dziennik pesymistyczny

Gdzie libertas i wódeczka jest też awanturka

Obublikował pavvel dnia Komentarzy: 0

Niech żyje wolność, wolność i swoboda, niech żyje zabawa i dziewczyna młoda – jak mówi, przeprasza śpiewa klasyk. Asystent eurodeputowanego z mojego prowincjonalnego miasta chyba zbyt dosłownie zrozumiał nazwę partii, z której w wyborach startował jego pracodawca. Poczuł taką wolność po tym jak jego pryncypał przepadł w wyborach a on stracił prace, że nie pozostało już mu nic innego jak tylko się upić w gronie przyjaciół w biurze poselskim. Taki libertas na całego.

 

Pan asystent Artur K. na wyborcza porażkę zareagował bardzo mocno, bo wódeczka jak wiadomo bardzo mocna być potrafi.  Zareagowali z nim też inni pracownicy biura poselskiego byłego już posła PE w moim mieście. To, że ich chlebodawca nie będzie już nas reprezentował w Brukseli wywołało u nich taki wstrząs psychiczny, że nie pozostało już im nic innego jak tylko tak po staropolsku lub po irlandzku się upić. A jak wiadomo jak człek pijany to i bardziej wylewny w słowach. Więc nic w tym dziwnego, że odurzony alkoholem asystent eurodeputowanego zwymyślał przechodnia, potencjalnego wyborcę za to, że jego zdaniem źle zagłosował a następnie naubliżał interweniującym policjantom.

 

We wtorek, 9 czerwca a więc kilkadziesiąt godzin po oficjalnym ogłoszeniu wyników wyborów do europarlamentu Artur K., asystent w biurze deputowanego zwymyślał przypadkowego przechodnia na deptaku. Mężczyzna początkowo zignorował całkowicie incydent, ale po pewnym czasie wiedziony ewidentnym poczuciem krzywdy postanowił wrócić i wyjaśnić sprawę u źródła. I tam w biurze poselskim doszło do kolejnej awantury. Bo pracownicy i asystent raczyli się właśnie u źródełka, to jest przy gorzałce. Artur K. zaczął szarpać gościa. Na pomoc przyszedł mu współpracownik, który użył gaśnicy. Widocznie chciał zagasić zarzewie awantury.

 

Na miejscu pojawiła się policja. Aby spisać, kto tu pije i co i kto jest agresywny i dlaczego. Funkcjonariusze metodami operacyjnymi ustalili, że wszyscy troje pracownicy biura znajdują się pod wpływem alkoholu. U Artura K. stwierdzono blisko 1,2 promila a jego kolega miał jeszcze więcej – 1,5.

 

Teraz ważna informacja dla środowiska politycznego, z którego wywodzą się działacze. Wśród biesiadników po klęskowych była również kobieta. Bo jak pisałem na wstępie, co to za zabawa i libertas bez dziewczyny młodej.

 

Policjanci zbadali na zawartość również przechodnia, który był trzeźwy. Może w tym fakcie jest źródło nieporozumień miedzy pracownikami biura a ich gościem, bo przechodzień zwymyślany przez nich po prostu nie był dostatecznie lebertas.

 

Pewnie niewielu z nas zdaje sobie z tego sprawę jak wielkie nieszczęścia ściągnęliśmy na innych głosując lub niegłosując w ostatnich wyborach do parlamentu europejskiego. Pamięta się tylko o zwycięzcach. A na prowincji dochodzi to prawdziwych tragedii. Alkoholowych tragedii.

 

 

 

dziennik pesymistyczny

Walka o życie na deptaku

Obublikował pavvel dnia Komentarzy: 4

Centralna ulica mojego prowincjonalnego miasta która, miała być miejscem do spacerów i wypoczynku. Gdzie mieszkańcy mogliby rozkoszować się wypoczynkiem na ławeczkach czy w kawiarnianych ogródkach stała się miejscem walki o byt miedzy pieszymi a kierowcami.

 

Główna ulica mojego prowincjonalnego miasta została zamieniona na deptak już wiele lat temu. Zmieniła się władza w mieście, a nawet ustrój w kraju. Ale jedno się nie zmieniło. Przyzwyczajenia kierowców. Nawet ci najmłodsi, co to nie wyglądają na takich, co mogą pamiętać tą ulice z lat siedemdziesiątych, jako pewna samochodów zdają się tym przyzwyczajeniom mimo wieku ulegać. Deptak ciągnący się przez całe centrum jak sama nazwa wskazuje jest to miejsce do deptania go nogami przez pieszych a nie do jazdy samochodem czy innym pojazdem silnikowym.

 

Dla podkreślenia spacerowego charakteru ulica została wyłożona kamienną kostka i granitowymi płytami na całej szerokości, od kamienicy do kamienicy. Nic to jednak nie pomogło nadal jest to miejsce gdzie rozgrywa się codzienna walka zmotoryzowanych z pieszymi. Nie pomagają zakazy i nakazy, kamery monitoringu, patrole policji i straży miejskiej. Tam zawsze w jakiś przedziwny i magiczny sposób pojawi się samochód lawirujący miedzy przechodniami. I żeby to był jeden samochód, co jakiś czas to jeszcze rozumiem, ale to jest już prawdziwy ruch kołowy. Ze swoimi utrudnieniami, korkami i zatorami. Na deptaku dopuszczony jest, co prawda ruch pojazdów dostawczych oraz aut mieszkańców, ale jest ich tyle, że trudno uwierzyć się tą liczbę tworzą tylko pojazdy uprzywilejowane. Samochodów jest tak dużo że trudno się pieszemu poruszać miedzy nimi. Więc można mieć uzasadnione obawy, że to nie tylko pojazdy posiadające zezwolenie na wjazd poruszają się deptakiem. Co pewien czas przejedzie tam nawet radiowóz służb mundurowych, ale zawsze jakoś tak pospiesznie a nie patrolowo.

