło im największych ilorazów wynikłych z tego liczenia opisanego powyżej. I dla dalszego uproszczenia tego, co starożytni wymyślili, teraz trzeba te mandaty przydzielić okręgom wyborczym.  Polska podzielona jest na trzynaście okręgów wyborczych. Państwowa Komisja Wyborcza prościuteńką metodą Hare’a-Niemeyera ( chciałem ja przytoczyć, ale wzór tam użyty mnie poraził) policzy głosy oddane na poszczególne listy okręgowe komitetów, a następnie powstało cyfrę pomnoży przez liczbę mandatów przypadających danemu komitetowi w kraju i po tej dziecinie prostej operacji matematycznej mamy już iloczyny. Które dzielone są z kolei przez łączną liczbę głosów ważnych oddanych we wszystkich okręgach na listy danego komitetu. Już jest blisko końca. Powstały iloraz oznacza liczbę mandatów przypadających danej liście w pojedynczym okręgu wyborczym. Mandaty na poszczególnych listach okręgowych uzyskują ci kandydaci danej partii, którzy otrzymali kolejno najwięcej głosów. Uff…. koniec. Ale nie zawsze udaje się w powyżej opisany sposób przyznać do okręgów wszystkich mandatów przynależnych danemu komitetowi.  Coś tam jeszcze pozostaje, i tę resztówkę przyznaje się wtedy listom okręgowym, dla których wyliczone wcześniej ilorazy mają kolejno największe wartości po przecinku. No i już, po wszystkim. I mamy, co chcieliśmy, czyli wynik wyborczy.

 

Ja bardzo moich czytelników przepraszam za ten wykład z matematyki, ale chciałem pokazać jak proste i przejrzyste są zasady demokratycznego głosowania w wyborach do PE. Więc jak już wszystko jest jasne, to zapraszam do głosowania. Jak udowodniłem powyżej, Wasz głos jest w tych zawiłych obliczeniach bardzo ważny! A kto wygra w wyborach do PE? No to się dopiero… obliczy.

 

dziennik pesymistyczny

Rocznicowe plusy i minusy

Obublikował pavvel dnia Komentarzy: 6

Dwadzieścia lat temu czwartego czerwca odbyły się w Polsce pierwsze prawie wolne wybory. Przez ten czas zmieniło się wszystko. To już jest całkiem inny kraj niż ten z przed roku osiemdziesiątego dziewiątego. Inny, ale nie taki, jaki sobie wtedy wymarzyłem. Czasem gorszy, czasem lepszy, ale na pewno inny. Gdy myślę o Polsce mam wrażenie, że jestem jak dziecko, które na urodziny oczekiwało kolejki elektrycznej, jako prezentu od rodziców  a dostało książkę. Niby wszystko jest dobrze, książka jest ładna, pożyteczna, ma obrazki i wiele można się z niej dowiedzieć, ale to nie ta wymarzona kolejka elektryczna.

Nie lubię mówić o tym, że taka polska, jaka mamy teraz nie bardzo mi się podoba, bo takie mówienie bardzo często prowadzi to tego, że natychmiast przykleja mi ktoś na czole kartkę z napisem komunista. Nie, nie mam silniejszych niż inni sentymentów do PRLu. To, że czasami z rozrzewnieniem pomyśle o filmach Barei, czy przywołuje z archiwów pamięci scenki  z wódka o nazwie Bałtycka w roli głównej to wszystko nie czyni ze mnie PRL – owskiego rewizjonistę. Nie pragnę powrotu systemu gdzie władza robotniczą była tylko z nazwy. Nie chce tamtego zniewolenia, tamtej cenzury, kolejek i tego poczucia beznadziejności. Ale wtedy, gdy przed wyborami czerwcowymi rozwieszałem w moim mieście plakaty solidarności marzyliśmy z przyjaciółmi o innej Polsce. Wtedy myśleliśmy o Polsce solidarnej takiej nie tylko z nazwy, ale i ze znaczenia tego słowa. Braterskiej, równej i wolnej. Gdzie każdy będzie mógł w spokoju i dostatku realizować swoje własne marzenia.  Wtedy nie było wolności bez solidarności teraz nie ma już solidarności a wolność bez tej solidarności ludzkiej już nie taki ma smak. Wolność to nie tylko to, że mogę teraz napisać to, co myślę i nikt ( przynajmniej chce w to wierzyć) nie zanotuje tego w mojej teczce personalnej. I żaden sztab urzędników nie oceni mnie na podstawie moich myśli. Ale wolność to też możliwość pracy za godzina zapłatę i związany z tym spokój.  To życie nieskrępowane ekonomicznym bytem.

Teraz dostałem po dwudziestu latach świat gdzie najwyższym dobrem i Bogiem jest pieniądz. Kraj, którym rządzą oligarchiczno – korporacyjne powiązania, zaprawione kapitalistycznym wyzyskiem rodem z dziewiętnastego wieku. Czy naprawdę chcieliśmy wtedy polski, w której siedemnaście procent obywateli ma zaufanie do własnego prezydenta i własnego rządu? Gdzie szczytem demokracji jest kilku procentowa frekwencja przy urnach? Widać wyraźnie, że Polacy po osiemdziesiątym dziewiątym roku poszli dwiema, a może nawet trzema drogami i coraz bardziej się od siebie oddalają. Jedni poszli drogą kapitalistycznego dążenia do dobrobytu, do posiadania, do materialnego raju nawet za cenę wyzysku innych współobywateli. Drudzy odnaleźli drogę łatwego życia w politycznym kotle. I nie mówię tu tylko o zawodowych politykach, ale o całym tym państwowym molochu liczonym w miliony urzędników i lokalnych działaczy. Oni w powiązaniu z tymi pierwszymi tworzą nam Polskę, w której żyją wszyscy ci, którzy nie bardzo wiedzą jak mają się w tej nowej kapitalistycznej rzeczywistości poruszać. Ich droga to ubóstwo, bezrobocie i nędzą. Tylko, że oni nie idą z wyboru tą drogą, lecz raczej zostali na nią zapędzeni.

