Tag Archives

81 Articles

dziennik pesymistyczny

Gender! Danger! Niebezpieczeństwo!

Obublikował pavvel dnia Komentarzy: 0

Spotkany niedawno znajomy dziennikarz opowiadał mi o pewnej pani, która przez kilka lat z wielką regularnością odwiedzała jego redakcję. Pani ta podczas każdej wizyty miała zawsze w ręku lokalną gazetę i dyżurującemu dziennikarzowi z zawziętością i lekkim wzburzeniem wskazywała palcem odpowiedni artykuł, po czym go przekonywała: – Wy tu panowie o głupotach i o ( tu wstawiała odpowiedni temat z gazety) piszecie a przecież ten konkordat. Nie słyszałem więcej o tej pani zamęczającej miejscowych żurnalistów. Ale wiem dobrze, że gdzieś tam ulicami mojego prowincjonalnego miasta przechadza się jakaś pani czy pan dręcząc wszystkich, którzy chcą lub nie chcą słuchać, ciągłymi opowieściami o ideologii gender.

Ta pani z opowieści znajomego redaktora była jak to się mówi niegroźnie zakręconą. A szczególnie zafiksowało ją na punkcie kościoła i konkordatu. Taki mały, niegroźny, choć irytujący dziennikarzy bzik. Przypomniało mi się to teraz, gdy po raz kolejny wysłuchałem radiowej dyskusji polityków i duchownych o ideologii gender. Duch tej pani od „konkordatu” zawładnął polskim duchowieństwem, które oskarżone o zgniliznę moralną, rozpasanie, zepsucie seksualne na szybko potrzebowała wroga, z którym mogłoby się dzielnie zmierzyć w śmiertelnej walce. Był tylko jeden problem nikt za bardzo nie chciał w kościołem i z duchowieństwem rzymskokatolickim wojować, więc propagandyści kościoła wpadli na pomysł, że sobie tego arcywroga sami stworzą po czym zetrą się z nim w śmiertelnej walce.

Żyłbym pewnie w błogiej niewiedzy nie kojarząc nawet, że podgryza mnie ideologia gender gdyby nie jeden z drugim kościelny dziadunio. Nagle zostałem uświadomiony przez duchownych, że ja, moi znajomi, przyjaciele, moi sąsiedzi, ich dzieci i dzieci ich dzieci żyjemy wszyscy pospołu w śmiertelnym zagrożeniu ideologią, o której nikt poza wyspecjalizowanymi naukowcami do tego czasu nawet nie słyszał. I powróciła ta pani ze swoim lekkim fiksum – dyrdum na punkcie konkordatu tylko, że tym razem to ideologia gender.

Do nowej krucjaty przyłączyli się kolejni przegrani rycerze, którzy w walce z nowym szatanem chcą znowu zabłysłość. Politycy i duchowni po raz kolejny łapka w łatkę ruszają na wojnę, którą sobie sami wymyślili. O sprawie ideologii gender stało się głośno m.in. za sprawą listu pasterskiego przygotowanego na Niedzielę Świętej Rodziny, w którym biskupi przestrzegają przed ideologią gender. Nikt by o tym niebezpieczeństwie nie usłyszał, albo przynajmniej niewielu by o tym wiedziało gdyby nie reklama, jaką robi temu pustemu dla wielu słowu „gender” kościół katolicki. Nikt pewnie dziś, a nawet jutro, nie zastanawiałby się na tym i nie sprawdzał po słownikach czy w internetowych wyszukiwarkach znaczenia tego szatańskiego słowa oraz tego czym jest w zasadzie gender gdyby nie działalność wiecznie niedocenianych polityków tworzących dziwaczne zespoły parlamentarne do walki w wydumanym zagrożeniem.

