dziennik pesymistyczny

Miedzy prawem a sprawiedliwością

Obublikował pavvel dnia Komentarzy: 0

– Prawo prawem, ale sprawiedliwość musi być po naszej stronie – mawiała niezapomniana Leonia Pawlak. Okazuje się, że jej prosta, chłopska filozofia nie tylko przetrwała zmiany systemów politycznych, ale ponadto stała się teraz symbolem „dobrej zmiany” w Rzeczpospolitej.

Zawsze to dostrzegałem, a teraz jest do chyba aż nadto widoczne, że podstawą filozofii, każdej władzy a już w szczególności tej nowej władzy, jest głębokie przekonanie że prawo stanowi tylko środek do osiągnięcia celów politycznych. Gdy okazuje się że prawo staje się przeszkodą w „dobrej zmianie” to zawsze można się powołać na sprawiedliwość, bo jak powszechnie wiadomo sprawiedliwość jest tylko przy ludziach prezesa.

Prezydent ułaskawił byłego szefa CBA i obecnego ministra koordynatora służb specjalnych w jednej osobie oraz byłych funkcjonariuszy biura skazanych za działania w tzw. „aferze gruntowej” nie czekając na uprawomocnienie się wyroków sądowych.

Przepisy kodeksu postępowania karnego są jasne, ale jak wiadomo nie od dziś, prawo prawem, ale sprawiedliwość musi być po właściwej stronie. Przecież prawo nie ma żadnego znaczenia, gdy jest wola polityczna wprowadzania „dobrej zmiany”. Prawo, jak widać, nie może stanąć na przeszkodzie przekonaniu pojedynczego polityka, że coś jest sprawiedliwe. Bo sprawiedliwość musi być po właściwej stronie.

Prezydent ułaskawił byłego szefa CBA i obecnego ministra koordynatora służb specjalnych  in blanco, nie czekając na ciąg dalszy procesu czwórki z CBA przed sądem. Ułaskawił ich, bo widocznie był przekonany, że tak będzie sprawiedliwie. A że nie zgodnie z prawem, jak twierdzą fachowcy? No cóż, zawsze można przecież znaleźć odpowiednich specjalistów, co takie naginanie prawa odpowiednio uzasadnią i odpowiednio zinterpretują w imię doraźnych interesów rządzących.

Jeszcze nigdy nie został ułaskawiony ktoś, kto nie został prawomocnie skazany. Ale prezydent, choć wielokrotnie deklarował równość wobec prawa wszystkich obywateli, to wzniósł ponad prawo grupę swych partyjnych kolegów. Żaden inny szary zjadacz chleba w tym kraju nie ma najmniejszych szans na ułaskawienie w takim trybie.  Ale też nie każdy obywatel ma za kumpla prezydenta.

Jak widać rządy drużyny prezesa rozpoczynają się od pokazania kto tu ma teraz monopol na interpretacje prawa. Nowa państwowa władza zademonstrowała dobitnie powyższym przykładem jak można dziś i jak będzie się w przyszłości usprawiedliwić organy władzy, których swym postępowaniem balansują na granicy prawa. Znów mamy falandyzacje prawa, tym razem w imię „dobrej zmiany”. A jeśli ktoś miał wątpliwości, że będzie inaczej to babcia Pawlak wyjaśnia:  Ot, i nastał koniec na samym początku. Jak Ty mógł, dobry Panie Boże, tak się pomylić?

dziennik pesymistyczny

Port Kosmiczny Radom

Obublikował pavvel dnia Komentarzy: 0

Z radomskiego Portu Lotniczego odleciał właśnie ostatni rejsowy samolot do Rygi unosząc na swym pokładzie ostatnich dwóch pasażerów. Spółka Air Baltic słusznie uznała, że to bez sensu wozić powietrze i odwołał pozostałe loty zrywając tym samym umowę. No i Port Lotniczy Radom powrócił to swojego stanu naturalnego, czyli do braku regularnych lotów.

Umowę z łotewskim przewoźnikiem spółka Port Lotniczy Radom podpisała w maju tego roku. Pierwszy lot odbył się 1 września.  Umowa z przewoźnikiem miała trwać do marca przyszłego roku. Ale po dwóch i pół miesiąca współpracy, linie Air Baltic poinformowały spółkę Port Lotniczy Radom o zakończeniu współpracy. Wcześniej z lotów do Radomia zrezygnowały linie Czech Airlines. Czesi od 18 września wykonywali z Sadkowa loty do Pragi, ale szybko zrezygnowali ze z powodu braku pasażerów.

Za dwa lata pas startowy radomskiego lotniska zostanie wyłączony z użytkowania, bo nie będzie spełniał unijnych norm.  Czyli jeśli nikt nic nie zrobi, a pewności że zrobi nie ma, to za dwa lata nikt z tego lotniska nie odleci ani na nim nie wyląduje. Budowę Portu Lotniczego należało zacząć od pasa startowego, drogi kołowania i płyty postojowej. Dopiero później zająć się terminalem. Ale była inna władza i inna koncesja. Teraz trwa wymiana wzajemnych oskarżeń i zarzutów miedzy byłym prezydentem, teraz posłem PiSu, a obecnym prezydentem miasta Radomia.