To uproszczenie i jak każde uproszczenie ma swoje wady. Ale chciałem pokazać ze nasz kraj to nie raj wolności, gdzie każdy może żyć tak jak chce. Większość strajków z lat osiemdziesiątych miała podłoże ekonomiczne, ludzie walczyli o lepszy byt oraz o wolność. A teraz mówi im się, że przecież mają już wolność a przyzwoity byt… no tu są przejściowe trudności. Pamiętam przemówienie z początków nowej polski gdzie ówczesny ekonomiczny uzdrowiciel, który teraz naucza maluchy w przedszkolach podstaw biznesu, mówił, że trzeba zacisnąć pasa i już za dwadzieścia lat będzie lepiej. A jak jest widzimy. Nie zmieniły się tylko ramy czasowe, w których tej raj ekonomicznego spokoju i dobrobytu ma nadejść. Teraz też ma to nastąpić za dwadzieścia lat. Obawiam się, że jak tak dalej pójdzie to nie doczekam. Jestem przekonany, że wielu powie teraz po tym, co przeczytało, że przecież mogłem jak inni wybrać drogę kapitalistycznego rozwoju. Stanąć w szeregu przedsiębiorców i z dumą wykuwać sobie nowy raj. Ale ja nie bardzo mogę tak jak moi koledzy, którzy kupują za 10 zł a sprzedają z uśmiechem za 1000 zł to, co jest warte jeszcze mniej. No, nie wiem jakoś tak coś mi nie pozwala. Sumienie czy co? Ale nie wdawajmy się w takie teologiczne rozważania.

W moim prowincjonalnym mieście nie trudno znaleźć przykłady na to, że nie wszystko poszło w dobra stronę. Poupadały wielkie zakłady, nie ma już miejsca dla tysięcy robotników a to oni przecież głównie walczyli o wolność z komunistycznym reżimem. Teraz robotnicy i pracownicy najemni wylądowali na zasiłkach dla bezrobotnych. Postrzega się ich główne, jako silę napędowa gospodarki. Nie stali się jej podmiotem, ale raczej paliwem. Które szybko się wypala a dba się tylko o to żeby było go pod dostaniem. Nauczono nas, że to wszystko, co gwarantują obywatelom konstytucyjne prawa to tylko taka reklama demokracji. W której pokazuje się tylko dobre strony a o złych się nie wspomina. Tylko jeden z wielu przykładów. Od dwudziestu lat nie dało nie w Polsce zreformować służby zdrowia, do specjalisty trzeba się zapisywać z kilkumiesięcznym wyprzedzeniem. Nie ma pieniędzy podobno na reformy. A jednocześnie mój kraj stać na prowadzenie kosztownych wojen a władza sprawowana jest w iście bizantyjskim stylu. Coś tu jest nie tak.

Teraz namawia się mnie abym wzniósł wieczorem toast za wolność, dobrze, ale może tak dwa toasty i to w dowolnej kolejności. Jeden za to, że nie ma już takiego systemu, jakim był PRL a drugi proponuje wypić za błędy. A tych przez te dwadzieścia lat nie brakowało. Tak jak przez cały ten czas notorycznie nam nie wychodzi w państwowej ekonomii i cały czas brakuje pieniędzy na sprawy socjalne to zdecydowanie lepiej nam się wiedzie, jeśli chodzi o afery. Jesteśmy mistrzami w ich tworzeniu a następnie w ich wykrywaniu. Afera FOZZ, żelatynowa, paliwowa, korupcyjne we wszystkich odmianach, orlengate, Rywina, ubezpieczeniowa, z krzyżem zasługi, seksafera, faszyści w TV i na imprezach, zagłuszanie pielęgniarek, naciski i dziwne samobójstwa. Dobrze starczy, było ich znacznie więcej. I żeby zobaczyć, co jest obecnie na tapecie wystarczy zajrzeć do gazety czy włączyć telewizor. Po co o tym pisze? Dlatego, że nie można zagłuszać pozytywami negatywów. Bo trzeba pamiętać, że jeśli nawet coś ma swoje plusy, nie znaczy to, że nie ma minusów. I ważne jest to żeby te plusy nie przesłoniły nam minusów. I dlatego gorzki to będzie ten rocznicowy toast. Bo zdaje sobie sprawę, że nie taka jest ta Polska, jaką sobie wymarzyłem. Jest tylko… po prostu lepsza niż była dwadzieścia lat temu.

dziennik pesymistyczny

Kapitalizm zaliczkowy

Obublikował pavvel dnia Komentarzy: 0

W związku ze zmiana systemu rozliczeń poboru wody inkasenci będą odwiedzali państwa domy co dwa miesiące, wystawiając rachunek za aktualne zużycie oraz zaliczkę na poczet najbliższego rachunku. Takiej mniej więcej treści kartkę zawieszoną na drzwiach mojej kamienicy przeczytałem wczoraj. Przypomniałem sobie jednocześnie, że pismo dotyczące zaliczek dostałem kilka dni termu od mojego operatora telekomunikacyjnego. Oznacza to, że teraz już nie będzie płacił za to, co faktycznie zużyje, lecz za to, co zużyłem lub wykorzystałem plus to, co ktoś przepowiedział, że mogę zużyć lub wykorzystać?

