dziennik pesymistyczny

Kto ustrzeże nas przez strażnikiem

Obublikował pavvel dnia Komentarzy: 0

– Mam wybity ząb, bark, nie widzę na jedno oko. Grozili mi śmiercią, wywieźli do lasu – tak nocną interwencję straży miejskiej relacjonuje ich ofiara. A podobno – jak donoszą media – wszystko zaczęło się od tego, że ten nieszczęsny obywatel zwrócił mundurowym uwagę, bo radiowozem blokowali miejsca parkingowe. Na swoje nieszczęście próbował on całe zajście sfilmować swoim smartfonem, a tego już strażnicy nie zdzierżyli.

Kilka lat temu pisałem o tym, że rozszerzenie uprawnień dla straży miejskiej uważam za bardzo niebezpieczne. Nadal tak uważam, i co więcej, takie przykłady jak ten przytoczony przeze mnie powyżej tylko potwierdzają moje obawy.

Strażnik miejski jest tylko pracownikiem samorządu, czyli magistrackim urzędnikiem, a nie funkcjonariuszem policji. Mundur jednak daje mu wielką władzę. Strażnik jednakże nie podlega ostrym rygorom naboru i szkolenia, jakie przechodzą kandydaci na policjantów. Zasadne jest więc pytanie, czy strażnik miejski jest dobrze przygotowany do pełnienia funkcji policyjnych?  Czy te uprawnienia, które ma na mocy odpowiednich ustaw, z braku odpowiedniego szkolenia, wiedzy, czy nawet odpowiednich predyspozycji psychicznych, nie są nadużywane?

Przyszły policjant musi mieć, co najmniej średnie wykształcenie i świadectwo o niekaralności. Musi charakteryzować się dobrą kondycją fizyczną. Kandydat do pracy w policji musi przejść skomplikowane egzaminy: test z wiedzy ogólnej, egzamin sprawnościowy, test psychologiczny, rozmowa i badania lekarskie. Jak widać nie jest to łatwe.

Aby służyć w straży miejskiej wystarczy tylko przejście przez procedury rekrutacyjne takie jak na stanowisko urzędnika gminnego oraz rozmowę kwalifikacyjną. Podstawowe szkolenie na policjanta trwa siedem miesięcy i stanowi dopiero początek skomplikowanej procedury doskonalenia zawodowego. Lecz kiedy ktoś zapragnie zostać strażnikiem miejskim czeka go jedynie dwutygodniowa nauka na stróża prawa. Jednak, jeśli nawet taki kontakt z nauką jest dla przyszłego strażnika porządku nie do zniesienia to nic nie szkodzi. Takie wydawałoby mizerne szkolenie nie jest przecież obowiązkowe.

Jak widać na przykładzie tego poturbowanego przez strażników obywatela to nie tylko akademicka dyskusja. To problem z którym przychodzi nam się zmierzyć coraz częściej. Ci uzbrojeni, uprzywilejowani, umundurowani i wyposażeni w środki przymusu bezpośredniego ludzie spacerują po naszych ulicach i nikt nigdy nie sprawdził ich predyspozycji do pełnienia służby, bo nie są to policjanci tylko urzędnicy magistratu.  Taki urzędnik miejski w mundurze to jednak już prawie policjant, ale jak powszechnie wiadomo, prawie robi dużą różnicę.

dziennik pesymistyczny

List wrzucony do skrzynki uważa się za doręczony

Obublikował pavvel dnia Komentarzy: 0

Ponad miesiąc temu dostałem list polecony od firmy która dostarcza do mojego domu prąd. Wyjmując przesyłkę ze skrzynki na listy skonstatowałem, że firma energetyczna jest jednym z najwytrwalszych moich korespondentów. Rozerwałem kopertę i przeczytałem wezwanie abym w czternaście dni od daty otrzymania listu opłacił zaległy rachunek, bo jak nie to pozbawią mnie panowie od energii prądu.

Miewam czasem takie okresy w życiu, w których na wpółświadomie zapominam o płaceniu rachunków. Po prostu nie lubię ich płacić, co tu ukrywać i dlatego odwlekam płatności ile się da. Taki już jestem i nie mam najmniejszego zamiaru się zmieniać. Ale czasami tak bardzo zapominam o zaległych rachunkach, że otrzymuje wezwania do zapłaty. I tak też było tym razem. No, dobrze – pomyślałem – list czytam teraz, czyli od dziś mógłbym liczyć te czternaście dni, w których musze opłacić rachunek.  Ale jeśli ten list leżał w skrzynce od kilku dni to co wtedy? – pytałem sam siebie. Od kiedy to mam liczyć te dni w których powinienem opłacić rachunek? Zwróciłem się drogą mailową do zakładu energetycznego żeby ten rozstrzygnął moje wątpliwościami. Zapytałem w liście, od jakiego dnia liczony jest ten dwutygodniowy termin spłaty zadłużenia, gdy list trafia do skrzynki na listy bez potwierdzenia odbioru przeze mnie?

