Tag Archives

157 Articles

dziennik pesymistyczny

Jak się nazywasz, czyli 115 dowodów na 47 nazwisk

Obublikował pavvel dnia Komentarzy: 0

Każdy obywatel naszej pięknej rzeczpospolitej wie jak ważny jest w jego życiu dowód osobisty. Dla przeciętnego człowieka życie w polskich strukturach państwowych i społecznych bez tej plastikowej karty identyfikującej byłoby zupełnie niemożliwe. Są takie kraje, gdzie osobisty dowód tożsamości wydawany przez uprawnione organy władzy jest nieznany, ale to zapewne stan przejściowy w ich nieudolnych cywilizacjach. Ten nienaturalny dla biurokracji stan bezdowodowy zapewne niedługo się u nich zmieni na ten właściwy. Ci zacofani innostrancy bez dowodu przyłączą się do nas oświeconych i posiadających osobisty, potwierdzony państwowo, dowód na własne istnienie.

Bo przecież nie ma życia bez osobistego dowodu. Każdy, kto próbował odebrać list polecony na poczcie, zareklamować towar w sklepie, udał się na badania lekarskie, każdy musiał się urzędnikowi pocztowemu, pani w sklepie czy recepcjoniście w przychodni wylegitymować dokumentem tożsamości. Bez tego kawałka plastiku ze zdjęciem nikt by mi tak na słowo nie uwierzył, że ja to ja, a nie ktoś zupełnie inny.

Powiem nawet więcej, to dowód osobisty określa, kim jesteśmy. Nie tylko możemy się w każdej chwili z tego dokumentu państwowego dowiedzieć dokładnie gdzie mieszkamy (pod warunkiem, że mieszkamy tam gdzie jesteśmy zameldowani), możemy się szybko upewnić ile mamy wzrostu, jaki mamy kolor oczu oraz kiedy przyszliśmy na ten świat. Szybko i sprawnie możemy sobie przypomnieć, pod jakim numerem identyfikacyjnym zostaliśmy zapisami w państwowych ewidencjach. Bez problemu i w każdej wybranej przez nas chwili możemy sprawdzić naszą narodowość, oraz do jakiego państwa jesteśmy przypisani. I co najważniejsze, z dowodu osobistego możemy się oczywiście dowiedzieć jakie nam nadano oficjalne imię i nazwisko.

Wydaje wam się, że każdy już o dziecka wie jak się nazywa i nie jest mu do tego potrzebny dowód tożsamości? Otóż nie jest tak do końca, o czym przekonali się świętokrzyscy policjanci, którzy zatrzymali czterdziestojednoletniego mężczyznę z miasta Gdynia. Jak donoszą media, osobnik ten, posiadał piętnaście dowodów osobistych na czterdzieści siedem nazwisk. Gdy funkcjonariusze zapytali go o jego imię i nazwisko, biedaczyna nie potrafił powiedzieć jak się nazywa. No poplątało się chłopinie z nadmiaru osobistych dowodów tożsamości. No jak miał się zorientować jak ma na imię czy nazwisko, jak miał tak wiele dowodów na swoją tożsamość. To przecież absolutnie niewykonalne. Czterdzieści siedem imion i nazwisk do wyboru. Przy czym każdy, choć podrobiony, to jednak prawie państwowy dowód twierdzi, co innego. Czterdzieści siedem różnych numerów identyfikacyjnych, czterdzieści siedem wersji wzrostów i koloru oczu. Prawdziwy koszmar. Na znalezionych u zatrzymanego przez policję dokumentach był wizerunek czterdziestojednolatka, lecz różne dane. – No, jak żyć! – chciałoby się zawołać za klasykiem. Zastanawia mnie, dlaczego miał ten pan sto piętnaście dowodów osobistych, ale tylko na czterdzieści siedem nazwisk i imion? Czyżby miał też wersje z powtarzającymi się nazwiskami lub imionami, ale innymi danymi dotyczącymi na przykład miejsca zamieszkania czy daty urodzenia? To jeszcze bardziej komplikowałoby życie mężczyzny z miasta Gdyni, ale też tłumaczyło jego dezorientację co do właściwego nazwiska czy imienia.

W tym miejscu chciałbym zaapelować do moich współobywateli. Kochani, starajcie się posiadać jeden dowód. Nie kombinujcie. Jeden dowód na jedno imię i nazwisko w zupełności wam wystarczy. Posiadanie większej liczby dowodów może was tak zamroczyć, że stracicie zupełnie kontakt z rzeczywistością. Taka mnogość dokumentów osobistych spowoduje u was kompletą dezorientację co do waszych danych personalnych. A może nawet osobowość mnogą? Nie idźcie za przykładem przestępcy z Gdyni. Jeden dowód zapewni wam zawsze wiedzę, kim jesteście i jak macie na imię. Tylko posiadając jeden dowód osobisty, zawsze i wszędzie, o każdej porze dnia i nocy, w każdych okolicznościach, nawet pytani przez świętokrzyskich funkcjonariuszy, będziecie mogli szybko i sprawnie, bez zaskoczenia powiedzieć jak się nazywacie.