Ja rozumiem, że każdy właściciel firmy woli mieć pieniądze na początku miesiąca i nie martwić się czy jego klient zapłaci za wodę, gaz czy telefon po wykonaniu usługi, ale ta forma płatności zdecydowanie przybiera na sile. Już nie tylko płace zaliczki na poczet przyszłych świadczeń w przypadku energetyki czy spółek gazowniczych. Teraz okazało się, że będę musiał zapłacić za prognozę zużycia w przypadku wody. Zakład energetyczny posuwa się już do tego, że jak ostatnio zapomniałem zapłacić właśnie tej przedpłaty to wysłał do mnie stosowne wezwanie do uiszczenia płatności a w przypadku jej braku strasząc mnie ogromnymi konsekwencjami. Na nic się zdało moje tłumaczenie, że ja chętnie zapłacę i owszem, ale za to, co faktycznie wykorzystałem a nie za to, co ktoś sobie przewidział, że powinienem wykorzystać. Pani z działu obsługi klienta odesłała mnie do regulaminu i już było po sprawie.  Podpisałem taka umowę, więc co się czepiam. Słusznie, lecz raczej nie miałem wielkiego wyboru. Każdy z operatorów energetycznych stosuje podobne sposoby rozliczeń z tego, co wiem.

Jak wspomniałem na wstępie dostałem pismo od mojego operatora telekomunikacyjnego informującego mnie o zmianie regulaminu.  I tam też znalazłem punkt, który wprowadza możliwość pobierania ode mnie zaliczek na poczet przyszłych rachunków telefonicznych. Operator może zażądać ode mnie przedpłaty za niewykonane jeszcze usługi na przykład, gdy nagle bieżące zużycie nieproporcjonalnie przekroczy średnią wysokości rachunków wystawionych w ostatnich dwunastu miesiącach. Niby wszystko jest w porządku. Ale jeśli ja płace samych abonamentów na moich trzech telefonach w wysokości około 200 zł i tak mam ustawione taryfy, że właściwie wszystkie moje rozmowy zawierają się w tymże abonamencie, to płace za faktyczne zużycie w około 50 złotych. Bo reszta do tak zwane darmowe rozmowy. To, jeśli wyjadę na wakacje i moje rozmowy poprzez roaming wzrosną powiedzmy do 150 złotych. To wydaje się możliwe, że zapłacę po wakacjach razem z wyższym wakacyjnym rachunkiem dodatkowo jeszcze zaliczkę na kolejny miesiąc. Bo moje średnie zużycie znacznie wzrośnie. Co prawda wszystko ma być ustalane indywidualnie, ale jakoś nie mogę uwierzyć, że nie będzie tego naliczał i pilnował system bilingowy mojego operatora. Bo raczej nie wykonalne jest pochylanie się troską nad każdym abonentem w sytuacji, gdy ich liczba sięga milionów.

Ciekawi mnie jak daleko jeszcze pójdzie to zjawisko obowiązkowych przedpłat na co zużyjemy lub kupimy w przyszłości. Codziennie rano kupuje świeże bułeczki w piekarni na rogu ulicy. Z niepokojem myślę o tym ile czasu potrzeba jeszcze, aby jej właściciel wpadł na pomysł zaliczki na poczet tego, co kupie jutro. Tak na przykład, jeśli dziś kupiłem dwie bułki i rogalika to płace za to, co mam w siatce na zakupy oraz przedpłatę na to, co przewidywalnie mogę zakupić jutro.  I bardzo łatwo można takie postępowanie uzasadnić. Przecież, jeśli ja nie przyjdę jutro po te bułeczki, bo zaśpię to on, piekarz ich nie sprzeda. A jak zapłacę zaliczkę to przyjdę na pewno a jeśli nawet nie, to i tak piekarnia nie straci. Takie myślenie można rozszerzać w nieskończoność. Na komunikacje miejska z zaliczkami na przyszłe przejazdy, z fryzjerem z zaliczką na przyszłe strzyżenie itd. Kapitalizm bez ryzyka, bo za ryzyko już zapłaciłem zaliczkę. Kapitalizm doskonały. Ale, dla kogo doskonały? Bo dla mnie nie.

dziennik pesymistyczny

Czy politycy mnie straszą?

Obublikował pavvel dnia Komentarzy: 0

Zauważyłem że stałem się ostatnio bardzo podatny na straszenie mnie przez polityków, a już szczególnie na straszenie mnie niemieckim zagrożeniem. Jak pisałem tu kilka dni temu, jestem umiarkowanie uczulony na naszych sąsiadów zza Odry, więc jestem też podatny na takie słowa. A tu jak na złość najwyższa osoba w państwie jeszcze te moje obawy potęguje. Prezydent straszy mnie niemieckim zagrożeniem a wtóruje mu bliźniaczo brat, były premier. I jak tu zachować zimna krew.