I już po dwóch tygodniach dostałem odpowiedz: „zapłata winna być dokonana w ciągu 14 dni od daty otrzymania Powiadomienia”. Tyle to ja wiedziałem przed tym jak wysłałem list z zapytaniem. No to ponownie ich grzecznie spytałem, od kiedy mam liczyć te dwa tygodnie, bo przecież nie wiem, kiedy do mnie zawiadomienie dotarło, a już na pewno oni o tym nie wiedzą, no chyba, że wiedzą? A jak wiedzą to niech się ta wiedza podzielą.

No i po dwóch tygodniach znów przyszła odpowiedz: „powyższe powiadomienie jest wysyłane listem poleconym, wobec powyższego w przypadku Odbioru znana jest nam data Odebrania przesyłki”. No zdziwiłem się, bo list który dostałem od energetyków to list polecony bez potwierdzenia odbioru, który znalazłem w skrzynce pocztowej, więc ponownie postanowiłem spytać jak piszący do mnie Pan posiadł wiedzę o dniu, w którym otrzymałem korespondencje. Przyznam się, że nawet ja dokładnie nie wiedziałem, kiedy została ona do mnie dostarczona, bo korzystając z usługi, powszechnie oferowanej przez Pocztę Polską, wszelkie listy polecone bez potwierdzenia odbioru trafiają bezpośrednio do mojej skrzynki na listy i nie są awizowane. Taka procedura, w której przesyłka “dwukrotnie awizowana uznawana jest, jako skutecznie doręczona” – jak wspomina w liście do mnie przedstawiciel zakładu energetycznego – zdecydowanie nie mogła być tu zastosowana. Po za tą oczywistością przypomniałem, że stosowanie domniemania doręczenia przysługuję w Polsce tylko instytucją sądowym a firma od prądu do nich nie należy.

Jak się można domyśleć po dwóch tygodniach otrzymałem kolejną odpowiedz. Tym razem Pani od energetyków napisała, że „w przypadku, gdy operator pocztowy pomija kwestię pokwitowania odbioru przesyłki a (zakład energetyczny) nie otrzymuje żadnej informacji, przesyłka traktowana jest, jako doręczona”. No jakbym gadał do obrazu. To już lepiej pisać na Berdyczów niż do tych co dostarczają prąd. Po raz kolejny postanowiłem zapytać, jaki do dzień uznawany jest przez energetyków za datę doręczenia, jeśli nie otrzymują oni żadnej informacje o dacie doręczenia? Pozostaje mi teraz poczekać dwa tygodnie na odpowiedź choć z doświadczenia wiem jaka będzie.

dziennik pesymistyczny

500 Plus bykowe?

Obublikował pavvel dnia Komentarzy: 1

Narodowy rząd, aby swój naród jak najbardziej powiększyć, postanowił zakontraktować u obywateli po dwójce dzieci. Plan jest taki, że za to drugie płacić będą po pięćset złotych miesięcznie. Ja nigdy nie chciałem i nadal nie chce mieć dzieci, przyjmijmy że to ze względów humanitarnych, więc nie mam szans na żadne wsparcie. Co więcej, obawiam się że narodowy rząd wpadnie niebawem na prodemograficzny pomysł i na takich jak ja, bezdzietnych z wyboru, nałoży podatek od nie posiadania potomstwa.

Premier rządu poinformowała, że przyjęto projekt ustawy, która wprowadza program „Rodzina 500 plus”. Zapowiedziała, że „za chwilę” przekaże go marszałkowi Sejmu. Pomijam już to, że projekt lasowany przez prawych i sprawiedliwych łamie zasadę równości obywateli wobec prawa, dyskryminując jedynaków i obywateli bezpłodnych z powodów biologicznych oraz obywateli preferujących antydemograficzny styl życia z powodów światopoglądowych.

Ja obawiam się, że na kolejnym nocnym posiedzeniu Sejmu jakiś nawiedzony poseł wlezie na mównice i o trzeciej nad ranem zgłosi poprawkę do ustawy, który nałoży karę pięćset złotych na obywateli, którzy z własnej woli nie posiadają potomstwa. No przecież jest to prawdopodobne.  Projekt ustawy o pomocy państwa w wychowywaniu dzieci wprowadza świadczenie pięćset złotych miesięcznie na drugie i kolejne dziecko. Jak się dobrze policzy to może się okazać że najlepszy sposób finasowania tego wsparcia to nałożenie podatku na tych co się migają od posiadania potomstwa.

