Tag Archives

9 Articles

dziennik pesymistyczny

Słomiane lotnisko

Obublikował pavvel dnia Komentarzy: 3

Czy chciałbym mieć lotnisko o dwa kilometry od domu? Tak, zdecydowanie tak. Czy chciałbym tam dojechać w kilka minut miejskim autobusem? Pewnie. No i teraz będę mieć port lotniczy tuż za rogiem. Istnieje duże prawdopodobieństwo, że się tak stanie.  Ale czy to, że lotnisko zostanie wybudowane, a nawet oddane do użytku, automatycznie oznacza, że ja i wielu innych gdzieś polecą samolotem, jeśli tego zapragną? Coś mi się wydaje, że tak nie będzie.

Trochę historii. Dawno, dawno temu, w pewnym mieście, ówczesne władze powołały spółkę, którego zasadniczym przedmiotem działalności była realizacja robót budowlanych na rzecz miasta. I jakoś się kręciło, ludzie zarabiali. Głównie ci we władzach.  Kilka lat później spółka ta została przekształcona i próbowała szczęścia w branży medialnej przez ponad dziesięć lat… „stopniowo wygaszając swoją działalność”. Znów miała miejska firma prezesów, radę nadzorczą, pracowników, którzy zarabiali. Znów interes się kręcił. Dobrze opłacani fachowcy wygasili w końcu działalność spółki, ale przecież zawsze jest tylu znajomych i przyjaciół władzy, którzy chętnie zagospodarują niemałe, państwowe, unijne, czy też miejskie pieniądze. Kolejna ówczesna władza przypominała sobie o „uśpionej” miejskiej spółce i podjęła decyzję w sprawie kolejnego przekształcenia śpiocha. Postanowiono wybudować lotnisko. I tak je budują długie lata.

Dlaczego o tym pisze? Bo tak mi się wydaje, jestem o tym przekonany, że czasem buduje się w Polsce coś wielkiego przez długie lata, za wielkie pieniądze, z armią prezesów, doradców, strategów, rzeczników, kolegów, tylko dla zarabiania pieniędzy i dla pokazania wyborcom możliwości władzy, która nie tylko ma gigantyczne wizje, ale dodatkowe je realizuje. A że przy tym ktoś przez lata bardzo dużo zarobi? Cóż, wszystko kosztuje. A wielkie inwestycje kosztują najwięcej.

I tak mamy tu, w moim mieście lotnisko. To znaczy mamy mieć, już niedługo, bo termin oddania inwestycji znów się trochę opóźnił. Ale przecież będziemy mieć. – Powiedz mi, po co jest ten miś? – zapytał kiedyś klasyk swojego przyjaciela od interesów. Gdy ten nie wiedział, padła odpowiedź: – Otóż to! Nikt nie wie, po co, więc nie musisz się obawiać, że ktoś zapyta. Parafrazując dalszą wypowiedz filmowego bohatera pytam: -Wiecie, co robi to lotnisko? Ono odpowiada żywotnym potrzebom całego społeczeństwa. To jest port lotniczy na skalę naszych możliwości. My otwieramy oczy niedowiarkom. Patrzcie – mówimy – to nasze, przez nas wykonane i to nie jest nasze ostatnie słowo. I nikt nie ma prawa się przyczepić, bo to jest lotnisko społeczne, w oparciu o sześć instytucji… Podobne? To lotnisko to taki miś i „nikt nie wie, po co, więc nie musisz się obawiać, że ktoś zapyta.”

W Hiszpanii, która często jest przyrównywana do Polski jest czterdzieści dziewięć lotnisk. Na kilku z nich nigdy nie wystartował, ani nie wylądował żaden samolot. Teraz, jak gdzieś przeczytałem, planowane jest zamknięcie prawie trzydziestu z nich. Czy tak będzie z lotniskiem w moim mieście? Nie wiem, ale jeśli nikt nie wspomina o rozmowach z jednym chociaż operatorem lotniczym, który byłby zainteresowany lotami z tego lotniska, to zaczynam się martwić. Bardzo zaczynam się martwić, czy nie wybudowaliśmy słomianego misia. Bo nie można przyjąć założenia, jako przemyślanej strategii, że jak już wybudujemy sobie port lotniczy to ktoś pewnie zechce na nim wylądować, i z niego wystartować. Że pewnie jakiś samolot zabierze stąd pasażerów do Londynu, Dublina czy Paryża. Że jakoś to będzie. Port lotniczy, według szacunków, żeby nie przynosić strat musi obsługiwać, co najmniej milion pasażerów rocznie, minimalnie około trzystu tysięcy. Jak bez umów z tanimi przewoźnikami lotniczymi będzie to możliwe? Jeśli lotnisko będzie przynosiło straty to, co się wtedy zrobi? Za przykładem Misia – protokół zniszczenia?