dziennik pesymistyczny

Bezmyślenie osobnicze

Obublikował pavvel dnia Komentarzy: 2

Cały czas myślę i to jest moje największe przekleństwo. Bo gdybym nie myślał lub myślał mniej, choć trochę, to może łatwiej bym się dopasowywał, uspołeczniał. Bez myślenia byłbym szczęśliwszy, pracowitszy, bardziej uporządkowany. Nie zastanawiałbym się, dlaczego co rano muszę wstać do pracy. Bo praca byłaby dla mnie czymś najzupełniej naturalnym. Żył bym spokojniej bez ciągłej potrzeby dociekań. Czy jakbym ograniczył narkotyczną wręcz potrzebę myślenia nie zadawałbym sobie tak społecznie bezsensownych pytań jak: dlaczego? Po co? Wykonywałbym polecenia i czułbym się szczęśliwszy. Stałbym się cennym członkiem społeczeństwa. Co dnia stawałbym przy maszynie. Siadał przy biurku. Stawałbym na stanowisku. Służyłbym pomocą. Skrzętnie bym pracował i zarabiał. Tak po prostu. Bez myślenia łatwiej by mi było znaleźć prace. Byłbym bardziej atrakcyjny dla wolnym rynku. Byłoby na mnie zapotrzebowanie. Stałbym się  społecznie kompatybilny. Byłym lepiej opłacany. Adekwatny. Taki swój. Masz. Kumpel. Byłbym wypłacalny. Miałbym zdolność kredytową. Byłbym wiarygodny dla banków. Gdybym tylko mniej myślał. Choć ociupinkę. Mniej analizował. Gdybym nie szukał dziury w całym. Byłbym szczęśliwszy. Bardziej lubiany. Miałbym więcej kolegów, no bo z pracy. Miałbym więcej przyjaciół, bo by mnie było stać na przyjaźnie. Miałbym lepszą opinie w środowisku.  Miałbym większy dom. Większe mieszkanie. Może nawet w wieku sześćdziesięciu trzech lat spłaciłbym w końcu hipotekę?  Mógłbym pracować wydajniej. Dosłownie wszędzie. Robić wszystko co się ode mnie by wymagało. Mógłbym bez problemów wyjechać za pracą. Żyć bez lęku. Bez nadmiernego myślenia byłoby łatwiej i sprawniej. Wydajniej.

Gdybym nie myślał tak wiele, mniej bym się denerwował. Wiadomości telewizyjne, nagłówki w gazetach napawałyby mnie tylko optymizmem. Zwiększałyby moją potrzebę bardziej wytężonej pracy dla dobra nas wszystkich. Gdybym tak, choć na chwile przestał się zastanawiać, dlaczego jest tak jak jest, a nie jest inaczej, byłbym o wiele szczęśliwszy. Gdybym nie czytał, nie oglądał, nie bawił się, nie przyglądał się, nie rozmyślał w nadmiarze… gdybym zwyczajnie nie chciał wszystkiego zrozumieć, świat tak bardzo by mnie nie przerażał. Lepiej bym sypiał gdybym w nocy nie myślał o dniu następnym. Może nie brałbym leków? Może byłbym bardziej realny. Mniej oddalony. Teraźniejszy. Nie denerwował się. Jakżeż ja byłbym spokojny bez nadmiernego myślenia. Może nawet byłbym bardziej wolny, bo przecież nawet nie zastanawiałbym się nad zniewoleniem. Ale chyba najważniejsze, że byłbym bardziej przystosowany do tego świata. Nie chciałbym nic zmieniać. Nie stawałbym niewygodnych pytań. Wiedziałbym przecież, że nic nie zmienię. Gdyby się tak dało nie myśleć. Wyłączyć pokrętłem, aż do kliknięcia oznaczającego koniec myślenie.  Jeśli nie wyłączyć całkowicie, to przynajmniej przyciszyć, stłumić myślenie.

Nie zagrażałbym sobie i innym, gdybym mniej myślał. Nie poszukiwałbym praw. Bo bym znał prawdy tak z boskiego nadania. Nie dociekałbym, nie pragnąłbym, bo wiedziałbym, że jest jak jest. Byłbym bardziej propaństwowy, prospołeczny, patriotyczny, bo przecież za pewnik bym przyjmował prawa i obowiązki. Gdybym nie myślał tak wiele, to pewnie doszedłbym do czegoś. Stałbym się posiadaczem. Miałbym i byłoby mnie stać. Byłbym wzorowym obywatelem każdego państwa. Czasem chce tego, chciałbym przestać być inny. Być zwyczajny. Szary. Uporządkowany.  Porachowany. Usystematyzowany. Może nawet bez natręctwa myślenia stałbym się lepszym, bo bym zapewniał i zaspokajał.  A to wszystko bym miał gdybym tak nadmiernie, tak pazernie nie starał się zrozumieć. Pojąc. Ogarnąć. Jakbym przestał myśleć, choć na czas jakiś. Do czasu aż bym się dorobił. Zapewnił sobie byt. Obrósł materialnie. Pewnie przed to moje wciąż myślenie, przez ten potok całego dociekania mam poczucie nierealności. W zasadzie, tak teoretycznie to wszystko wokół mnie nic, a nic mnie to obchodzi. No, może przynajmniej niewiele. Praktycznie jednak cały czas o tym myślę i to mnie osamotnia. Gdybym mniej myślał to byłbym szczęśliwszy?

dziennik pesymistyczny

Wiedział, nie powiedział, a to było tak

Obublikował pavvel dnia Komentarzy: 6

Wiem, ale nie powiem. To jest motto tych politycznych, wierzących. Tych święcie przekonanych. Badaczy ukrytych prawd. Tych, co doznają objawień. Tych, co posiedli wiedzę o faktach i zjawiskach ukrytych. Teraz oni wiedzą, znają prawdę, ale nie mogą o niej powiedzieć. Nie mają dowodów, ale wierzą, są przekonani. Znają dowody, ale nie mogą ich ujawnić. Odkryli nagle coś nieznanego ogółowi, ale nie ujawnią szczegółów dla dobra ogółu oczywiście. Posiadają wiedzę tajemną, która wyzwoli nas, Polskę całą, piękną, żyzną i niemałą… Prawda została im objawiona, ale nie mogą o niej teraz mówić. Oni coś wiedzą, ale konkretnie, co wiedzą, tego już nie powiedzą.