Teraz nowa władza ma wiele pomysłów z dawnych czasów, a czasami promują je nawet te same osoby co w czasach słusznie dawno minionych zajmowały poważne stanowiska państwowe, więc można przyjąć, że ktoś wpadnie na powrót do tradycji. W Polsce, w okresie po 1945 roku, obowiązywał podatek (a właściwie podwyższona kwota podatku dochodowego) potocznie nazywana bykowym. Płaciły go osoby bezdzietne, nieżonate i niezamężne powyżej 21 roku życia (od 1 stycznia 1946 do 29 listopada 1956), a później powyżej 25 roku życia (do 1 stycznia 1973). Obawiam się, że taki powrót do przeszłości jest bardzo blisko.

Ja nie mogę mieć dzieci, to znaczy nie mogę ich urodzić, ale piewcy dziecioróbstwa, co rusz naciskają na mnie, abym wycisnął ze swych lędźwi soki i konieczne, na chwałę Polski i Narodu, zapłodnił moją partnerkę i to najlepiej dwa razy, bo to za drugie dziecko zapłacą.

– Moja wizja przyszłości jest tak precyzyjna, że gdybym miał dzieci, udusiłbym je natychmiast – napisał kiedyś Emil Cioran. Ja nie jestem aż tak radykalny w poglądach. Nie ma potrzeby od razu dusić.  Po prostu, mam podobnie taką precyzyjną wizje przyszłości, że za nic nie chce i nie chciałbym mieć dzieci i nawet pięćset złotych miesięcznie mnie nie przekona. Ale przy takim nacisku prodemograficznym, naprawdę obawiam się, że już niedługo będę płacić podatek od nieposiadania potomstwa.

dziennik pesymistyczny

Jak wyszedłem z siebie

Obublikował pavvel dnia Komentarzy: 0

No i stało się. Doigrałem się. Wyszedłem z siebie. Wyszedłem z siebie i teraz stoję obok mnie samego i przyglądam się memu pustemu obecnie ciału. Ładna ze mnie skorupka. Co prawda leży toto żałośnie tak jakoś w łóżku zakopane w betach z otwartym pustymi oczami i rozdziawioną gębą. Ale nie jest najgorzej.-  Niebrzydki nawet jestem – skonstatowałem z zadowoleniem.  Szlachetny taki profil. No, przynajmniej mnie się podobam. A jednak dziwnie tak patrzeć na siebie nie w lutrze tylko, że tam powiem na żywo, oczywiście w przenośni zważywszy na sytuacje. Łysą głowę okala lekuchny wianuszkiem króciuśkich włosków. Nos taki rzymski, sporawy nawet. Ale za to broda, tak, ona jest imponująca. Biblijny patriarcha prawie. Podsumowując, choć cały jestem starszawo, taki nijako zanikający, to jednak nadal całkiem do rzeczy.

Stercze tak sobie i się gapie na siebie, bo jak już wspominałem sytuacja była taka, że wyszedłem z siebie i stanąłem obok. Pokój, moja cela doczesnej egzystencji nic się też nie zmieniła od czasu mojego wyjścia z własnej cielesności doczesnej.  A zawsze byłem przekonany, że wraz z mym zejściem odejdzie wszystko co jest wokół mnie a świat się rozpadnie w drobny mak i zapanuje nicość, a tu niespodzianka wszystko trwa jak trwało, choć już beze mnie. Bardzo nieładnie ze strony wszechświata, że tak sobie trwa, gdy ja tak już niematerialny patrzę na to co ze mnie pozostało.

A co po mnie pozostało? Rozejrzę się. Stół, trzy krzesła, kredens, stosy książek na podłodze i na półkach, kolekcja gazet, durnostojki, misie, świnki, muszelki, kamyczki, ubrania w szafie i na wieszaku, coś tam w cyfrowym zapisie. Obrazy na ścianach. Tyle gratów, tyle rzeczy, tyle wspomnień w nich zawartych, tyle książek przeczytanych i co teraz? Nic, pustka. Teraz to już to wszystko nie moje.  Pogubi się to wszystko. Rozpadnie. Przepadnie na śmietnikach i u obcych. To co było ważne dla mnie, teraz jest tylko stosem niepotrzebnych rzeczy.

Odsunąłem się o pół kroku czując lekkość bytu, która była mi obca, gdy jeszcze byłem w sobie. Teraz gdym taki stał się eteryczny, gdy po raz pierwszy wyszedłem z siebie musiałem się zastanowić co dalej. Nie można przecież tak stać i gapić się na własne ciało. Coś trzeba zrobić. Starałem się sobie przypomnieć co tam uczeni w piśmie opowiadali o chwili, kiedy Najwyższy zawezwie do siebie jakieś ziemskie niebożątko, ale nie mogłem sobie przypomnieć zaleceń co czynić w takich terminach. Starałem się sobie uświadomić, że musi być przecież samoistna procedura, która zawiedzie mnie albo na anielskie niebiańskie łąki albo w piekielne kazamaty. Ale jak na razie nie było ani otaczającej mnie światłości, ani tunelu, do którego mógłbym się udać by w nim iść ku światłu. Nie słyszałem głosów anielskich, śpiewu ptaków niebiesiech czy choćby serafinów lub cherubinków.  – No cóż – pomyślałem – poczekam, w końcu przecież moje całe życie składało się z czekania, więc mam w tym niewątpliwa praktykę.