 W ostatnich dniach zauważam u siebie dziwne zachowania, które są zapewne związane ze słowami prominentnych przedstawicieli PiSu o powszechnym germańskim zagrożeniu. Ostatnio byłem w supermarkecie i zamiast włożyć do wózka z zakupami jedno opakowanie cukru, jak to robiłem zazwyczaj, umieściłem w nim dwa, i tak samo zrobiłem z mąką oraz kaszą. Moja dziewczyna całkiem słusznie zapytała – do wojny się szykujesz? No właśnie, może podświadomie słowa prezydenta i byłego premiera jednak wywarły na mnie jakieś wrażenie.  Jeśli straszy mnie szeregowy polityk opozycyjnej partii no to jeszcze mogę zrozumieć, że jest to retoryka wyborcza i nie ma powodu do niepokoju. Inaczej jest wtedy, gdy o niemieckim zagrożeniu mówi prezydent, najwyższa osoba w państwie, człowiek stojący na czele armii. W tym przypadku mam prawo czuć zagrożenie. Przecież z racji pełnienia obowiązków prezydent ma dostęp do tajemnic i spraw, o których ja nawet nie mam i nie będę miał nigdy pojęcia. Więc możliwe, że o zagrożeniach wie więcej niż ja. I jeśli od czuje się zagrożony to ja tym bardziej mam do tego prawo.

Takie wypowiedzi spowodowały to, że spoglądają na łopatę w sklepie ogrodniczym myślę o kopaniu rowów przeciwczołgowych. I w sklepie żelaznym z namaszczeniem przyglądam się zwojom drutu kolczastego. Przecież jak by, co to musze być przygotowany. Z tego straszenie mnie wyszedł też jeden pozytyw. Odnalazłem na strychu i odkurzyłem mundur po ojcu, którego nie oglądałem latami a teraz mnie jakoś naszło. I zapewne pchany tym politycznie podsycanym strachem ocaliłem byt tej rodzinnej pamiątki.  Może na innych słowa: – Nie chciałbym zaostrzać stosunków z jakimkolwiek naszym sąsiadem, ale chciałem mocno podkreślić, (…), że jestem w Polsce i gospodarzami tej ziemi są i będą Polacy – wypowiedziane na Pomorzu przez prezydenta nie robią tak wielkiego wrażenie. Jak jednak słysząc takie wypowiedzi od razu przypomina sobie przemówienie przedwojennego ministra spraw zagranicznych Józefa Becka, to najsłynniejsze, o tym – że polska od morza odepchnąć się nie da. Co ja mam myśleć, jeśli od przeszło tygodnia słyszę z ust brata prezydenta, kiedyś premiera PR o wielkim zagrożeniu niemieckim dla polski? Jarosław Kaczyński występując ostatnimi czasy w radiowych  Sygnałach Dnia zauważył nawet, że w Polsce znaczna część prasy należy do niemieckich wydawców. Więc może ja czegoś naprawdę nie wiem, bo niby jak mam się dowiedzieć z tej prasy, co to nie jest polska i reprezentuje obce interesy.

– Siły zbrojne są także po to, żeby móc bronić własnego kraju, a do tego muszą być odpowiednio wyposażone, uzbrojone i odpowiedniej liczby – powiedział prezydent. Może to nic nie znaczy a może mam to rozumieć, jako sygnał, aby zbroić się, bo zagrożenie jest realne? Może jest inna interpretacja tych słów, a moja jest nazbyt przesadna. Ale ja naprawdę mam uzasadnione prawo do dyskomfortu. To już prawie retoryka Churchilla z lat wojny. Każdy ma własną wrażliwość a ja mam właśnie taką i naprawdę czuje strach. Albo sobie ten strach wmawiam. To też możliwe. Jeśli jednak to tylko taka wyborcza gra, a gdzieś w głębi duszy mam taką nadzieje i tym uspokajam mój strach, to mówię panom politykom – nieładnie się bawicie.  Bardzo nieestetycznie jest tak straszyć współobywateli.

dziennik pesymistyczny

Wielka siła mydlanych baniek

Obublikował pavvel dnia Komentarzy: 1

Centralny plac mojego miasta wypełniły dziś mydlane bańki. Specjalna maszyna niestrudzenie pracowała wydmuchując przeogromną ilość baniek tak, że już po chwili były dosłownie wszędzie. Mieniąc się tęczowymi kolorami swobodnie wzlatywały wśród przechodniów. Zdawało się, że wypełniły cały ten, na co dzień szary plac napełniając go zwiewną radością i kolorem.

Maszyna wydmuchująca setki tysięcy mydlanych baniek oraz kilku panów z gracja i precyzja tworzących wielkie bańki przy pomocy dwóch patyczków i sznurka to był tylko element obchodów dnia dziecka w moim prowincjonalnym mieście. Ale właśnie ta mała bańka z mydlin żyjąca przez chwile i tym swoim życiem dająca tak wiele radości innym zawładnęła miastem. Dosłownie zmieniając rzeczywistość mojej prowincji. Na festynie dla dzieci było wiele innych atrakcji jak rowery z wielkimi kołami czy dzieci popisujące się umiejętnością żaglowania talerzami. Ale największe wrażenie robiły właśnie te banki mydlane. Ludzie przystawali i zastygali w bezruchu po kilka minut nie mogli oderwać wzroku od wirujących w powietrzu zwiewnych form. I wszyscy wyglądali tak jakby na chwile zapomnieli o swoich troskach przenosząc się wraz z tymi sferycznymi migocącymi tworami w świat dzieciństwa. Tak wielką siłę mają bańki mydlane.