Dziecięce przekomarzanie było dla mnie wspomnieniem bardzo odległym w czasie, ale teraz to „ wiem, ale nie powiem” powróciło i bynajmniej nie za sprawą dziecięcych zabaw. Teraz to dokazywanie dla dorosłych. A nawet bardzo dorosłych. Teraz to sprawa polityczna. Teraz to sprawa wiary i przekonań. Całkiem niedawno pewien poseł powiedział, że są dowody na to, że trzy osoby przeżyły katastrofę smoleńską. Nie zdradził jednak, kto przeżył. – Po blisko trzech latach badań mogę powiedzieć z olbrzymią dozą pewności czy prawdopodobieństwa, że relacje o tym, że trzy osoby przeżyły (katastrofę), są wiarygodne – mówił ten szef zespołu do spraw. Jak dla mnie, powiedział tyle, że wie, ale nie powie skąd to wie. Czyli znów to dręczące dziecinne stwierdzenie powróciło, tym razem, w dorosłej politycznej formie. – Możemy powiedzieć na pewno. Tak, samolot został zniszczony przez eksplozję. A jak do tego doszło, w jakim zakresie i kto był autorem tej straszliwej zbrodni to jest rzecz, którą będziemy analizowali w przyszłości. Na razie stwierdzamy fakt – powiedział poseł. Czyli tradycyjne już: wiem, ale nie powiem.

Ten swoisty detektyw parlamentarny jest jak ten święty Antoni, patron osób i rzeczy zaginionych oraz spraw beznadziejnych. On doszedł do prawdy. Została mu objawiona. „Po blisko trzech latach badań” On już wie, On „z olbrzymią dozą pewności czy prawdopodobieństwa” zna prawdę, ale całej prawdy, tak wprost, tak zwyczajnie, bez owijania w bawełnę, nie może powiedzieć. – (…) nie jesteśmy w stanie stwierdzić, czy trzy osoby przeżyły. Ale są wiarygodne informacje z trzech źródeł, że tak było. Obowiązkiem polskiej prokuratury jest to sprawdzić – wtóruje mu rzecznik prawych i sprawiedliwych. I znów to denerwujące: wiem, że to prawda, ale nie powiem wszystkiego. Ten polityk mówi, a ja słyszę, że: ktoś coś tam wie, że On słyszał tylko, ale On w to wierzy. Bo On, jest przekonany, że ten, co mu powiedział, ten posiadacz prawdy, jest dla niego wiarygodny, ale na wszelki wypadek niech ktoś tę prawdę objawioną sprawdzi.

– Przy obecnej wiedzy jedyną teorią, która wszystko wyjaśnia, porządkuje wiedzę, i daje konkluzje, jest teoria zamachu. Natomiast z całą pewnością jeszcze trzeba te sprawy bardzo pogłębić – powiedział pan prezes, odwieczny i niespełniony zbawca Polski. Znów, no znów słyszę to: wiem, ale nie powiem.  Znów ktoś posiada wiedzę, jest przekonany o prawdzie, ale żebym ja mógł poznać prawdę, to trzeba tę wiedzę o prawdzie dla mnie specjalnie pogłębić.  Wszyscy coś wiedzą, ale nam nie powiedzą.  Dla naszego dobra oczywiście, bo prawda byłaby dla mnie, dla nas, tak bolesna, że chyba by nas zabiła… i kto by opłacał zabawę w ten cyrk? Kto by płacił podatki?

Konkretnie, no błagam… Panowie! Konkretnie!, Raz! No błagam! Raz powiedzcie całą prawdę, niech i ja doznam objawienia. Raz, choć raz powiedzcie: Kto? Jak? I dlaczego? I co najważniejsze: po co? A nie tylko: ja wiem, ale wam nie powiem.

dziennik pesymistyczny

Po prostu wstać i iść

Obublikował pavvel dnia Komentarzy: 1

Tak czasem chciałbym po prostu wstać i iść. Uciec od tej wiecznej ciemności. Od śniegu za oknem, wiecznego już prawie ćmoku, listów w skrzynce pocztowej, telefonów, maili, pytań i konieczności odpowiedzi, spraw i obowiązków. Oderwać się od codzienności, powtarzanych czynności, od kłopotów i odpowiedzialności. Tak zwyczajnie wstać i wyjść. Zamknąć drzwi na klucz. A potem na dworzec kolejowy. Wsiąść do pociągu, ale nie koniecznie byle jakiego. Tylko takiego co to bez zbędnego dostosowania się do panujących okoliczności zawiezie mnie tam, gdzie inaczej. Gdzie będzie ciepło i jasno, spokojnie i cicho.