Stałem sobie tak i czekałem na nieuniknione jak mi się wydawało, ale nic się nie działo i to właśnie stawało się już co raz bardziej nudne i nieciekawe. Moje ciało astralne co prawda nie odczuwało zmęczenia, ale takie stanie bezsensu było nużące. – No dobrze – pomyślałem – jak nie to nie, nie będę się narzucał. Jak mnie nigdzie i nikt nie chce to nie będę się tak błąkał niepotrzebny miedzy światami. Czułem się jak wtedy, kiedy nie zabrano mnie na wymarzone i tak upragnione wakacje. No przykro mi się po prostu zrobiło, co tu ukrywać.

Postanowiłem więc wrócić. Na nowo wejść w siebie. Bo przecież jak wyszedłem, to i wejść się da. Jak postanowiłem, tak zrobiłem, bo co tak tu będę sam stał bez sensu i powodu. Wcisnąłem więc na powrót to moje astralne i jak najbardziej niematerialne ciało w siebie fizycznego, w tą maszynę z mięsa, i od razu tak mi się ciężko zrobiło, ale swojsko jednocześnie. No i na powrót byłem, istniałem, żyłem.  Ale to nadal było bez sensu.

dziennik pesymistyczny

Nietrzeźwi trzeźwi

Obublikował pavvel dnia Komentarzy: 0

– Niech będzie pochwalony! – już w progu huknął na całe gardło wchodząc do restauracyjnej izby. – Na wieki wieków! – odpowiedział mu wielogłos zgromadzonych. Nowoprzybyły począł przedzierać się miedzy stolikami, grzesznie, lecz stanowczo torując sobie drogę wśród biesiadników tłumnie zgromadzonych w knajpianej sali w te piękne, mroźne, zimowe popołudnie. Po tych trudach i znojach stanął w końcu przed nami w całej słuszności swoich rozmiarów.  – Zimno dziś pioruńsko, wypiłoby się conieco albo i nawet więcej, nalejcie no panoczku – to rzekłszy zdjął z głowy wielką futrzaną czapę, z ramion zrzucił ciężki, długi kożuch, po czym sapnąwszy jeszcze kilka razy opadł ciężko na krzesło, które wydało z siebie potworne skrzypnięcie boleści.

– Ja to panowie – zwrócił się do nas – nie mogę bez wódeczki. Pokiwaliśmy głowami ze zrozumieniem. A że było już nalane to wypiliśmy. – Ja panowie, to czym dłużej żyje, czym dłużej patrzę na ten świat, czym więcej czytam, oglądam to tym bardziej przekonuje się o tym, że my Panowie to strasznie mamy przesrane z tym piciem – rozpoczął opowieść a że z doświadczenia wiedziałem że będzie miał wiele do powiedzenia, a i o suchym pysku tak jakoś niepolitycznie siedzieć, to i wysłałem najmłodszego wśród nas do baru aby zamówił coś większego i to dwa razy. – My to Panowie szanowni musimy się starać o to żeby mieć za co i z kim i gdzie wypić żeby osiągnąć ten stan lekkości umysłu. I do często musimy opłacić nie dość, że pieniędzmi do jeszcze i zdrowiem – mówił. – A przecież są inne lepsze sposoby oderwania się od świadomości i szybowania w przestworzach absurdu i bezrozumu – dodał. Tu podniosło się kilka głosów, że to nie tak, że to wcale nie odbiera rozumu, że to tylko koloruje rzeczywistość. Przyjaciel po części zgodził się z tym poglądem, ale też stanowczo wskazywał na to, że można stan upojenia i oderwania od rzeczywistości osiągnąć znacznie taniej, bez wielkim nakładów finansowych. Tak tylko swym bytem i przynależnością do pewnych wart społeczeństwa.

– Teraz mam więcej czasu, bo to zima i wieczory dłuższe to i więcej się interesuje polityką – wyjaśniał przyjaciel. – Czytam więcej, oglądam więcej, słucham więcej, no jestem na bieżąco. I tak, co dnia mam coraz większą świadomość, że oni tam w tych sejmowych ławach, w tym kulisach, gabinetach, salonach i w salach narad, oni tam wszyscy są nawaleni od samego rana. No bo przyznajcie sami, nikt trzeźwy nie gadałby takich głupot, no przynajmniej nikt normalny. Ale jeśli ci państwowi urzędnicy, ci wybrańcy narody, politycy znaczy, są normalni to żeby tak gadać bez składu i ładu to muszą być jak nic nawaleni w trzy dupy. No nie jest tak?  – zakończył i popatrzył na nas.