 

Strażnicy porządku traktują ten teren jak pole bitwy o prawo i porządek tylko wtedy, gdy rozpocznie się kolejna burza medialna w sprawie pojazdów na deptaku. Jak tylko dziennikarze odpuszczą, odpuszczają też mundurowi. W okresie letnim walka o byt na deptaku nabiera nowego wymiaru. Gdy pojawiają się kawiarniane ogródki zastawiając, co pewien czas duża cześć chodników. Tworzy się przedziwny labirynt korytarzy miedzy ogródkami. Gdzie samochody i piesi przed nimi uciekający skręcają raz w prawo i w lewo w odwiecznej pogoni. Ten, kto przysiądzie na chwile na ławce czy w ogródku przy stoliku może, co prawda może  obserwować zmagania ludzi w maszynach z ludźmi poruszającymi się na własnych nogach. Ale na pewno nie możne tego skomentować ze znajomymi, bo w tym huku silników i pisku hamulców nie można się nawzajem usłyszeń.

 

Taka sytuacja trwa już tak długo, że nie wiem czy kiedykolwiek się skończy jakimś rozwiązaniem. Jest tak bardzo nierozwiązywalna, że mam poważne obawy, że przetrwa dłuższej niż wytrzyma materiał, z którego deptak został wykonany. Mnie zastanawia jedno, jak to jest, że w moim mieście jest tak wielu tych, co to krzyczą o prawie i sprawiedliwość a nie potrafią uszanować zwykłego znaku zakazu wyjazdu. Sadząc po tym jak wielki był na mojej prowincji sukces wyborczy PiSu i jak wiele jest samochodów na deptaku łamiących zakazy jazdy, wielu jest takich.

 

dziennik pesymistyczny

Groszowe zaokrąglenie urzędników

Obublikował pavvel dnia Komentarzy: 1

Jest takie powiedzenie, że dwóch rzeczy można być pewnym w życiu człowieczym: śmierci i podatków. Zapewne tak jest. Ale przekonałem się dziś, że nasze państwo stało się tak zamożne, że nie interesują go już grosze z podatków, lecz tylko pełne złotówki.

Stojąc w długiej kolejce do kasy w urzędzie skarbowym, aby uiścić tam kolejny podatek od istnienia, oddychania czy czegoś tam równie ważnego. Z nudów przeczytałem karteczkę na tablicy ogłoszeń informująca, że: zgodnie z ustawą Ordynacja podatkowa oraz o zmianie niektórych innych ustaw (Dz. U. Nr 143, poz. 1199), wprowadzone zostały w art. 63 Ordynacji podatkowej jednolite zasady dotyczące zaokrąglania. Zaokrąglania groszy do pełnych złotówek. Pomyślałem sobie, że nie jest tak źle z tym naszym państwem. Dotychczas obserwowałem tylko proces zaokrąglania się polityków i urzędników, że tak powiem proces fizycznego zaokrąglania się na naszych podatkach a tu proszę taka nowa inicjatywa. Teraz jest już tak dobrze, że zaokrąglane są też nasze podatki.

Urzędu skarbowego, o którym przez lata myślałem, że jest zdolny do wyrwania z mojej kieszeni nawet ostatniego grosza, teraz właśnie ten grosz już nie specjalnie interesuje. I to od dwóch lat tak go przestały interesować, ten mój grosik. Od 1 stycznia 2006 roku kwoty płaconych podatków zaokrągla się w urzędzie skarbowym do pełnych złotych w ten sposób, że: końcówki wynoszące mniej niż 50 groszy pomija się a końcówki wynoszące 50 i więcej groszy podwyższa się do pełnych złotych. I zasadniczo wychodzi na jedno, bo statystycznie zapewne jest tak ze tych, co zaokrąglają do dołu jest tyle samo, co tych zaokrąglających płatności do góry. Więc niby wszystko poprawnie i sprawiedliwie. Ale mnie dziwi takie państwo, dla którego nie jest ważny każdy grosz, lecz liczą się tylko pełne, okrąglutkie złotówki.

Niby jest tu oszczędność, ale wizerunek oszczędnego państwa jakoś przy takim sposobie liczenia wypada blado. Tylko statystycznie jest dobrze. No i może jakiś komputer czy pani łatwiej te nasze podatki policzy. Tyle jest ostatnimi czasy mówienia polityków i urzędników o każdym groszu, że kryzys, że oszczędność a tu proszę. Grosz mój się jakoś tak nie bardzo urzędowi podoba.

No dobrze, może się i czepiam, ale taki przykład z dzisiejszego dnia. Natchniony wynalazkiem urzędu skarbowego kupując pietruszkę w sklepie przy kasie zaproponował zaokrąglenie na moja korzyść, czyli o czterdzieści dziewięć groszy. Pani sprzedawczyni popatrzyła na mnie dziwnie i oczywiście się nie zgodziła. Nawet wtedy nie wyraziła zainteresowania zaokrąglaniem, gdy zaproponowałem, że jutro wykonamy zaokrąglenie odwrotne w górę do pełnych złotych. Powiedziała, że dla niej liczy się każdy grosz. Dla niej tak i dla wielu też się liczy, ale dla państwowej instytucji już chyba nie tak bardzo.

Jeśli dla państwa polskiego takim problemem są grosze to, po co je mamy w naszym systemie monetarnym. Niech pozostaną tylko złotówki. Wtedy odejdzie problem groszowych zaokrągleń. Choć obawiam się, że wtedy będziemy zaokrąglać do dziesięciu złotych lub stu złotych. A prekursorem w tej dziedzinie znów będzie urząd.

dziennik pesymistyczny

Wystarczy być… ekscelencją

Obublikował pavvel dnia Komentarzy: 0

Wczoraj radni mojego prowincjonalnego miasta jednogłośnie przyjęli uchwałę w sprawie nadania honorowego obywatelstwa pewnemu arcybiskupowi. Jeśli ktoś w tym miejscu pomyślał, że duchowny czymś szczególnym zasłużył się dla mieszkańców miasta zdecydowania się myli. Aby dostać honorowe obywatelstwo wystarczyło po prostu być. Wystarczyło być biskupem kościoła katolickiego i przynajmniej przez kilka lat mieszkać w mieście. I już radni nadają honory.

