Tag Archives

8 Articles

dziennik pesymistyczny

Siedmiu pasażerów, czyli słomiana inwestycja

Obublikował pavvel dnia Komentarzy: 0

Siedem osób przyleciało pierwszym lotem rejsowym Air Balticu z Rygi do Radomia. Informacja o tym, że bilety są dostępne pojawiła się już w maju tego roku, ale jak widać nie było dużego zainteresowania tak atrakcyjną ofertą.  W drogę powrotną wyleciało trzydziestu sześciu pasażerów, z których większość była uczestnikami wycieczki sponsorowanej przez Port Lotniczy Radom i władze miasta. Nie trzeba być specjalistą od lotnictwa cywilnego ani wybitnym znawcą ekonomii, aby domyślić się, że przy takiej porażce frekwencyjnej Air Balticu długo nie zagości w Radomiu oferując loty rejsowe.

Ale na razie jest wielka radość władz lotniska i miasta, bo w końcu po latach bezruchu inwestycja, na którą wydano miliony, została uruchomiona. Samolot rejsowy przyleciał z pasażerami i nawet odleciał, też z pasażerami. A że było ich kilkunastu, no cóż przecież to nie najważniejsze. Ważne, że się udało, a posadki już były zagrożone. Teraz można śmiało powiedzieć: patrzycie to nasze, i to nie jest nasze ostatnie słowo.

I tak jest tu lotnisko. I już odprawiono tam kilkunastu pasażerów i do końca roku – jak wszystko na to wskazuje – jeszcze kilkunastu zostanie odprawionych. A jeśli jakiś malkontent zapyta: – Powiedz mi, po co jest ten miś, przepraszam lotnisko? Odpowiedzą: – Otóż to! Nikt nie wie, po co, więc nie musisz się obawiać, że ktoś zapyta. Parafrazując dalszą wypowiedz filmowego bohatera pytam w imieniu niedowiarków i odpowiadam w tonie władz Portu Lotniczego i magistratu: -Wiecie, co robi to lotnisko? Ono odpowiada żywotnym potrzebom całego społeczeństwa. To jest port lotniczy na skalę naszych możliwości. My otwieramy oczy niedowiarkom. Patrzcie – mówimy – to nasze, przez nas wykonane i to nie jest nasze ostatnie słowo. I nikt nie ma prawa się przyczepić, bo to jest lotnisko społeczne, w oparciu o sześć instytucji… Podobne? Bo to lotnisko to taki Miś i „nikt nie wie, po co, więc nie musisz się obawiać, że ktoś zapyta.”

Dlaczego o tym pisze? Bo tak mi się wydaje, jestem o tym wręcz przekonany, że czasem buduje się w Polsce coś wielkiego przez długie lata, za wielkie pieniądze, a potem trwa się u iluzji aktywności tego tworu na pokaz z armią prezesów, doradców, strategów, rzeczników, kolegów, tylko dla zarabiania pieniędzy i dla pokazania wyborcom możliwości władzy, która nie tylko ma gigantyczne wizje, ale dodatkowe je realizuje. A że przy tym ktoś przez lata bardzo dużo zarobi? Cóż, wszystko kosztuje. A wielkie inwestycje kosztują najwięcej.

Port lotniczy, według szacunków, żeby nie przynosić strat musi obsługiwać, co najmniej milion pasażerów rocznie, minimalnie około trzystu tysięcy. Przy takim zainteresowaniu lotami z i do Radomia rocznie pasażerów może być, nawet w wersji optymistycznej, około kilku tysięcy. A jeśli koszty będą rosnąć a poprawy nie będzie widać, co się wtedy zrobi? Za przykładem z Misia – protokół zniszczenia. – Prawdziwe pieniądze zarabia się tylko na drogich, słomianych inwestycjach – jak mawiał pewien prezes.

dziennik pesymistyczny

Zależności miedzy lotniskiem a sławojką

Obublikował pavvel dnia Komentarzy: 0

Chciało się mieć lotnisko to teraz trzeba cierpieć. W moim prowincjonalnym mieście mamy lotnisko na europejskim poziomie choć jednak na skale naszych możliwości, bo rzadko lądują na nim samoloty. Mamy za to całkiem nowe przepisy. Teraz większość inwestycji, nawet tych zlokalizowanych pod ziemią, musi być uzgadniana z Urzędem Lotnictwa Cywilnego.

