Tag Archives

81 Articles

dziennik pesymistyczny

Między mitingiem a debatą

Obublikował pavvel dnia Komentarzy: 0

Za czasów, gdy miałem wątpliwą przyjemność pracować dla międzynarodowej korporacji, jedną z wielu spraw,które mnie tam wnerwiały były bezustanne zebrania. Do uczestnictwa w nich byłem nieustanie przymuszany.  Zgodnie z ukochaną przez kierownictwo tej firm zasadą, że dzień bez zebrania to dzień stracony, co kilka dni przesiadywaliśmy godzinami na kolejnych spotkaniach w kolejnej lub tej samej sprawie. Armia zarządców, co chwila wymyślała inny powód, aby się spotkać i podyskutować. – Możesz przyjechać do centrali? Musimy się spotkać, bo wyniki sprzedaży są niezadowalające. Będzie miting w tej sprawie – usłyszałem któregoś ranka w słuchawce telefonu. Mój ówczesny przełożony, jak wielu jemu podobnych ofiar tej metody zarządzania, uwielbiał zebrania. No i znówspotkaliśmy się na kolejnej nasiadówce, gdzie przez prawie osiem godzin omawialiśmy,dlaczego tak nam źle idzie sprzedaż produktów firmy. I było to pierwsze z serii spotkań. Bo potem spotkali się ważni szefowie z tymi mniej ważnymi w firmowej hierarchii kierownikami. Potem, ci kierownicy z podwładnymi. Potem znów ci szefowie ważniejsi z tymi z zarządu. Potem znów w swoim gronie. Następnie spotkaliśmy się by przedyskutować wnioski tych, co na górze. Potem oni się spotkali namitingu, bo my doły firmowe mieliśmy swoje pomysły i oni musieli się z nimi zapoznać. I znów był miting, bo podejmowali decyzje.  Kolejne spotkanie, bo trzeba było przekazać nowe wytyczne. I tak w kółko. Mijały kolejne dni.  A ja, co kilka, dni przesiadywałem godzinę za godziną na zebraniu w sprawie kłopotów ze sprzedażą. Miting gonił kolejne zabranie i to kolejny miting. Gdy już doskonale wszystko omówiliśmy, dlaczego to spotykają nas te kłopoty… zabrakło nam czasu na realizację, bo skończył się miesiąc tego o czym tak zawzięcie dyskutowaliśmy. I co? Tak! Zgadliście! Wezwali mnie namiting w sprawie fatalnej sprzedaży w mijającym miesiącu.  Dla mnie zawsze pozostanie zagadką, kto tam w zasadzie coś sprzedawał jak wszystkich prawie, co kilka dni spotykałem na kolejnych mitingach, czy raczej meetingach, bo tam wszyscy uwielbiali język okupanta.  I tak przesiadywałem sobie na tych naradach kolejne miesiące. – A może byśmy się tak kiedyś zabrali za pracę ,anie tylko dyskutowali o tym jak pracować? – zapytałem kiedyś nieśmiało na kolejnym zebraniu. Popatrzyli na mnie dziwnie… i po miesiącu zwolnili, bo podobno byłem nieprzystosowany do pracy w grupie.

Od kilku tygodniprzyglądam się poczynaniom opozycyjnej partii, której działacze zapraszająbardzo ważnych i uczonych ludzi na kolejne debaty. A to spotkali się ci prawi isprawiedliwi, aby podyskutować o ekonomii, a to znów odbył się kolejny panel oproblemach służby zdrowia. I tam mówiono, i mówiono… i znów mówiono. Wiele słówpadło, jak donoszą w obszernych relacjach media. Zapewne będzie jeszcze wieletakich debat, bo i tematów do omówienia pozostało wiele. Może teraz oszkolnictwie? O demokracji? O bezrobociu? Tematów jest bez liku. Można sięspotykać i dyskutować jeszcze przez wiele, wiele miesięcy. Ta ostatnia debata ozdrowiu, jak wyczytałem w prasie, zdaniem wielu jej uczestników byłazdecydowania za krótka, choć trwała trzy godziny. Pozostał niedosyt.  Czyli można się spodziewać powtórki. I to nie jestzapewne ich ostatnie słowo. Żeby była jasność, ta przypadłość do zebrań niejest nowa. Państwo uwielbia spotkania. System kocha mitingi. Za złego peerelumówiło się w żartach, że jak Oni mają coś zrobić to na początku zrobią naradę egzekutywy.  Teraz nie jest lepiej. Teraz też panujewszechobecny kult narad i wszelkiego rodzaju debat. Sam kiedyś byłem zaproszonyna spotkanie w celu omówienia kolejnego spotkania. Dlatego mnie kompletnie jużnie dziwią zapowiedzi kolejnej debaty. Przecież na tym opiera się ten systemkłapania dziobami po próżnicy. Na wiecznym gadaniu o tym, że trzeba w końcu cośzrobić. I najwcześniej jedynym efektem tych debat jest szum medialny oraz przekaz,że trzeba się w końcu spotkać jeszcze raz, ale już teraz poważnie porozmawiać otych problemach, bo jak nic nie zrobimy to będzie źle. Gdy usłyszałem o pomyślekolejnej debaty przypomniało mi się jak na którymś tam z rzędu mitingupowiedziałem moim współuczestnikom, że te nasze spotkania przypominają mizebrania pcheł, mieszkających na psie, dyskutujących o tym, w którą stronęzwierzak ma machać ogonem.

