– Nie złodzieje rządzili, lecz debile – śpiewa pewien poeta o czasach dawno minionych. Dla mnie to jednak słowa jak najbardziej aktualne. Łatwo przecież zauważyć, że przestali u nas rządzić złodzieje a zaczęli rządy debile.
Ja tam oczywiście nie mam dowodów na to, że ktoś tam coś ukradł, ale co tam, mogę sobie tak twierdzić idąc za przykładem pewnego polityka, który mimo iż – jak przyznał – nie miał na to dowodów, uważał, że w czasie ostatnich wyborów samorządowych doszło do fałszerstw. No to co mi szkodzi twierdzić, że władze do niedawna u nas sprawowali złodzieje. Nic mi nie stoi na przeszkodzie. Za to co do tego, że teraz nastąpiły rządy debili, nie mam już wątpliwości. Zwyczajnie każdy może się o tym przekonać oglądając telewizje, słuchając radia czy czytając doniesienia innych publikatorów.
Odnoszę wrażenie, że czym większa durnota wypowiedziana do kamery czy mikrofonu przez znanego polityka, tym większa jest wrzawa wokół jego osoby i tym większe zyskuje on poparcie wśród swojego elektoratu. A i media są zadowolone, bo coś się dzieje i takie wygadywane przez polityków kretynizmy zwiększają oglądalność czy sprzedaż reklam. Najgorsze, że to państwowe zidiocenie jest zaraźliwe. Coraz więcej tych, których nie podejrzewałem o zaburzenia zdrowego rozsądku zaczyna przemawiać słowami polityków.
Jak uczęszczałem do podstawówki to miałem w klasie takiego osobnika, który nie tyle miał ADHD, co po prostu uwielbiał rozrabiać. Pani próbująca nas nauczać języka polskiego wpadła na pomysł i wynegocjowała z klasowym chuliganem, że od będzie mógł spokojnie, bez konsekwencji, szaleć na lekcji przez dziesięć minut a w zamian będzie spokojnie siedział do końca zajęć. Nazwaliśmy to „chwilą dla debila”. Może i teraz powinniśmy zaproponować takie rozwiązanie politykom? Dziesięć dni szaleństwa w miesiącu gdzie będą mogli wygłaszać swoje debilizmy a potem będą siedzieć cicho i ograniczą się to pracy twórczej a rządzący do administracji.
Pewnie nie jeden czytelnik pomyłaś teraz:, co on tam opowiada. Nie jest tak źle. No to może kilka przykładów kretynizmów. Taki pan Antoni stwierdził ostatnio, że „po Smoleńsku możemy powiedzieć, że byliśmy też pierwszą wielką ofiarą terroryzmu we współczesnym konflikcie, jaki się na naszych oczach rozgrywa”. I co? No bezsens kompletny, ale jestem pewny, że wielu z nim się zgodzi. Mówiłem, że to jest zaraźliwe.
No to po linii ministerialnej teraz. – Celem (Wojsk Obrony Terytorialnej) powinno być wzmocnienie patriotycznych i chrześcijańskich fundamentów naszego systemu obronnego oraz sił zbrojnych – tak, aby patriotyzm oraz wiara polskich żołnierzy były najlepszym gwarantem naszego bezpieczeństwa i umożliwiły skuteczną realizację programu odbudowy siły militarnej Polski – piszą przedstawiciele Ministerstwo Obrony Narodowej, ci od Antoniego.
Gdy komisja Wenecka, która zajęła się sprawami polskimi, na wyraźne życzenie rządu, oświadczyła, że „osłabianie efektywności Trybunału podważy demokrację, prawa człowieka i rządy prawa” w Polsce. Oraz że „zarówno poprzednia, jak i obecna większość w polskim parlamencie podjęły niekonstytucyjne działania”. To posłanka Krysia na to: „To frontalny atak na Sejm, prezydenta i rząd”.
Za to premier Beata uradowała mieszkańców polskich miast i wsi stwierdzeniem wygłoszonym w rządowej telewizji: „polska demokracja ma się bardzo dobrze – przecież nie wysyłamy policji przeciw ludziom.” A taki Paweł K. znany polityk od niechcenie, rzekł co następuje: „Jestem przeciwnikiem rozmawiania z jakimkolwiek mocarstwem z pozycji kolan, bo inaczej prędzej czy później takie mocarstwo rozepnie sobie rozporek. Z drugiej strony prowokowanie dużego mocarstwa do jakichś zachowań jest nieodpowiedzialne”.
To tylko kilka przykładów, ale nawet to doskonale obrazuje, jakie okazałe fiksum dyrtum ma nasza klasa polityczna. I nie ma się co dziwić, że po czymś takim coraz częściej przejawiają się u mnie „odruchy anarchistyczne, żeby obalić rząd” – cytując prezesa od prawych i sprawiedliwych.