Marzy mi się podróż w niekoniecznie nieznane, ale w miejsca dawno niewidziane, w takie niezapomniane. Chcę spokojnie, bez pośpiechu spacerować wśród starych domów. Iść do muzeum. Wypić setkę w barze. Przysiąść na ławce w parku. Obserwować ludzi. Poczytać wśród drzew. Wypić ze znajomymi tylko tyle, żeby poczuć chłód radości i wolności. Spacerować godzinami bez celu. Trzymać ukochaną za rękę. Oglądać wystawy sklepowe. Kupić coś. Znaleźć coś. Przeczytać gazetę. Zjeść coś, znów coś wypić. Nie spieszyć się. Nie rozmyślać. Nie przemyśliwać. Nie analizować. Nie zamartwiać się. Iść przed siebie. Cieszyć się ciepłym, słonecznym dniem. Być wolnym od ciężaru codzienności.

Jechać pociągiem wsłuchując się w rytm. Jechać samochodem bez kontrolowania poziomu paliwa. Podróżować.  Dotrzeć do celu i tam odpocząć. – Boże, jak ja kocham czynności niewymuszone – powiedział zapadając się w wygodny leżak. – Napijesz się jednego? – usłyszał znajomy głos. Wstał i poszedł wypić, i wypił kieliszek wódki, a potem następne. Zrobił to, bo tego chciał. Bo pragnął tego. I nie pił, żeby zapomnieć, ale żeby pamiętać.

A jeśli to będzie nad morzem, to leżeć na piasku. Iść przez las. Spacerować brzegiem morza. Patrzeć jak ukochana zbiera muszelki. A jeśli to będzie miasto to chcę spacerować, coś zobaczyć, gdzieś być. Potem leżeć w spokoju. To znów wstać i iść bez celu. Kochać i być kochanym. Spokojnie, wolno, przyjaźnie. Radośnie, bez lęku i bez skrępowania. Bez wyraźnego celu. Wejść do kościoła. Muzeum.    – Ile czasu można wpatrywać się w jeden obraz? – zapytała bez zniecierpliwienia. Potem park. Kawiarnie. Bary. Kina. Teatr. Chcę jeszcze coś zobaczyć. Coś zrobić. Być. I niech taki stan trwa.

A to wszystko… kiedyś, za pewien czas, może za tydzień, za miesiąc, latem, w wakacje, za dwa miesiące, za osiemdziesiąt i kilka dodatkowych dni…  Gdy będę znów mieć?

dziennik pesymistyczny

Sprawdzić czy nie ksiądz

Obublikował pavvel dnia Komentarzy: 1

– Ja lubię i szanuję arcybiskupa (…). Uważam, że ten styl, taki trochę wojskowy, powinniśmy uszanować. To jest bardzo sympatyczna postać – oświadczył w telewizji TVN24 obecnie urzędujący państwowy minister spraw zagranicznych, odnosząc się w ten sposób do informacji tygodnika „Wprost”, że ten gdański hierarcha nadużywa alkoholu i poniża swoich kolegów księży.  Czy ta wypowiedź wysokiego rangą urzędnika mnie zaskoczyła? Nie! Ależ skąd! Jestem przecież przyzwyczajony. W Polsce nawet dziecko wie, że „co wolno wojewodzie, to nie tobie, smrodzie”. Dlatego, nie zdziwiłem się nawet, słysząc jak pan minister w telewizji broni jego ekscelencję. Przecież już św. Paweł naucza, iż wszelka ustanowiona władza pochodzi od Boga i każdej władzy winniśmy posłuszeństwo.  Pewnie dlatego ministrowi nie wydało się dziwne, że biskup ma taki „trochę wojskowy” styl sprawowania władzy.  Wiadomo, władza zawsze zasługuje na szacunek i zrozumienie.

W gazecie można przeczytać, że „ (…) ksiądz służył u arcybiskupa. Był kapelanem. Przybocznym arcybiskupa. Kimś na każde zawołanie. Arcybiskup budził go w nocy, pijany, i kazał grać na akordeonie do tańca. Podczas pijackich biesiad wysyłał go do miasta na poszukiwania odpowiedniego gatunku kiełbasy, kazał nalewać alkohol, krzycząc: „Co ty, k…, nawet nalać nie potrafisz!”. Rano na kacu wzywał go, żądając „actimelka” i krzycząc: „Bądź moim actimelkiem!”.  A pan minister spokojnie i z uśmiechem na to, że on ekscelencję „lubi i szanuje”. I zapewne za jego przykładem społeczeństwo też powinno ten styl sprawowania władzy uszanować, albo może nawet polubić.  Bo to nie tylko przecież arcybiskup rzymskokatolicki, ale też generał dywizji, były biskup polowy Wojska Polskiego!

– Ale nadużywanie alkoholu też należy uszanować? – spytała zdziwiona dziennikarka pana ministra od spraw zagranicznych, podczas wspomnianego już przeze mnie wywiadu w telewizji. – No w wojsku są pewne tradycje… Ale ja uważam, że z takimi insynuacjami powinniśmy uważać – odparł ten wysoki urzędnik państwowy. Tak „w wojsku są pewne tradycje”, ale czy wysyłanie podwładnego, po nocy, na poszukiwanie odpowiedniego gatunku kiełbasy, rozkazywanie mu, aby ten nalewał wódkę i ocenianie go słowami, „Co ty, k…, nawet nalać nie potrafisz!” to tradycja naszej armii? Jeśli tak, to… no, cóż można powiedzieć, jaki minister, taki generał, jaki władza świecka, taka kościelna, taka tradycja widocznie. Wstyd trochę za takie tradycje, ale przecież ze mnie żaden arcybiskup, ani minister, więc u mnie tradycje też inne. Co innego lubię, i co innego szanuję.