dziennik pesymistyczny

Ta dzisiejsza młodzież

Obublikował pavvel dnia Komentarzy: 1

Dawno, dawno temu… gdy byłem jeszcze młodym chłopcem przeczytałem w bardzo poczytnej lokalnej gazecie,bardzo „wnikliwą” analizę ówczesnych ruchów młodzieżowych. Bardzo znana, choć tylko lokalnie, pani redaktor rozmawiała z bardzo znanym, choć też lokalnie,uczonym o tym, co dla naszego państwa i narodu jest najważniejsze, czyli o młodym pokoleniu. Pamiętam ten tekst do dziś, bo był to najzabawniejszy,najgłupszy, najbardziej wyśmiewany przez moich znajomych artykuł z gazet w tamtych czasach. Po prostu arcydzieło dziennikarskiego, psychologicznego bicia piany. I oto proszę znów natrafiłem na ciekawy raport o młodzieży na jednym z portali internetowych. Tym razem naukowcy pochylili się z troską, i stworzyli raport o używaniu alkoholu i narkotyków przez młodzież. Sama młódź szkolna mojego miasta, w ankietach, wyraziła opinie o sobie. A naukowcy to zebrali poddali analizie. Potem raport trafił do mediów. A one doniosły o tym opinii publicznej.

Co jest odwiecznym zagrożeniem dla młodzieży? Papierosy. Dlatego nie zaskoczyło mnie to, gdy przeczytałem, że ponad sześćdziesiąt procent gimnazjalistów i prawie siedemdziesiąt procent uczniów szkół ponadgimnazjalnych przynajmniej raz w życiu już spróbowało palenia tytoniu. Nic nowego, choć zabrakło mi tu naukowej analizy jak to jest, że papierosów nie wolno sprzedawać osobom nieletnim a jednak aż tylu swobodnie je może nabyć. Czyżby tak wielu dorosłych, w tym rodziców, popełniało przestępstwo? – Jest to o tyle niepokojące, że od dłuższego czasu przepisy unijne starają się zwalczać palenie. A mimo wszystko systematycznie wzrasta spożycie wyrobów tytoniowych wśród młodych ludzi – wyjaśnia naukowiec cytowany w tekście. Fakt, niewiarygodne! Przepisy tak dobre i tak liczne, a ta młodzież jak paliła tak pali!

Jak papieros to i alkohol.Tu wyszło z analiz, że aż osiemdziesiąt pięć  procent gimnazjalistów i dziewięćdziesiąt procent uczniów szkół ponadgimnazjalnych spożywało alkohol chociaż raz w życiu, a prawie dwadzieścia procent gimnazjalistów pije w każdy weekend. Czyli prawie wszyscy piją. Boże! A przecież przepisy takie restrykcyjne! Albo sami młodzi pędzą bimber, albo ktoś im ten alkohol sprzedaje. Czy nie dorośli? Mamusie i tatusiowie? No może nie własnym milusińskim ale cudzym to już chyba tak. Teraz czas na narkotyki. Okazało się, co mnie też nie zaskoczyło, że marihuana to najpopularniejszy narkotyk.Czyli mamy sporo potencjalnych przestępców, bo jak wiadomo u nas za posiadanie grozi surowa kara. A jak palą to przecież posiadają. A przyznał się do tego co drugi licealista. Są też pozytywy. Jak się dowiedziałem z tekstu i z raportu twarde narkotyki nie są popularne wśród młodzieży z mojego miasta. Dziwne? Od lat słyszę, że jeden nawet joint prowadzi do ciężkiego uzależnienia od narkotyków.  A tu maryśka taka popularna, a ciężkie narkotyki już nie? Nie uzależnili się czy co? Wbrew naukowym dowodom?

Oczywiście nie mogło zabraknąć przy takim tekście opisu dyskusji, w którym wzięli udział dyrektorzy szkół, nauczyciele, psycholodzy szkolni, służby mundurowe, przedstawiciele ośrodków społecznych i oczywiście władza, tym razem ta miejska. – Brakuje prostych przepisów, dlatego wielu rzeczy nie możemy egzekwować. To my dorośli jesteśmy odpowiedzialni za świadomość młodych ludzi, to my musimy mówić im o zagrożeniach, jakie niesie spożywanie alkoholu, palenie marihuany i inne rzeczy. Profilaktyka powinna być wprowadzana, jak religia – od przedszkola –wypowiedziała się władza w osobie wiceprezydenta mojego miasta. Jak ja kocham takie bicie piany! Tak, oczywiście za mało przepisów. Tak, oczywiście, nie może niczego egzekwować. Ale on jest odpowiedzialny, i o zagrożeniach to on, jak o religii, będzie tym dzieciaczkom nawijał,od przedszkola. Ogólnie profilaktyka, profilaktyka i jeszcze raz profilaktyka.Przepisy, przepisy i przepisy. Egzekwować i egzekwować. Tyle lat czytam podobne rzeczy. Już nawet nie liczę ile powstało o młodzieży analiz i tekstów w gazetach. I co? I nic. Jak piją i palą, tak będą pić i palić.. Czekam na następny tekst o problemach młodzieży, tej żyjące za dziesięć lat. I już teraz wiem że przepisy… że egzekwować… że profilaktyka…Bicie piany.