Nawet dwóch strażników miejskich patrolujących śródmieście uległo tej magii. Funkcjonariusze całkiem jak dzieci zaczęli sobie nawzajem, pokazywać co raz to piękniejsze okazy fruwających w powietrzu mydlin. Starsze panie i starsi panowie okupujące ławki przed kościołem wyglądali jakby na chwile przemieści się w czasie, jakby odmłodnieli. Gdy ogarnęła ich chmura z mydlanych baniek. Kilku finansistów z pobliskiego banku wyszło na plac podziwiać tańczące na wietrze tęczowe banieczki. I tak zastygła w zachwycie cała ulica. I tylko, co chwile ktoś się budził z letargu jakby wracając z podróży do własnych wspomnień. Wtedy przepraszająco rozglądał się dookoła … i odchodził do swoich spraw. Ale mam wrażenie, że coś nadal w nim trwało, w niemym zachwycie nad ulotnym pięknem. Jedna osoba znikała za rogiem a już na jej miejscu był kolejny przechodzień oczarowany mydlanym pięknem wirującym w powietrzu.

Zrodziła się we mnie myśl, że jeśli tak wielka jest siła w bańkach mydlanych to warto to jakoś wykorzystać.  Może spożytkować ją, tą mydlaną siłę dla dobra naszego narodu i państwa. Bo jakże pięknie wyglądałyby konferencje polityków, którzy zamiast wypowiadać pełne nienawiści słowa wytwarzaliby dla swych wyborców bańki mydlane. Ja wiem, że czasem to robią tak w przenośni obiecując coś, co potem okazuje się właśnie mydlaną bańką. Ale przecież, po co robić coś w przenośni. O wiele lepiej i uczciwiej jest robić banki z mydlin w rzeczywistości i cieszyć nimi społeczeństwo. Pożyteczniejsze to i ładniejsze. Jeśli tak wielka siła w tym bańkowaniu jest to może zamiast gazów bojowych przeciwko protestującym stoczniowca warto używać maszyn wydmuchujących tysiące mydlanych baniek. Łatwo można sobie wtedy wyobrazić jak policjanci i stoczniowcy zamiast się wzajemnie atakował biegają za bańkami chcąc je schwytać. Idąc wzorem hipisów z ich kwiatkami w lufach karabinów stwórzmy nasz polski zwyczaj pokojowego rozładowania konfliktów – puszczajmy mydlane bańki.

dziennik pesymistyczny

Totalna inwigilacja

Obublikował pavvel dnia Komentarzy: 0

W czasie deszczu dzieci się nudzą, a politycy? Jak tak spoglądam na to, co się dzieje za oknem to myślę, że w czasie obrad komisji przyjazne państwo bardzo lało. Bo tylko nudą lub głupotą można wyjaśnić to, co wymyśliła ta komisja. Dokładnie chodzi mi, o to że z projektu tejże komisji wynika, że w każdym sklepie sprzedającym alkohol będą musiały być zainstalowane kamery nagrywające dokonywanie zakupów. Jako mieszkaniec naszego pięknego kraju jestem przyzwyczajony do tego, że nasi politycy produkują masowo bzdurne ustawy i maja różnorakie dziwaczne pomysły. Ale to tu już chyba gruba przesada.

 

Chyba nie trzeba dodawać, że oprócz kamer właściciele sklepów musieliby też zainstalować wiele dodatkowych urządzeń związanych z monitoringiem tego, co dzieje się przy  tak drastycznej i aspołecznej czynności jak zakup alkoholu. Według projektu, w placówkach handlowych musiałyby znaleźć się urządzenia, które w doskonałej jakości powinny móc zapisywać  obraz a następnie umożliwić rozpoznanie zarówno sprzedawcy, jak i nabywcy. Poza tym w zamierzeniach komisji materiał z inwigilacji powinien zawierać dokładną datę oraz godziny nagrania. Aby nie było tak łatwo i dla podkreślenia tego, że komisja zapoznana jest z najnowszymi technikami szpiegowania, urządzenia rejestrujące powinny być uruchamiane i zatrzymywane bez konieczności ingerencji w proces rejestracji.

 

Z uzasadnienia do projektu wynika, że zainstalowanie kamer w sklepach z alkoholem proponuje się przede wszystkim, dlatego, że łamany jest zakaz sprzedaży alkoholu nieletnim. Jest w tym taka sama logika jak zakaz wychodzenia z domu, bo może nam spaść na głowę cegła. Czy może nakaz noszenia parasola w słoneczna pogodę, bo może przecież padać? Ta propozycja to prawdziwe kuriozum. Bo czy łamanie zakazu sprzedaży napojów alkoholowych osobom nieletnim przez nieuczciwych sprzedawców może być powodem do pociągnięcia do odpowiedzialności zbiorowej wszystkich, którzy sprzedają alkohol a tym bardziej kupują i nie chcą być uwieczniani na taśmach, które nie bardzo wiadomo, kto będzie oglądał.

 

To już krok tylko do montowania na głowach obywateli kamer, które filmowałyby wszystko, co robimy. Przecież może się zdarzyć ze nagle nam coś odbije i postanowimy mordować a tak przecież operator będzie widział, że mamy problem z osobowością i od razu będzie mogły wysłać nam i zaatakowanym przez nasze szaleństwo osobnikom pomoc. Przecież nikt nie może mi zagwarantować, że komisja od przyjaźni państwowej wpadnie i na taki pomysł. Jak widać ich wyobrażania jest nieograniczona. A może tak montować kamery w kioskach gdzie kupowane są papierosy? Przecież każdy, kto choć raz trzymał w rekach paczkę papierosów wie z napisów umieszczonych na nich, jaką to wielką szkodę mogą wyrządzić. A tak przecież będzie można monitorować, kto i kiedy będzie miął już dość i padnie na zawał lub na inna odnikotynową chorobę. I będzie mu można przymusowo pomóc. Jakież to piękne! I zgodne logika komisarzy przyjaźni państwowej. A może jeszcze kamery w samochodach, dlaczego nie, przecież tyle jest wypadków a tak jak operator przy monitorze nadzoru zauważy, że jedziemy niebezpiecznie lub przekroczymy prędkość o 2 km to będzie mógł nam ten samochód unieruchomić dla naszego dobra oczywiście.