Przy wydawaniu zezwolenia na działalność lotniska została opracowana pewnego rodzaju dokumentacja, która m.in. pokazuje obszar ograniczeń w odniesieniu do obiektów, które można na tym terenie wybudować. Ten obszar ograniczeń to praktycznie osiemdziesiąt pięć procent powierzchni mojego miasta.

– Dla takich obszarów ograniczeń jest wymóg uzgadniania wszystkich projektów decyzji o warunkach zabudowy i zagospodarowania z prezesem ULC. Nie chodzi o wysokość obiektu, przepisy nic na ten temat nie mówią, więc uzgadniać trzeba nawet sieć uzbrojenia podziemnego – wyjaśnia wicedyrektor wydziału architektury urzędu miejskiego w jednej z lokalnych gazet.

Wygląda na to, że jeśli chciałbym, tak w ramach radosnej twórczości, wybudować sobie sławojkę na swoim własnym gruncie, który leży w obszarze ograniczeń, to moja inwestycja sanitarna musiałaby być konsultowana z Urzędem Lotnictwa Cywilnego. Całe szczęście, że nie muszę robić tego sam, ten przywilej weźmie na siebie magistrat. Zastanawiające jest też to, że (jeśli dobrze interpretuje przepisy, a chyba dobrze), jeśli nawet chciałbym wykopać ziemiankę na swojej działce to, choć nie miałaby ona żadnej wysokości a raczej głębokość, to i tak urząd przed wydaniem mi pozwolenia na inwestycje musiałby skonsultować sprawę z ULC. Ciekawostką jest też to, że nawet zmiana sposobu użytkowania obiektu wymaga decyzji o warunkach zabudowy uzgadnianej z wieloma instytucjami, także z ULC czy wojskiem. Ale jak chciało się mieć lotnisko?

Jak to często bywa w krainie pieczątkowców, czyli w Polsce, ta urzędnicza formalność – jak twierdzi magistrat – może potrwać, ale nikt nie wie jak długo, bo z przepisów to nie wynika. Nie ma terminu, w jakim powinien Urząd załatwić sprawę. Trzeba czekać. No i oczywiście nie ma trybu odwoławczego, można zażądać tylko ponownego rozpatrzenia sprawy. Czyli jeśli chcesz obywatelu miasta z lotniskiem wybudować sobie sławojkę, to nim magistrat wyda Ci pozwolenie na tą inwestycje, skonsultuje sprawę twojego kibelka z Urzędem Lotnictwa Cywilnego. Może i z lotniska rzadko, co odlatuje, ale ktoś na pewno w tej sprawie bardzo odleciał.

dziennik pesymistyczny

Wojna o panowanie w powietrzu

Obublikował pavvel dnia Komentarzy: 0

Niedawno zarząd Portu Lotniczego w moim prowincjonalnym mieście uznał w swej nieprzeniknionej mądrości, że realnym zagrożeniem dla operacji lotniczych (które mogłyby się tam odbywać w bliżej nieustalonej przyszłości) stanowią gołębie ze znajdujących się w okolicach lotniska hodowli. Teraz decydenci z lotniska twierdzą ze stanowczością, że czas na nową wojnę z ptactwem o panowanie w powietrzu. Wypowiedzieli więc wojnę bocianom.