 

Jeden z radnych nawet próbował uzasadnić nadanie tego wyjątkowo naciąganego honorowego obywatelstwa i zapewne wielu przekonał, o czym świadczy jednomyślność radnych przy głosowaniu. Nie wielu czytelników uwierzy, że wystarczy być zesłanym przez Watykan do administrowania diecezją kościoła na prowincji, aby radni miasta na prowincji tak się tym faktem zachwycili, że nadali biskupowi tytuł honorowego obywatela, gdy tylko się dowiedzieli ze ekscelencja wyjeżdża z miasta. A jednak okazuje się że to wystarczy. Ale dla przyzwoitości pozostało jeszcze to nadanie jakoś uzasadnić. O to zadbał pewien radny, który w swej laudacji starał się usilnie wymienić, kilka zasług biskupa dla miasta. Wymienił kilka i dodał, że to nie wszystkie. Szkoda, że nie wymienił wszystkich, bo nie było ich aż tyle żeby zajęło to więcej czasu na nadzwyczajnej sesji.

 

Wymienione zasługi ekscelencji dla mieszkańców mojego miasta mieszczą się dokładnie w ramach jego kościelnych obowiązków, szerzenia wiary oraz czynności administracyjnych, jakie powinien spełniać biskup kościoła w swej diecezji. Nie były czymś nadzwyczajnym a raczej czymś zupełnie normalnym dla posługi kościelnego hierarchy. To mniej więcej tak jakby z urzędu nadawać honorowe obywatelstwo każdemu urzędnikowi miejskiemu, który choć raz wydał decyzje, która przyczyniła się to tego, że coś tam w mieście wybudowano czy utworzono. A to, co uczynili radni jest dokładnie takim uznaniem dla samego uznania. Radny w swej mowie przekonywał, że jego ekscelencja w okresie swej siedmioletniej posługi nawiązał wyjątkowo dobre stosunki z gmina. To na prawdę odkrywcze i wyjątkowe! Tak jakby gdzieś w tym kraju od dwudziestu lat nie były one dobre a wręcz znakomite. Czy moje miasto osiągnęło jakiś wyższy poziom wyjątkowo dobrych relacji państwo – kościół?  Radny przedstawił też na sesji życiorys arcybiskupa, przypominając miedzy innymi jego ingres z roku 2002, któremu przewodniczył ówczesny kardynał a dziś papież. Faktycznie to wielka promocja miasta, zapewne wielu na całym świecie dowiedziało się wtedy o istnieniu mojego prowincjonalnego miasta. Jakoś trudno w to jednak uwierzyć.

 

Na uroczystej sesji przypomniano też podobno liczne przedsięwzięcia, które biskup wdrażał dla dobra współmieszkańców. Sztandarowymi przykładami wyjątkowości biskupa było według radnego utworzenie ośrodka edukacyjno-charytatywnego na jakieś wsi leżącej ponad trzydzieści kilometrów od mojego miasta (!). Tak to na prawdę wielki i godny nagród wszelakich wyczyn. Ekscelencja podobno też własnoręcznie utworzył diecezjalny ośrodek duszpasterstwa akademickiego oraz uruchomienie centrum myśli Benedykta XVI w mym mieście. To ostatnie mnie nie dziwi, bo jako hierarcha kościelny, biskup od zawsze był blisko związany z obecnym papieżem. Ale jak do wpłynęło na codzienne życie mieszkańców miasta, nie wiem i pewnie nie wielu wie. Choć niewątpliwie wiedzieli o tym radni. Ale czy te wszystkie inicjatywy nie są tylko i wyłącznie związane z szerzeniem wiary? Gdzie tu dobro dla laickiego miasta? Nie wszyscy obywatele w mym grodzie to głęboko wierzący katolicy. A wszystko, co uczynił biskup było związane bardzo ściśle z kościołem i przyniesie, oby, korzyść raczej tylko wierzącym. A honorowe obywatelstwo nie powinno być przyznawane osobie, która nic poza tym, co wypadało jej czynić z racji zajmowanego w kościele stanowiska czyniła.

 

Honorowych obywateli jest w moim mieście tylko siedemnastu, a mam wrażenie z ten ostatni dostał je tylko, dlatego że trzeba, bo było czymś na zakończenie jego mieszkania w moim mieście nagrodzić. Co mu radni i prezydent dać mieli? Obraz? Książkę?  Nie wypada. A honorowe obywatelstwo wydawało im się odpowiednie. Ale przez to ten honor stał się tylko prezentem na odchodne dla biskupa. Taką pamiątką z miasta, które opuszcza dla watykańskich stanowisk. Kilku urzędników wpadło na dziwny pomysł. I go sobie zrealizowało. Pewnie wielu z radnych nie glosowałoby w zwykłych okolicznościach za nadaniem honorowego obywatelstwa. Ale jak tu w katolickim kraju, przy takich powiązaniach państwa i kościoła głosować przeciw. Głosowano, więc jednomyślnie, bo biskupowi się w tym kraju niczego nie odmawia a wręcz daje. Więc mu nadali.

 

 

dziennik pesymistyczny

Plac pełen pomników

Obublikował pavvel dnia Komentarzy: 0

W moim mieście postanowiono postawić dwa nowe pomniki. Nie powinno mnie to dziwić, bo na mojej prowincji stawianie pomników to już prawdziwe hobby władzy. Praktycznie, co jakieś rok lub dwa powstaje nowy pomnik. Trzeba przyznać, że nie zawsze jest to rzeźba stawiana za miejskie pieniądze, że bardzo często jest tak, że to jakiś komitet działający na rzecz pomnika zbiera fundusze i potem stawia pomnik. Ale zawsze jest to robione na miejskim terenie i w miejskiej przestrzeni a magistrat w ten czy inny sposób zawsze się to takich inicjatyw kilku osób dokłada. Czyli na przykład wydaje pieniądze na zagospodarowanie terenu wokół statui ku czci. Czyli tak naprawdę wykłada z miejskiej kasy po kilkaset tysięcy na rzecz nowego pomnika. No i zawsze władza bierze czynny udział w wydawaniu pozwolenia na budowę i w odsłanianiu gotowego pomnika.