Ps. Na pytanie którepewnie zada przynajmniej jeden mój czytelnik: przeciw komu jest ten tekst?Odpowiadam,  przeciw nikomu…

dziennik pesymistyczny

Nie z tego świata

Obublikował pavvel dnia Komentarzy: 2

Już od dawna podejrzewałem, że część polityków jest nie z tego świata. Te ich dziwne zachowania zdradzały, że mamy do czynienia z osobami nie z tego świata. – Skąd on jest? Skąd on się urwał – kilka dni temu tak mój znajomy komentował słowa pewnego bardzo znanego polityka. Czyli nie tylko ja mam wątpliwości co do ziemskiej natury niektórych polityków. To, co do nas mówią, bardzo często można uznać za przejaw życia w całkiem innej rzeczywistości. – On wygląda jak nie z tego świata – często mawia moja koleżanka o pewnym polityku. Faktycznie, też mam pewne podejrzenia jak tak mu się przyglądam… ale przecież to nieładnie tak osądzać po wyglądzie. Dlatego nie osądzam, ale przecież tak jak moja koleżanka,podejrzenia mieć można. Prawda?

Co pewien czas media donoszą o dziwnych zachowanych polityków. A tu kogoś przyłapano na dziwnych tańcach. A tam znów innego wybrańca narodu przyłapano na bełkoczącej mowie jakby był pod wpływem czegoś mocniejszego. A przecież jak zapewnia, że nie był,to nie był, a w ten stan wprowadziły go leki, choroba lub chwilowa niedyspozycja. Dziwne, że politycy są na to, co nas szaraków też spotyka, tak jakby bardziej podatni i ciężej to przechodzą. Może oni po prostu są jacyś inni.Czyli, że znów przypomnę opinie mojej znajomej – politycy są nie z tego świata.Tak zaprawdę, dziwny i czasem przerażający jest ten świat polityki. Te blade oblicza, posępne spojrzenia. Można dojść do wniosku, że politycy są na tym naszym łez padole bardziej obecni duchem niż ciałem.

– Oni są kosmitami –twierdzi kolejny mój znajomy. No każdy może mieć swoje zdanie na ten temat.Mnie jednak najbardziej zmroziło wyznanie pewnej byłej pani minister, a obecnie poseł. Myślałem że już wszystko widziałem, i naprawdę nie spodziewałem się tak upiornego, ale trzeba przyznać bardzo szczerego jak na polityka wyznania. Już samo miejsce było niesamowite, bo to tej chwili szczerości doszło w nocy przed cmentarzem. Pani poseł – jak donoszą media – podczas przepychanek z policją broniącą jej dostępu do cmentarza na, którym odbywała się ekshumacja twierdziła,że tam mieszka! Co mam powiedzieć. Coś tak podejrzewałem. Ja tam od dzieciństwa słyszałem, że na cmentarzach mieszkają duchy. I choć do teraz nie wierzyłem, to po tym wyznaniu już mam pewność. Jak mówi wybraniec narodu że tam mieszka… to tam mieszka.


dziennik pesymistyczny

Dobra praca, bo z przywilejami

Obublikował pavvel dnia Komentarzy: 1

Kiedy byłem małym chłopcem, to moim największym marzeniem było zostać żołnierzem. Ten piękny mundur. Lśniące buty, czołgi. Karabiny. Tak, w pierwszej kolejności chciałem do wojska, ale jeśli nie żołnierzem to chętnie widziałem się jako strażak czy policjant. Choć ci ostatni wtedy inaczej się nazywali. Chyba nie wyróżniałem się w swoich marzeniach spośród rówieśników. Wszyscy, no może większość moich znajomych z podwórka miała podobne pragnienia. Co tu ukrywać, gdy byłem mały pociągał nie mundur. Potem, gdy byłem starszy doszli nowi idole. Uwielbiałem filmy szpiegowskie i nie raz marzyłem,że jestem tajnym agentem wywiadu czy kontrwywiady i dzielnie służę swojej ojczyźnie. No małym chłopcem byłem , nie wiedziałem że to nie ta właściwa Polska jest. Gdy dorastałem, to już tak nie bardzo widziałem się  w mundurze. Wygląda na to, że czym bliżej miałem do zaszczytnego obowiązku wojskowego, tym moje chęci do służby malały.Tu też nie byłem odosobniony. Choć zauważyłem, że wielu moich kolegów ze szkoły, z podwórka, ze studiów nadal bardzo chciało zostać mundurowymi. Ale w odróżnieniu od moich dziecinnych marzeń, oni nie widzieli w wojsku czy policji romantycznej przygody,  ale dobrą pracę.Nie zazdrościłem im, nie podziwiałem, nie przekonywałem ich do zmiany decyzji,nie namawiali mnie też oni. Po prostu oni poszli w jedną stronę ja w drugą.  – Dlaczego idziesz do policji –pytałem.  Odpowiedź zawsze była uzasadniana względami ekonomicznym. – Trochę posłużę i na emeryturę – słyszałem wielokrotnie. Wtedy gdy byłem młody jakoś tak nie mogłem zrozumieć dlaczego oni tak do tych służb idą, nie z porywu serca, patriotycznych uniesień,  chęci służby odrodzonej ojczyźnie, tylko z powodu co tu ukrywać przywilejów. I tak mi zostało do dziś. Nie rozumiem tego.

Kiedyś, nie tak dawno,  spotkałem takiego emeryta w moim wieku. I tak od słowa do słowa, wyrwało mi się, że to takie niesprawiedliwe że żołnierze, czy policjanci, różni funkcjonariusze naszej odrodzonej ojczyzny,wiecznie pogrążonej w kryzysie, nie płacą składek na ZUS. No dobra, poniosło mnie trochę i przy wódeczce wygarnąłem mu wszystkie żale. Wspominałem, że nie podoba mi się ta nadmierne moim zdaniem uprzywilejowanie pewnej grupy społecznej.Bo tych służb jest taka mnogość. Te wszystkie ABWery, kontrwywiady, wywiady, CBŚ, CBA, BOR, straż graniczna, nawet strażacy – oni wszyscy  przechodzili i nadal będą przechodzić na emeryturę wcześniej. No poniosło mnie. W odpowiedzi usłyszałem, że „było iść do wojska a nie teraz marudzić”, że zazdroszczę, że to służba, że nie było łatwo, że to przesada, że słuszne są przywileje, bo tam praca niełatwa. No właśnie praca, ja też pracuję i jest mi niełatwo. Ja też nie na siłę pracę zawodową, tak jak on służbę mundurową, wybrałem.