Czy naprawdę nie wygląda to na zarabianie przez lata na interesie, który miał znikome szanse powodzenia?  Ten, kto miał zarobić zarobił! –  Prawdziwe pieniądze zarabia się tylko na drogich, słomianych inwestycjach – jak powiedział pewien prezes.

dziennik pesymistyczny

Po prostu wstać i iść

Obublikował pavvel dnia Komentarzy: 1

Tak czasem chciałbym po prostu wstać i iść. Uciec od tej wiecznej ciemności. Od śniegu za oknem, wiecznego już prawie ćmoku, listów w skrzynce pocztowej, telefonów, maili, pytań i konieczności odpowiedzi, spraw i obowiązków. Oderwać się od codzienności, powtarzanych czynności, od kłopotów i odpowiedzialności. Tak zwyczajnie wstać i wyjść. Zamknąć drzwi na klucz. A potem na dworzec kolejowy. Wsiąść do pociągu, ale nie koniecznie byle jakiego. Tylko takiego co to bez zbędnego dostosowania się do panujących okoliczności zawiezie mnie tam, gdzie inaczej. Gdzie będzie ciepło i jasno, spokojnie i cicho.

Marzy mi się podróż w niekoniecznie nieznane, ale w miejsca dawno niewidziane, w takie niezapomniane. Chcę spokojnie, bez pośpiechu spacerować wśród starych domów. Iść do muzeum. Wypić setkę w barze. Przysiąść na ławce w parku. Obserwować ludzi. Poczytać wśród drzew. Wypić ze znajomymi tylko tyle, żeby poczuć chłód radości i wolności. Spacerować godzinami bez celu. Trzymać ukochaną za rękę. Oglądać wystawy sklepowe. Kupić coś. Znaleźć coś. Przeczytać gazetę. Zjeść coś, znów coś wypić. Nie spieszyć się. Nie rozmyślać. Nie przemyśliwać. Nie analizować. Nie zamartwiać się. Iść przed siebie. Cieszyć się ciepłym, słonecznym dniem. Być wolnym od ciężaru codzienności.

Jechać pociągiem wsłuchując się w rytm. Jechać samochodem bez kontrolowania poziomu paliwa. Podróżować.  Dotrzeć do celu i tam odpocząć. – Boże, jak ja kocham czynności niewymuszone – powiedział zapadając się w wygodny leżak. – Napijesz się jednego? – usłyszał znajomy głos. Wstał i poszedł wypić, i wypił kieliszek wódki, a potem następne. Zrobił to, bo tego chciał. Bo pragnął tego. I nie pił, żeby zapomnieć, ale żeby pamiętać.

A jeśli to będzie nad morzem, to leżeć na piasku. Iść przez las. Spacerować brzegiem morza. Patrzeć jak ukochana zbiera muszelki. A jeśli to będzie miasto to chcę spacerować, coś zobaczyć, gdzieś być. Potem leżeć w spokoju. To znów wstać i iść bez celu. Kochać i być kochanym. Spokojnie, wolno, przyjaźnie. Radośnie, bez lęku i bez skrępowania. Bez wyraźnego celu. Wejść do kościoła. Muzeum.    – Ile czasu można wpatrywać się w jeden obraz? – zapytała bez zniecierpliwienia. Potem park. Kawiarnie. Bary. Kina. Teatr. Chcę jeszcze coś zobaczyć. Coś zrobić. Być. I niech taki stan trwa.