Podobno poprzedni zarząd Portu Lotniczego Radom podpisał liczne umowy z przewoźnikami, ale nowa władza ponoć schowała je w szafie i nie chce pokazać. Magistrat wspomniał tylko, że to nie umowy a po prostu listy intencyjne.  Z których to „umów” większość straciła aktualność jeszcze, kiedy prezesem lotniska był poprzednik obecnej. W sprawie lotniska ma się odbyć nadzwyczajna sesja Rady Miejskiej. – Zdam się na mądrość zbiorą radnych i zapytam, co mamy dalej zrobić z lotniskiem – mówi prezydent miasta.

Nie czekając na pomysły i decyzje prezydenta czy radnych miejskich proponuje takie rozwiązanie.  Przebudujmy Port Lotniczy na Port Morski. Genialny pomysł prawda? Założyłoby się miejską spółkę. Zatrudniło w niej kilku bliskich sercu magistratu specjalistów, prezesa, trzech wiceprezesów, kilku dyrektorów, każdemu po sekretarce. Do tego jeszcze specjalistów od  pijaru, marketingu, reklamy, kilku prawników, rzecznika prasowego oraz kilku ochroniarzy. Po zakupie służbowych aut i ładnego budynku z przeznaczeniem na biura można by zaczynać budowę. Po oddaniu inwestycji do „użytku” zatrudniłoby się jeszcze tak ze 140 pracowników i co roku można prosić miasto o pożyczkę na działalność do czasu uzyskania mitycznego inwestora.

A może nadszedł już czas na Miejski Kosmodrom?  Bo czemu by nie? Można stojący bezczynie radomski Port Lotniczy przerobić na Centrum Lotów Kosmicznych. Na taki lokalny Port Kosmiczny. To dopiero prestiż w kraju, w Europie i na świecie, a nawet w galaktyce naszej i ościennych.

dziennik pesymistyczny

Propaństwowy obowiązek meldunkowy

Obublikował pavvel dnia Komentarzy: 0

– Nie zniesiemy obowiązku meldunkowego – oświadczył wiceminister spraw wewnętrznych i administracji. A stało się to w zaledwie kilka godzin po tym jak rządy w Polsce przejęli prawi i sprawiedliwi wysłannicy prezesa.

Pamiętam że na początku tego roku wpadła mi w ręce broszurka wydana nielegalnie pod koniec PRL-u. Autor artykułu traktującego o zniewoleniu Polaków przez ówcześnie rządzących wymieniał tam kilka przykładów, jakimi system komunistyczny gnębi tamto społeczeństwo. Jednym z podstawowych oskarżeń przeciw PRL-owskiej władzy a jednocześnie koronnym przykładem łamania podstawowych praw człowieka i obywatela w  latach słusznie minionych był, według przekonań autora publikacji, dobrze znany i dziś obowiązek meldunkowy.

Czy to nie dziwne, że minęło już przeszło dwadzieścia pięć lat nowej, wolnej przecież i jak się powszechnie uważa o wiele lepszej Polski a ten obowiązek, który swoje początki ma jeszcze w czasach stalinowskich, nadal nas niewoli i gnębić nas będzie – jak się okazuje – jeszcze długo.

Nowy wiceszef MSWiA twierdzi stanowczo, że brak meldunku wprowadziłby wiele kłopotów.  Między innymi przy płaceniu podatków, w sprawie obwodów szkolnych, w relacjach z wymiarem sprawiedliwości, w dziedzinie ochrony zdrowia czy podczas wyborów. To oświadczenie oznacza koniec wszelkich dyskusji w sprawie zniesienia obowiązku meldunkowego w Polsce oraz koniec prac nad jakimikolwiek projektami w tej sprawie.

Obowiązek meldunkowy miał być zniesiony już bardzo dawno temu. Ale jak to bywa w naszej krainie uśmiechu, coś tam się nie udało, coś nie bardzo zagrało i tak już mija ćwierć wieku obowiązku meldunkowego obowiązującego w wolnej Polsce. I nic nie zapowiada, że coś się zmienni. Nowy wiceminister spraw wewnętrznych i administracji raczył też zwrócić uwagę, że wszystkie rządy, które zapowiadały zniesienie tego obowiązku, odraczały wejście w życie swych decyzji. Wygląda na to, że rząd prawych i sprawiedliwych nie chce przynajmniej w tej sprawie odróżnić się od poprzedników. Co prawda dawna PRL-owska opozycja to teraz nasza demokratycznie wybrana władza, ale widać dbałość o to żeby obywatel nie zgubił się przypadkiem rządowi jest wieczna i ponadczasowa.

Dlatego pamiętaj obywatelu krainy wolności i dobrej zmiany. W Rzeczypospolitej Polskiej masz i będziesz miał obowiązek meldować się podczas urlopu, deklarować swoje wykształcenie i stosunek do służby wojskowej. Właściciele, dozorcy i administratorzy nieruchomości pamiętajcie! Macie prawny obowiązek donoszenia na niezameldowanych lokatorów. A może trzeba ponownie opublikować broszurkę wydaną ponad ćwierć wieku temu? Tak dla przypomnienia jakie ideały wyznawała dawna opozycja, która teraz jest u władzy. Bo jak widać punkt widzenia zmienia się w zależności od punktu siedzenia.

dziennik pesymistyczny

Trwam. Istnieje. Czekam.