Nie mam do moich kolegów z wojska, policji czy innych służb pretensji. Każdy, no prawie każdy,  wybiera zawód w którym znajduje korzyści.Tylko mam jedną jedyną prośbę, i tę samą miałem do kolegi emeryta przy wódeczce. Niech mi nie mówią, że to wszystko robili z patriotyzmu, porywu serca, wyższych idei… bo jakby tak było, to nie chcieliby specjalnych przywilejów.  Czy ta służba bez specjalnych przywilejów nadal byłaby tak atrakcyjna? Oni tam tylko pracowali ciężko, ale wiedzieli, że pracować tak będą stosunkowa krótko. Nie zazdroszczę,ale wnerwia mnie to, że nie potrafią się przyznać, że to ekonomia ,a nie porywy serca i dziecięce marzenia zdecydowały o wstąpieniu do elitarnych i uprzywilejowanych służb państwowych. Ja wiem, że to służby władzy służące ochronie państwa. I państwo nagradza tych co je chronią właśnie przywilejami w odróżnieniu  od tych, którzy mają tylko na państwo pracować i płacić podatki. Bo zawsze jest i był nadzorca. Ale dumy z tego, że się jest nadzorcą nie ma żadnej. To tylko chęć bycia uprzywilejowanym.

dziennik pesymistyczny

Trzyminutowy dyrektor

Obublikował pavvel dnia Komentarzy: 0

Ktoś tam kiedyś powiedział, że umiejętność rządzenia polega na umiejętności podejmowania szybkich decyzji.  Na mojej prowincji władający bardzo dbają o czas. Miejskim hasłem promocyjnym jest „siła w precyzji” więc jak tę precyzję, siłę i dbałość o czas, połączy się w jedno, to wychodzi na to, że tu nawet dyrektorską karierę można zrobić tak szybko, że niektórzy to pewnie tego nawet nie zauważyli. Precyzyjna władza naszego grodu,jak wynika z doniesień prasy lokalnej, specjalnym zarządzeniem prezydenta miasta, powierzyła stanowisko dyrektora młodzieżowego domu kultury pewnej pani. Władza uczyniła to precyzyjnie w piątek, 31 sierpnia, o godzinie 14.52. Czas jest tu ważny. Majestat municypalny ogłosił swe rozporządzenie w biuletynie informacji publicznej.Nowo mianowana pani dyrektor miała cieszyć się funkcją i ją sprawować przez następnych pięć lat szkolnych, to jest od pierwszego września 2012 roku, do trzydziestego pierwszego sierpnia 2017 roku. Jak to u nas wszystko było precyzyjnie zapisane. Ale radość nowo mianowanej była krótka.

Czas płynie u nas z tak wielką siłą precyzji, i tak nieubłaganie, że już po chwili (może właśnie wyjaśniła się odwieczna zagadka ile trwa chwila), o godzinie 14.55, pojawiło się kolejne zarządzenie prezydenta. Tym razem w sprawie odwołania tej pani, co ją powołano na stanowisko dyrektora młodzieżowego domu kultury  trzy minuty wcześniej. Nowo powołana, a już odwołana dyrektorka, straciła zaufanie prezydenta miasta. Szybko, tak w trzy minuty straciła to zaufanie? To się nazywa precyzja w działaniu, połączona z siłą argumentu! Ale żeby nie było wakatu na tak ważnym dla miasta stanowisku, trzecim zarządzeniem opublikowanym o godzinie 15.03 prezydent od drugiego września powierzył pełnienie obowiązków dyrektora domu kultury pewnemu panu. I cała ta operacja trwała prawie jedenaście minut.

Trzeba też wyjaśnić, że prezydent powoływał i odwoływał w takim tempie , bo on to zaufanie do pani dyrektor to znacznie wcześniej utracił, bo już wiosną. Ale okoliczności nie pozwoliły mu na wykazanie się kto, dzieli stanowiskami i rządzi w mieście. Już kilka miesięcy temu, jak donosi lokalna prasa władze miasta rozpoczęły działania na rzecz przekształcenia tej instytucji z placówki oświatowej w placówkę kultury. Ale nie spodobało się to rodzicom. Następnie na stronie internetowej miejskiego domu kultury pojawił się link odsyłający do ankiety badającej nastroje mieszkańców naszego miasta przed ewentualnym rozpisaniem referendum w sprawie odwołania prezydenta. No i jak widać, to jest dostateczny powód do utraty zaufania.  Bo jak wszyscy wiemy,każda władza pochodzi od Boga i nie należy jej tak bezczelnie kwestionować. Już wtedy, wiosną, prezydent odwołał panią dyrektor z pełnionej funkcji argumentując to właśnie utratą zaufania. Żeby nie było że tak bezproduktywnie odwołano byłą szefową placówki i w kwietniu ogłoszono konkurs na nowego dyrektora placówki. No i ta pani, którą odwołać raczył prezydent miasta, jako jedyna kandydatka przystąpiła do niego i zwyciężyła. Powołano ją też wówczas na stanowisko, jednak nominacji odebrać nie mogła, gdyż do dwudziestego  sierpnia przebywała na zwolnieniu lekarskim. Jak wyzdrowiała, to nadano jej nominację… i po trzech minutach odwołano ze stanowiska. To jest siła precyzji! Rządzenie polega na umiejętności podejmowania szybkich decyzji, jak pisałem. Ale żeby aż tak szybko? Ja wiem ,że pani dyrektor utraciła zaufanie władzy już wiosną, ale może teraz gdyby dano jej porządzić dłużej niż trzy minuty mogło być inaczej? Przecież jakoś ten konkurs wiosenny wygrała, więc kwalifikacje ma. Tak to nigdy nie wiadomo jak długo przyjdzie nam rządzić, kiedy narazimy się władzy silniejszej.