A to wszystko… kiedyś, za pewien czas, może za tydzień, za miesiąc, latem, w wakacje, za dwa miesiące, za osiemdziesiąt i kilka dodatkowych dni…  Gdy będę znów mieć?

dziennik pesymistyczny

Nieobecny do odwołania

Obublikował pavvel dnia Komentarzy: 0

Zauważyliście, że dziś coraz trudniej być nieobecnym. Kiedyś wystarczyło na drzwiach biura zawiesić kartkę z napisem „zamknięte do odwołania” i każdy to rozumiał. No, co najwyżej w pilnej sprawie wysyłano telegram.  Ktoś zadzwonił.  Ale prawie każdy, z małymi wyjątkami,  dawniej rozumiał, że jesteś nieobecny po tym jak przeczytał kartę „zamknięte do odwołania”. A nawet jak nie zrozumiał to dość trudno było porozmawiać z zamkniętymi drzwiami lub dodzwonić się na twój telefon stacjonarny, który pozostał w zamkniętym przecież biurze.  Jak chciałeś żeby Cię nie było, to Cię nie było.

A teraz to zawsze jesteś. I choć starasz się jak możesz, żeby choć przez chwilę Cię czasem nie było, to i tak musisz być. Bo nikt nie zrozumie, że tak po prostu możesz być nieobecny.  I choć fizycznie nie ma Cię z biurze, a na drzwiach jak za dawnych lat wisi pozostawiona przez Ciebie kartka „zamknięte do odwołania”, to nikt tego nie zrozumie. Jaki jest pierwszy odruch osoby, która stojąc przed zamkniętymi drzwiami twojego biura dowiedziała się z kartki, że nie będzie cię do odwołania?  Osobnik ten w pierwszym odruchu sięga po telefon i do ciebie dzwoni. Bo przecież telefon powinno się mieć włączony. Możesz nie odebrać, to prawda. Ale przecież to nikogo nie powstrzyma. Jak telefon jest w „zasięgu”, to przecież można dzwonić dowolną liczbę razy. Znam kogoś, kto tak właśnie zniknął na tydzień. Po dwóch dniach miał dwadzieścia jeden nieodebranych połączeń. A po tygodniu sto dwadzieścia trzy. Próby połączeń z powtarzających się numerów. Bo przecież jak nawet Cię nie ma, to telefon odebrać, jest twoim obowiązkiem wobec społeczeństwa. – Dlaczego pan nie odbiera telefonu? – zadają mi często pytanie osoby, które do mnie się nie dodzwoniły. – Bo nie miałem ochoty – odpowiadam i często  zostaję uznany za impertynenta.  A ja przecież tak po prostu nie miałem ochoty rozmawiać. Mogłem wyłączyć telefon. Ale przecież dziś telefon to coś więcej niż kiedyś. Dlatego pozostaje włączony.

Jak się nie dodzwonią to pewnie napiszą. Bo przecież, co jak co, ale wiadomość tekstową to już musisz przyjąć. Jak kiedyś nie było mnie przez tydzień, to dostałem ponad dwieście wiadomości. W tym informacje od operatora telekomunikacyjnego, że ktoś do mnie dzwonił. Jak nie wiadomość na telefon to pewnie mailem Cię będą ścigać, byś nie mógł się poczuć wolny i nieobecny. Tak się porobiło, że nie odbieranie telefonu, nie odpowiadanie na „smsy” czy nie odpisywanie na maile to straszny afront wobec społeczeństwa. Czy ustawienie informacji zwrotnej w poczcie elektronicznej o tym, że jesteś nieobecny w biurze do odwołania coś pomaga? Nie, i tak piszą po kilka razy. Bo przecież pewnie i tak to przeczytasz, choć Cię nie ma jak sam o tym poinformowałeś. A jak nadal nie masz ochoty na łączność ze społeczeństwem, to tym, którzy za wszelką cenę chcą się z tobą skontaktować pozostaje broń ostateczna. Uwielbiana przez wszelkie urzędy i instytucje państwowe. List polecony we wszelkich jego odmianach. Przed tym nic cię nie uchroni. List polecony nie odebrany przez dwa tygodnie z poczty jest uznawany za dostarczony. Czyli nawet jak nie chcesz, to kontakt masz zapewniony.  „Na drzwiach wieszamy kartkę, nie wracamy aż we czwartek” – przypomniałem sobie słowa poety i naprawdę chciałbym czasami nie być w kontakcie przez wiele dni.

dziennik pesymistyczny

Zakotwiczenie w zwyczaju

Obublikował pavvel dnia Komentarzy: 0

Państwowy sędzia, w imię państwowej sprawiedliwości, uzasadnił obecność krzyża w polskim sejmie jego zakotwiczeniem w zwyczaju, ukształtowanym przez ostatnie szesnaście lat. Sprawdziłem, że zwyczaj jest ustaloną formą zachowania się w określonych sytuacjach, przyjętą przez daną zbiorowość społeczną. Z czasem może przekształcić się w obyczaj, wejść w zakres moralności a nawet prawa. To najprostsza definicja, jaką możemy znaleźć w Encyklopedii Powszechnej. Czyli wystarczyło szesnaście lat, żeby narodził się nowy obyczaj. Nowy zwyczaj. Nowe prawo. Nowa moralność. Czy nawet tradycja.