Nie wszyscy się zgodzili. Jedni uznali, że to prowokacja i poczęli się nerwowo rozglądać po sali. Inni uważali, że to nie jest do końca trafna diagnoza. Jeszcze inni po prostu mieli to w głębokim poważaniu. Na końcu uchwalono z kilkoma głosami odrębnymi, że przyjaciela osąd, co do trzeźwości klasy politycznej jest błędny, niczym nieuzasadniony no i krzywdzący. – Czyli uważacie, że oni tak na trzeźwo to wszystko mówią? – zapytał przyjaciel. – Oczywiście – odpowiedziało mi wielu, choć nie wszyscy. – Jeśli tak jest, to ja im bardzo zazdroszczę, bo oni ten stan nietrzeźwości osiągają zupełnie bez alkoholu i to jest wielka sztuka – dodał.

dziennik pesymistyczny

Gdybym miał zniesioną zdolność do rozpoznawania znaczenia swoich czynów?

Obublikował pavvel dnia Komentarzy: 0

Tyle mam na tym świecie spraw niezałatwionych. Tylu takich co bym chciał im dosadnie a czasem i ręcznie wytłumaczyć, że nie mają racji. Całe mrowie polityków, urzędników, ministrów i im podobnych, których jakbym dorwał w swoje ręce to… no sami wiecie. Ale, no właśnie nic z tego, bo to albo mi nie pozwala spełnić zamierzać moje dobre wychowanie albo też wizja spędzenia wielu lat w pasiakach skutecznie odstrasza mnie od zamierzeń.

Ale jest nadzieja w polskiej prokuraturze, która coraz częściej orzeka umorzenie sprawy za przyczynę podając to, że sprawca czynu zabronionego miał w chwili zdarzenia zniesioną zdolność do rozpoznawania znaczenia swoich czynów. Czyli dobra nasza, będę mógł przyłożyć temu i owemu, jeśli tylko zniosę w sobie tę zdolność do rozpoznawania znaczenia swoich czynów.

Nie tak dawno pisałem o pewnym panu prokuratorze, który buchnął dwa batoniki i krem w sklepie. Każdy zwyczajny szary człeczyna po czymś takim, jeśli nawet nie poszedłby pierdzieć w pasiaki, to przynajmniej załapałby surową grzywnę. No tak, każdy ale nie ten prokurator.  Pan prokurator nie poniesie dyscyplinarnej kary za swój czyn, bo prokuratura orzekła, że w chwili kradzieży był niepoczytalny.

– Można być poczytalnym w odniesieniu do pewnych zdarzeń, a do innych zdarzeń popełnionych w tym samym czasie i miejscu już nie – stwierdził wtedy pewien gość z Prokuratury Apelacyjnej w Gdańsku wypowiadając się w tej sprawie. Mam nadzieje, że będę mógł to wykorzystać i w mojej szarej i marnej egzystencji, choć żaden ze mnie prokurator.

Teraz wyczytałem w lokalnej prasie, że Prokuratura Rejonowa na dalekiej prowincji umorzyła postępowanie w sprawie zaatakowania przez nauczycielkę swojego ucznia, bo uznano, że w tym momencie miała zniesioną poczytalność. No ja rozumiem, że mogła się wnerwić. Fakt, że w polskich powiedzeniach znalazło się: „Obyś cudze dzieci uczył”, świadczy o tym, że od dawien dawna ludzie zdawali sobie sprawę, że praca nauczycielki nie jest łatwa. Ale mnie zainteresowało to, że tak można z chwili na chwile stracić poczytalność, a następnie ją tak zwyczajnie odzyskać. To daje mi ogromne możliwości wyładowanie swoich frustracji. Przecież, kto mi udowodni, że dając w twarz z liścia politykowi dla przykładu byłem poczytalny? Może właśnie wtedy, w tym momencie, gdy uskuteczniałem czynną napaść na organy państwa, miałem zniesioną poczytalność? Przecież to możliwe.

– Według biegłych nauczycielka miała w chwili zdarzenia zniesioną zdolność do rozpoznawania znaczenia swoich czynów – tłumaczy w gazecie, rzecznik Prokuratury Okręgowej. I słusznie! Jeśli kiedyś przez przypadek, z głupoty, czy z przymusu sytuacji zrobię coś zabronionego prawem, to zawsze będę mógł się wytłumaczyć, że miałem wtedy zniesioną zdolność do rozpoznawania znaczenia swoich czynów. No i mam nadzieje, że mnie nikt nie zamknie jako zbzikowanego i zawsze będę mógł się powołać na opinie biegłych, że: „Można być poczytalnym w odniesieniu do pewnych zdarzeń, a do innych zdarzeń popełnionych w tym samym czasie i miejscu już nie.” Tak jest chyba uczciwiej.

dziennik pesymistyczny

Przypadkowy z prośbą

Obublikował pavvel dnia Komentarzy: 0

– Wygląda pan jak wiking. Taki rezolutny wiking. No, naprawdę, ta broda, bardzo ładna  – zagadnął mnie pewien jegomość usiłując przykuć moją uwagę. Coś jest chyba ze mną nie tak. Coś musi być we mnie, jakaś cecha wyróżniająca mnie z tłumu w sensie pozytywnym lub negatywnym, która powoduje, że notorycznie mnie ktoś na ulicy zaczepia i chce porozmawiać. Co ich tak przyciąga, skoro ja robię wszystko żeby przemknąć ulicą niezauważony? Naprawdę nie wiem.