 

Najwyższym przejawem działalności pomnikotwórczej jest w moim mieście plac który kiedyś nosił miano placu Zwycięstwa. Dla podkreślenia stanu tegoż zwycięstwa z 45 roku po jego środku stał pomnik wdzięczności za do zwycięstwo. I tak stało sobie to dzieło przez lata. Pod względem artystycznym było bardzo ciekawe, ale pod ideowym względem nie bardzo poprawne. Stał pomnik przez cały okres PRLu. Aż do zwycięstwa nowej polski gdzie na fali zmian znikła i nazwa placu i sam pomnik. Potem przez lata plac niszczał a co jakiś czas gazety donosiły o nowym pomyśle upamiętnienia pomnikiem jakiegoś wydarzenia czy osoby związanej z miastem właśnie postawienie pomnika na tymże placu.

 

Przez ostatnie dwadzieścia lat wiele się tam zmieniło. Po PRLowskim pomniku została tylko piaskowa rozpadlina. Chodniki i murki otaczające plac rozpadły się zupełnie. Teraz plac nosi nazwę upamiętniającą dawną dynastie królewską. I niewątpliwie to zainspirowała kilku obywateli moje grodu do postawienia tam pomnika króla należącego do tej właśnie dynastii na placu nazwanym jej imieniem. Wysilając się znacznie można nawet zrozumieć, że król z odległych czasów na jakiś tam z moim prowincjonalnym miastem związek i można to upamiętnić w ten sposób. Więc niech sobie tam pomnik stanie i stoi.

 

Ale na tym twórczość pomnikowa radnych i prezydenta miasta nie ustała. Na tym doświadczonym przez czas i ludzi placu nie stanie tylko jednego pomnik. Będą tam dwa obeliski. Ten drugi też jest jak najbardziej poprawny i trudno się nie zgodzić z tym, że jest potrzebny. Ma on ma upamiętniać żołnierzy AK.

 

Więc już dwa na jednym placu. Można wykazać się jeszcze większym zrozumieniem dla działalności pomnikotwórczej radnych i to też zaakceptować. Ale właśnie przeczytałemw lokalnej prasie, że ten plac jest brany pod uwagę jako miejsce pod trzeci pomnik. Ten miałby z kolei upamiętniać protesty robotnicze. Czyli idea upamiętnienia pomnikiem tych wydarzeń  jest najzupełniej poprawna i słuszna. I najzupełniej słuszne wydają się w tej sytuacji  moje obawy, że może dość do sytuacji gdzie na niewielkim placu staną trzy pomniki. A jak znam radnych mojego miasta to może nie być ich ostatnie słowo w sprawie pomników na tym placu. Można przyjąć jako pewnik, że ktoś z nich wcześniej czy później wpadnie na pomysł kolejnych pomników. Staniemy się wtedy miastem o największej ilości pomników na metr kwadratowy. To już prosta droga do postawienia pomnika temu, kto wpadł na pomysł zapomnikowania miasta. Niby wszystko poprawne i słuszne, ale jakaś tak dziwnie.

 

 

 

dziennik pesymistyczny

Niech się świeci Długi Weekend

Obublikował pavvel dnia Komentarzy: 0

Dziś święto Bożego Ciała i dla wielu początek długiego weekendu. Dla tych wierzących to święto łączące się z duchowym przeżyciem a dla tych nie bardzo wierzących, to tylko dzień wolny od pracy. Dla tych drugich może to i mało przy wymiarze duchowym, ale jednak ważny to dzień, bo jest początkiem kilku dni wolnych. Jakie to szczęście niepojęte, że żyjemy w takim kraju gdzie może i brakuje wielu rzeczy i w kilku sprawach państwo nam niedomaga, ale za to naród ma wiele wolnych od pracy dni. Są w całym roku święta kościelne, są też święta państwowe, ale najważniejsze jest to żeby te dni wolne ustawiły się tak w kalendarzu jak dziś. Czyli żeby świetno wypadało w połowie tygodnia i dawało się stworzyć dzięki temu długi weekend. Tak żeby świętować nie jeden, nie dwa dni, lecz przynajmniej trzy lub cztery. Nie ważne, jakie to święto obchodzimy aktualnie. Ważne, że stanie się ono pretekstem do leniuchowania. Przecież można do kościoła iść rano a potem już wolne. To jak święto dające impuls do nadzwyczajnego urlopu się nazywają i co tam, dla kogo znaczą nie zawsze jest dla wielu z nas sprawa kluczową. Najważniejsze żeby wyrwać się z kieratu pracy na te kilka dni.

 

Jestem naprawdę wdzięczny polskim parlamentarzystom, że nie tylko utrzymali takie święta jak dzisiejsze, ale nawet dodali więcej kościelnych i państwowych świat do kalendarza czyniąc je dniami wolnymi od pracy. W takie dni lenistwa jestem daleki od utyskiwania na rozdzielność państwa i kościoła, nie obchodzi mnie ekonomiczny wymiar tego że nikt nie pracuje. Kryzys nie kryzys. Ja ma dziś dzień wolny od pracy i to mnie cieszy najbardziej. Dlatego apeluje. Posłowie! Nie ustawajcie w tym czynieniu dobra. Naród chce więcej świąt. Chcemy więcej wolnych długich weekendów. To nie jest z mojej strony żaden sarkazm, ja naprawdę jestem z posłów i decydentów dumny. Raz im się coś udało. Dali narodowi to, na co cały naród czekał. Dali wolne i powód do świątecznego leniuchowania. I z tego miejsca bardzo im za to dziękuje. Apeluje, nie ustawajcie w wysiłkach panowie posłowie. Niech przynajmniej raz w miesiącu będzie jeden długi weekend. Dajmy przykład europie. Niech nasze szczęście się rozprzestrzenia. Niech Wolne Długie Weekendy od dziś na świecie noszą miano polskich weekendów.

 

dziennik pesymistyczny

Kto gdzie stoi i dlaczego to wstyd

Obublikował pavvel dnia Komentarzy: 0

Prezes Prawa i Sprawiedliwości największej partii opozycyjnej zaatakował słownie podczas konferencji prasowej dziennikarza radia ZET. Jarosław Kaczyński nie tylko odmówił odpowiedzi na pytania reportera rozgłośni radiowej, ale pozwolił też sobie na uwagę o tym, że wstydziłby się pracować w takim radiu. To nie koniec a w zasadzie początek. Następnie były premier wypowiedział słowa, w których podzielił polaków na tych lepszych związanych z prezesem i tych wszystkich innych odmieńców, którzy pozwalają sobie na inne zdanie.