Pewnej ciemnej nocy, szesnaście lat temu, dwaj posłowie zawiesili krzyż na sali posiedzeń sejmu. Zakotwiczając go tym samym w przestrzeni publicznej.  Podobno niewiele brakowało, aby przy tej zbożnej akcji doszło do prawdziwej tragedii. Jeden z posłów podczas mocowania krzyża, spadł z oparcia fotela marszałkowskiego, którego użyto, jako podestu, z powodu braku drabiny. Opatrzność jednak czuwała.  Posłowi nic się nie stało. I tak spontanicznie, z narażeniem zdrowia i być może życia posłów, pojawił się na ścianie sejmowej krzyż. Bezprawnie, ale co tam.  I tak narodziła się nowa (tym razem chyba nie świecka?)  tradycja. Zwyczaj taki. A może i prawo, bo jak twierdzi pani sędzia zwyczaj to element prawa cywilnego, którego sąd nie może zlekceważyć.

Było wielu malkontentów, którzy sądzili, że to tak nie wypada.  Że w „państwie prawa” nie można tak w nocy. Że nie wypada żeby w sali gdzie powstaje prawo ktoś działał po kryjomu, bezprawnie i pod osłoną nocy. Mijały lata, a krzyż nadal wisiał i stawał się zwyczajem.  A zwyczaj to przecież „element prawa cywilnego”.  I tak przyszedł dzień, w którym zwyczaj został uświęcony wyrokiem sądu. Nieusuwanie krzyża, zawieszonego bez wiedzy sejmie w tysiąc dziewięćset dziewięćdziesiątym siódmym roku, nie jest już bezprawne, bo ma to „zakotwiczenie w zwyczaju”, ukształtowane przez szesnaście lat jego obecności w sejmie.

Jest to szansa dla wielu, dla których zwyczaje są bardzo ważne. Teraz zwyczaj jest prawie prawem.  Jeśli czynimy coś bezprawnie, ale za to zwyczajowo, to możemy liczyć na pobłażliwość sądu, a co za tym idzie państwa. Bo to, co czynimy ma „zakotwiczenie w zwyczaju”. Nie lękaj się, więc łapowniku! Jeśli masz taki zwyczaj, że nie załatwisz niczego bez stosownej gratyfikacji, to możesz liczyć na to, że sędzia ci wybaczy, bo przecież ty masz taki zwyczaj i to już od przynajmniej szesnastu lat.  Nie lękajcie się mandatów ci, którzy gnacie setką na ograniczeniu do pięćdziesięciu. Fotoradar wam nie straszny.  Jeśli wasza nadmierna prędkość ma „zakotwiczenie w zwyczaju”, i udowodnicie, że robicie tak, co najmniej od szesnastu lat nic wam nie grozi. Wasze postępowanie nie jest bezprawne. Przykłady dobroczynności tego uzasadnienia wyroku można mnożyć w nieskończoność.  I mogę to spokojnie czynić, bo mam to zakotwiczone w zwyczaju. I wszyscy wiedzą, że czynię tak już nawet dłużej niż szesnaście lat. Taki mój krzyż.  –  „Wszyscy (są) wzruszeni faktem, że są świadkami narodzin nowej, świeckiej tradycji” – zacytuję na zakończenie, zakotwiczony w moim zwyczaju.

 

dziennik pesymistyczny

Analiza uzależnień

Obublikował pavvel dnia Komentarzy: 1

Jestem na tyle wolny, na ile pozwalają mi na to moje uzależnienia. Czyli tak naprawdę jestem powszednim niewolnikiem. Wstaję rano, bo tak wypada czynić z rana. Bo tak jestem zaprogramowany. Przedszkole, szkoła, praca. Ósma rano. Znak – nakaz.  Zniewolenie. Możesz się oczywiście uwolnić, ale spróbuj nie zarabiać. Bez tego nie można żyć. Jestem niewolnikiem pieniądza. Niewolnikiem czasu, który powinienem poświęcić na jego zarabianie. Jestem niewolnikiem banków.