Obublikował pavvel dnia Komentarzy: 1

Obudziłem się po kilku godzinach nocnego letargu. Wstałem, popłakałam, rozmyślałem, poczłapałem, przygotowałem, zagotowałem, otworzyłem lodówkę, zamknąłem lodówkę, jadłem, zażyłem tabletki, oglądałem, nakarmiłem Ferdynanda Wilhelma, zrobiłem co musiałem zrobić plus czytałem, pływałem, znów poczytałem, pisałem, czytałem, oglądałem, pisałem, szukałem, czytałem, posprzątałem, leżałem, stałem, wyglądałem przez okno, podlałem kwiaty, rozmyślałem, siedziałem, czytałem, pisałem, chodziłem, sprzątałem, przeklinałem, bo oglądałem. Ponownie szukałem, znalazłem, czytałem, znów szukałem i znów czytałem. Słuchałem. Człapałem. Leżałem. Bałem się. Nasłuchiwałem. Zamarłem bez ruchu, bo ktoś zapukał. Znów czytałem, pisałem, szukałem, nasłuchiwałem, oglądałem, znów się bałem się. Przestałem dążyć do chorego perfekcjonizmu. Ale to tylko tak na chwile. Potem było jak zawsze. Leżałem, leżałem, leżałem i czytałem. Leżałem i oglądałem. Leżałem i pisałem.

Potem, a stało się tak dlatego że to wyczytałem, uznałem autorytatywnie że jestem malkontentem, którzy zamiast brać się do roboty, czekają na gwiazdkę z nieba. To prawda, czekam na planetarną zagładę. To moja pasja, można powiedzieć.

Ale to wyjątkowo. Codziennie, tak w dniu powszechnym i zwyczajnym, to robię swoje. Znów poczytałem. Ponownie nakarmiłem Ferdynanda Wilhelma.  Zrobiłem coś dla organizmu, bo się domagał, potem z kwadrans myłem ręce nad umywalką rozmyślając  o chorobach. Następnie znów poczytałem, pisałem, czytałem, oglądałem, pisałem, szukałem, czytałem, sikałem, leżałem, stałem, wyglądałem przez okno, rozmyślałem, siedziałem, czytałem, pisałem, chodziłem, sprzątałem, przeklinałem, bo znów oglądałem. Rozmawiałem przez telefon, bo ku mojemu zdziwieniu ktoś do mnie zadzwonił.  Ponownie szukałem, znalazłem, czytałem, czytałem, znów szukałem i znów czytałem. Słuchałem. Człapałem. Leżałem. Bałem się. Nasłuchiwałem. Zamarłem bez ruchu: zadzwonił domofon. Znów czytałem, pisałem, szukałem, nasłuchiwałem, oglądałem, bałem się. Umieram na raty.

Czasem wychodzę, ale unikam ludzi. Boję się do nich zbliżać. Nie chodzi tu o zwykłe kontakty w stylu:„poproszę mleka pięć deka”. Ale o kontakt, taki ciągły. Nie znoszę jak nie mogę wyjść. Jak coś lub ktoś przymusza mnie do przebywania z ludźmi. Idę wolno, wpatruję się z chodnik. Unikam większych ludzkich skupisk. Takim z których trudno by mi było od razu się wydostać jak tylko poczuje taką potrzebę. Kuśtykam o lasce po dwie cebule, marchewkę i kuszoną kapustę ewentualnie po coś równie prozaicznego. Nie często to robię, bo prawie nie wychodzę z domu.

W bezpiecznych znanych ścianach siedzę na krześle i czytam. Leże i czytam. Pisze. Rozmyślałem. Czekam. O tak, zdecydowanie. Czekanie, to jest moje podstawowe zajęcie. Przeważnie czekam.

dziennik pesymistyczny

Piątek trzynastego

Obublikował pavvel dnia Komentarzy: 0

– No sam, karwa, wiesz ja jest, znamy się już z kilka dni, a nawet lat, rasista ze mnie żaden. Mam na to jak wiesz wyjebane. Ja tam rozumiem wszystko. Jest u nich tam w bambusowie przechlapane na całej linii – mówił. – Ja rozumiem, że im tam w tej Arabii jest ciężko, że im pić nie wolno, że się wyżynają, że pełno tam złamasów co to w imię Najwyższego gotowi są wyjebać się w powietrze zabierając ze sobą setkę niewinnych ludzi. Ja tam, nie jestem rasista. Nie mam żadnego jobla na punkcie kolorowych. Czarnych nawet lubię. Szczególnie kobitki – kontynuował.

– Dla mnie to bez różnicy białe, czarne, brązowe, żółte… no wiesz sam jak ze mną jest?  Ja nawet pojmuje, że one muszą mieć jakiś facetów, no problemo, choćby dlatego żeby się, karwa twarz, jakoś rozmnażać… ja to nawet to ichnie żarcie lubię. Wszystko, rozumiem, no że inność, że no borders, że multikulti, no niech im tam… ale kurwa nie zniosę jak mi się jeden z drugim patafianem krzywonogim ganiają po ulicach z kałaszami i zabijają kogo podanie. No, kurwa, do chuja wafla, co to jest? – splótł żylaste palce, aż strzeliło w kościach.