Ten Port Lotniczy to jedno z najdziwniejszych lotnisk w skali światowej.  Mają tam już wszystko. Wspaniałą hale dworcową, stanowiska obsługujące granice państwową, służbę celną, ochronę, profesjonalną obsługę pasażerską, kilka sklepów, radiolatarnie, najnowocześniejsze wozy straży pożarnej, spory parking oraz miejsca dla rowerów, tylko im pasażerów i lądujących regularnie samolotów tam brakuje.

Pod dostatkiem jest tam jednak nudy, więc z tej nudy zabrali się za wojnę o panowanie w powietrzu. Od dawna już wysyłane były w teren lotne (z nazwy) brygady pracowników portu lotniczego, którzy informowali mieszkańców o niebezpieczeństwie, jakie dla ruchu lotniczego stwarzają gołębie. Specjalni agenci pod koniec 2013 roku dokonali identyfikacji i inwentaryzacji 105 czynnych gołębników.  Pojawiły się obwieszczenia wzywające do likwidacji tychże siedlisk zagrożenia.  Jesienią 2014 roku przeprowadzona została akcja informacyjna w najbliższym otoczeniu lotniska. Dodatkowo ustalono kolejne 40 gołębników. Wszyscy właściciele tych obiektów otrzymali materiały informacyjne i pokwitowali ich odbiór. Egzekwowaniem wezwań do likwidacji zajęła się policja i straż miejska. Przy takiej przewadze sił i środków ptaki nie miały szans.  Wojna z gołębiami została wygrana.

Kilka dni temu w miejscowości położonej tuż przy lotnisku, służby energetyczne zniszczyły bocianie gniazdo. Ptaki w swej desperacji je odbudowywały, ale nie mają już szans na pobyt w tym miejscu. Decydenci z lotniska uznali, że bociany zagrażają i że ptaki mają się wynieść i już.

Mieszkańcy stanęli w obronie ptaków interweniując w różnych instytucjach. Nic to jednak nie dało. Był wniosek Portu Lotniczego, była opinia jakiegoś ornitologa ze Szczecina, była decyzja i jest eksmisja bocianów.

Według badań ornitologów, w całym powiecie położonym w okolicach lotniska znajduje się 255 bocianich gniazd. Nikt nie wie ile jeszcze z tych ptaków będzie stanowić „realne zagrożenie dla operacji lotniczych”. Warto jednak przypomnieć, że na tym prowincjonalnym lotnisku już od lat nie odbywał się i nie odbywa regularny ruch pasażerski, więc przez panującą tam wśród zarządu i pracowników przejmującą nudę można się spodziewać zaostrzenia wojny z ptactwem o panowanie w powietrzu.  Bo przecież czymś z nudów trzeba się zająć.

dziennik pesymistyczny

Rozbudowa lotniska czyli po co zającowi dzwonek?

Obublikował pavvel dnia Komentarzy: 1

– Port Lotniczy dostał pozwolenie na przebudowę lotniska! – przeczytałem radosny i wielce optymistyczny artykuł pod takim właśnie tytułem. Wielu malkontentów mówiło, że potrzebny jest mam ten miejski port lotniczy jak zającowi dzwonek. A tu proszę, nie dość że lotnisko  jest, to teraz będą to co jest jeszcze rozbudowywać. Port lotniczy w moim prowincjonalnym mieście co prawda stoi pusty, praktycznie nie obsługuje pasażerów, generuje same straty, ale to przecież nie powód żeby go nie rozbudować.  Zajączek musi mieć dzwonek i już.

Mamy super wypasione lotnisko. Formalnie działa od połowy ubiegłego roku, jednak nie odbywają się z niego regularne loty, bo żadna linia lotnicza nie chce z niego latać. Teraz Port Lotniczy dostał pozwolenie na przebudowę tego, co jeszcze nawet nie zaczęło zarabiać na siebie.

Wojewoda wydał pozwolenie na przebudowę drogi kołowania i miejsca postoju samolotów. Decyzja ma rygor natychmiastowej wykonalności. Inwestor czyli spółka Port Lotniczy – może przystąpić do prac – informuje rzeczniczka wojewody.