dziennik pesymistyczny

Nie mogę być członkiem tej wspólnoty…

Obublikował pavvel dnia Komentarzy: 1

Temperatura za oknem bliska zeru. Były minister sprawiedliwości podobno też jest zerem. Choć według ostatnich doniesień i to może być znacznie niedoszacowane.  Zimno. Klimat taki nieznośny. Za oknem śnieg. Po  chodnikach przemykają  przechodnie. Dzień zimowy jak co dzień. W zasadzie nic się nie zmieniło. A jednak wydaje mi się że to co obserwuję jest jakieś takie…  nie moje. Obce. Wrogie. Śnieg pada spokojnie tysiącami płatków. Teraz już wiem, że funkcjonariuszom państwowych służb specjalnych i prokuratorom nie grozi kara za manipulowanie dowodami. Nastąpiło przedawnienie. Co czuję? Nic nie czuję. Bo tak mnie nauczono. Zima w pełni. Spokojnie. Patrzę na swoje dłonie. – To tylko kolejna afera – uspokajam sam siebie. Taka aferka z tych telewizyjnych. Pojawiła się to i zniknie. Stopi się. Przyjdzie nowa, lepsza. Przyglądam się jak dzieci lepią bałwana ze śniegu.

Podczas odczytywania uzasadnienia wyroku w procesie pewnego lekarza – łapówkarza, sędzia państwowy ocenił taktykę organów ścigania jako „przerażającą”. Ale to nie ma znaczenia, bo się przedawniło. – Budzi to skojarzenia nawet nie z latami osiemdziesiątymi, ale z metodami z lat czterdziestych  i pięćdziesiątych, czasów największego stalinizmu – mówił sędzia. I co? I nic. Przecież nic nie było – jak chcą prawi i sprawiedliwi.  Nie było „przewinień dyscyplinarnych” ze strony funkcjonariuszy państwowych służb specjalnych i prokuratorów, którzy prowadzili nocne, następujące jedno po drugim,  wielogodzinne przesłuchania oskarżonych i świadków. Podobno zainteresowani sami tak chcieli. Nic się nie stało. – Sędzia przesadził – mówi poseł partii, której poparcie jest bliskie zeru. Sąd uznał za „fałszywy i zmanipulowany, sporządzony przez kiepskiego reżysera” emitowany w telewizjach materiał służb specjalnych z zatrzymania lekarza-łapówkarza.  Pamiętam też, na moje nieszczęście,  jak minister sprawiedliwości mówił, że już „nikt nigdy przez tego pana życia pozbawiony nie będzie”. I co, i nic… Nie mogę być już członkiem tej wspólnoty…

 

dziennik pesymistyczny

Polska – oto jest pytanie

Obublikował pavvel dnia Komentarzy: 0

W polskojęzycznej Wikipedii najczęściej wyszukiwanym hasłem okazała się być… Polska. Wychodzi na to, że najczęściej wpisujemy w wyszukiwarkę nazwę naszego kraju! Mam nadzieję, że nie jest to tylko przejaw tego, że Polacy zwyczajnie, co kilka dni sprawdzają, aby się upewnić, gdzie to, w jakim kraju i w jakim państwie żyją. – Co to jest Polska?  – czyżby to pytanie było tym, które najczęściej zadają w internecie mieszkańcy tej pięknej, acz jak widać zagadkowej, krainy? – Gdzie ja właściwie jestem? – pytają polscy internauci i szukają odpowiedzi w Wikipedii.

Może moje nadzieje, co do intencji rodaków szukających w internetowej bazie wiedzy, odpowiedzi na to, co to jest Polska są za bardzo naciągane. Tak, jest to możliwe. Ale również nie można wykluczyć takiej możliwości, że to wielbiciele myśli politycznej wodza prawych i sprawiedliwych, co kilka dni sprawdzają czy Polska to nadal kondominium rosyjsko-niemieckie?  A najłatwiej sprawdzić w internecie, który jest naszym oknem na świat – jak mawiał klasyk. I to zapewne, dlatego tak znakomity rezultat hasła „Polska”. Bo to zdecydowanie zdyscyplinowany elektorat.  Może się też wydawać, że tak dobry wynik w Wikipedii, to zasługa młodzieży z wszechpolskich ruchów narodowych. Przecież to niewykluczone, że ci patriotycznie nastawieni młodzi ludzie chcąc się dokształcić szukają informacji o Polsce. Poza tym, w naszym kraju z dużą regularnością prawdziwi Polacy demonstrują pod hasłem „Tu jest Polska”. Może wcześniej sprawdzają w Wikipedii gdzie to ich „Tu” jest obecnie.  Co roku, prawie w połowie listopada, nacjonaliści organizują swoje marsze ulicami polskich miast i miasteczek. Od zeszłego roku kroczą pod hasłem Marsz Niepodległości. Jest przecież możliwe, że tuż przed wyruszeniem z domu, kontrolnie sprawdzają w internetowym kompendium wiedzy pod hasłem „ Polska” czy aby od ostatniego ich protestu ojczyzna nasza, jest mniej, czy też już bardziej niepodległa.