 

Naprawdę widać tu, że wielu z posłów czytało książkę Orwella zatytułowaną 1984 ale nie dotarło do nich przesłanie tego dzieła, ale za to zafascynowani zostali opisami totalnego monitoringu. Jak nic wielki Brat jest ich idolem i pewnie sami chętnie zasiedli by przed ekranami, aby zobaczyć, co tam ciekawego robią obywatele. Jak wtedy łatwiejsze byłyby rządy gdyby politycy z komisji wiedzieli wszystko o wszystkich. Ale jak widać polscy politycy nie trącą nadziej, że ten piękny plan totalnej inwigilacji kiedyś się spełni a na razie zmierzają ku tej świetlanej przyszłości malutkimi krokami. Już mamy kamery na każdej ulicy, a teraz będziemy mieli kamery w każdym monopolowym i w każdej restauracji oraz w każdym barze. I jak będę się wybierać do sklepu już w najbliższej przyszłości, aby zakupić pół litra najtańszego środka antydepresyjnego dostępnego w naszym raju nad Wisłą to tylko w kominiarce. Bo jak potem wytłumaczyć mojemu szefowi, że się nie jest alkoholikiem jak dowiedział się od on od kolegi przyjaciela kolegi znajomego, który te filmy ogłada służbowa a wiedzą dzielił się prywatnie, że  już trzy razy w tym tygodniu byłem w monopolowym.

 

 

dziennik pesymistyczny

Ciemność widzę, widzę ciemność

Obublikował pavvel dnia Komentarzy: 0

Dwadzieścia pięć lat temu postanowiliśmy razem z kolegami z podstawówki nie iść do szkoły tylko udać się do kina. Wybór dnia na wagary nie był przypadkowy, bo to właśnie tego majowego poranka miała się odbyć w moim mieście premiera nowego filmu Juliusza Machulskiego Seksmisja.

 

Nie ukrywam, że tym impulsem który gnał nas do kina a nie na lekcje matematyki w szkole był już sam tytuł filmu. Dla nas małolatów słowo seks w nim zawarte było, czymś szczególnym. Nie będę się rozwodził, bo każdy wie, co mam na myśli. Najważniejsze jest to, że jak ustaliliśmy z kolegami tak i zrobiliśmy.  Udaliśmy się do kina na pierwszy seans. Nie mieliśmy złudzeń, co do tego, że po zakupieniu biletów uda nam się dostać na sale kinową. Na seans, który nie był dla nas dozwolony. Ale tu też mieliśmy chytry plan. Kontrolerem biletów w kinie był kolega brata jednego z nas. I tylko dzięki tej znajomości mogłem w gronie kolegów zasiąść na widowni.

 

Tak oto po raz pierwszy zobaczyłem film, do którego wracałem po kilka razy w roku przez te dwadzieścia pięć lat. Nigdy nie opuszczam żadnej telewizyjnej powtórki Seksmisji. A jak nie ma ich zbyt często i czuje niedosyt to mam jeszcze przecież mój ulubiony film na DVD. Dziś całkowicie przez przypadek dowiedziałem się, że polska premiera seksmisji była czternastego maja 1984 i nie chciało mi się wierzyć.  Wielki szok wywołało we mnie to, że to już tak wiele czasu minęło.  Mnie się wydawało, że to tylko kilka lat.

 

Jest tak wiele rocznic, które obchodzimy. To znaczy państwowo są obchodzone, bo już nie koniecznie przeze mnie. Tak wiele dat i tak wiele świąt. A tu prawie nikt nie pamiętał o tak ważnej dacie. Gdzie specjalne seanse w kinach, gdzie uroczyste telewizyjne programy? Nic szczególnego się nie dzieje, a szkoda. Ale jeśli nikt nie pamięta do ja urządzam sobie właśnie dziś prywatne obchody rocznicowe. A od następnego roku będę już, co roku obchodził czternasty maja, jako dzień Seksmisji. Zapytacie, dlaczego to takie ważne? Ano, dlatego że przecież ta komedia sporo wniosła w nasze życie. I nie mówie tu tylko o mojej skromnej osobie. Ale o całym polskim społeczeństwie. Przecież większość listy dialogowej z filmu weszła do mowy potocznej. Czas teraz na przykłady: „Ciemność, widzę ciemność! Ciemność widzę!”, „Miano nas obudzić bez względu na sytuację polityczną. Co mnie obchodzi jakaś wasza wojna?”, „- Kopernik? Też była kobietą!- A może Curie-Skłodowska też?- To akurat nie najlepszy przykład…”, „Nie wytrzymam! Permanentna inwigilacja! No nie wytrzymam!” oraz mój ulubiony „Żeby chłop nie mógł z gołą babą w windzie…”. Kto tego nie pamięta i kto tego nie cytował?