 

To nie pierwsza światła myśl prezesa na temat podziału w polskim społeczeństwie, na tych związanych z prezesem PiS, czyli dobrych i tych złych, czyli pozostałych. Raczył on już tę granice wyznaczyć w swojej poprzedniej słynnej wypowiedzi: – My stoimy tu, gdzie stoczniowcy. Oni – tam, gdzie stało ZOMO. Po słowach o stoczniowcach i ZOMO myślałem czasem, że to tylko taki wybryk lub wpadka. Że to może tak czasem się prezesowi wyrwie. Że szybciej powie niż pomyśli. No tak już mam, że czasem tłumacze oczywiste oczywistości na korzyść nawet tych, co na to nie zasługują. Ale wczorajsze słowa na konferencji prasowej skierowane do dziennikarza radia Zet utwierdziły mnie w przekonaniu, że prezes PiSu naprawdę wie, co mówi. On naprawdę tak myśli. To, co powiedział wczoraj Jarosław Kaczyński jest raczej kontynuacją wyznaczania przez tego polityka linii podziału na poprawnie myślących i wszystkich innych. Poprawnie, czyli tak jak myśli prezes. Jest on zapewne przekonany, ze wróg czai się za każdym rogiem ulicy. A on jest tym ostatnim sprawiedliwym w mieście bezprawia. Bo jak można inaczej zinterpretować słowa: – Zawsze w Polsce były dwie grupy. Ta z AK i ta z innych środowisk. To jest wyraźne wskazanie na to, że jest określony wróg w Polsce, że nikt, kto nie myśli o Prawie i Sprawiedliwości, jako o swojej partii nie ma prawa do patriotyzmu. To już krok do tego żeby powiedzieć, że nie ma prawa być polakiem, kto nie myśli jak prezes. Że powinni się wstydzić ci wszyscy, co mają inne poglądy, bo za inne przekonania polityczne mogą stać się nie godni związków z chlubnymi narodowymi tradycjami. W kontekście słów Jarosława Kaczyńskiego zastanawiam się czy to, że moi przodkowie walczyli w AK daje mi prawo do tego żeby czuć się stojącym po stronie przodków, czy zgodnie ze słowami prezesa moje miejsce jest po drugiej stronie barykady, bo jego poglądy i przekonania nie są moimi. To taki monopol na prawdę i patriotyzm.

 

W jakim świecie trzeba żyć żeby cały czas szukać wroga. Jak nie Niemca, do zomowca, jak nie tego ostatniego to wrogiego układu. Zawsze jest jakiś wróg, jak go nie ma to trzeba go na sile stworzyć. Kto nie jest z nami to jest przeciw nam. A ja myślałem naiwny, że z końcem totalitaryzmu nie usłyszę już więcej słów o tym, że ktoś może być inny tylko, dlatego że jego poglądy na świat są inne. Bo słowa o wstydzie i następnie słowa o podziale jasno pokazują, że dla prezesa wstydem jest myśleć inaczej niż on sam myśli. To naprawdę niebezpieczne dopuścić takich ludzi do władzy. Może idę w swoich rozważaniach za daleko, ale mam uzasadnione powody sądzić, że takie słowa mogą być początkiem podziałów tak wielkich, że ktoś zmusi mnie w końcu albo do emigracji albo do noszenia opaski podkreślającej moje nie zgodne z linią partyjną myślenie. Aby jasno było wiadome, kto gdzie stoi i co w związku z tym myśli.

 

dziennik pesymistyczny

Kryminalno – polityczne cukierki i kotki.

Obublikował pavvel dnia Komentarzy: 0

Jest w Polsce pewna aktorka, która gdzieś tam podobno występuje, ale prawdziwą sławę i rozpoznawalność zdobyła w polityce. Nie, nie została zawodowym politykiem, nie pochłonęła ją tradycyjna działalność polityczna, nie jest bowiem posłanką, nie jest też działaczką – jest nadal aktorką i jej związek z światem polityki to reklamy polityczne. Raz zagrała w spocie Platformy a raz w spocie PiSu. I to wszystko. Czyli dwie dobre role, co dwa lata. To nie taki zły wynik jak dla aktorki. Nikt lub prawie nikt nie pamięta lub po prostu nie zna innych ról tej pani, ale prawie każdy zna ją z reklam partii politycznej. A dziś od rana jestem atakowany nową rolą tej pani, teraz jest oni ofiarą. Ofiara pobicia, piątkowego tuż przed wyborczego pobicia. I już na prawdę nie wiem, czy to, co słyszę z ust aktorki w dramatycznym nagraniu telewizyjnym w TVN24, o jej pobiciu przez nieznanych sprawców to jakąś kolejna odsłona działalności polityczno – aktorskiej, czy naprawdę zdarzyło się jakieś nieszczęście. Czy ją pobito i jest to godny potępienia wybryk chuligański, czy też jest to próba pozostania dłużej na tej reklamowo – politycznej scenie. Ile w słowach tej pani jest prawdy a ile jest tylko promocji własnej osoby.

 

Wszystko to jest jakieś takie dziwne, a ja nie bardzo mogę sprawdzić, no bo niby jak, tych wszystkich doniesień medialnych. A więc zmuszony jestem oprzeć się na tym, co słyszę i widzę w publikatorach. Nie mogę, bo możliwości mam ograniczone, sprawdzić co tam się naprawdę wydarzyło. Czyli jestem w sytuacji takiej jak miliony innych. Jak na razie wszystko to, co do mnie dociera poprzez media niezmiernie mnie dziwi i jednocześnie zaciekawia. Z jednej strony jak tu nie wierzyć kobiecie, która płacząc opowiada o tym jak to została brutalnie pobita przed swoim domem gdy wybierała się po karmę dla swych kotów. Współczuje jej, tak po ludzku. A jednocześnie nie bardzo mogę zrozumieć sens jej wypowiedzi. Niby wszystko zdarzyło się w piątek i pamięć ją teraz czasami zawodzi. Pani nie bardzo może opowiadać o swych traumatycznych przeżyciach  a jednak to robi na antenie telewizji informacyjnej, na żywo. W rozmowie telefonicznej z dziennikarzem, co raz przerywa wypowiedz długimi pauzami i spazmatycznym szlochem. Doskonale pamięta szczegóły, ale nie samego napadu a wydarzeń które nastąpiły po nim. Słyszę z ust aktorki, że nie może przypomnieć sobie ani wieku ani wyglądu napastników a następnie mówi ona o swej doskonalej pamięci wzrokowej. Pamięta doskonale, że policja jej nie pomogła, że lekarze nie chcieli udzielić pomocy, że nikt nie dał jej w szpitali pisemnego zaświadczenia o stanie zdrowia. Pamięta, że napad to wynik jej gry aktorskiej w spotach politycznych. Ale nie pamięta nawet ilu było napastników. Pani opowiada o tym, że chciała wezwać prywatnego lekarza na miejsce pobicia. Ale nikt nie chciał. Dziwne. Przecież chyba dla każdego oczywistym jest w takich chwilach wezwanie po prostu – karetki pogotowia.