– III Rzeczpospolita jest szybko rozwijającym się państwem – czytamy w Wikipedii i od razu jaśniejszy staje się kolejny dzień. Nie wiem, co spowodowało, że tak wielu z nas, Polaków, szukało w roku dwa tysiące dwunastym wiedzy o tym państwie gdzie przyszło im się z wyroku losu lub Boga narodzić i być do niego przypisanym. Na szczęście w tym ciągłym ustalaniu i dowiadywaniu się, w jakim to kraju i państwie żyjemy nie jesteśmy osamotnieni. Podobnie problemy z ustaleniem – gdzie ja to aktualnie jestem? Co to za kraj? – mają Szwedzi. U naszych sąsiadów zza morza, podobnie jak u nas, nazwa ich kraju to najczęściej przeglądane hasło w Wikipedii.

Jeszcze większym zaskoczeniem jest drugie miejsce w zestawieniu. Znalazło się hasło: „zamek swobodny” oznaczające element broni strzeleckiej. I to jest dopiero informacja. Szczególnie bolesna, jeśli na pierwszym miejscu najczęściej wyszukiwanym hasłem w polskojęzycznej Wikipedii okazała się być „Polska”. Strach się bać.

 

Źródło badań: Wirtualnemedia.pl.

 

dziennik pesymistyczny

„Bohaterem staje się błazen”

Obublikował pavvel dnia Komentarzy: 0

Tradycyjnie w Polsce czas, w którym wierni rzymskokatolickiego kościoła świętują, lub świętować powinni narodziny Boga – Człowieka, jest dla hierarchów kościoła czasem wygłaszania umoralniających mów okolicznościowych. Całkowicie ich rozumiem, bo przynajmniej tej jednej nocy kościoły są pełne i jest, do kogo mówić. Tradycją stało się też przypominanie wiernym przez różne ekscelencje, że Kościół w Polsce jest obleganą twierdzą,  a siły zła czyhają tylko, aby zniszczyć tradycyjny model rodziny. Nie zdziwiło mnie więc szczególnie, że i w tym roku pewien arcybiskup, zwyczajowo przypomniał, że jesteśmy świadkami wyraźnego ataku na rodzinę i kościół. Ale też z radością zauważyłem, że z wielu jego wypowiedziami zgadzam się z pełni, choć chyba z innych pobudek.

– Błazen zajmuje miejsce mędrca, nauczyciela, kapłana. Błazen, wszystko mu wolno. Piana na ustach staje się wzorem niejednego działacza politycznego, któremu wszystko wolno, bezkarnie może obrażać innych ludzi. Myślę, że warto powiedzieć, zauważyć jak często paraliżuje lęk przed prawdą ludzi dzisiaj w świecie – powiadał metropolita. O i tu się zgadzam z dostojnikiem rzymskokatolickim.  Idąc za jego radą nie ulegam paraliżowi i nie odczuwam leku przed prawdą. Ale chyba inaczej pojmujemy tę prawdę. Chyba też inaczej widzimy  kto tu jest błaznem, który „zajmuje miejsce mędrca, nauczyciela, kapłana”. Posłużę się przykładem z miasta Torunia (nie piszę dokładnie, o kogo mi chodzi, bo i tak każdy wie, a po co robić reklamę). Mam nadzieję, że ekscelencja mówiąc o pianie na ustach błazna, o działaczach politycznych obrażających „innych ludzi” dostrzega, że to zjawisko w polityce powszechne i u tych, co stają często pod sztandarem rzymskiej wiary i u tych po stronie przeciwnej.  – Gadzina skórę zmienia, a przecież kąsa jednako – jak podobno mawiał Stańczyk.