Teraz lotnisko dysponuje płytą postojową tylko dla dwóch samolotów. Tam żadnego ciężkiego samolotu pasażerskiego nikt nigdy nie widział. A już dwóch na raz to nawet nikt się nie spodziewał zobaczyć. Ale to nie szkodzi, teraz zarząd lotniska chce zbudować nową płytę postojową, na której byłoby miejsce dla dziewięciu maszyn.

Do tego niedziałającemu lotnisku potrzebna jest według władz aeroportu gruntowna przebudowa istniejącej wąskiej drogi kołowania, która nie zapewnia podobno właściwej nośności ciężkim samolotom. Według władz lotniska potrzeba też budowy infrastruktury w której odbywa się wsiadanie i wysiadanie pasażerów, załadowywanie lub wyładowywanie towaru, bagażu czy poczty. Przypominam, że na tym działającym od roku lotnisku bardzo trudno spotkać pasażera, ale jak widać zarządowi Portu Lotniczego wydaje się, że i tak jest tam okropny tłok, więc potrzeba rozbudowy tego co i tak stoi puste.

Na tym lotnisku mają już wszystko. Granice państwową, służbę celną, obsługę pasażera, kilka sklepów, radiolatarnie, najnowocześniejsze wozy straży pożarnej, spory parking i miejsca dla rowerów, tylko im pasażerów i lądujących samolotów tam brakuje. Będzie tego jeszcze więcej. Teraz potrzeba jeszcze stanowiska dla dziesięciu samolotów pasażerskich.

To naprawdę wygląda na zarabianie przez lata na interesie, który ma znikome szanse powodzenia, którego sens ekonomiczny nie jest potwierdzony żadną zawarta umową z liniami lotniczymi. Ale ten kto ma zarobić, zarabia.  –  Prawdziwe pieniądze zarabia się tylko na drogich, słomianych inwestycjach – jak powiedział pewien prezes. I jak widać miał racje.

dziennik pesymistyczny

Sen o Lufthansie

Obublikował pavvel dnia Komentarzy: 0

– Obudziłeś się? – spytał mnie głos. A że miałem wrażenie zawieszenia miedzy jawą i snem postanowiłem grać na zwłokę. – Kto mnie wołał czego chciał – zapytałem klasycznie.  – Naprawdę się obudziłeś? – dociekał głos, który najwidoczniej nie miał ochoty na ujawnienie swojej tożsamości. – A wiesz, że według krążących w kuluarach informacji, z naszym lotniskiem nie jest źle i niebawem powinno ono ruszyć ze sporym rozmachem. Mówi się nawet, że z naszym portem kooperować będzie niemiecki przewoźnik Lufthansa – zapytał tajemniczy głos.

Jeśli miałem jeszcze jakieś wątpliwości, to teraz już naprawdę byłem pewien, że śnie. Dopadł mnie najgłębszy etap snu. Jak nic faza REN. Przecież pojawiły się marzenia senne. I do jakie niedorzeczne. W moim prowincjonalnym mieście jest, co prawda super wypasione lotnisko. Formalnie działa od połowy ubiegłego roku, jednak nie odbywają się z niego regularne loty. Teraz nagle dowiaduje się, że tajemniczym i z dawna wyczekiwanym operatorem lotniczym dla naszego lotniska widmo jest Lufthansa. Po takich wieściach byłem pewien, że śnie.

– Słyszałeś, że jeden z czołowych lokalnych blogerów, na swoim blogu poinformował o chytrym planie w myśl którego na pokłady samolotów linii Lufthansa mieliby na naszym lotnisku wsiadać podróżni, którzy „dosiadaliby się” do samolotów lecących z innych miast do miejsc docelowych w Polsce i Europie – zapytał głos. Bardzo ładnie – pomyślałem – to dopiero sen mi się zdążył. Ja rozumiem, że w marzeniach sennych wszystko jest możliwe, ale bez przesady, no choć trochę realizmu by się jednak przydało. Przyznaje wizja samolotu który niczym pociąg osobowy zatrzymuje się na kolejnych lotniskach – stacjach była bardzo przyjemna i kołysała mnie tak aż do chwili gdy znów usłyszałem.