Każdego dnia gazety pewne są doniesień o tym jak to my, naród, pijemy nadmiernie wódeczkę (czy inny alkohol) a potem pod jego wpływem za bardzo rozrabiamy. „Podczas libacji alkoholowej w jednym z (…) mieszkań doszło do awantury między trzema mężczyznami”, to znów gdzie indziej „nadużywał alkoholu a jej mieszkanie stanowiło miejsce libacji” lub znowu „ubliżał i szarpał partnerkę a następnie oddalił się z mieszkania”. Pełno jest takich opisów pijaństwa w gazetach, co chwila słyszy się o tym w radio lub w telewizji. I takie zachowania przeważnie są postrzegane negatywnie przez „zdrową tkankę narodu polskiego”. Ale gdy arcybiskup podczas libacji alkoholowej poniży podwładnego to już nie jest to takie jednoznaczne. W przypadku ekscelencji, libacja zamienia się w „pewne tradycje”.

Mam wrażenie, że niektórzy z nas tak mają, że jak słyszą o skutkach „libacji alkoholowych” to przed wydaniem opinii na ten temat szukają przy informacji dopisku „sprawdzić czy nie ksiądz” by przypadkiem nie wydać opinii niepochlebnej.

 

dziennik pesymistyczny

Notatka ze stanu świadomości

Obublikował pavvel dnia Komentarzy: 0

Strach jest we mnie. Jest moim przyjacielem, a w zasadzie to źle powiedziane, on po prostu jest ze mną od zawsze. Nienawidzę go, ale chyba Go już zaakceptowałem. Jest jak zło, które jak mi się powszechnie wmawia, czasem jednak bywa konieczne. – Taki jest świat – słyszę zewsząd. Nic nie mogę na to poradzić. To znaczy teoretycznie mogę, ale mimo wszystko nie jest to takie proste. Strach jest we mnie obecny od zawsze, a teraz jest Go coraz więcej. Czy boje się czegoś konkretnego? Nie to raczej taki irracjonalny strach o wszystko a jednocześnie o nic. Nie ma konkretnej sprawy, konkretnej rzeczy, zdarzenie, działania które Go pobudza. Jest tylko narastające wielkie i obezwładniające uczucie, że coś nie jest do końca tak jak być powinno. Wrasta we mnie takie obezwładniające przeczucie zagrożenia. Napełnia i wypełnia mnie całego. Od stóp do czubek głowy. Jest we mnie. Jest jakby odrębnym bytem a jednocześnie przecież jest mną stale. Coś we mnie stale wibruje. Coś nie pozwala mi się skupić. Trudno pracować w strachu. Trudno też nie pracować, bo jego obecność staje się jeszcze bardziej nieznośna. Dłonie, moje palce, całe ciało wypełnia ciągłe drżenie.

Ranki są wybawieniem z nocy. Noc jest wybawieniem z dnia. Czas jest płynny a ja w nim jestem jakby zanurzony. Czas mnie nie dotyczy, choć jestem zadziwiająca świadomy jego upływu. Od ranka czekam na wieczór. Czas miedzy zachodem słońca i ciemną nocą jest dla mnie treścią dnia. Strach mnie nie opuszcza nawet na chwile. Jest ze mną zawsze, ale czasami jakby przyczajony, ukryty. I choć noc może przynieść nowe koszmary to jednak dni są straszniejsze. Dni, w których w samotności swojego pokoju na poddaszu walczę z materią pracy. Obrabiam ją, wałkuje, te same tematy, te same telefony, pisanie, odpowiedzi, listy, telefony, spotkania, których nie chce, ale przecież musze wykonać, spełnić. Pracuje, ale jest to jak walka. Walczę, nawet odnoszę sukcesy, ale bez euforii zwycięstwa. Jest dobrze, bo nie myślę o moim wrogu czy przyjacielu. Zapominam w nawale spraw i obowiązków. Choć przecież wiem, że to właśnie, co robię, jak żyje i z czego żyje jest powodem strachu.

Strachu o dzień następny, o płatności, o zamówienia, o zakupy, opłaty, zapłaty, przelewy. Jestem sam, choć nie jest mi źle z samotnością pracy to czasem tęsknie za zgiełkiem dużych firm z dziesiątkami kolegów i koleżanek. – Jesteś własnym szefem – słyszę od innych i sam sobie to powtarzam, ale przecież to samostanowienie to jednak ciężar. Nie, nie narzekam, bo ktoś mi bardzo bliski powiedział, że ciągle narzekam, więc się od tego powstrzymuje.  Staram się, nic nie mówić i czasem tak jak teraz tylko coś napisze. Taki wentyl bezpieczeństwa. Gdy balon strachu i wiecznego zagrożenia wypełni mnie po brzegi, to ta pisanina zapewnia mi spokój i wytchnienie.