– To jest też niekiedy historia nasza, naszej codzienności, że nie mamy odwagi, już się przyzwyczailiśmy i nie umiemy mówić prawdy. Kłamiemy nawet wtedy, kiedy usiłujemy mówić prawdę – zauważył patriarcha. I znów muszę się zgodzić, bo przecież to, co piszę wynika z mojego wewnętrznego przymusu mówienia prawdy.  Ekscelencja zauważa też, że ludzie, którzy chcą mówić prawdę są dyskwalifikowani. I jak się tu nie zgodzić. – Moje słowa – wyrwało mi się wewnętrznie, gdy przeczytałem o tym, że patriarcha uważa, że w Polsce jest demokracja sterowana oraz, że „można uzyskać wszystko, jeśli się ma duże pieniądze, jeśli się ma duży dostęp do grupy ludzi, wszystko wtedy staje się relatywne”. Mam też nadzieję, że obaj(jeszcze raz przepraszam że stawiam się na równi z ekscelencją, bo przecież jestem niegodny) nie kłamiemy nawet wtedy, kiedy usiłujemy mówić prawdę.

W jednym się nie zgadzam z purpuratem.  Zawsze mnie dziwiło, że te około dziewięćdziesiąt pięć procent naszego społeczeństwa, które przynajmniej według własnych deklaracji jest katolickie tak łatwo daje się oblegać też pozostałej mniejszości naszego społeczeństwa. I te marne „pięć procent „ znów zaatakowało skutecznie większość zamkniętą w kościelnej twierdzy. – Myślę, że dzisiaj (…) jest wyraźny atak na tradycyjny model rodziny, złożonej z jednego mężczyzny i z jednej kobiety, rodziny wielodzietnej – mówił arcybiskup.  Jak silna może być te „pięć procent”, że tak skutecznie atakuje „tradycyjny model rodziny”, że w tych dziewięćdziesięciu pięciu procentach Polaków zachwiała się wiara w to, że rodzina jest złożona z „z jednego mężczyzny i z jednej kobiety” otoczonej mrowiem przychówku.

– Niech mi pokaże którykolwiek z tych ludzi, którzy wymyślili to wielkie kłamstwo historyczne, w którym miejscu ewangelia mówi o przemocy? Gdzie Kościół zachęca do przemocy? To jest dramat zakłamywania – mówił hierarcha.  Proszę bardzo: „Z woli Bożej opanowali miasto i urządzili nieopisaną rzeź do tego stopnia, że leżące obok jezioro, szerokie na dwa stadia, wydawało się pełne krwi, która tam spłynęła”. Zajęło mi to minutę. To tylko jeden cytat.  Ale co ja tam wiem, ja jestem tylko maluczkim, daleko mi do mądrości ekscelencji i jego znajomości pisma. Gdzie Kościół zachęca do przemocy? Historia kościoła to chyba nie tylko nawoływanie do miłości i zrozumienia?  Było wielu takich wiernych, i chyba nadal jest, którzy uważają, że likwidacja niewiernych jest spełnieniem woli Bożej. Ale w jednym się z ekscelencją zgadzam, jest to „dramat zakłamywania”.

I chyba nikt mi już nie powie, że jako ten, kto często dawany jest, jako przykład tych, co atakują i oblegają katolicko – narodową – tradycyjnie – rodzinną twierdzę, czasami nie zgadzam się z tymi, których jest tu około dziewięćdziesięciu pięciu procent oraz z tym, który przynajmniej teoretycznie powinien im przewodzić. I jeśli jestem błaznem? Trudno, nie jestem tu sam.

dziennik pesymistyczny

A wyburzyć, parkingi porobić

Obublikował pavvel dnia Komentarzy: 0

Jest pewien plac w naszym szarym prowincjonalnym mieście, o który toczy nieustanną walkę pani redaktor z pewnej gazety. Plac jest od lat pusty jak głowa urzędnika, a zaradni mieszkańcy wykorzystują tę wolną przestrzeń, aby parkować tam auta. Taki stan rzeczy, choć prosty, nie podoba się pani redaktor, która od wielu miesięcy, czy może już od lat walczy o to, aby plac nie był parkingiem. Jak przeczytałem w ostatnim raporcie z frontu walki z parkującymi na placu pani redaktor uznała w końcu zwycięstwo swych wrogów i oznajmiła, że plac jest parkingiem. „Dla wszystkich wygodnickich (…). I te zwyczaje wkrótce wejdą w nawyk ich dzieciom.” Czyli hańba nam i naszym dzieciom, jeśli się nie opanujemy.