– Po jakiego chuja się pchają na tych pontonach przez morze, po serdelka lezą tu rojami tyle kilosów? Żeby się potem wyjebać w powietrze? – zapytał, choć chyba nie oczekiwał ode mnie odpowiedzi.  – U siebie nie może taki koziojebca się wysadzić jak już mu co we łbie odpali od nadmiaru słońca? No powiedz mi sam, po co to wszystko? – spytał na koniec. Spojrzałem na niego. Stał teraz tyłem do mnie z zaciśniętymi w pieści dłońmi. – Napijesz się ? –  spytałem. – Za chwile – usłyszałem w odpowiedzi – za chwile.

Przed bramą zatrzymał się samochód z którego wysiadała młoda kobieta. Z otwartych drzwi auta słychać była głos spikera, który czytał poranne wiadomości. – W serii zamachów terrorystycznych, do których doszło w piątek wieczorem oraz w nocy w Paryżu, zginęło według oficjalnych źródeł co najmniej 120 osób. Zachodnie media informują, że mogło zginąć nawet 140 osób.

Odwrócił się to mnie wskazując na samochód. – Słyszałeś? – zapytał. – Tak, słyszałem. Napijesz się jeszcze? – spytałem. – Nie, nie chce. Wypij do końca. O! Kebab to bym zjadł – odparł.

dziennik pesymistyczny

Art. 43 uwTWA usiłowanie spożycia alkoholu w miejscu objętym zakazem

Obublikował pavvel dnia Komentarzy: 0

– Nalej mi głębszego, bo mnie wnerwił taki jeden mundurowy – rzekł gniewnie mój przyjaciel przysiadając się do naszego stolika. – Czym Cię tak mundurowy z nerw wyprowadził, jeśli można wiedzieć? – spytałem przyjaciela nalewając mu i przesuwając w jego stronę „pięćdziesiątkę”.  – Mandat mi wlepił, nadzorca skubany! – ryknął gniewnie i z odrazą rzucił na stół blankiet mandatu. – Za „usiłowanie spożycia alkoholu w miejscu objętym zakazem” mnie skasował – wrzasnął, po czym jednym haustem wypił to, co miał nalane.  – Dwadzieścia złotych – powiedział na wydechu poszukując z widelcem w ręku zakąski.

– Dwadzieścia złotych? I tak Ci mało policzył, mógł więcej – zauważyłem. – Fakt, mnie się dostało za „spożywanie w miejscu publicznym” stówkę – powiedział nasz kolega. Podniosłem ze stolika blankiet mandatu, podsunąwszy go sobie pod nos, na którym miałem już przygotowane okulary stosowne w takich razach, przeczytałem co tam stało: 20 zł, słownie: dwadzieścia złotych. Potem było trochę prawno -państwowego bla, bla, bla, no i w odpowiednim miejscu pan policjant wpisał: „Art. 43 uwTWA usiłowanie spożycia alkoholu w miejscu objętym zakazem”.

 – Obudziłem się dziś w bardzo antypaństwowym nastroju – kontynuował swą opowieść mój znajomy. – Już w nocy czułem, że wzbiera we mnie nienawiść, żal i frustracja. Wiedziałem, że coś muszę zrobić, zadziałać, że tak dalej być nie będzie – tłumaczył przyjaciel miedzy jednym głębszym a kolejnym nalewanym. – No i z tych nerw, kupiłam w sklepie. Następnie oddaliłem się od ludzi, usiadłem na pniu zwalonego drzewa w miejscu gdzie nikt od tak sobie nie przechodzi, bo trzeba tu po prostu przyjść specjalnie. Można powiedzieć, że zasiadłem do konsumpcji piwka pośrodku niczego. Siedzę sobie tak kontemplując wyjątkowe okoliczności przyrody, otworzyłem butelkę z piwem, upiłem z niej dwa łyki, i wnet słyszę za sobą słowa: „pijemy w niedozwolonym miejscu, tak? Dokumenciki poprosimy, Tak?”. To policja była – zakończył, smętnie spoglądając na mandat.

– Było nie brać mandatu – zauważyłem. – Zrobiłem to z lenistwa. Dwie dychy to mniej kłopotów, a w państwowym sądzie i tak z nimi nie wygrasz – dodał. I miał niestety racje. Nadzorcy czyli służby mundurowe, uprawnione przez państwo do karania ludzi pragnących wypić na świeżym powietrzu często same niezbyt dobrze orientują się w przepisach. Korzystając z niewiedzy zatrzymanych wystawiają im mandaty, tajemniczo tłumacząc, że przewinienie polegało na „spożywaniu alkoholu w miejscu publicznym” lub usiłowaniu „spożycia alkoholu w miejscu objętym zakazem”.

– Czyli  Art. 43 uwTWA był podstawą ukarania Cię mandatem? – zapytałem przyjaciela. Przytaknął i wskazał mi miejsce, w którym wykaligrafowano podstawę prawną grzywny. – Możesz sprawdzić co to takiego u diabła to „Art. 43 uwTWA” ? – zwróciłem się do naszego kolegi, który był jeszcze w stanie sprawdzić to, co nas interesowało. Sprawdził w necie co chciałem, wiec zacząłem przesłuchanie.

Okazało się, że” Art. 43 uwTWA” to z dużym prawdopodobieństwem Ustawa z dnia 26 października 1982 r. o wychowaniu w trzeźwości i przeciwdziałaniu alkoholizmowi. A tam w artykule 43 znalazłem, co następuje:

1. Kto sprzedaje lub podaje napoje alkoholowe w wypadkach, kiedy jest to zabronione, albo bez wymaganego zezwolenia lub wbrew jego warunkom, podlega grzywnie.  – Sprzedawałeś lub podawałeś napoje alkoholowe? – spytałem przyjaciela. – Oczywiście, że nie – odparł.