 

Słyszę o groźbach karalnych, obraźliwych sms-ach i e-mailach z pogróżkami. Potem nagle słyszę ze zdziwieniem, że policja na początku nie chciała przyjąć zgłoszenia o pobiciu od aktorki, ale dzięki temu, że skontaktowała się ona z mediami teraz odbędzie się spotkanie policją. Słyszę, że nie dostała ta pani żadnych papierów w szpitalu zaraz po udzieleniu jej pomocy w dniu pobicia, a potem słyszę, że na obdukcje lekarską wybiera się dopiera się dziś. Dlaczego dopiero we wtorek? Przecież wiele mogło się wydarzyć od piątku z jej zdrowiem? Wszystko to jakieś takie zamotane. A już dokumentnie mnie dobiło i jest to medialny cukiereczek, gdy usłyszałem w telewizji, że pani ta udzielała podobno w weekend, czyli już po rzekomym pobiciu wywiadów stacją telewizyjnym. I jak będę się mógł przekonać na zdjęciach wcale nie wyglądała na ofiarę pobicia oraz nic o tym przykrym dla niej zapewne incydencie nie wspomina przed kamerami. Czy na jej pamięć miał wpływ wynik wyborczy? I teraz gdy wyniki już są znane nagle powrócił ból i powróciła pamięć piątkowych zajść? Pamięć jednak nie całkowita, jak już pisałem powyżej.

 

Za dużo jest tu pytań, za mało odpowiedzi. Jak w amerykańskim serialu o zagadkach kryminalnych. Mam nadzieje, że do wieczora dziennikarze niczym agenci federalni z serialu wszystko wyjaśnią. Nie mogę się już doczekać finału, albo raczej kolejnego odcinka, bo w szybki koniec tej historii nie wierze. Od rana dziennikarze zapowiadają, że wieczorem poznam kolejne prawdy. I tak nabiera tempa ta polityczna opera mydlana, ale tym razem jest tam przynajmniej zawodowa aktorka w roli głównej.

 

 

dziennik pesymistyczny

Niegłosowanie jako postawa polityczna

Obublikował pavvel dnia Komentarzy: 0

We wczorajszych wyborach do Parlamentu Europejskiego frekwencja w Polsce według szacunkowych danych nie przekroczy dwudziestu pięciu procent. W moim prowincjonalnym mieście nie przekroczyła nawet dziewiętnastu procent. Nie wszystko da się wytłumaczyć tylko i wyłącznie nie dojrzałością polskiego społeczeństwa. Niegłosowanie stało się już u znacznej części obywateli świadomym wyborem politycznym, którego tylko politycy nie chcą zauważyć i zanalizować.

Postawa społeczna, jaką jest brak udziału w głosowaniach jest wyrazem niechęci znacznej części społeczeństwa to systemu wyborczego jak i do samego państwa jako takiego. Państwa rozumianego jako władza. Polacy coraz częściej nie identyfikują się z klasa polityczna i nie chcą udziałem w wyborach legitymizować władzy, z która nie czują więzi. Narasta w Polsce poczucie, że wszystko, co się dzieje w aparacie państwowym jest czymś zdecydowanie różnym od tego, co dzieje się na nizinach życia społecznego. Jeśli ktoś nie ma zaufania do władzy to nie ma też zaufania do samego sposobu wyborów. Jeśli nie ma w obywatelach poczucia związku miedzy aparatem państwowym a ludźmi to nie ma w tym nic dziwnego, że społeczeństwo nie chce brać udziału w tym, co jest dla niego tylko częścią politycznej gry.

Nieuczestnistwo w wyborach nie jest jakimś nowym zjawiskiem to proces narastający. Nawet w pierwszych wolnych wyborach z 1989 roku frekwencja wyniosła tylko około 62 procent. I od tego dnia przy każdej okazji wyborczej udział głosujących systematycznie spada. Jest to już, więc zjawisko trwałe i niezmiennie pogarszające się. Występuje w Polsce jaskrawo widoczny podział na dwudziesto-kilku procentową mniejszość głosującą i przytłaczającą większość nie chcącą z tym mieć nic wspólnego. Oczywiście nie można zapomnieć o kilku procentach ludzi, którzy płynnie przechodzą od głosowania do absencji i odwrotnie.

Dlaczego nie głosujemy? Czasami, dlatego że nie bardzo nam się chce. Ale niechcenie zawsze jest czymś spowodowane. Najczęściej poczuciem wyobcowania ze spraw politycznych. Mechanizm jest prosty, jeśli państwo – władza nie zapewnia nam choćby minimalnych możliwości godnego życia ekonomicznego to jak my możemy się z nim identyfikować. Jeśli postrzegam państwo głównie jako system represyjny oraz fiskalny to jak mam dawać legalizacje takiemu tworowi poprzez wybory. Jeśli oglądamy w telewizji polityków, którzy w sposób jawny obnoszą się ze swym bogactwem to jak mamy czuć z nimi łączność, jeśli sami żyjemy w nędzy lub te ubóstwo współobywateli widzimy w koło nas.