-Zadałem Ci pytanie? Naprawdę się obudziłeś – to głos zapytał po raz kolejny. – Naprawdę nie wiem – odpowiedziałem zgodnie z prawdą.  – Nam nadzieje, że jeszcze się nie obudziłem – dodałem naprawdę przerażony tym, że to jednak może nie być sen.

dziennik pesymistyczny

Czy się stoi czy się leży, to wypłata się należy

Obublikował pavvel dnia Komentarzy: 2

Kto by nie chciał pracować na lotnisku? Wielu pewnie ma takie przyziemne marzenie.  A pracować na lotnisku które nie odsługuje ruchu pasażerskiego, bo nie lądują tam takie samoloty? To pewnie prawie każdy kto nie lubi się przepracowywać, ale za to lubi dostawać za chęci do pracy solidną pensję. Port Lotniczy w moim mieście zatrudnia już 142 pracowników. I choć nie ma tam żadnego ruchu pasażerskiego i nigdy takiego nie było a nawet nikt nie spodziewa się pasażerów w dającej się przewidzieć przyszłości, to zarząd lotniska znów pożyczył trzy miliony od miasta, bo zabrakło mu na wypłatę pensji dla swoich pracowników.

Za czasów słusznie minionych mówiono, że „czy się stoi czy się leży, to wypłata się należy”. W nowym lepszym świecie, powstałym w Polsce po zwycięstwie kapitalizmu, uczono mnie i usilnie przekonywano, że niema nic za darmo. A tu proszę, taka niespodzianka, jednak coś jest za darmo. A jeśli nie za darmo to przynajmniej za nieduży lub żaden wysiłek.  Można pracować na lotnisku które nie obsługuje ruchu pasażerskiego, bo nie lądują tam żadne samoloty i brać za to pieniądze. Jak się wydaje najlepiej pracować tam w dziale obsługi pasażera.

A jakby tak pójść dalej i w myśl tej światłej idei wybudować w mieście port, nie lotniczy tym razem, ale Port Morski. Genialny pomysł prawda? Założyłoby się miejską spółkę, zatrudniło w niej wielu specjalistów, prezesa, trzech wiceprezesów, kilku dyrektorów, każdemu po sekretarce. Do tego jeszcze specjalistów od  pijaru, marketingu, reklamy, kilku prawników, rzecznika prasowego i kilku ochroniarzy. Po zakupie służbowych aut i ładnego budynku z przeznaczeniem na biura można by zaczynać budowę. Po oddaniu inwestycji do „użytku” zatrudniłoby się jeszcze tak ze 140 pracowników i co roku można prosić miasto o pożyczkę na działalność do czasu uzyskania mitycznego inwestora.

A że miasto nie leży nad morzem? A że do naszego Portu Morskiego nie zawinie żaden statek, bo to fizycznie niemożliwe? A co tam, stać nas. Przecież to byłby miejski Port Morski na skale naszych możliwości i to nie byłoby nasze ostatnie słowo – parafrazując klasyka. Potem przyjdzie czas na miejski kosmodrom, bo czemu by nie?

dziennik pesymistyczny

Lotnisko w przyszłości

Obublikował pavvel dnia Komentarzy: 0

– A gdyby tu było nagle przedszkole w przyszłości i wasz synek mały tędy przechodził w przyszłości – takie słowa wypowiada milicjant w komedii Stanisława Barei. Właśnie to słynne i pamiętne „w przyszłości” powinno stać się mottem dla władz mojego miasta, głównego inwestora miejskiego portu lotniczego.