No to punkt 2. – zaczynałem czytać. – Tej samej karze podlega kierownik zakładu handlowego lub gastronomicznego, który nie dopełnia obowiązku nadzoru i przez to dopuszcza do popełnienia w tym zakładzie przestępstwa określonego w ust. 1. – przeczytałem. – Coś z tych rzeczy robiłeś? – spytałem ponownie. Zaprzeczył

– No to 3. W razie popełnienia przestępstwa określonego w ust. 1 albo 2 można orzec przepadek napojów alkoholowych, chociażby nie były własnością sprawcy, można także orzec zakaz prowadzenia działalności gospodarczej polegającej na sprzedaży lub podawaniu napojów alkoholowych lub 4. Orzekanie w sprawach o przestępstwa określone w ust. 1 i 2 następuje na podstawie przepisów o postępowaniu karnym. – po przeczytaniu spojrzałem na niego pytająco. Pokręcił znacząco głową.

– Na boga w niebiesiech, ja nic z tych rzeczy nie zrobiłem, moje dwadzieścia złotych! – zawołał wnosząc ręce ku niebu. Co prawda jest tu też Art. 43 z małą jedynką u góry obok 3, więc może pan policjant nie dopisał albo może usiłował dopisać? No więc zaczynamy:

Art. 43 (ten z małą jedyneczką). 1. Kto spożywa napoje alkoholowe wbrew zakazom określonym w art. 14 ust. 1 i 2a-6 albo nabywa lub spożywa napoje alkoholowe w miejscach nielegalnej sprzedaży, albo spożywa napoje alkoholowe przyniesione przez siebie lub inną osobę w miejscach wyznaczonych do ich sprzedaży lub podawania, podlega karze grzywny – wyrecytowałem.

– A może tyś zrobiłeś coś Art. 14. 1. gdzie zabrania się sprzedaży, podawania i spożywania napojów alkoholowych: 1) na terenie szkół oraz innych zakładów i placówek oświatowo-wychowawczych, opiekuńczych i domów studenckich lub 2a. Zabrania się spożywania napojów alkoholowych na ulicach, placach i w parkach, z wyjątkiem miejsc przeznaczonych do ich spożycia na miejscu, w punktach sprzedaży tych napojów. 3. Zabrania się sprzedaży, podawania i spożywania napojów zawierających więcej niż 18% alkoholu w ośrodkach szkoleniowych. 4. Zabrania się sprzedaży, podawania i spożywania napojów zawierających więcej niż 18% alkoholu w domach wypoczynkowych.  5. Sprzedaż, podawanie i spożywanie napojów zawierających więcej niż 4,5% alkoholu może się odbywać na imprezach na otwartym powietrzu tylko za zezwoleniem i tylko w miejscach do tego wyznaczonych. 6. W innych niewymienionych miejscach, obiektach lub na określonych obszarach gminy, ze względu na ich charakter, rada gminy może wprowadzić czasowy lub stały zakaz sprzedaży, podawania, spożywania oraz wnoszenia napojów alkoholowych.

– Coś z tych rzeczy? – dociekałem.  – No ja nic, przysięgam jestem niewinny Wysoka Komisja! Przepraszam, sorki, poniosło mnie… nie, nic takiego nie zrobiłem – zarzekał się przyjaciel.

– To za co był ten mandat? – spytałem. – No za usiłowanie spożycia – odpowiedział. Dziwny jest ten świat. Dostał przyjaciel mandat za to „usiłowanie spożycia alkoholu w miejscu objętym zakazem” gdzie policjant powołał się na prawo, które o niczym takim nie wspomina. Nie ma też co iść z czymś takim do sądu. Przypomniałem sobie, że pewien sędzia w podobnej sprawie „za usiłowanie spożycia” w uzasadnieniu tłumaczył, że nie ma podstaw, żeby nie wierzyć funkcjonariuszom m.in. ze względu na ich dobrą znajomość prawa i pełnioną funkcję. – Dostałem mandat bez właściwej podstawy prawnej – przejął się przyjaciel. – Daj spokój, nie Ty pierwszy i nie ostatni. Ciesz się, że Cię nie rozstrzelali – powiedziałem. Ucieszył się. Wszyscy się cieszyliśmy, bo byliśmy w takim miejscu wolnej Polski, w którym alkohol jest nadal dozwolony do spożycia.

dziennik pesymistyczny

Jestem rybą w mętnej wodzie

Obublikował pavvel dnia Komentarzy: 0

Ile to się to człowiek może dowiedzieć z przemówienia polityka o sobie samym. Ileż to prawd objawionych można usłyszysz z ust państwowego przywódcy o własnym narodzie, o jego prawdziwej historii, a także o własnym życiu. Niby człowiek wie najlepiej gdzie żył i jak żył, ale okazuje się, że są to tylko mrzonki, bo zawsze znajdą się tacy co zawsze wiedzą lepiej jak było naprawdę. Egzystowałem sobie w błogiej nieświadomości od dziesięcioleci, aż tu nagle i zupełnie niespodziewanie zostałem uwolniony z mroków własnego nieuświadomienia. Przyszedł ten właściwy i wymodlony prezydent, przemówił i ujrzałem prawdę, a z oczu mych opadły łuski niewiedzy. I ujrzałem światłość prawdziwej dobrej zmiany. Teraz już wiem, żyłem przez długie lata bez prawdziwej niepodległości i w braku tej prawdziwej suwerenności nie zdając sobie zupełnie z tego sprawy. Za to teraz będzie znacznie lepiej, bo on, nasz przywódca, oraz jemu podobni postarają się o to żebym nie miał co do tego żadnych wątpliwości.