Postrzegamy często wybory, jako taką zabawę bogatych. Gdzie nasz udział ogranicza się tylko to wybrania tego kto nas bardziej ujmie spotem reklamowym czy uśmiechem z billbordu niż szczerą rozmową o swym programie politycznym. System wyborczy gdzie pieniądze są podstawą udziału w grze wyborczej jest dla wielu z nas nie do przyjęcia. Przecież przeciętny obywatel nie ma najmniejszych szans na to żeby bez żadnego wsparcia finansowego mieć choćby minimalne szanse wyborcze. Można iść do wyborów razem z bogatą partią polityczną zasiedziałą w państwowym systemie, ale wiąże się to z przyjęciem na siebie pewnych zobowiązań a nie zawsze wszyscy chcą się wiązać z czymś, czego nie akceptują. I tak nie znajdując swych przedstawicieli na listach wyborczych nie bardzo chcemy głosować. No, bo niby, na kogo?

Nie można jednak zgeneralizować w jedną postawę wszystkich niegłosujących obywateli nie jest ona jednorodna. Wśród niegłosujących są przedstawiciele wszystkich warstw i grup społecznych. Istnieje taki wielokrotnie powtarzany przez media pogląd, że osoby nie biorące udziału w głosowaniu do przeważnie ci, którzy są mniej wykształceni w odróżnieniu o tych bardziej wyuczonych głosujących. Jeśli nawet tak jest to można to tłumaczyć tym, że ci lepiej wykształceni to w większości ludzie, którzy są poprzez prace i zajmowane stanowiska społeczne bardziej związani z państwem jako strukturą wzajemnych powiązań. Mają z tym państwem interesy, więc nic dziwnego, że czują się zobowiązani legalizować jego poczynania poprzez udział w głosowaniu. Ci, co poprzez biedę i bezrobocie nie mogli i nie mieli szans wykształcić się i tym samym powiązać swój los z państwem nie czują się z nim siła rzeczy związani i nie chcą mieć z nim nic wspólnego. Tym swoim niegłosowaniem właśnie pokazują to ze interesują się państwem w takim samym stopniu, w jakim to państwo nie interesuje się nimi.

Jeśli częściej głosują ludzie starsi oraz ci, co idą po raz pierwszy na wybory jest to łatwe to wytłumaczenia. Ci pierwsi głosują, bo tak już robili przez większość życia. Lub, dlatego że tak im mówią ich nakazy religijne. Gdzie władza i jej poczynania są traktowane jako nakaz, boski prawie. A nie głosowanie jest dla nich zerwaniem z tradycją. Młodzi zaś głosują, bo to coś, co mogą zrobić po raz pierwszy w życiu, więc po prostu to czynią bo już mogą.

Jeśli przyjmiemy założenie, że ten, co nie głosuje to przede wszystkim niedouczony i biedny obywatel to jak wytłumaczyć zjawisko niegłosujących, którzy są osobami całkiem nieźle wykształconymi, dobrze sytuowanymi, o sprecyzowanych poglądach ekonomicznych, ale inaczej rozumiejących demokrację. Wśród ludzi niegłosujących jest ich znaczna liczba. Tu już nie można mówić o niedojrzałości, czy głupocie, bo i taką opinie słyszałem, lecz o świadomej postawie politycznej. To obywatele, którym nie odpowiada taki rodzaj sprawowania władzy i nie odpowiada im też na przykład ordynacja wyborcza oraz sposób liczenia głosów. I nie widza możliwości zmian poprzez udział w tym, co im nie odpowiada. W polskim systemie politycznym nie znajdują oni dla siebie miejsca. Nie ma dla nich ofert wśród uwłaszczonych partii politycznych ani nie widzą możliwości przebicia się ze swoimi poglądami w taki systemie ordynacji wyborczej. Czyją się oni wyobcowani ze świata polityki, że świata państwowego. Wiążą ich z państwem przeważnie tylko podatki, które płacą a wszystko inne w nieznacznym tylko stopniu. Maja oni poczucie, że nawet jak zagłosują to ich realny wpływ na sytuację swą własną oraz współobywateli pozostanie niewielki.

Otwartym pozostaje, więc pytanie, jaka jest legalność przedstawicieli narodu w parlamencie europejskim, jeśli siedemdziesiąt pięć procent obywateli polski nie poparła żadnego z polskich kandydatów. Jest więc teraz sytuacja, w której nowi europosłowie mogą występować w Brukseli tylko w imieniu tych 25 procent Polaków, swoich wyborców którzy głosowali. Coś tu jest wyraźnie nie tak jak być powinno.

dziennik pesymistyczny

Walka młodych a kombatanctwo

Obublikował pavvel dnia Komentarzy: 2

W ciemnych latach PRL-u, jak byłem jeszcze dzieckiem, przeżyłem mój pierwszy raz z polityką. A dokładniej, ja i mój przyjaciel z dzieciństwa dostaliśmy lanie od milicjantów za rozklejanie plakatów z wrogim ustrojowi napisem: dawka trucizny. Tłumaczącym powszechnie wtedy rozpoznawalny logotyp dziennika telewizyjnego DT tak właśnie. Lata były ponure a my byliśmy dzieciakami, milicyjne razy niebolesne, ale jakże bohaterski wydawał się nam oraz naszym kolegom z podstawówki ten czyn.

 