– Przepraszam, przepraszam proszę pana, niech się pan na chwile zatrzyma, czy możemy chwilę porozmawiać? – usłyszałem i choć udawałem, że to nie do mnie to jednak byłem na sto procent pewny, że chodzi właśnie o moją osobę. Prawie każdego dnia spotkam kilku nowych przypadkowych znajomych którzy usilnie chcą chwile ze mną porozmawiać. Przechodziłem jedną z najbardziej ruchliwych ulic w moim mieście. Wokół mnie kłębił się nieprzebrany tłum. Matki z dziećmi. Osoby świeckie i duchowne. Mundurowi i ci w cywilu. Zabiegani biznesmeni z przyklejonymi do ucha telefonami. Panie i panowie w różnym wieku.  Młodzież szkolna i osoby starsze. Ludziska w garniturach i w strojach roboczych. I ci wyglądający zamożnie, i tacy w stroju przeciętni. Biedni i bogaci. Różni, jak to na ulicy. Cały przekrój społeczeństwa. Ale to właśnie mnie ten jegomość postanowił zaczepić. Ot takie moje szczęście lub może nieszczęście.

– W jakiem miesiącu się pan urodził? Jaki jest pana znak zodiaku jeśli mogę wiedzieć?  – zapytał ni stąd, ni zowąd mój nowy przypadkowy rozmówca, gdy już skutecznie zagrodził mi drogę własną osobą. Był to pan w wieku około czterdziestu kilku lat. Twarzy gładko ogolona, włos zwichrzony i nastroszony wystawał z pod czapki uszatki. Ubranie zmęczone, nie nowe, ale schludne.

– Witam pan – wysunął ku mnie dłoń, którą uścisnąłem niechętnie. – Jest pan z początku roku, urodził się pan w pierwszych miesiącach roku? – dopytywał. – Wie pan ja się trochę interesuje numerologią, więc mnie takie rzeczy ciekawią. – To rozumiem, ale ja się straszliwie spieszę, ja muszę już iść, czekają na mnie – starałem się znaleźć odpowiednie kłamstwo, aby się uwolnić od niespodziewanego rozmówcy. Jednak nic to nie dało. Z grzeszności udzieliłem mu więc informacji, co do miesiąca urodzin. A gdy zbierałem się podać kolejny powód usprawiedliwiający moje pospieszne oddalenie usłyszałem kolejne pytanie: – A czytał pan Biblie?

No, to wpadłem pomyślałem. Teraz się nie uwolnię. Co było robić? Rozmawiałem czy raczej słuchałem. Po powierzchownym omówieniu kilku zagadnień teologicznych mój interlokutor postanowił skomentować jeszcze problemy współczesnego świata. Wspominał też o filozofii, literaturze oraz ogólnie pojętej sztuce. Nasza rozmowa polegała na tym, że osobnik stojący przede mną mówił a ja przytakiwałem, co najwyżej odpowiadałem zdawkowo lub starałem się znaleźć odpowiednią wymówkę, która pozwoliłaby mi odejść od natręta. I w taki to sposób gawędziliśmy kilka minut.

– Wie pan, mam taki kłopot, coraz mniej znam ludzi w tym mieście, a z panem się tak miło rozmawia. Czasem jest w człowieku taka potrzeba żeby, pan rozumie. A tu akurat mam taki kłopot w którym mógłby mi pan pomóc. Czy może mi pan dać złoty siedemdziesiąt – wyrecytował prawie jednym tchem i tym samym doszedł do sedna sprawy, która miał do mnie. Oczywiście dałem. Zawsze daje jak mam. Ale muszę przyznać, że tym razem ten pan naprawdę zarobił na te drobne. Porozmawiał o filozofii, numerologii, Biblii, sztuce, literaturze, polityce i dopiero po tym przeszedł do prośby o dotacje. Dałem te złoty siedemdziesiąt z prawdziwą przyjemnością.

dziennik pesymistyczny

Czterech agentów i spiskowiec

Obublikował pavvel dnia Komentarzy: 0

Przeczytałem gdzieś, że na siedmiu spiskowców najczęściej dwóch to zwykli niegroźni zapaleńcy, czterech to agenci tajnych służb, a tylko jeden spiskowiec to ten właściwy niebezpieczny osobnik. Takie to poglądy, jeśli dobrze pamiętam, autor przeczytanej przeze mnie książki przypisywał pewnemu agentowi Ochrany, czyli tajnej carskiej policji.