 

No wystarczyło kilka takich cytatów i już czuje, że zaczynam moje prywatne rocznicowe obchody. Jeszcze tyko film do odtwarzacza. A jeszcze jedno przypomniałem sobie. Pamiętacie słowa „Idziemy na wschód, tam musi być jakaś cywilizacja” tak? A wiecie, że nie były zapisane w scenariuszu, lecz Juliusz Machulski podobno wymyślił je dopiero na planie zdjęciowym, podczas kręcenia filmu. A wiecie, że autorem słów „Nasi tu byli”- wygłoszonych po znalezieniu butelki po winie jest Jerzy Stuhr? Jeśli tak to tylko przypomniałem, jeśli nie to już wiecie.

 

I tak oto mam swoje własne święto i mam nadzieje, że wielu z was dołączy się do tego mojego świętowania. Serdecznie zapraszam… na film.

 

dziennik pesymistyczny

Moja prywatna germanofobia

Obublikował pavvel dnia Komentarzy: 54

Kiedyś słyszałem jak w telewizji polski nacjonalista o schludnej króciutkiej fryzurce, ale za to w wielkich czarnych butach nawoływał do zwrotu starosłowiańskiego miasta Berło, które o wieków jest pod germańską okupacja i czas najwyższy żeby powróciło do macierzy. Jakby ktoś się jeszcze nie domyślił, o jakie to miasto chodzi to wyjaśniam, że chodziło temu panu o miasto Berlin. I to mi się właśnie przypomniało przy okazji wojny medialnej miedzy niemiecka partia CDU a polskim PiSem.

 

Gdy Jarosław Kaczyński wyciąga krzyżacką kartę z wyborczej grze to ja zaraz myślę o swoich fobiach. Daleko mi jednak w antyniemieckich poglądach do słynnego polskiego bliźniaka i jego partyjnych kolegów. Jestem uważany przez moich znajomych za człowieka mającego lekką fobie na punkcie Niemców, ale nawet to nie skłoni mnie to zagłosowanie na PiS. Bo to moje nielubienie Niemców jest moje prywatne i nie jest w żaden sposób powiązane z wyborczą – programową niechęcią partyjnych liderów z Prawa i Sprawiedliwości. Jest to jak najbardziej historyczne nielubienie, oparte na moim wychowaniu i na tym, co usłyszałem w dzieciństwie. I nikt, ale to nikt mnie nie przekona, że się mylę.

 

Mam fobie na punkcie Germanów, przyznaje. Jeśli jadę na zachód Europy i droga prowadzi przez Niemcy to za wszelka cenę staram się tak wytyczyć trasę przejazdu żeby ten kraj omijać. A gdy jednak jestem zmuszony przez niemieckie landy przejechać, to staram się tam nie zatrzymywać nawet na chwile. Co czasami pociąga za sobą zabawne sytuacji natury… że tak powiem fizjologicznej. Jeśli w restauracji słyszę język niemiecki to staram się wybrać taki stolik żeby tej mowy nie słyszeć i z nią nie obcować. Jak mam wybór miedzy winem reńskim a francuskim to wybieram to drugie. Nie żebym przepadał, ale nie lubię niemieckiego, bo jest niemieckie. Jak wybierałem dla siebie samochód to nabyłem włoski bo przecież nie niemiecki. I wiele mam takich dziwactw przyznaje. Nie mogę znaleźć takiego uniwersalnego wytłumaczenia mojej niechęci. Jest ona we mnie wdrukowana i tak już chyba na zawsze we mnie będzie siedziała. Ta moja niemcofobia. Nie lubię Niemców i wszystkiego, co niemieckie tak jak się nie przepada… no nie wiem… za szpinakiem na przykład. Tak było, tak jest i tak będzie.

 

Już słyszę głosy oburzenia: jak tak można, to rasizm, to takie nie europejskie. Może i tak jest, ale wolę być  za uwstecznionego politycznie uważany niż wyprzeć się swoich poglądów. Nie będę się usprawiedliwiał, ale napisze, co leży u podstaw tej mojej niechęci do Niemców. Podkreślam niechęci a nie wrogości. Na pewno podstawą jest to, że wychowałem się w kręgu kultury, która od dzieciństwa karmiła mnie obrazami wojny. Wpojono mi jednoznaczny obraz Niemca. Zawsze jak myślę Niemiec, to widzie draba z karabinem w czarnym mundurze SS ziejącego nienawiścią do wszystkiego, co polskie, czyli moje. Poza tym taki obraz utrwalały we mnie wojenne wspomnienia moich dziadków. Jeden był w obozie pracy w Niemczech drugi walczył z okupantem w szeregach Armii Krajowej, więc jaki ja miałem wynieść z dzieciństwa obraz Niemców?

 

Ja swoje germanofobie lubię i dobrze mi z nią. Pewnie nie jest to poprawne politycznie, ale co tam, jeśli oni mogą, ci, zza Odry nas nie lubić to ja też mogę. Ale różni nas to, że ja nie robię z tego sprawy politycznej. To moje nielubienie jest prywatne. A jeśli ktoś gra rewizjonizmem w wyborach jak CDU to nie powinna się dziwić reakcji PiSu. Zawsze tak jest, że jak jest akcja to i jest reakcja być musi.

 

dziennik pesymistyczny

Odkurzanie przed zamknięciem?

Obublikował pavvel dnia Komentarzy: 93

Bardzo cieszę, że na moją prowincje dotarł handlowy wielki świat. W ostatnich latach powstało w moim mieście mnóstwo nowych sklepów. W zasadzie przy głównej ulicy oraz w centrach handlowych jest reprezentacja wszystkich większych sieci odzieżowych. Do tego należy dodać też wiele większych i mniejszych butików.