dziennik pesymistyczny

Hazard w szpitalu

Obublikował pavvel dnia Komentarzy: 0

– Każda władza degraduje człowieka – mawiał Oscar Wilde. I trudno się z nim nie zgodzić. Mam nawet wrażenie, że władza degraduje myślenie u osób ochoczo ją sprawujących . Czym bardziej ochoczo sprawuje… tym bardziej zdegradowany. Zależność taka. Wiem, że bardzo łatwo jest wskazać tych zdegradowanych umysłowo w klasie próżniaczej,tej wysokiego szczebla. Wystarczy pooglądać telewizję, posłuchać radia,przeczytać gazety, przejrzeć internet, aby wiedzieć, że coś tym pasibrzuchom się we łbach zdegradowało. Ale my tu na prowincji też nie gorsi i też swoich wielkich zdegradowanych mamy. Jak donosiły ostatnio lokalne media, nasza lokalna klasa próżniacza idąc zapewne za przykładem tych wielkich myślicieli i wizjonerów ze stolicy, postanowiła pokazać, że oni też potrafią być…kontrowersyjni – jak mawia moja koleżanka. Na sesji rady miejskiej część radnych sprzeciwiła się zdecydowanie propozycji otwarcia kasyna w naszym mieście. Jeden radny był łaskaw przytoczyć za pewną gazetą ogólnopolską opinię,iż hazard rujnuje nie tylko gracza, ale także jego rodzinę, a hazardzisty – w przeciwieństwie do alkoholika – nie można zmusić do leczenia. Fakt, niech już raczej pozostaną u nas tylko alkoholicy, po co nam jeszcze problem z hazardzistami.

Mnie jednak najbardziej spodobała się argumentacje innego człowieka władzy. Radnemu nie podobała się idea ustawienia stołów do ruletki i black jacka w budynku, gdzie kiedyś mieścił się szpital. Mam nadzieję, że to tylko takie przeinaczenie słów radnego przez media,bo jeśli to prawda, to zdegradowało go zupełnie. Jeśli argumentem przeciw temu żeby nie otwierać kasyna jest to, że kiedyś w tym samym budynku znajdował się szpital, to jest to początek całego szeregu wyprowadzek instytucji i firm z budynków, które kiedyś miały inne przeznaczenia… no bo przecież nie wypada …Dla przykładu – magistrat mieści się w budynku, który kiedyś był siedzibą rosyjskiego gubernatorstwa, potem mieściła się tam komenda milicji obywatelskiej… no czy to wypada, żeby w takim budynku teraz władza się sprawowała.  Jest też u nas kościół katolicki,który kiedyś był cerkwią. No nie wiem, czy to dobry pomysł. Jak nie można w byłym szpitali, który teraz jest hotelem, urządzić kasyna, bo był on kiedyś budynkiem szpitalnym, to jak można władzę; miejską co prawda, ale władzę;sprawować z dawnej komendy milicji obywatelskiej, a katolicką, naszą narodową mszę,odprawiać w byłej cerkwi? A wracając do kasyna planowego w budynku po szpitalu,to nie wiem, czy o to chodziło radnemu, ale może jego obawy dotyczą przypadku ,w którym chory gapcio wejdzie do kasyna sądząc ,że wchodzi do szpitala? I trafi nie na stół operacyjny tylko na taki do ruletki. I przegra wszystko co przyniósł ze sobą, co miało być wyrazem wdzięczności dla lekarzy… Fakt, trzeba ludzi chronić, oni tacy roztargnieni.

Dla radnych mojego prowincjonalnego miasta ważnym argumentem przeciwko nowemu kasynu jest też sąsiedztwo planowanej inwestycji. Budynek przyszłego kasyna  sąsiadowałby z Resursą Obywatelską, najstarszą placówką kulturalną w mieście. I jak to uzasadniał pewien radny „nie wypada, by miejsce, w którym uprawia się hazard, znajdowało się tuż obok instytucji, która zajmuje się kulturą na wysokim poziomie i sztuką, która przygotowuje ambitne propozycje dla mieszkańców i jest najprężniej (…) działającym ośrodkiem kultury”- cytuję za lokalną prasą. Zastanawiam się jak to jest, że w pewnej „placówce kultury” naszego miasta znajduje się, od zawsze prawie, lokal z wyszynkiem i tonie pierwszej kategorii. Ale jak to już pisałem co innego alkoholizm, a co innego hazard. Radny w swej łaskawości i mądrości uznał też, że „lokalizacje na obrzeżach miasta są znacznie odpowiedniejsze dla kasyna”. Fakt, takie Las Vegas z mnogością kasyn powstało na pustyni i teraz jest tam stolica hazardu. Można?Można! Po co zaraz się pchać do miasta i do budynku po szpitalu, przy placówce kultury i to w centrum miasta.