Tu bowiem właśnie, od wielu lat, w znoju i trudzie, władza miejska buduje dla obywateli zaznających życia doczesnego, ale i dla przyszłych pokoleń lotnisko. Po co się tak trudzi? Po co buduje? Po co staje naprzeciw tak wielu przeciwnością losu – zapyta nie jeden niedowiarek i pesymista. Ano, dlatego – odpowie władza – bo lotnisko „odpowiada żywotnym potrzebom całego społeczeństwa”. A kiedy ten cud miejskiej inwestycji zostanie otwarty? Ano w przyszłości – odpowiadają urzędnicy. A kiedy jakieśkolwiek tanie linie lotnicze będą regularnie latać z lotniska? – pytają zainteresowani. – Niestety nie możemy opowiedzieć. O wszystkich faktach poinformują nas wszystkich w odpowiednim czasie zarządzający Portem Lotniczym. Czyli w przyszłości– odpowiada władza. W odpowiednim czasie, to się stanie. W przyszłości bliżej nieustalonej.  – Reszta faktów poznamy pewnie w odpowiednim czasie – zapewniają urzędnicy.

I tak mamy tu, w moim mieście lotnisko cywilne. To znaczy mamy mieć, już niedługo, bo termin oddania inwestycji znów się trochę opóźnił. Coś tam stoi na przeszkodzie. Trzeba jeszcze kilku pieczątek i kilku pozwoleń brakuje. Ale w przyszłości się wszystko załatwi i wyprostuje.  Teraz dowiaduje się z mediów, że miejski port lotniczy uzyskał certyfikat lotniska cywilnego. – To oznacza, że w niedalekiej przyszłości nasze lotnisko zacznie w pełni funkcjonować – podkreślają urzędnicy. I kluczowe jest tu „w przyszłości”.

– Lotnisko cywilne to jedna z najważniejszych inwestycji prorozwojowych naszego miasta i regionu radomskiego. Budowa lotniska to trudny proces,(…). Sam proces rozpoczął się w 2006 roku jeszcze za czasów moich poprzedników – mówił prezydent miasta skromnie zapominając, że miejska spółka buduje sobie lotnisko już od roku 1989 roku.

– Głównymi problemami lotniska są teraz m.in. montaż radiolatarni, który miał rozpocząć się w maju, ale wiemy przecież, że ten termin został przesunięty na wrzesień. Trzeba również przedłużyć pas startowy o 500 m oraz dobudować płytę postojową. Ale to przyszłość. Przed nami wiele lat rozwoju lotniska. Miasto musi być przygotowane na wsparcie finansowe portu. O samofinansowaniu się możemy mówić dopiero za jakieś 10-11 lat od momentu funkcjonowania lotniska – uściślił prezydent.

W Hiszpanii, która często jest przyrównywana do Polski jest czterdzieści dziewięć lotnisk. Na kilku z nich nigdy nie wystartował, ani nie wylądował żaden samolot. Teraz, jak gdzieś przeczytałem, planowane jest zamknięcie prawie trzydziestu z nich. Czy tak będzie z lotniskiem w moim mieście? Nie wiem. Ale umowy z operatorem lotniczym, który byłby zainteresowany lotami z tego lotniska to przyszłość a nie teraźniejszość. Bardzo zaczynam się martwić, czy nie wybudowaliśmy słomianego misia? Bo nie można przyjąć założenia, jako przemyślanej strategii, że jak już wybudujemy sobie port lotniczy to ktoś pewnie zechce na nim wylądować, i z niego wystartować. Nie można zakładać, że jakoś tam będzie, że pewnie jakiś samolot zabierze stąd pasażerów do Londynu, Dublina czy Paryża. Port lotniczy, według szacunków, żeby nie przynosić strat musi obsługiwać, co najmniej milion pasażerów rocznie, minimalnie około trzystu tysięcy. Jak bez umów z tanimi przewoźnikami lotniczymi będzie to możliwe? Jeśli lotnisko będzie przynosiło straty to, co się wtedy zrobi? Za przykładem z „Misia” – protokół zniszczenia?