A przecież wystarczy choć trochę poczytać aby przekonać się, że gender to nie ideologia, a społeczna i kulturowa tożsamość płci. Czy jak ja sprzątam w domu, gotuje, prasuje, piorę na równi z moją partnerką to wpadłem w szpony szatańskiej heretycznej ideologii? Jest tak, bo tak twierdzi jakiś dziaduniu? Bo jest o tym przekonana jakaś paniusia polityk od siedmiu boleści? Bo ja mam przypisana rolę społeczną? Mam od rana machać łopatą, bić młotem w fabryce, siedzieć na dupie w biurze? Jak wypiorę sobie skarpetki czy ugotuje zupę ogórkową to bozia mnie pokara za moją niemęskość? Może nie tylko biologia określa nas, ale po za nią także kontekst społeczny, kulturowy? To, co niosą ze sobą pojęcia kobieta i mężczyzna, jest nie tylko wyznaczone przez biologię, ale również przez role społeczne i narzucone nam społeczne oczekiwania.

Znam pewnego pana, który gdy mnie spotykał na ulicy zawsze podczas każdej naszej rozmowy jakimś dziwnym trafem zahacza o politykę. Zaczynamy rozmawiać o pogodzie…  a już po chwili dyskutujemy o polityce. Teraz dodatkowo rozmawiamy, to znaczy on głównie wygłasza monologi o niebezpieczeństwach związanych z gender. Kiedyś nie wytrzymałem i go wprost zapytałem, co to takiego ten gender, przed którym mnie tak zawzięcie ostrzega. – Dokładnie to nie wiem, ale w kościele mówili, ze to złe, to musi być złe – odpowiedział. I to chyba wszytko wyjaśnia.

dziennik pesymistyczny

Tylko pod krzyżem, tylko pod tym znakiem…

Obublikował pavvel dnia Komentarzy: 4

Krzyż w sali obrad Sejmu pozostanie. Sąd Apelacyjny w Warszawie oddalił apelację posłów, którzy domagali się jego usunięcia, bo narusza ich dobra osobiste. Mnie ten symbol niczego nie narusza, co najwyżej mnie nie wzrusza. Krzyż w sejmie przypomina mi gdzie żyje. Jakie jest moje państwo Jakie jest to społeczeństwo, w którego towarzystwie przyszło mi wędrować ku wieczności na tym łez padole.

Z taką pewną dozą irytacji, ale jednak z zaciekawienia słuchałem jak kolejny państwowy sędzia uzasadnia obecność krzyża w polskim sejmie. Pani sędzina raz niczym Poncjusz Piłat umywa ręce od jasnych wyroków mówiąc, że przedmiotem rozstrzygnięcia sądu nie było rozstrzyganie politycznego czy światopoglądowego sporu dotyczącego legalności lub bezprawności umieszczania krzyża w Sejmie. A następnie spokojnie dodaje, że eksponowanie krzyża w miejscach publicznych wchodzi w zakres dopuszczalnego uzewnętrzniania uczuć religijnych. To iście Salomonowy wyrok. Nie wydaję wyroku w sprawie legalności, ale jednocześnie wskazuje, że wszystko jest w porządku.

Sąd Apelacyjny utrzymał w mocy styczniowy wyrok sądu okręgowego. Pamiętam, że dużo się w nim mówiło o „zakotwiczeniu w zwyczaju”. Teraz też występujący w imieniu strony pozwanej radca Prokuratorii Generalnej Skarbu Państwa wnosił o utrzymanie w mocy zaskarżonego wyroku wskazując na znaczenie zwyczaju w prawie cywilnym i że krzyż w sali Sejmu wisi od szesnaście lat. Po raz kolejny sprawdziłem, że zwyczaj jest ustaloną formą zachowania się w określonych sytuacjach, przyjętą przez daną zbiorowość społeczną. Z czasem może przekształcić się w obyczaj, wejść w zakres moralności a nawet prawa. To najprostsza definicja, jaką możemy znaleźć w Encyklopedii Powszechnej. Czyli wystarczyło szesnaście lat, żeby narodził się nowy obyczaj. Nowy zwyczaj. Nowe prawo. Nowa moralność. Czy nawet tradycja.