– Prowokacja miała miejsce i agenci nie siedzą i nie będą siedzieć w więzieniu, a ponieważ ktoś musi, ja siedzę w więzieniu. Jakaś równowaga musi być – powiedział podczas mowy końcowej oskarżony o przygotowywanie zamachu terrorystycznego pewien doktor chemii.

Przeszło trzy lata temu dzielni agenci naszej tajnej policji, czy jak kto woli agenci bezpieczeństwa narodowego, w wyniku pracy operacyjnej wykryli spisek i udaremnili planowany zamach na ówczesny Sejm, Rząd i Prezydenta. Okazało się wtedy, że i my Polacy mamy swojego rodzimego terrorystę, który swym niezrealizowanym czynem uzasadnił rządową potrzebę rozrastania się instytucji kontroli nad społeczeństwem. To szeroko komentowane aresztowanie skutecznie zablokowała też nową ustawę o służbach specjalnych przygotowywaną w tamtym czasie.

Brakowało w kraju nadwiślańskim takiego przykładowego winnego, co to zostanie aresztowany za terroryzm. Takiego wroga publicznego numer jeden co to chciał zbrojnie, w pojedynkę, z niewielką pomocą swych przyjaciół, dokonać zmiany ustroju. Takiego, co to w tajnym laboratorium mataczył po nocach w celu przejęcia władzy nad ojczyzną a kto wie, może i nad całym światem. Teraz niedoszły zamachowiec, po latach siedzenia w śledztwie, odpowiada przed sądem za przygotowywanie od lipca do listopada 2012 roku ataku terrorystycznego na konstytucyjne organy RP, za nakłanianie rok wcześniej dwóch studentów do przeprowadzenia zamachu oraz za nielegalne posiadanie broni i handel nią.

Przypomniałem sobie jak trzy lata temu na konferencji prasowej agenci naszych dzielnych państwowych tajnych służb oraz państwowi prokuratorzy informowali zatroskany o losy najwyższych władz państwowych obywateli o likwidacji w toku działań operacyjnych terrorystycznej siatki. Przypominałem to sobie też, bo dziwnym zbiegiem okoliczności liczby się zgadzały. Było jak w tym przykładzie z książki o Ochranie, który przytoczyłem na początku. Jeden siedzi – ten niebezpieczny, dwóch to podobno mniej groźni kolekcjonerzy broni… a czterech chodzi po wolności.

dziennik pesymistyczny

To idzie nowe, nowe, nowe…

Obublikował pavvel dnia Komentarzy: 0

– Co tam Szanowny u Ciebie?  – spytałem, gdy tylko przysiadł na stołku barowym obok mojego miejsca. Uśmiechnął się w odpowiedzi. Wygładził niewidoczne zagniecenia na modnym garniturze. Poprawił krawat, pomachał kelnerce, popatrzył na sale i rzekł: Bardzo dobrze. Teraz gdy postanowiłem być prawym i sprawiedliwym, jest i będzie ze mną bardzo dobrze.

Nawet się ucieszyłem, choć ta droga polityczna jest mi mówiąc najładniej obca. Wyglądał lepiej, a to przecież dobrze. Prezentował się wspaniale. Nowy garnitur z czystej wełny, zegarek dobrej firmy, modny krawat, biała koszula dobrej jakości, spinki do niej też niczego sobie. Płaszcz, buty, ba, nawet parasol, wszystko nowe i świadczące o nowo nabytej zamożności. Cały był taki rozpromieniony i władczy. Zamówił wódeczkę jak zawsze, to prawda, ale za to najdroższą jaka była w lokalu. Zakąski też wybierał ze znawstwem. Dopytywał kelnerkę o szczegóły, grymasił, zastanawiał się, namyślał. No, panisko jednym słowem.

– Poprawiło się – zapytałem, gdy już zaprzestał epatowania dobrobytem na prawo i lewo.  – Ano, poprawiło – odparł. – Teraz służę, i należę, kolega kolegi mnie wciągnął. Doradzam. Teraz za mną prawo, to i sprawiedliwie muszę przyznać, mam się teraz lepiej – wyznał. – No to chwalić Pana – skwitowałem i zasugerowałem gestem żebyśmy wypili, na co przystał z wyższością wielmoży. Zaczęliśmy się gościć, choć raczej ja tu byłem w gościnie, on był fundatorem i dobrodziejem moim o czym nie dawał mi zapomnieć.

– A co tam z twoim mandatem za „usiłowanie spożycia alkoholu w miejscu objętym zakazem” – wypaliłem w połowie naszej biesiady, po czym zrozumiałem, że zbłądziłem i chyba przesadziłem. Nie powinienem pytać a tym samym przywoływać mroczne czasy jego opozycyjnego życia w niedostatku. – Zastanowimy się i przyjrzymy wszystkim szczegółom tego mandatu. Po za tym to nie żaden mandat lecz tylko opinia – powiedział spokojnie, całkiem jak taki pan, co to objaśnia narodowi co prezydent miał na myśli, gdy naród ma trudności z właściwym zrozumieniem.