Urodziłem się w Polsce. Zostałem ochrzczony w katolickim kościele.  Uczęszczałem do polskiej szkoły, gdzie na ścianie wisiało polskie godło państwowe a przed budynkiem powiewała polska flaga. Uczęszczałem też całkiem legalnie na lekcje religii. Co niedziela rodzice prowadzili mnie całkiem otwarcie do kościoła.  W szkole podstawowej nauczyłem się polskiego hymnu i wielu innych patriotycznych pieśni.  Gdy tylko uzyskałem minimum samoświadomości, wiedziałem już o tym, że jestem Polak mały, a mój znak to orzeł biały. Przez chwile nawet nie wątpiłem, że mieszkam w polskiej ziemi, miedzy swymi, ale o jednym nie wiedziałem, że przyszło mi żyć kilkanaście lat w „braku prawdziwej niepodległości i suwerenności”. Fakt, nie wszystko wtedy było dobre. Więcej było złego niż dobrego. Ale twierdzenie, że Polsce na prawie pięćdziesiąt lat, bez jej woli i świadomości jej obywateli, zrobiono przerwę we własnym istnieniu jest –  mówiąc najłagodniej – nieporozumieniem.

– Urodziłem się w państwie bezprawia, urodziłem się w państwie, gdzie wygodnie i dobrze mogło żyć się tylko takim, którzy lubią łowić ryby w mętnej wodzie; ja marzyłem o państwie silnego prawa, którego obywatel może być pewny, bo nie zależy od niczyjego kaprysu czy widzimisię – powiedział prezydent przywołując słowa marszałka Piłsudskiego. Nie wiem, jak prezydent, ale ja od zawsze miałem wrażenie, że żyje w państwie bezprawia „gdzie wygodnie i dobrze mogło żyć się tylko takim, którzy lubią łowić ryby w mętnej wodzie”. Zmieniał się system prawny, polityczny i gospodarczy. Zmieniały się rządy. Ale państwo trwało i się nie zmieniało. Zawsze był przywódca. Zawsze był rząd i jego prawa. Zawsze byli nadzorcy w mundurach i ci działający skrycie bez mundurów.  Zawsze byli obywatele i ich obowiązki. Zawsze byli politycy. Zawsze byli urzędnicy. Zawsze była elity władzy. To że się od czasu do czasu zmieni ten czy inny na stanowisku czy we władzach, to nie znaczy, że wszystko się zmienia. Nadal jest ta sama mętna woda gdzie żyje się dobrze „tylko takim, którzy lubią łowić ryby w mętnej wodzie”. Słowa marszałka są wiecznie żywe i to jest smutne. A ja nadal czyje się jak ryba w mętnej wodzie, którą ktoś próbuje złowić.  Usilnie dręczy świadomość, że „polityka historyczna” odłowi mnie i  uświadomi, że słowa Piłsudskiego odnoszą się do czasów minionych, a nie do czasów dobrej zmiany. A będzie tak, bo taki jest kogoś kaprys czy widzimisię.

dziennik pesymistyczny

Misja na Malcie

Obublikował pavvel dnia Komentarzy: 0

Premier nie chce jechać na nieformalny szczyt Unii na Malcie. Prezydentowi też się nie chce. Wiceminister spraw zagranicznych wystosował list do państw członkowskich unii europejskiej z prośbą o zaprezentowanie polskiego stanowiska na szczycie. Zgodził się prezydent Czech. Ale może nie ma co Czechowi zawracać głowy. Jeśli nikt z rządzących Polską nie chce jechać na Maltę, to ja się zgłaszam na ochotnika. Ja pojadę na nadzwyczajnym posiedzeniu Rady Europejskiej w Valletcie, ku chwale ojczyzny oczywiście.

Bo jeśli nikt z władzy nie chce lub nie może… no to trudno, poświecę się dla dobra państwa. Przecież to nie pierwszy raz i nie ostatni. Ja tam nie znam motywów które kierowały prezydentem gdy wyznaczał posiedzenie inauguracyjne nowego Sejmu na 12 listopada. Coś tam słyszałem, że mu nie powiedzieli, że tego dnia będzie szczyt na Malcie i przez to zrobił jak zrobił. Jedno jest pewne, pan prezydent musi byś straszliwie zajętą osobą, bo nie ma czasu na czytanie gazet, słuchanie radia, przeglądanie gazet lub wiadomości w internecie. Jakby choć trochę interesował się polityką to zapewne wiedziałby, że 12 listopada jest posiedzenie Rady Europejskiej.  Ja wiedziałem już chyba od kwietnia, ale ja nie jestem prezydentem i nikt nie musiał mi o tym przypominać.

Prezydent podobno nie będzie mógł uczestniczyć w szczycie Unii, bo musi tego dnia otworzyć pierwsze posiedzenie Senatu. No więc, jak nie może, to nie może, nie można mieć żalu. Przecież pierwsze posiedzenie Senatu musi się odbyć w dniu spotkania przywódców Unii na Malcie, bo jak prezydent tak postanowił to nie będzie teraz zmieniał.