dziennik pesymistyczny

Propało…

Obublikował pavvel dnia Komentarzy: 0

Miałem w dawnych czasach, choć znów jeszcze nie tak odległych, koleżankę, no dobra znajomość to raczej była niż koleżeństwo. Ale wspominane z rozrzewnieniem. Panienka była zagraniczna, ale z tych terenów Europy pochodziła, co to nasi młodzi „wszechpolscy” mocarni , chętnie uważają za nasze ziemie odwieczne. Podobnie za swoje uważają tubylcy. Tak po prostu , bez metafor i porównań to ta koleżanka z Ukrainy była.Starodawnym, przedwiecznym zwyczajem tych ziem, wieczorową porą, postanowiliśmy coś wypić . „Na jeziorze wody glazur” – jak mówi poeta. Były piękne okoliczności przyrody, więc przysiedliśmy, przy aby oddać się spożywaniu i dysputom filozoficznym. Wiadomo, my faceci ze wschodu, (tego bliższego zachodowi),chcieliśmy pokazać,  że jesteśmy równie twardzi jak ci co byli tam u siebie , czyli jeszcze bardziej wschodni niż my. Piliśmy wódeczkę, bo jakżeby inaczej. Ichnią sklepową oraz tą nie sklepową. Kobiety,choć nie wszystkie co podkreślam z szacunkiem i podziwem, postanowiły tak bardziej z europejska wina czerwonego spróbować. I tu się narodził wielki problem: brak korkociągu. Klasyczny zważywszy na okoliczności. Jedna z dziewcząt zaoferowała ochoczo pomoc w rozwiązaniu tego przeszkadzającego w zabawie problemu.- Ja otworzę –rzekła chyba po polsku, bo w stanie spożycia w jakim przebywałem mógł być to dla mnie równie dobrze ukraiński czy rosyjski. Co dziwne, że po wódeczce, te języki zlewają mi się w jeden. Ale do sprawy.Dziewczę hożo chwyciło sporą butelczynę i w dosłownych podskokach zniknęło w bujnej ukraińskiej przyrodzie. My tam przy ognisku, w międzynarodowym towarzystwie nadal umacnialiśmy odwieczne przyjaźnie oraz wyjaśnialiśmy odwieczne spory. Tak mniej więcej po godzinie ktoś zainteresował się losem… nie będę ukrywał tej butelczyny z winem, co to uczynne dziewczę zabrało by je odkorkować. Ale i po dziewoi i po flaszce wina nie było ni widu, ni słychu. Wśród licznych toastów wróciliśmy do rozmów (zajęć) budujących przyjaźń między naszymi bratnimi narodami… Tak mniej więcej po godzinie, patrzę a tu wraca dziewczę, nasza krasawica z butelką w dłoniach. – Udało się otworzyć jak widzę – pytam bardziej aby zebranych poinformować o szczęśliwym powrocie tej, której powrotu tak oczekiwano. Panienka stanęła przed nami z lekka się kołysząc. W wyciągniętej do nas dłoni trzymała pustą, opróżniona butelką, teraz już po winie i rzekła do towarzystwa z rozbrajającym uśmiechem – propało… , wsjo propało, winko propało…

Po co przytaczam tę awanturniczo– przygodową opowieść?  Dlatego że przypominała mi się ona wczoraj podczas obrad sejmu.  Debata nad prywatną spółką, która oszukała około trzy tysiące osób, które dobrowolnie powierzyły tej firmie pieniądze,które stracili, trwała ponad piętnaście godzin. Ja tym oszukanym, jeśli zapadnie wyrok skazujący, bardzo współczuję, ale chciałbym się doczekać tak burzliwej i tak długiej debaty w sejmie nad sprawami związanymi z większą ilością obywateli, taką idącą w miliony przynajmniej. Opowieść o ukraińskiej krasawicy przypomniała mi się dlatego, że przez piętnaście godzin, pojawiali się różni mówcy…i jedna co mogli tym pokrzywdzonym oświadczyć  z marsową miną ludzi władzy, lub z rozbrajającym uśmiechem ich pomagierów i rzeczników, to znane mi już słowa: propało…przepadło… I tyle. I nic więcej.


dziennik pesymistyczny

Ty polityku!

Obublikował pavvel dnia Komentarzy: 2

-Ty to gadasz tak całkiem jakbyś był przynajmniej politykiem jakimś – usłyszałem jak starszy jegomość zwraca się do swojego kolegi wyraźnie nie zgadzając się z poglądami,które ten pierwszy był łaskaw zaprezentować. Zacne grono dyskutantów, jak co rano zasiadało na jednej z ławek w miejskim parku. Starsi panowie, w zdecydowanej większości, choć zdarzały się tez panie, omawiali w przyjemnych i nieprzyjemnych czasami okolicznościach przyrody ogólną sytuację polityczną w naszej ojczyźnie oraz poza jej granicami. Takie emeryckie kółko dyskusyjne jakich wiele. Wcale nie podsłuchiwałem, słyszałem tylko, bo trudno jest nie słyszeć jak ktoś prawie krzyczy. A że ławek nasza władza municypalna poskąpiła w tej części miasta, z konieczności  siedziałem blisko. – Ty to już naprawdę, gadasz takie bzdury jakbyś był politykiem czy innych urzędnikiem państwowym – kontynuował głosem oskarżycielskim jeden z panów dyskutantów. – A co zazdrościsz? –ripostował drugi – jakbym chciał to i ministrem mógłbym zostać . – Nawet premierem! – dodał. Myślałem, że usłyszę śmiech, wykpiwający tego ambitnego premiera z nizin społecznych, ale nic takiego się nie stało. Zamruczało,zahuczało towarzystwo i w końcu jeden z nich wyartykułował oburzenie które w nich narosło. – Słuchaj no ty, ty kłamiesz jak najprawdziwszy polityk! Ty jak nic w ministra, czy urzędnika możesz iść! – padło oskarżycielsko wypowiedziane słowo.– Ano mogę! – odparł ten, do którego inkryminacja się odnosiła. Po czym wstał…i poszedł. – Żegnam Panów! – rzucił na koniec w stronę kółka dyskutantów z parkowej ławki.  Po tym wybuchu złości, na ławce przycichło i parkowi sprawozdawcy i opisywacze rzeczywistości zabrali się za omawianie sytuacji w służbie zdrowia.