Pewnej ciemnej nocy, szesnaście lat temu, dwaj posłowie zawiesili krzyż na sali posiedzeń sejmu. Zakotwiczając go tym samym w przestrzeni publicznej.  Podobno niewiele brakowało, aby przy tej zbożnej akcji doszło do prawdziwej tragedii. Jeden z posłów podczas mocowania krzyża, spadł z oparcia fotela marszałkowskiego, którego użyto, jako podestu, z powodu braku drabiny. Opatrzność jednak czuwała.  Posłowi nic się nie stało. I tak spontanicznie, z narażeniem zdrowia i być może życia posłów, pojawił się na ścianie sejmowej krzyż. Bezprawnie, ale widocznie już wtedy kierowali się uwzględnieniem „zwyczajów, tradycji, kultury i doświadczeń historycznych zbiorowości” – cytując sędzinę sądu Apelacyjnego.  I tak narodziła się nowa (tym razem chyba nie świecka?)  tradycja. Zwyczaj taki. A może i prawo, bo jak twierdzi pani sędzia Sądu Okręgowego zwyczaj to element prawa cywilnego, którego sąd nie może zlekceważyć.

Było wielu malkontentów, którzy sądzili, że to tak nie wypada.  Że w „państwie prawa” nie można tak w nocy. Że nie wypada żeby w sali gdzie powstaje prawo ktoś działał po kryjomu, bezprawnie i pod osłoną nocy. Mijały lata, a krzyż nadal wisiał i stawał się zwyczajem.  A zwyczaj to przecież „element prawa cywilnego”.  I tak przyszedł dzień, w którym zwyczaj został uświęcony wyrokiem sądu. Nieusuwanie krzyża, zawieszonego bez wiedzy sejmu w tysiąc dziewięćset dziewięćdziesiątym siódmym roku, nie jest już bezprawne, bo ma to „zakotwiczenie w zwyczaju”, ukształtowane przez szesnaście lat jego obecności w sejmie.

Czy to jest dopiero początek zmian uzasadnionych „zakotwiczeniem w tradycji”? Może czas na weryfikacje innych praw i zasad? Po pierwsze: Nie będziesz miał bogów cudzych przede Mną. A przecież pogoń za pieniądzem (który stał się już bogiem) od ponad dwudziestu lat jak nic jest zakotwiczona w naszej tradycji.  Po trzecie: Pamiętaj, abyś dzień święty święcił. Co jest naszym zwyczajem i tradycją można zobaczyć w każdą niedziele w najbliższym centrum handlowym. Po siódme: Nie kradnij. A tu z „uwzględnienie zwyczajów, tradycji, kultury i doświadczeń historycznych zbiorowości” na całego. Po ósme: Nie mów fałszywego świadectwa przeciw bliźniemu swemu. A tu mimo, że „eksponowanie krzyża w miejscach publicznych wchodzi w zakres dopuszczalnego uzewnętrzniania uczuć religijnych” hulaj dusza. To tylko przykłady, ale pozostałe przykazania też udowadniają zdecydowany dysharmonię miedzy naszym zwyczajem „zakotwiczonym w tradycji” a prawem, nawet boskim. A co dopiero cywilnym. Bo widocznie „tylko pod krzyżem, tylko pod tym znakiem, Polska jest Polską, a Polak Polakiem”.

dziennik pesymistyczny

Nic nie stracił na pobycie w więzieniu, bo był bez zameldowania

Obublikował pavvel dnia Komentarzy: 4

Osoba bez zameldowania i bez stałej pracy nic nie straciła na pobycie w więzieniu – tak reprezentująca państwo Prokuratoria Generalna argumentuje swoją odmowę odszkodowania i zadośćuczynienie za błąd sędziego, przez który niewinny człowiek przesiedział w więzieniu sto trzydzieści cztery dni.

Widziałem już wiele urzędniczej bezczelności, wręcz buty, szyderstwa i zwyczajnej głupoty. Ale tak rażącego przykładu pokazującego czym dla tego państwa i dla jego urzędników jest zwykły śmiertelnik, dawno nie wiedziałem.  Słowa przedstawicieli prokuratorii generalnej nie można potraktować inaczej jak przyznanie, że w Polsce istnieją obywatele drugiej kategorii. Jesteś biedny, nie masz pracy, nie masz domu a w szczególności zameldowania to jesteś nikim. Nawet jak posiedzisz w więzieniu to nic Ci się nie stanie. Najlepszym miejscem dla biedaka jest więzienie?