– Kiedy i przy jakiej liczbie pasażerów loty będą opłacalne? – pyta opozycja magistrat i prezydenta. – To największy projekt od czasu doprowadzenia do (miasta) kolei. Czas, by zrealizować (…) pewien sen. Pieniądze nie przyjdą od razu, będziemy dokładać do tej spółki długo. Ale to w końcu przyniesie efekt – mówił prezydent.  I radził, że lepiej czasem „nie mówić wcale, niż mówić źle”.

„W przyszłości” to słowa kluczowe przy tej inwestycji. – Kiedy ktoś zapyta: kiedy uruchomienie lotniska? Kiedy będą się odbywać tam regularne loty? Kiedy dowiemy się, który z poważnych operatorów lotniczych jest zainteresowany obsługą lotniska?  Kiedy lotnisko będzie na siebie zarabiać? Kiedy przestanie żyć na dotacjach i dofinasowaniu?  Wtedy odpowiedz jest zawsze jedna: w przyszłości.

dziennik pesymistyczny

Jak wynika z naszych informacji…

Obublikował pavvel dnia Komentarzy: 0

Nowa „linia lotnicza” rodem z mojego miasta – szokuje czytelników tytułem lokalna gazeta. Podana jest nawet nazwa nowego przewoźnika. „Trzy, cztery airbusy mają znaleźć się we flocie” (…) – zachwyca się autorka artykułu. Gazeta to informacyjna, nie plotkarska, więc wierze dziennikarce, że to sprawdzona informacja i czytam dalej.

 „Jak wynika z naszych informacji teraz zapadła decyzja o uruchomieniu własnej linii lotniczej oferującej przeloty czarterowy. (…)” – czytam z rosnącą radością, że to właśnie moje miasto zostało wybrane na siedzibę nowej firmy, która, mam nadzieje z sukcesem, powalczy o dominacje na tym trudnym rynku. „Osoby związane z firmą nie potwierdzają, ale też nie zaprzeczają tym informacją. Szczegóły dotyczące projektu mogą być podane jeszcze w tym tygodniu. (…)” – podgrzewa moje emocje autorka tekstu. „ Mogą być trzy, cztery samoloty” – czytam z wypiekami na twarzy i dumą w sercu.

Chyba każdy mnie zrozumie, bo jak można sprawdzić na stronach producentów samolotów, jeden taki „airbus” to wydatek idący w setki milionów dolarów, więc aż mnie zmroziło z wrażenia. Człowiek żyje sobie w prowincjonalnym mieście, kupuje rzodkiewkę na targu i chleb powszechny w piekarni, a tuż obok niego wyrosła tak wielka firma, która nie tylko kupuje jeden samolot za setki tysięcy dolarów, ale nawet cztery! Zdecydowanie urzekła mnie ta historia z lokalnej gazety.

A tu nagle dopadła mnie rzeczywistość i autorka zgasiła moje marzenia, które tak pięknie rozpaliła mnie tytułem i początkiem artykułu: „Podobno nie od razu będą latać w barwach nowej linii lotniczej, a u jednego z już działających przewoźników”. No, co jest? To ja tu od tytułu aż do połowy artykułu czytam, że święto, że czas na euforie, że nowy przewoźnik… a tu „nie od razu będą latać w barwach nowej linii lotniczej”. No i co? I nic. – Miało być pięknie, a wyszło jak zwykle – jak mawia mój przyjaciel. Dziennikarce lokalnej gazety bardzo dziękuje za emocje i czekam na tekst o tym, że jakaś firma z mojego miasta kolonizuje obce planety. Oczywiście, nie teraz kolonizuje, ale w przyszłości. Teraz to ona planuje zakup floty kosmicznej.  – Tu, w tym miejscu, mogło dojść do tragedii – mawiał klasyk. Jego śladem, i za tym stylem dziennikarstwa podąża wielu, niestety bardzo wielu adeptów tego zawodu.