Mnie jednak wciąż nie dawał spokoju ten zasłyszany niedawno nowy epitet. Jak widać po reakcji tego, który wstał i poszedł, określenie go politykiem czy urzędnikiem państwowym miało bardzo pejoratywne znaczenie. Czyżby nasze nowe słowo obraźliwe? Już nie wystarczy: ty świnio, palancie, tłuku, złodzieju, kłamco… teraz doszło jeszcze: ty polityku? Z ławkowej dyskusji wynikało, że panowie utożsamiali kłamstwo z polityką. I pewnie dlatego jeden z panów nazwany politykiem tak bardzo się obraził. Ale czemu tu się dziwić jak sami politycy kłamstwo usprawiedliwiają.Przypominałem sobie, że kiedyś przeczytałem i zanotowałem pewną wypowiedź polityka, który myśli zapewne o sobie, że jest prawy i sprawiedliwy. Oto fragment: kłamstwo wyborcze w znaczeniu składania obietnic i deklaracji bez pokrycia, (…) takie obietnice i deklaracje składają wszystkie partie i wszyscy kandydaci, gdyż jest to pewien STANDARD kampanii wyborczej w systemie demokracji medialnej. Powiem więcej, Konstytucja RP oficjalnie przyzwala na kłamstwo, skoro poseł zawsze może powiedzieć swoim wyborcom (w jego okręgu), że nie spełni swojej obietnicy wyborczej, gdyż jest przedstawicielem całego suwerena, a w interesie narodu jest, by tej obietnicy nie spełnić. To samo może powiedzieć partia, a jedyną konsekwencją jest ewentualna przegrana w kolejnych wyborach.

Fajnie być takim suwerenem i w interesie narodu kłamać. Tylko potem chyba nie należy się dziwić,że lud, naród, społeczeństwo… czy jak to nazwać zaczyna się przyzwyczajać, że polityk to kłamca i te dwa słowa stanowią dla ludzi zwyczajny synonim. Jeśli kłamstwo jest dopuszczalne, to jak można wierzyć, że kiedykolwiek mówią prawdę? Czyli można założyć, i tak pewnie zrobiło parkowe towarzystwo dyskusyjne, że kogoś kto notorycznie mija się z prawą dla jakichś swych mitycznych, wyższych celów może być nazwany politykiem lub urzędnikiem. Może to jest uogólnienie. Ale nazwanie kogoś wariatem, też nie definiuje do końca i na stałe jego stanu umysłu. Tak kłamliwy jak polityk może być ten, kto dla swych prywatnych celów kłamią i obiecuje coś czego nie chce nawet dotrzymać. To ciekawe, że teraz nie trzeba już używać słowa kłamca, można powiedzieć: polityk. Tak przynajmniej uważa ławkowe koło dyskusyjne emerytów. A że starość , to jak mawiali w szkole,mądrość… to chyba coś w tym jest.

dziennik pesymistyczny

Jeśli święta prowizorka to zawsze zgodna z prawem

Obublikował pavvel dnia Komentarzy: 0

– Co u nas trwa najdłużej? – zadał pytanie mój znajomy. – Prowizorka i polityka faktów dokonanych!  – Sam sobie odpowiedział, nie czekając na naszą reakcję.  Tymi słowami przypomniał nam o swojej obecności, bo od jakiejś godziny zajęty był czytaniem gazety. Niby był obecny…, ale jakoby go nie było. Teraz starannie składając, zadrukowane wieściami ze świata i naszego powiatu strony przeczytanego pisma, zaczął nas przekonywać, że w Polsce najbardziej opiera się upływowi czasu prowizorka.

– A jeśli ta prowizorka dokonana jest w zbożnym celu, to nawet po pewnym czasie, choćby nawet łamano prawo, gdy ją instalowano, to może się okazać, że prawo tę prowizorkę uzna i usankcjonuje– mówił. A gdy chcieliśmy dowiedzieć się, o co mu się tak zasadniczo rozchodzi, usłyszeliśmy, że mówi on o pewnym krzyżu, który wisi w sejmie. – Dawno, dawno temu – rozpoczął jakby opowiadał nam bajkę – pewnej ciemnej nocy, jeden poseł z pomocą drugiego posła zamontowali krzyż na sali posiedzeń sejmu. Podobno niewiele brakowało, aby przy tym doszło do tragedii. Jeden z posłów podczas mocowania krzyża, spadł z oparcia fotela marszałkowskiego, którego użyto, jako podestu z powodu braku drabiny.

Na szczęście posłowi nic mu się nie stało. I tak spontanicznie z narażeniem zdrowia pojawiła się na ścianie sejmowej prowizorka, ale za to w zbożnym celu.  Było wielu, którzy sądzili, że to tak nie bardzo…, że w „państwie prawa” nie można tak w nocy…, że nie wypada żeby w sali gdzie powstaje prawo ktoś działał po kryjomu, bezprawnie i pod osłoną nocy. Mijały lata, a krzyż nadal wisiał. Prowizorka niepoparta prawem trwała sobie w sali, gdzie posłowie „ państwa prawa” tworzą prawo właśnie.