Premier nie może jechać na posiedzeniu Rady Europejskiej, bo musi zgodnie z przepisami konstytucyjnymi złożyć dymisje rządu 12 listopada. Co prawda, mogłoby złożyć dymisję natychmiast, albo złożyć dymisję pisemnie, i pojechać na szczyt unijny za zgodą prezydenta. Ale nie może. No, nie może i już.

– Wystosujemy list do jednego z państw członkowskich UE z prośbą o zaprezentowanie polskiego stanowiska na nieformalnym szczycie Unii na Malcie – poinformował wiceminister spraw zagranicznych. I całe szczęście, że prezydent Czech łaskawie się zgodził reprezentować Polskę na nadzwyczajnym posiedzeniu Rady Europejskiej w Valletcie.

Ale może lepiej nie fatygować pana Czecha. Może jak prezydent nie może, premier nie może, to ja chętnie. Ja mogę. Ba, ja nawet chce! Przecież, jak widać na powyżej opisanym przykładzie, polityka to taka zabawa dziecięca. Ja też pamiętam czasy dzieciństwa i potrafię się tak bawić. Potrafię się uprzeć i powiedzieć, że czegoś nie zrobię, bo nie zrobię. A jeśli nie umiem, to potrenuje dziecinne zachowania i na pewno szybko dorównam politykom, którym się nie chce. Może i ja będę potrafił obrazić się i nie przyznać się do błędu. Ja też mogę twierdzić, że zrobiłem, co zrobiłem, bo nie wiedział i dlatego że mi koledzy nie powiedzieli. Ja też potrafię zachowywać się jak naburmuszony trzyletni bachor, więc świetnie się nadaje, jako kandydat do państwowej misji na Malcie.

dziennik pesymistyczny

Niepoczytalność i prokurator

Obublikował pavvel dnia Komentarzy: 1

– Zresztą zamiast kraść jako dyrektor, fabrykant, sekretarz czy inny prezes lepiej już kraść par excellence jako złodziej. Tak jest chyba uczciwiej – zauważył już dawno Henryk Kwinto. Okazuje się, że nie do końca miał racje. Współczesność daje nam nowe wzorce. Teraz jeśli już kraść, to lepiej kraść jako prokurator.

Pewien pan prokurator  w pewnym prowincjonalnym mieście buchnął dwa batoniki i krem w jednym z miejscowych sklepów. Każdy zwyczajny szary człeczyna po czymś takim, jeśli nawet nie poszedłby pierdzieć w pasiaki to przynajmniej załapałby surową grzywnę. No tak, każdy, ale nie ten prokurator.  Pan prokurator z prowincji nie poniesie dyscyplinarnej kary za swój czyn, bo prokuratura orzekła, że w chwili kradzieży był niepoczytalny. Dodatkowo może on liczyć na to, że dostać jeszcze odszkodowanie, bo przez rok dostawał zaniżoną pensję. Zaiste niezbadane są wyroku sprawiedliwości państwowej.  A może wielka jest siła korporacyjnej solidarności?

Pan prokurator Prokuratury Rejonowej o którym wspomniałem powyżej w jednym ze sklepów zapakował do kieszeni dwa batoniki i krem do pielęgnacji ciała. Całe zdarzenie zarejestrowała kamera monitoringu. Ze względu na niską wartość skradzionych przedmiotów, czyn ten został uznany za wykroczenie, a nie za przestępstwo. Mężczyzna jako prokurator posiadał oczywiście nadany przez państwo immunitet, więc nie został ukarany. Nie poniesie też zawodowych konsekwencji, bo dwaj biegli psychiatrzy orzekli, że w momencie kradzieży był niepoczytalny.

Teraz to już naprawdę wielu złodziei i tych par excellence, i tych kradnących jako dyrektor, fabrykant, urzędnik żałuje pewnie, że nie wpadło na taki prosty pomysł. Przecież zawsze można, przy każdej bodaj kradzieży twierdzić, że w czasie popełnienia czynu prawem zabronionego było się niepoczytalnym.

Pan prokurator po swym uczynku, który jak się później okazało popełnił w stanie niepoczytalności został zawieszony w czynnościach. Zapadł też na zdrowiu i przebywał rok na zwolnieniu lekarskim. A na dodatek decyzją Sądu Dyscyplinarnego przy Prokuratorze Generalnym jego wynagrodzenie ograniczono do siedemdziesięciu pięciu procent. Ale niech nie martwią się Ci których zasmucił ten pechowy dla pana prokuratora rozwój wypadków. Teraz, gdy wyjaśniło się, że pan prokurator buchnął batoniki i krem w stanie niepoczytalności trzeba będzie mu zwrócić różnicę z pensji, czyli około kilku tysięcy złotych.

Prokurator ze zwolnienia lekarskiego do pracy wrócił, ale na krótko. Teraz wykorzystuje zaległy urlop wypoczynkowy. Podczas wywczasów zbada pana prokuratora inny psychiatra, który ustali czy prokurator w pracy nie będzie tracił czasowo poczytalności. Bo jednak ktoś widocznie dostrzegł fakt, że jeśli podczas kradzież odebrało mu rozum, to może też odbierać mu w pracy prokuratorskiej.