Lubię powroty do domu, lubię spacerować po sklepach bez celu, a w zasadzie z celem, choć niejasnym. Lubię wracać do domu.  Popołudnia są wytchnieniem. Choć nie mogę się pozbyć świadomości, że przecież jutro też będzie dzień.  A dzień oznacza zagrożenie, strach. Nie bardzo jestem pewny czy dobrze rozpoznaje mój stan. Czy to wieczne podniecenie zagrożeniem, niepewność jest, może być w zasadzie nazwana strachem? Przecież to takie wielkie słowo. A mój specyficzny, bardzo indywidualny stan jest taki bardzo mój, że trudno mi się czasem pogodzić z nazywaniem Go zwyczajnie strachem. Ale przecież jakoś chce Go nazwać. Nie oczekuje pomocy, bo wiem, że pomoc mogę sobie tylko ja sam. Nie szukam zrozumienia, bo sam tego dziwnego stanu nie rozumiem. To tylko zapis, notatka ze stanu świadomości…

dziennik pesymistyczny

Parkowe Polaków rozmowy

Obublikował pavvel dnia Komentarzy: 0

Idę sobie z rana przez park do urzędu.  A tam w pięknych okolicznościach przyrody, przy betonowym stoliku, który zasadniczo do ping-ponga służy, panowie w kilku, oraz panie w mniejszości, wódeczkę sobie popijają. Nie powiem, że nie pozazdrościłem… Na stole szklaneczki, kolorowe napoje orzeźwiające i gazowane oraz adekwatna  zakąska. A pod stołem buteleczki wódki, jedne pełne inne puste, jak to w czasie imprezowania.  Ja w swej skromnej osobie cichcem chodnikiem do tego urzędu, a przy stoliku biesiadnym towarzystwo głośno i radośnie myśli wymienia swobodnie. A że pewnie już po jednym, i po drugim, a może i po trzecim kieliszeczku panie i panowie to i głośno rozważają istotne problemy naszego świata.

– Takiego jak ten nasz papież był, to już nigdy przenigdy nie będzie – słyszę, bo od chodnika do stolika tylko kilka kroków. – Tak, ten, co abdykował, Niemiec znaczy się, to ja, ci powiem, powiem ci, ja to go szanuje, sza – nu – je! – głos męski. – Szacun mu się należy – drugi głos męski, młodszy. – Ciekawe, kogo teraz wybiorą? – głos damski dociekający sedna. – Byle nie czarnego! – zaniepokojony i chyba ironiczny głos męski. I tyle, i więcej nie słyszałem, bo mnie do tego urzędu spieszno było.

Jak już swoje problemy z szacunkiem i uniżeniem wielkim przedłożyłem najwyższemu, postanowiłem wracać również przez park. Czyli znów obok stolika gdzie impreza. Przez tę godzinkę, którą zmitrężyłem w urzędzie impreza znacznie się rozwinęła sądząc tylko po głośniejszych rozmowach oraz po przewadze pustych opakowań szklanych nad pełnymi.  – Te żydy to wszędzie są – słyszę od stolika głos męski. – A ten to myślisz, że nie żyd? – zapytanie padło. – Mówię ci no żyd, żyd jak nic – zapewniał kolejny dyskutant. – Powiedzieć ci, no powiem ci, w Watykanie to też żydów pełno – stwierdził młody sądząc z głosu. Czyli dyskusja typowa dla statystycznych Polaków trunkujących.

Nic się u nas nie zmienia. Czas sobie płynie leniwie. Flaszeczki, za flaszeczkami. Jedni produkują inni wypijają. Jedni Polacy się rodzą inni umierają. W parkach, na ławkach, w domach, przy stołach, też tych do ping-ponga, rodacy rozmawiają o polskich sprawach i problemach.  Ale od lat niezmiennie o tym samym. Bo to Polska właśnie.

dziennik pesymistyczny

Pozbawiony słodkiego życia

Obublikował pavvel dnia Komentarzy: 1

– Społeczeństwo nie może fundować słodkiego życia nietrwałym, jałowym związkom osób, z których społeczeństwo nie ma żadnego pożytku, tylko ze względu na łączącą ich więź seksualną – grzmiała z mównicy sejmowej posłanka prawych i sprawiedliwych pani Krystyna P. Jako mężczyzna żyjący już ponad dziesięć lat w wolnym związku z kobietą, poczułem się zdecydowanie dotknięty wypowiedzią posłanki. Przez te mijające właśnie dwie dekady nowej Polski nie doświadczyłem szczególnie „słodkiego życia” fundowanego mi przez społeczeństwo czy państwo, jako instytucję. Nie przypuszczam też, żeby przepisy nowej ustawy o związkach partnerskich w jakiś szczególny sposób mnie, oraz mojej życiowej partnerce takie „słodkie życie” zafundowały.

Nie chcę szczególnych przywilejów. Po prostu chciałbym, żeby moja dziewczyna mogła się dowiedzieć o moje zdrowie gdy, nie daj Boże, znajdę się w szpitalu. Chciałbym, żeby mogła po mnie zwyczajnie dziedziczyć, gdyby przytrafiło mi się coś złego. Chcę prostych, zwykłych praw. Nic szczególnego. Chciałbym takich praw, jakie mają związki zalegalizowane przez kościół czy przez państwo. Chciałbym praw, które przysługują małżeństwom, bo dlaczego by nie? Jesteśmy gorsi, bo nie „uświęciliśmy” naszego związku obrzędem w świątyni? Bo nie przysięgaliśmy przed urzędnikiem państwowym? Nie chcę przywilejów, lecz równych praw! A pani posłanka Krystyna P. mi ich odmawia.

Obraźliwa jest też dla mnie sugestia pani poseł, jakoby mój związek z partnerką jest takim, z którego „społeczeństwo nie ma żadnego pożytku”. Nie wnikałbym w to, jaki pożytek jest z samotnego życia pani poseł, ale ta pani mnie sprowokowała, więc sobie pozwoliłem.  Tyle lat, chcąc nie chcąc, płaciłem podatki na utrzymanie tego państwa i w miarę możliwości spełniałem moje powinności wobec społeczeństwa. Jestem przekonany, że kto, jak kto, ale pani poseł Krystyna P. nie powinna oceniać czy moje życie w związku z moją dziewczyną przynosi „korzyści” społeczeństwu. Jest to w najwyższym stopniu bezprawne, a jeśli nie bezprawne, to przynajmniej niesprawiedliwe.