Aż pojawił się w sejmie bies taki, co Mu ten krzyż na ścianie zaczął przeszkadzać. Zwoływał konferencje prasowe, dociekał, i pytał władz sejmowych najwyższych, tak długo, aż ta władza musiała w końcu zapytać ekspertów, co się najlepiej na takich sprawach znają, co dalej z tym krzyżem powieszonym przed laty na ścianie sali sejmowej. I okazało się, że to, co w nocy zawieszono włażąc na oparcie fotela marszałka sejmu, to, czego dokonano tak na chybcika, tak prowizorycznie, to jednak jest prawnie uzasadnione.  I do tego całkowicie niegroźne dla tych, którym to przeszkadzało.

A pani marszałek sejmu stwierdziła, że w jej odczuciu ze wszystkich ekspertyz wynikało, że krzyż ma zostać na miejscu. I jak tu nie uznać, że prowizorka, jeśli jest tylko dokonana w zbożnym celu będzie uprawomocniona i trwać będzie na wieki – zakończył swoją opowieść znajomy. Fakt, jeśli święta jest prowizorka, w zbożnym celu dokonana… to zawsze będzie zgodna z prawem. W Polsce zawsze. Tradycja taka.

 

dziennik pesymistyczny

… no gorzej niż zbrodnia.

Obublikował pavvel dnia Komentarzy: 0

Taka już jest ta nasza narodowa specyfika, że zasadniczo, prawie każdego dnia jest u nas jakaś rocznica. A jak nie rocznica, to dzień pamięci lub święto państwowe, międzynarodowe, świeckie lub kościelne. Zawsze coś tam w kalendarzu jest zaznaczone i trzeba dokładnie sprawdzić, co tam na dziś przypada i to zaraz po przebudzeniu, żeby się upewnić, dostosować i nie popełnić niezręczności albo czegoś gorszego.

Trzeba być bardzo ostrożnym. Ja nie byłem. No i popełniłem niewybaczalny… błąd, przynajmniej w ocenie niektórych. Choć nie widziałem w moim zachowaniu nic nagannego, to z pewnością znalazłoby się paru takich, którzy w tym, co zrobiłem, wynajdowaliby znamiona mojej pogardy dla narodowych symboli, pamięci oraz historii narodu. Żyłem sobie w nieświadomości popełnionych zbrodni aż do chwili, w której przeczytałem, że pewien minister popełnił błąd, bo w pewną rocznicę udał się z wizytą w miejsce, w które w taki dzień wybrać się, jak się okazuje nie wypada.  – To gorzej niż zbrodnia – to błąd – takimi słowami pewien poseł prawy i sprawiedliwy skomentował obecność wspomnianego ministra, trzynastego grudnia w Moskwie.

A była to trzydziesta, okrągła rocznica. Zamarłem w przerażeniu… Ja, co prawda cały ten dzień przebywałem w biurze i oczywiście trzymałem się z daleka od Moskwy, ale… jeśli nie wypada tego dnia bywać w Moskwie, to może też niemile jest widziane inne działanie czy czynności związane z Rosją? – Symbolem tego jest po pierwsze wystąpienie ministra Sikorskiego w Berlinie, a po drugie obecność pana ministra Sikorskiego w Moskwie w dniu trzydziestej rocznicy wprowadzenia stanu wojennego w Polsce – powiedziała pewna pani poseł, oczywiście też prawa i sprawiedliwa.  W Berlinie nie byłem już kilka lat, będę musiał uważać jak będę się wybierał, żeby moja obecność w tym mieście nie okazała się dla kogoś symboliczna w sposób negatywny.

Trzeba uważać na rocznice, bo jakże symboliczna mogłaby się stać moja wizyta w Berlinie pierwszego września?  Co do ministra w Moskwie, to ja, jak już pisałem, do Moskwy nie pojechałem, ale tego dnia spożyłem coś, jak zauważyłem ze zdziwieniem, co dla niektórych mogło okazać się, co najmniej symboliczne.- Chciałbym się obronić przed zarzutem zbrodni, jakobym w dniu trzynastego grudnia – rocznicę stanu wojennego, ale także traktatu lizbońskiego, miał przebywać w Moskwie – powiedział minister od spraw zagranicznych. -Rzeczywiście, wyleciałem z Warszawy w dniu trzynastego grudnia, ale ze względna różnicę czasu „plus trzy” wylądowałem po północy – dodał.

Ja widać musiał się minister tłumaczyć. Ja mam mniej na swoje usprawiedliwienie. Ja już trzynastego wczesnym wieczorem zostałem przez mojego podstępnego kolegę poczęstowany pierwszym kieliszkiem ROSYJSKIEJ wódeczki a ostatni wypiliśmy po północy. Czyli ja, choć tylko zwykłym szarakiem jestem a nie ministrem, to zgodnie z logiką posła cytowanego wcześniej, w rocznicę wprowadzenia stanu wojennego, rosyjską wódkę piłem kieliszkami… Całe szczęście, że nie szklankami jak Rosjanie, bo to by dopiero było symboliczne i zbrodnicze. Dobrze, że dla pani poseł nie jestem żadnym przeciwnikiem politycznym, bo jak nic mój czyn okazałby się dla niej zapewne symboliczny. Rosyjską wódkę w taki dzień… Tak, jestem pełen samokrytycyzmu… no, błąd … no… gorzej niż zbrodnia.