– Ten mandat ma przede wszystkim walor historyczny, odnosi się bowiem do sytuacji, która w ostatnich dniach uległa zasadniczej zmianie – ocenił strzepując z rękawa marynarki niewidoczny pyłki. Zasugerował także, że cała ta „przygoda”, która skończyła się mandatem to wynik uzależnienia organów i ich przedstawicieli od wpływów politycznych.

Potem pijąc i zakąszając ocenił, że tamte zaprzeszłe wydarzenia wskazują, że nadszedł czas na głęboką refleksję nad modelem funkcjonowania pewnych instytucji. Według niego konieczne będą szeroko idące zmiany, które powinny zmierzać w kierunku stworzenia mechanizmów gwarantujących swobodę pewnych postępowań w sytuacjach skrajnych. – Apeluję do wszystkich sił politycznych o współpracę i wsparcie inicjatyw realizujących powyższe założenia – oświadczył patrząc na mnie, choć ze mnie żadna siła polityczna.

– Ten mandat wywołuje niesmak i zniechęcenie do tej szanowanej instytucji, przypuszczam, że tak jak u większości Polaków – to rzekłszy zapadł w milczenie, jak to miał w zwyczaju. A wiatr historii wionął od Warszawy, niosąc zmiany, zmiany, zmiany.

dziennik pesymistyczny

Na miejscu ujawniono osobę

Obublikował pavvel dnia Komentarzy: 0

„Bezdomny z (…) poszukiwany przez policję” – przeczytałem tytuł artykułu na fanpejdżu jednej z lokalnych gazet i od razu poczułem przymus działań obywatelskich i propaństwowych.

Jako ten odpowiedzialny i co najważniejsze praworządny, postanowiłem że nie pozostanę bierny i od razu zapoznam się z treścią artykułu, aby ewentualnie w czymś pomóc organom. Przyznaje, że korciło mnie żeby się dowiedzieć, czym to zasłużył sobie ten bezdomny, że poszukują go funkcjonariusze. Kliknąwszy tam gdzie się powinno, już po chwili mogłem przeczytać w artykule, że: „We wtorek, 24 listopada o godzinie 8:50, dyżurny Straży Miejskiej w (…) otrzymał zgłoszenie dotyczące osoby bezdomnej przebywającej na klatce schodowej wieżowca Komandosów 2”.

– No i sprawa jest poważna – pomyślałem po przeczytaniu tych pierwszych zdań. Nie dość, że osoba bezdomna przebywała na klatce schodowej w wieżowcu, to dodatkowo przebywało tam jak się może wydawać „Komandosów 2”. Teraz na spokojnie to analizując już wiem, że to nie „komandosów dwóch” tam przebywało, ale że to wszystko działo się przy ulicy „Komandosów 2” i tylko piszącemu notkę dziennikarzowi słowo się zagubiło. Ale wtedy, to przez chwile, naprawdę wierzyłem w tych komandosów dwóch.

– „Z relacji osoby zgłaszającej osoba zakłócała ład i porządek” – przeczytałem następne zdanie i jako osoba, zrozumiałem, że przecież tylko osoba mogła zgłosić, że osoba zakłóca. Tak to już widać jest, i być musi. Dlatego, już niczemu się nie dziwiąc przeczytałem: „Na miejscu ujawniono osobę bezdomną, mężczyzna poproszony o podanie danych osobowych stał się nerwowy, co wzbudziło podejrzenie patrolu”. Jak przeczytałem „osoby”, „osoba”, „osobę” też stałem się lekko nerwowy, ale byłem dzielny i czytałem dalej.

„W toku czynności sprawdzono podane dane osobowe mężczyzny, okazało się że jest on poszukiwany. Mężczyzna przewieziony na KMP, gdzie został przekazany do dyspozycji oficera dyżurnego”. I na tym kończy się artykuł. Ach to „ujawniono osobę” – jak ja za tym tęskniłem! Moje ulubione słówko z raportów funkcjonariuszy powróciło i to w jakim stylu. Ujawniono. Ech, czasy się zmieniają, ale funkcjonariusze zawsze będą ujawniać osoby.

Ale pod koniec artykułu przeżyłem prawdziwy zawód. Osoba bezdomna z tytułu okazała się nie być aktualnie poszukiwaną. Chociaż dziennikarz w artykule tytułem sugeruje poszukiwanie bezdomnego a w tekście informuje, że „ujawniono osobę” i przekazano „do dyspozycji oficera dyżurnego”.  Może i nie miałem możliwości ujawnienia osoby, ale zawsze, co się uśmiałem to moje, że się ujawnię.