– Można być poczytalnym w odniesieniu do pewnych zdarzeń, a do innych zdarzeń popełnionych w tym samym czasie i miejscu już nie – twierdzi pewien gość z Prokuratury Apelacyjnej w Gdańsku wypowiadając się w odniesieniu to tej sprawy. Mam nadzieje, że będę mógł to wykorzystać i w mojej szarej i marnej egzystencji choć żaden ze mnie prokurator. Jeśli kiedyś przez przypadek, z głupoty, czy z przymusu sytuacji zrobię coś zabronionego prawem, to zawsze będę mógł się wytłumaczyć, że byłem niepoczytalny. No i mam nadzieje, że mnie nikt nie zamknie jako zbzikowanego i zawsze będę mógł się powołać na opinie, że: „Można być poczytalnym w odniesieniu do pewnych zdarzeń, a do innych zdarzeń popełnionych w tym samym czasie i miejscu już nie.” Tak jest chyba uczciwiej.

dziennik pesymistyczny

Nasze jesienne rozmowy

Obublikował pavvel dnia Komentarzy: 0

– Codziennie budzę się coraz bardziej zdumiony tym, że muszę przeżyć jeszcze jeden dzień na tym zasranym świecie – rzekł mój przyjaciel opadając ciężko w czeluści wygodnego fotela w jednym z naszych ulubionych lokali z wyszynkiem.

Na tyle znałem przyjaciela żeby wiedzieć, że jego pesymizm jest jakby wdrukowany w jego geny. On po prostu nie widział dobrych stron egzystencji. Wszystko go denerwowało. Cały świat traktował w ten sposób jakby był on stworzony tylko po to żeby jego, mego przyjaciela, osobiście urazić.  Dlatego to powitanie nie wzbudziło we mnie większego zainteresowania. Zwyczajnie uznałem to za swoiste „dzień dobry”. – Co tam u Ciebie po za tym? – spytałem.

– Ja, proszę ja Ciebie, to tak żyje bez przekonania.  Tak właściwie z przymusu, bo jak wiesz nie jestem zbyt odważny, więc nie skończę z tym. No to sobie tak żyje. Z dnia na dzień. Jak ktoś nie ma przyszłości to stara się doceniać dzień dzisiejszy i żyć nim – powiedział i zaczął się melancholijnie rozglądać po sali jakby kogoś szukał, czy na coś czekał.

Z racji tego że przeważnie nie spotykaliśmy się tylko po to żeby szczerze porozmawiać, ale też coś wypić postanowiłem zamówić u przecudnej urody kelnerki. Dawałem znaki, że chce złożyć zamówienie i już po kilku minutach tego mojego machania łapkami panienka zwróciła ma mnie ocząt swych błękity. Zamówiłem conieco i odprowadziliśmy kelnerkę wzrokiem. – Ładna – zapytałem i stwierdziłem fakt jednocześnie.

– Ładna. Nawet piękna.  No i co z tego. Wszystko przemija – usłyszałem od przyjaciela to co mogłem się od niego spodziewać usłyszeć. Kelnerka mimo swojej eterycznego wygładu dość sprawie i szybko przydźwigała kubełek z lodem, w nim większe conieco, szklanki, kieliszki i ustawiła to przed nami na stoliku. – Jakieś nowości? – zapytałem nalewając „po pięćdziesiątce”.

– Jestem potwornie zmęczony. Nie żebym tam od razu się przepracowywał. W tym sensie to nic nie robię, albo robię niewiele. Zmęczony jestem tym, że cały czas ktoś coś ode mnie chce. Banki, instytucje, urzędy… czuje się osaczony. Jak zwierzę podczas pogoni. Słyszę za plecami ciągłe ujadanie. Tylko daj, daj, zapłać, opłać, wyjaśnij, odpowiedz…. no kurwa, nie zostawią człowieka w spokoju, choćby na chwile. Ciągle czegoś chcą – wyrecytował jednym tchem przyjaciel i dał znak abym nalał, co uczyniłem. Wypiliśmy.

– Nie masz wrażenia, że wszystko co jest wokół nas zmusza człowieka do zarabiania. Po prostu, aby przeżyć, musisz podporządkować się przymusowi uczestniczenia w łańcuchu pokarmowym kapitalizmu. Musisz zarabiać. Pracować. Każde odstępstwo jest karane. Bo jak się sprzeciwisz, to będą cię tak długo nękać, że albo spadniesz po za margines tego co się nazywa społeczeństwem albo się podporządkujesz regułą panującym w społeczeństwie – mówił.

– No ja wiem, że wszystko kosztuje i trzeba na to mieć pieniądze. Trzeba pieniądze zarabiać. No i to czyniłem przez dziesięciolecia. Ale wiesz, ja mam dość. Zwyczajnie przestało mi się chcieć. Nie z próżniactwa, ale z wyczerpania i zniechęcenia. Wiesz, musisz być kimś. Coś mieć. Posiadać. Być. Bywać. A jak tego nie chcesz, lub zwyczajnie już nie możesz tego chcieć, uważają cię za leniwego nieroba i pasożyta – powiedział i zapadł się głęboko w fotel. Oboje lubiliśmy jesień. Te nasze rozmowy. To picie. Dlatego piliśmy i rozmawialiśmy. Po kilku godzinach zapłaciłem rachunek zastanawiając się ile jeszcze razy zarobię wystarczająco dużo żeby móc pić i rozmawiać.