 

Ale mam jeden dręczący mnie od dawna problem. Taki handlowo – czasowy problem. Jak większość ludzi niestety żeby kupować musze zarabiać, a żeby zarabiać musze pracować i mój pracodawca pragnie mnie widzieć przy biurku miedzy godzina ósmą rano a czwartą popołudniu. Sklepy w moim prowincjonalnym mieście w większości są otwarte do godziny osiemnastej, więc nie pozostaje mi wiele czasu na zakupy. I nic w związku z tym dziwnego, że zjawiam się w sklepach tuż przed ich zamknięciem. Dla ścisłości nie za dwie minuty przed godzina zamknięcia, ale tak przynajmniej za piętnaście minut.

 

I jak typowy klient mam zawsze jakieś wymagania. A to chce coś przymierzyć, a to chce inny rozmiar a to inny kolor i tak dalej. Wielokrotnie w takiej sytuacji jestem poddawany dziwnemu pressingowi ze strony sprzedawców. Na każdy moje pytanie panienka sprzedawczyni odpowiada w westchnięciem albo z ostentacyjnym spojrzeniem na zegarek. Ja rozumiem, że jest ona tu od rana i chce do domu. Ale ja, na Merkurego, ja chce przecież dać jej zarobić i to, że nie mam czasu na zakupy w ciągu dnia nie jest moją winą, więc wolałbym nie czuć się w jej sklepie jak intruz. Takie fochy jakoś zniosę. W końcu każdy, kto wychował się w PRL i pamięta tamta sklepowa rzeczywistość jest na takie zachowanie uodporniony.

 

Ale prawdziwym hitem dla mnie jest odkurzanie w ostatnich minutach pracy sklepu. Panienka lawiruje sobie spokojnie z wyjącym urządzeniem do sprzątania miedzy klientami, co chwile prosząc ich o odsuniecie się, bo chce wyłapać kolejny paproszek na wykładzinie. Jeśli nie ma w sklepie wykładziny to niczym zdrożnym dla nowych ekspedientów jest ostentacyjne mycie sklepowej podłogi. Panienka jedzie mopem po całej powierzchni sklepu. No i co mi pozostaje, ewakuuje się, bo przecież nawet z samego szacunku dla jej pracy nie będę się z butami ładował na świeżo umytą podłogę. Pisze o sklepach z odzieżą, bo poza spożywczymi właśnie te najczęściej odwiedzam. Ale problem dotyczy w zasadzie wszystkich sklepów.

 

Ja rozumie, że nikt nie chce zostawać w pracy nawet minuty dłużej. Ale czy tak trudno zrozumieć, że ja często mam właśnie te piętnaście minut na zrobienie zakupów? I nie chce czuć się jak intruz. Chce coś kupić a tu panienka sprzedawczyni goni mnie z rurą od odkurzacza po całym sklepie, co chwile wyławiając mi z pod nóg paproszki. I jak tu coś kupić w takich warunkach?

 

dziennik pesymistyczny

Emerycka wiedza o ludziach

Obublikował pavvel dnia Komentarzy: 0

Centrum prowincjonalnego miasta. Na ławeczce stojącej na skraju parku siedziało dwóch starszych panów. Wszystkie inne ławki były zajęte i to w większości przez mamy z dziećmi. A takie towarzystwo od zawsze nie wzbudzało we mnie entuzjazmu. Perspektywa odpoczynku na parkowej ławce w cieniu drzew, nawet w towarzystwie dwu emerytów wydała mi się atrakcyjna. Przysiadłem i z racji tego, że panowie mówili dość głośno, a ja nie miałem nic innego do roboty zacząłem przysłuchiwać się ich rozmowie. A właściwie komentarzowi do tego wszystkiego, co wyczytali w lokalnej gazecie. Ściślej mówiąc raczej do tego, co zobaczyli w tytułach i na fotografiach, bo nie wgłębiali się w treści artykułów. Ich rozmowa dotyczyło czegoś innego. Komentowali oni treści zawarte w gazecie poprzez pryzmat swych opinii o autorach. Z wielką łatwością przypisywali oni pochodzenie i poglądy polityczne dziennikarzom i na podstawie tego doszukiwali się w ich tekstach drugiego dna.

 

Z tego mimowolnego podsłuchiwania szybko dowiedziałem się, kto z lokalnych żurnalistów jest ukrytym komuchem, kto zwykłym nieukiem, jakiego to wyznania był ojciec jednej z dziennikarek oraz tego z czyjej kasy opłacany jest pewien redaktor. Nie wytrzymałem, i zapytałem panów o to czy wszystkie te obgadywane przez nich osoby są ich bliskimi znajomymi, bo sądząc po tym, co mówią i co o nich wiedzą tak właśnie jest. Nie usłyszałem odpowiedzi na moje pytanie. Za to z tego, co mówili dowiedziałem się wiele o sobie i o tym, jaka była moja bliższa i dalsza rodzina. Ale tego co usłyszałem nie przytoczę, bo mi za tych panów wstyd. Wstałem i powlokłem się dalej, bo odechciało mi się takiego towarzystwa na parkowej ławeczce. Ale nadal dręczy mnie myśl: skąd oni o tych dziennikarzach tak dużo wiedzieli skoro ewidentnie nie byli z nimi zaprzyjaźnieni? Ja sobie ich nie przypominam a oni o moim pochodzeniu też wiele wiedzieli. Jak to możliwe?