Minęły lata i teraz powróciły myśli o tym bardziej szczeniackim wybryku niż o przemyślanym działaniu opozycyjnym. A wszystko, dlatego że jak się dowiedziałem, jeden z moich kolegów prawie mój równolatek ma być podobno odznaczony orderem za działalność opozycyjna.  Co prawda nie chodzi tu o taką powiedzmy dziecięcą działalność polityczna jak moja z tymi plakatami, ale już o taka bardziej świadomą z końca lat osiemdziesiątych. Gdzie on, mój kolega oraz ja byliśmy już nastolatkami. I jak każdy nastolatek, nie inaczej jest chyba dziś, chcieliśmy zmienić świat. A że świat się akurat zmieniał na naszych oczach do nie pozostawało nic innego jak się to tego zmieniania przyłączyć.  Mój kolega działał w konfederacyjno – niepodległościowej organizacji, która w tym czasie na mojej prowincji wiodła prym w działalności opozycyjnej. To znaczy była najbardziej widoczna. I to może właśnie za sprawa młodych ludzi, którzy stanowili jej zaplecze i jednocześnie byli najbardziej widoczni i odważni na wiecach i demonstracjach. Ja w tym czasie, ze spora jak na tamte czasy grupą znajomych, nasze zmienianie świata zaczęliśmy od siebie. Siedzieliśmy w prywatnych i państwowych bibliotekach oraz cudem i sprytem zdobywaliśmy ksiązki o polityce i historii. Te prawdziwe i te jak najmniej zafałszowane. Nasza jak nam się wtedy wydawało, w końcówce lat osiemdziesiątych działalność opozycyjna głównie polegała na wielogodzinnym roztrząsaniu ideologii i historii polski i świata. Z tego, co wymyśliliśmy wyszło może takie szczeniackie patrząc z pespektywy czasu działanie, ale jednak wyszło. Wydawaliśmy gazetkę a w niej chyba bardziej sobie nawzajem, zważywszy nakład, niż innym czytelnikom wyjaśnialiśmy nasz zawiły pogląd na świat. Nasze kierunki ideologiczne i sympatie do ustrojów i do jego braku zmieniały się jak w kalejdoskopie. I tak sobie działaliśmy, mój kolega konfederował a ja politykowałem podwórkowo. Ale dla nas wtedy było to bardzo ważne. Spotykaliśmy się z kolegą czasem na wiecach i pikietach. Jednak nie w jednej organizacji. Różnice ideologiczne znacznie nas dzieliły, więc musiała nas połączyć nienawiść do PRL – owskiego ustroju.

 

Pamiętam jak kiedyś mój ojciec zobaczył u mnie opornik wpięty z klapę kurtki. Pamiętam też jego słowa po tym jak kazał mi ten symbol natychmiast usunąć. Usłyszałem wtedy, że z szacunku dla tych wszystkich, co siedzą po więzieniach nie mam prawa coś takiego nosić. Bo dla mnie to tylko szczeniacki wybryk a dla innych walka. Dodał też, że jeśli chce coś zmienić to mam się uczyć i zmiany zacząć od siebie. Było to w czasie, który opisałem na wstępie, a więc jeszcze przed ostatnim etapem PRL-u. Ale zapamiętałem tę lekcje pokory. I zgodnie z nią ważniejsze dla mnie stało się to żeby wiedział po co walczę niż tylko działać z czystej nienawiści do systemu.

 

Pod koniec lat osiemdziesiątych sporo było w moich mieście małolatów, którzy w ten czy inny sposób na fali wolności angażowało się w polityczną działalność. Byliśmy widoczni na wiecach i manifestacjach, rozklejaliśmy plakaty i zdzieraliśmy plakaty. Robiliśmy wszystko, co wtedy wydawało nam się walką z systemem. Zdarzało się, że obrywałem jak moi koledzy od milicjantów, że w szkole dyrektor wzywał mnie do gabinetu i tam straszył. Ale co mnie to obchodziło, ja bohatersko w moim mniemaniu walczyłem. Teraz już wiem, bo powiedziała mi to moja matka wiele lat później. Usłyszałem od niej, że za tę moją walkę obrywał mój ojciec i ona. Bo to oni byli wzywani na milicje i to oni wysłuchiwali o tym, że zostanie szewcem i pójdę w kamasze lub znacznie gorzej skończę jak niezaprzestane wywrotowej działalności. Oni, moi rodzice byli straszeni, bo co ja tam mogłem stracić. Bo co oni mogli mi zrobić? Ale już moim rodzicom mogli.

 

I teraz jak słyszę, że kilku moich znajomych ma zostać odznaczonych przez prezydenta Kaczyńskiego medalami za walkę z komunizmem to jest mi jakoś tak dziwnie. Nie zazdroszczę, bo nawet jakby ktoś wpadł na absurdalny pomysł żeby i mnie nagrodzić to bym tego wyróżnienia nie przyjął. Dlaczego? A z szacunku, właśnie z szacunku dla tych, co siedzieli latami po więzieniach, i z szacunku dla tych, co stracili zdrowie i życie w prawdziwej walce z systemem. I także z szacunku dla moich rodziców, bo oni bardziej niż ja żyli w zagrożeniu konsekwencjami mojej szczeniackiego – opozycyjnego działania. Bo jakoś nie ma we mnie wiary w to, że szesnastolatek jest równie zasłużony dla sprawy wolności jak ten, co walczył o te wolność przez szesnaście lat. Może się mylę, może ta nastoletnia walka głównie sprowadzająca się do gadania, machania flagą, plakatowania i wyciągania reki w geście viktorii coś jednak znaczyła. Ale na pewno nie aż tyle żeby można było za do odznaczać. Każdy ma prawo do własnych odczuć i do oceny tego, co zrobił, ja uważam, że, mimo że zrobiłem sporo, to tak naprawdę w porównaniu z wielkimi ludźmi ówczesnej opozycji nie zrobiłem nic. Nie czuje się kombatantem i nie chce odznaczeń. Ale jeśli jest w którymś z mych ówczesnych kolegów kombatanctwo, to ich sprawa. Nikogo tym pisaniem nie chce obrazić. To tekst o mnie i o moich odczuciach. Nie moją sprawą jest osądzać, ale mam prawa do zdziwienia i wątpliwości, bo pamiętam tamten świat i jego realia.

 

Tak mi się przypomniał jak o tym wszystkim myślałem film z lat PRL-u, który kiedyś widziałem. Jest w nim scena, w której dwóch starszych panów obgaduje trzeciego. Jeden mówi mniej więcej tak, do drugiego: wiesz, że Jasiek ma dostać medal partyzancki i mają go przyjąć go do ZBoWiD-u? Drugi na to: jak to, przecie on od nas młodszy o jakieś dziesięć lat. We wojne miał z dwanaście roków. Jaki z niego partyzant? Na to pierwszy: powiedział, we gminie, że u niego w chałupie raz partyzanci z AL nocowali a on im jedzenie nosił. I medal dostanie i do go przyjmą do ZBoWiD-u. No właśnie. Czasem jest tak, że za mało w nas pokory. Ale każdy jest inny i każdy ma prawo do odznaczeń. Żeby tylko nie okazało się po tych licznych odznaczeniach, że w opozycji działało tak wielu a komunistów tak mało, że mogliśmy ich czapkami nakryć. No, bo to już byłaby żenada.