Nie wiem też, dlaczego niezamężna i bezdzietna pani poseł Krystyna P. mówi  o „nie – trwałym, jałowym związkom”. Nie znam tej pani, więc nie wiem, co spowodowało, że jej życie jak rozumiem zostało pozbawione nawet tego jałowego związku. Chciałbym tylko podkreślić, że mój związek partnerski przetrwał zdecydowanie dłużej, niż związek uświęcony przez urząd i duchowieństwo, więc nie widzę tu żadnej nietrwałości. A pozostajemy w nim nie TYLKO ze względu na łączącą nas „więź seksualną”. Ale chyba, pani poseł, jako niezamężna i pewnie nieżyjąca w związku partnerskim (wnioskuję ze słów pani poseł) nie bardzo rozumie te zagadnienia.

– Zjawisko związków jednopłciowych jest sprzeczne z naturą. Pozwalają obnosić w przestrzeni publicznej skłonności seksualne, czym naruszają poczucie estetyki i moralności większości Polaków – raczyła wyjaśnić Polakom posłanka prawych i sprawiedliwych. Pani poseł Krystyna P. mnie uraziła, więc czuję się, choć trochę usprawiedliwiony w tym co zrobię.  Odważę się ocenić fizyczną powłokę tej parlamentarzystki. Jeśli posłanka Krystyna P.,  pozwala sobie na ocenianie, co „jest sprzeczne z naturą” a co nie jest,  to i ja mogę pooceniać. Nie chcę, ale muszę – jak mawiał klasyk.  Jako heteroseksualnemu mężczyźnie zdarza mi się, że oceniać piękno i nie piękno kobiet. Chyba to nie jest „sprzeczne z naturą” a wręcz naturalne, prawda?  Widywałem podobizny tej pani wiele razy, w telewizji, na zdjęciach w gazetach czy w internecie.  I jakbym miał ocenić, tak jak pani poseł ocenia innych, to zmuszony byłbym stwierdzić, że to, co widzę zdecydowanie narusza moje „poczucie estetyki”.  Co ja poradzę? Tak jest zapewne, dlatego, że słodko sobie żyję, a społeczeństwo nie ma ze mnie „żadnego pożytku”.

Ps. Krystyna P., bo imię i nazwisko byłoby reklamą, a nie chciałbym reklamować…

 

dziennik pesymistyczny

Nieobecny do odwołania

Obublikował pavvel dnia Komentarzy: 0

Zauważyliście, że dziś coraz trudniej być nieobecnym. Kiedyś wystarczyło na drzwiach biura zawiesić kartkę z napisem „zamknięte do odwołania” i każdy to rozumiał. No, co najwyżej w pilnej sprawie wysyłano telegram.  Ktoś zadzwonił.  Ale prawie każdy, z małymi wyjątkami,  dawniej rozumiał, że jesteś nieobecny po tym jak przeczytał kartę „zamknięte do odwołania”. A nawet jak nie zrozumiał to dość trudno było porozmawiać z zamkniętymi drzwiami lub dodzwonić się na twój telefon stacjonarny, który pozostał w zamkniętym przecież biurze.  Jak chciałeś żeby Cię nie było, to Cię nie było.

A teraz to zawsze jesteś. I choć starasz się jak możesz, żeby choć przez chwilę Cię czasem nie było, to i tak musisz być. Bo nikt nie zrozumie, że tak po prostu możesz być nieobecny.  I choć fizycznie nie ma Cię z biurze, a na drzwiach jak za dawnych lat wisi pozostawiona przez Ciebie kartka „zamknięte do odwołania”, to nikt tego nie zrozumie. Jaki jest pierwszy odruch osoby, która stojąc przed zamkniętymi drzwiami twojego biura dowiedziała się z kartki, że nie będzie cię do odwołania?  Osobnik ten w pierwszym odruchu sięga po telefon i do ciebie dzwoni. Bo przecież telefon powinno się mieć włączony. Możesz nie odebrać, to prawda. Ale przecież to nikogo nie powstrzyma. Jak telefon jest w „zasięgu”, to przecież można dzwonić dowolną liczbę razy. Znam kogoś, kto tak właśnie zniknął na tydzień. Po dwóch dniach miał dwadzieścia jeden nieodebranych połączeń. A po tygodniu sto dwadzieścia trzy. Próby połączeń z powtarzających się numerów. Bo przecież jak nawet Cię nie ma, to telefon odebrać, jest twoim obowiązkiem wobec społeczeństwa. – Dlaczego pan nie odbiera telefonu? – zadają mi często pytanie osoby, które do mnie się nie dodzwoniły. – Bo nie miałem ochoty – odpowiadam i często  zostaję uznany za impertynenta.  A ja przecież tak po prostu nie miałem ochoty rozmawiać. Mogłem wyłączyć telefon. Ale przecież dziś telefon to coś więcej niż kiedyś. Dlatego pozostaje włączony.