Pani redaktor przypomina, że już „trzy tygodnie temu pisałam o tym, że plac (…) znów zmienił się w parking. Ktoś odsunął gazon stojący przy przejściu dla pieszych (…) tak, że można wjechać na plac bez obaw o zarysowanie karoserii.”  I znowu doszło do zgorszenia. Choć mieszkańcy wcielili przecież w czyn magistrackie hasło promocyjne, które brzmi ”Siła w Precyzji”. Jednak pani redaktor uznała to za akt wygodnictwa. Obywatele „ochoczo korzystają z darmowego parkingu. Przez te trzy tygodnie nic się nie zmieniło.” – denerwuje się pani redaktor.

A czym tu się denerwować. Wszystko na tym placu dzieje się zgodnie z miejską tradycją. Nawet na przełomie XIX i XX wieku, kiedy zakątek zwany był rajszulą. Nie wszystkim mieszkańcom Radomia podobały się organizowane tam targowiska. Ale furmanki i tak tam parkowały. W 1910 roku, dla uczczenia 500 rocznicy bitwy pod Grunwaldem, postanowiono nazwać plac Jagiellońskim. Targi odbywały się tam jednak nadal, także w czasie okupacji, gdy na kilka lat zmieniono nazwę na Reichplatz. Po wojnie nastąpiła kolejna przeróbka w nazwie – i pojawił się Plac Zwycięstwa. W jego centralnym punkcie, ówczesne władze miasta postanowiły postawić pomnik ku czci żołnierzy Armii Czerwonej. Ale na placu wciąż prowadzono handel i parkowało tam wszystko, czym przywożono produkty na targ, co w tamtych czasach wzbudzało też kontrowersje u niektórych. Po odzyskaniu „wolności”, po 1989 roku plac znów wrócił do nazwy Jagielloński. Zniknął za to pomnik ku czci żołnierzy Armii Czerwonej a powstał czy pozostał pusty plac pięknie otoczony zielenią, schodkami oraz murkiem. Pośrodku pojawiła się piaskownica w podstawie nieistniejącego już pomnika.

Od wyburzenia obelisku wszyscy ważni w tym mieście snuli plany, co zrobić z placem. Ktoś nawet chciał tam biurowca o jedenastu kondygnacjach. Na przełomie XX i XXI wieku władze miasta zamierzały dla odmiany zlokalizować tam nową siedzibę sądu rejonowego. Ostatnie lata to przede wszystkim dyskusje pro pomnikowe. Jedni chcieli wzniesienia na placu rzeźby ku czci królewicza Kazimierza. Konkurenci pomnikowi chcieli na placu zobaczyć rzeźbę poświęcona żołnierzom AK. Był też projekt pomnika – „Powiew”, czyli bramy z powiewająca nad nią kotarą. Pomnik miał symbolizować przejście między światami, otwarte podmuchem wolności. Tu też skończyło się na planach. A gdy tak dyskutowano nad kolejnymi koncepcjami, każdego lata plac zamieniał się budkę piwną z toaletami wokół, oraz boiskiem do gry w siatkówkę.

Mam kolegę, który podobnie jak ja uwielbia pewną scenę z filmu „Szczęśliwego Nowego Jorku”, w której główny bohater Serfer, co prawda tłumaczy coś zgoła innego słuchaczom, ale wypowiada piękne zdanie idealnie pasujące do tego, co tu opisuję. – A wyburzyć, parkingi porobić. Może by się wam w głowach rozpogodziło – mówi Serfer. No właśnie! A może szanowna pani redaktor, i wy włodarze miasta posłuchacie woli narodu, czy jak kto woli mieszkańców?  Jeśli po wyburzeniu tego, co tam było, i przy niechęci do nowych pomników wybrali obywatele parking, to niech ten parking tam z przyzwoleniem władz, kościoła i wolnej prasy pozostanie.

Może nie trzeba ambitnych planów przywrócenia świetności? Może ludzie już sami sobie wybrali, co tam chcą mieć na tym placu? Jeśli nie stać nas na nic innego, albo nie możemy się porozumieć, co tam na tym placu chcemy, to niech po nas przynajmniej parkingi pozostaną.