W ciemnych latach PRL-u, jak byłem jeszcze dzieckiem, przeżyłem mój pierwszy raz z polityką. A dokładniej, ja i mój przyjaciel z dzieciństwa dostaliśmy lanie od milicjantów za rozklejanie plakatów z wrogim ustrojowi napisem: dawka trucizny. Tłumaczącym powszechnie wtedy rozpoznawalny logotyp dziennika telewizyjnego DT tak właśnie. Lata były ponure a my byliśmy dzieciakami, milicyjne razy niebolesne, ale jakże bohaterski wydawał się nam oraz naszym kolegom z podstawówki ten czyn.
Minęły lata i teraz powróciły myśli o tym bardziej szczeniackim wybryku niż o przemyślanym działaniu opozycyjnym. A wszystko, dlatego że jak się dowiedziałem, jeden z moich kolegów prawie mój równolatek ma być podobno odznaczony orderem za działalność opozycyjna. Co prawda nie chodzi tu o taką powiedzmy dziecięcą działalność polityczna jak moja z tymi plakatami, ale już o taka bardziej świadomą z końca lat osiemdziesiątych. Gdzie on, mój kolega oraz ja byliśmy już nastolatkami. I jak każdy nastolatek, nie inaczej jest chyba dziś, chcieliśmy zmienić świat. A że świat się akurat zmieniał na naszych oczach do nie pozostawało nic innego jak się to tego zmieniania przyłączyć. Mój kolega działał w konfederacyjno – niepodległościowej organizacji, która w tym czasie na mojej prowincji wiodła prym w działalności opozycyjnej. To znaczy była najbardziej widoczna. I to może właśnie za sprawa młodych ludzi, którzy stanowili jej zaplecze i jednocześnie byli najbardziej widoczni i odważni na wiecach i demonstracjach. Ja w tym czasie, ze spora jak na tamte czasy grupą znajomych, nasze zmienianie świata zaczęliśmy od siebie. Siedzieliśmy w prywatnych i państwowych bibliotekach oraz cudem i sprytem zdobywaliśmy ksiązki o polityce i historii. Te prawdziwe i te jak najmniej zafałszowane. Nasza jak nam się wtedy wydawało, w końcówce lat osiemdziesiątych działalność opozycyjna głównie polegała na wielogodzinnym roztrząsaniu ideologii i historii polski i świata. Z tego, co wymyśliliśmy wyszło może takie szczeniackie patrząc z pespektywy czasu działanie, ale jednak wyszło. Wydawaliśmy gazetkę a w niej chyba bardziej sobie nawzajem, zważywszy nakład, niż innym czytelnikom wyjaśnialiśmy nasz zawiły pogląd na świat. Nasze kierunki ideologiczne i sympatie do ustrojów i do jego braku zmieniały się jak w kalejdoskopie. I tak sobie działaliśmy, mój kolega konfederował a ja politykowałem podwórkowo. Ale dla nas wtedy było to bardzo ważne. Spotykaliśmy się z kolegą czasem na wiecach i pikietach. Jednak nie w jednej organizacji. Różnice ideologiczne znacznie nas dzieliły, więc musiała nas połączyć nienawiść do PRL – owskiego ustroju.
Pamiętam jak kiedyś mój ojciec zobaczył u mnie opornik wpięty z klapę kurtki. Pamiętam też jego słowa po tym jak kazał mi ten symbol natychmiast usunąć. Usłyszałem wtedy, że z szacunku dla tych wszystkich, co siedzą po więzieniach nie mam prawa coś takiego nosić. Bo dla mnie to tylko szczeniacki wybryk a dla innych walka. Dodał też, że jeśli chce coś zmienić to mam się uczyć i zmiany zacząć od siebie. Było to w czasie, który opisałem na wstępie, a więc jeszcze przed ostatnim etapem PRL-u. Ale zapamiętałem tę lekcje pokory. I zgodnie z nią ważniejsze dla mnie stało się to żeby wiedział po co walczę niż tylko działać z czystej nienawiści do systemu.