Jak się nie dodzwonią to pewnie napiszą. Bo przecież, co jak co, ale wiadomość tekstową to już musisz przyjąć. Jak kiedyś nie było mnie przez tydzień, to dostałem ponad dwieście wiadomości. W tym informacje od operatora telekomunikacyjnego, że ktoś do mnie dzwonił. Jak nie wiadomość na telefon to pewnie mailem Cię będą ścigać, byś nie mógł się poczuć wolny i nieobecny. Tak się porobiło, że nie odbieranie telefonu, nie odpowiadanie na „smsy” czy nie odpisywanie na maile to straszny afront wobec społeczeństwa. Czy ustawienie informacji zwrotnej w poczcie elektronicznej o tym, że jesteś nieobecny w biurze do odwołania coś pomaga? Nie, i tak piszą po kilka razy. Bo przecież pewnie i tak to przeczytasz, choć Cię nie ma jak sam o tym poinformowałeś. A jak nadal nie masz ochoty na łączność ze społeczeństwem, to tym, którzy za wszelką cenę chcą się z tobą skontaktować pozostaje broń ostateczna. Uwielbiana przez wszelkie urzędy i instytucje państwowe. List polecony we wszelkich jego odmianach. Przed tym nic cię nie uchroni. List polecony nie odebrany przez dwa tygodnie z poczty jest uznawany za dostarczony. Czyli nawet jak nie chcesz, to kontakt masz zapewniony.  „Na drzwiach wieszamy kartkę, nie wracamy aż we czwartek” – przypomniałem sobie słowa poety i naprawdę chciałbym czasami nie być w kontakcie przez wiele dni.

dziennik pesymistyczny

Zakotwiczenie w zwyczaju

Obublikował pavvel dnia Komentarzy: 0

Państwowy sędzia, w imię państwowej sprawiedliwości, uzasadnił obecność krzyża w polskim sejmie jego zakotwiczeniem w zwyczaju, ukształtowanym przez ostatnie szesnaście lat. Sprawdziłem, że zwyczaj jest ustaloną formą zachowania się w określonych sytuacjach, przyjętą przez daną zbiorowość społeczną. Z czasem może przekształcić się w obyczaj, wejść w zakres moralności a nawet prawa. To najprostsza definicja, jaką możemy znaleźć w Encyklopedii Powszechnej. Czyli wystarczyło szesnaście lat, żeby narodził się nowy obyczaj. Nowy zwyczaj. Nowe prawo. Nowa moralność. Czy nawet tradycja.

Pewnej ciemnej nocy, szesnaście lat temu, dwaj posłowie zawiesili krzyż na sali posiedzeń sejmu. Zakotwiczając go tym samym w przestrzeni publicznej.  Podobno niewiele brakowało, aby przy tej zbożnej akcji doszło do prawdziwej tragedii. Jeden z posłów podczas mocowania krzyża, spadł z oparcia fotela marszałkowskiego, którego użyto, jako podestu, z powodu braku drabiny. Opatrzność jednak czuwała.  Posłowi nic się nie stało. I tak spontanicznie, z narażeniem zdrowia i być może życia posłów, pojawił się na ścianie sejmowej krzyż. Bezprawnie, ale co tam.  I tak narodziła się nowa (tym razem chyba nie świecka?)  tradycja. Zwyczaj taki. A może i prawo, bo jak twierdzi pani sędzia zwyczaj to element prawa cywilnego, którego sąd nie może zlekceważyć.

Było wielu malkontentów, którzy sądzili, że to tak nie wypada.  Że w „państwie prawa” nie można tak w nocy. Że nie wypada żeby w sali gdzie powstaje prawo ktoś działał po kryjomu, bezprawnie i pod osłoną nocy. Mijały lata, a krzyż nadal wisiał i stawał się zwyczajem.  A zwyczaj to przecież „element prawa cywilnego”.  I tak przyszedł dzień, w którym zwyczaj został uświęcony wyrokiem sądu. Nieusuwanie krzyża, zawieszonego bez wiedzy sejmie w tysiąc dziewięćset dziewięćdziesiątym siódmym roku, nie jest już bezprawne, bo ma to „zakotwiczenie w zwyczaju”, ukształtowane przez szesnaście lat jego obecności w sejmie.

Jest to szansa dla wielu, dla których zwyczaje są bardzo ważne. Teraz zwyczaj jest prawie prawem.  Jeśli czynimy coś bezprawnie, ale za to zwyczajowo, to możemy liczyć na pobłażliwość sądu, a co za tym idzie państwa. Bo to, co czynimy ma „zakotwiczenie w zwyczaju”. Nie lękaj się, więc łapowniku! Jeśli masz taki zwyczaj, że nie załatwisz niczego bez stosownej gratyfikacji, to możesz liczyć na to, że sędzia ci wybaczy, bo przecież ty masz taki zwyczaj i to już od przynajmniej szesnastu lat.  Nie lękajcie się mandatów ci, którzy gnacie setką na ograniczeniu do pięćdziesięciu. Fotoradar wam nie straszny.  Jeśli wasza nadmierna prędkość ma „zakotwiczenie w zwyczaju”, i udowodnicie, że robicie tak, co najmniej od szesnastu lat nic wam nie grozi. Wasze postępowanie nie jest bezprawne. Przykłady dobroczynności tego uzasadnienia wyroku można mnożyć w nieskończoność.  I mogę to spokojnie czynić, bo mam to zakotwiczone w zwyczaju. I wszyscy wiedzą, że czynię tak już nawet dłużej niż szesnaście lat. Taki mój krzyż.  –  „Wszyscy (są) wzruszeni faktem, że są świadkami narodzin nowej, świeckiej tradycji” – zacytuję na zakończenie, zakotwiczony w moim zwyczaju.