Pod koniec lat osiemdziesiątych sporo było w moich mieście małolatów, którzy w ten czy inny sposób na fali wolności angażowało się w polityczną działalność. Byliśmy widoczni na wiecach i manifestacjach, rozklejaliśmy plakaty i zdzieraliśmy plakaty. Robiliśmy wszystko, co wtedy wydawało nam się walką z systemem. Zdarzało się, że obrywałem jak moi koledzy od milicjantów, że w szkole dyrektor wzywał mnie do gabinetu i tam straszył. Ale co mnie to obchodziło, ja bohatersko w moim mniemaniu walczyłem. Teraz już wiem, bo powiedziała mi to moja matka wiele lat później. Usłyszałem od niej, że za tę moją walkę obrywał mój ojciec i ona. Bo to oni byli wzywani na milicje i to oni wysłuchiwali o tym, że zostanie szewcem i pójdę w kamasze lub znacznie gorzej skończę jak niezaprzestane wywrotowej działalności. Oni, moi rodzice byli straszeni, bo co ja tam mogłem stracić. Bo co oni mogli mi zrobić? Ale już moim rodzicom mogli.
I teraz jak słyszę, że kilku moich znajomych ma zostać odznaczonych przez prezydenta Kaczyńskiego medalami za walkę z komunizmem to jest mi jakoś tak dziwnie. Nie zazdroszczę, bo nawet jakby ktoś wpadł na absurdalny pomysł żeby i mnie nagrodzić to bym tego wyróżnienia nie przyjął. Dlaczego? A z szacunku, właśnie z szacunku dla tych, co siedzieli latami po więzieniach, i z szacunku dla tych, co stracili zdrowie i życie w prawdziwej walce z systemem. I także z szacunku dla moich rodziców, bo oni bardziej niż ja żyli w zagrożeniu konsekwencjami mojej szczeniackiego – opozycyjnego działania. Bo jakoś nie ma we mnie wiary w to, że szesnastolatek jest równie zasłużony dla sprawy wolności jak ten, co walczył o te wolność przez szesnaście lat. Może się mylę, może ta nastoletnia walka głównie sprowadzająca się do gadania, machania flagą, plakatowania i wyciągania reki w geście viktorii coś jednak znaczyła. Ale na pewno nie aż tyle żeby można było za do odznaczać. Każdy ma prawo do własnych odczuć i do oceny tego, co zrobił, ja uważam, że, mimo że zrobiłem sporo, to tak naprawdę w porównaniu z wielkimi ludźmi ówczesnej opozycji nie zrobiłem nic. Nie czuje się kombatantem i nie chce odznaczeń. Ale jeśli jest w którymś z mych ówczesnych kolegów kombatanctwo, to ich sprawa. Nikogo tym pisaniem nie chce obrazić. To tekst o mnie i o moich odczuciach. Nie moją sprawą jest osądzać, ale mam prawa do zdziwienia i wątpliwości, bo pamiętam tamten świat i jego realia.
Tak mi się przypomniał jak o tym wszystkim myślałem film z lat PRL-u, który kiedyś widziałem. Jest w nim scena, w której dwóch starszych panów obgaduje trzeciego. Jeden mówi mniej więcej tak, do drugiego: wiesz, że Jasiek ma dostać medal partyzancki i mają go przyjąć go do ZBoWiD-u? Drugi na to: jak to, przecie on od nas młodszy o jakieś dziesięć lat. We wojne miał z dwanaście roków. Jaki z niego partyzant? Na to pierwszy: powiedział, we gminie, że u niego w chałupie raz partyzanci z AL nocowali a on im jedzenie nosił. I medal dostanie i do go przyjmą do ZBoWiD-u. No właśnie. Czasem jest tak, że za mało w nas pokory. Ale każdy jest inny i każdy ma prawo do odznaczeń. Żeby tylko nie okazało się po tych licznych odznaczeniach, że w opozycji działało tak wielu a komunistów tak mało, że mogliśmy ich czapkami nakryć. No, bo to już byłaby żenada.