Najwyraźniej takie jest przekonanie państwowych prawników. Mężczyzna został zabrany z ulicy przez państwowych policjantów. Zanim się zorientował, co się stało, był już w państwowym więzieniu. Twierdzi, że nie wyjaśniono mu z jakiego powodu się tam znalazł. Następnie dowiedział się, że znalazł się tam, bo odwieszono mu wcześniejszy wyrok. Przesiedział w zamknięciu sto trzydzieści cztery dni. Po wyjściu z więzienia dowiedział się, że spędził w nim pół roku przez uchybienie sędziego, który działał zbyt rutynowo. Pomylono go z kimś innym. I nikt nie zauważał, że zgadzało się tylko nazwisko. Inny był rocznik, inne imię, inne też było miejsce zamieszkania.

Błąd jeszcze mogę – choć z wysiłkiem – to jednak zrozumieć. Wszyscy jesteśmy ludźmi, mamy do tego prawo. Ale nie mogę pojąc, jakim prawem tego człowieka teraz państwo jeszcze dodatkowo poniża. Przesiedział przez pomyłkę w więzieniu sto trzydzieści cztery dni. To bezsporny fakt. Nie należy się chyba dziwić, że teraz za pomyłkę urzędników oczekuje od państwa odszkodowania i wypłaty zadośćuczynienie. Jednak reprezentująca państwo Prokuratoria Generalna nie ma jednak zamiaru zapłacić. Prawnicy państwowi postanowili powalczyć, licząc zapewne, że jak ktoś jest biedny to zapewne nie stać go na dobrego obrońcę.  Adwokatka mężczyzny otrzymała list, iż jej klient, jako osoba bez zameldowania i bez stałej pracy nic nie stracił na pobycie w więzieniu. Zapewne powinien być szczęśliwy, że państwo polskie, choć przez pomyłkę to jednak tak bardzo się nim zajęło zapewniając mu wikt i opierunek. Odwieźli go do więzienia państwowi policjanci i przebywał w państwowym więzieniu, powinien być wdzięczny za opiekę.  Właśnie jest ta niebywała buta urzędniczą. Ta bezczelność i szyderstwo.

Pokrzywdzony człowiek twierdzi, że „potraktowano go jak śmiecia”. I ma całkowita słuszność. Jak można twierdzić, że pobyt w więzieniu jest rzeczą obojętną? To chore! Jak nie zwyczajnie głupie. Mężczyzna wystąpił o odszkodowanie i zadośćuczynienie w wysokości trzystu tysięcy złotych. Sprawę rozstrzygnie sąd. Mam nadzieje, że tym razem sędzia się nie pomyli, i że nie będzie działał rutynowo.

dziennik pesymistyczny

Chwila dla debila – nowe pokolenie

Obublikował pavvel dnia Komentarzy: 0

– W nowej Polsce będzie potrzeba uczciwych ministrów, wojewodów, prawników… działaczy PZPN. Jeśli ktoś z Was ma kłopoty z prawem, służba dla nowej Polski będzie oczyszczeniem – mówi na wiecu kończącym „Marsz Niepodległości” rzecznik Organizacji Narodowo – Radykalnej Marian Kowalski. Niezorientowanych w meandrach zaplecza politycznego skrajnej prawicy informuje, że PZPN to nic innego jak Polski Związek Piłki Nożnej. Już widzę oczami wyobraźni jak „idzie nowe pokolenie”(zgodnie z hasłem marszu) tych uczciwych ministrów, wojewodów, prawników… działaczy PZPN. Nawet nie musze wysilać wyobraźni, bo przecież widziałem i czytałem o tym jak narodowcy podczas pochodu zaatakowani dwa squaty, spalili co najmniej dwa samochody, instalację artystyczną w formie tęczy na pl. Zbawiciela oraz zaatakowali kamieniami, racami i butelkami ambasadę rosyjską. Idzie nowe pokolenie? A może idzie stara, sprawdzona już niestety, brunatna zaraza? Może u nas zaczyna się właśnie to, co miało miejsce Niemczech w latach trzydziestych? Wąsy przywódców nie takie same, ale ideologia i zachowanie bardzo podobne.

Zdaniem posła prawych i sprawiedliwych Joachima Brudzińskiego część odpowiedzialności za zamieszki w Warszawie ponosi premier Donald Tusk. Ja wiem, że w oczach pisowców premier ponosi odpowiedzialność prawie za wszystko, co złego dzieje się w Polsce, na świecie i w pobliskich galaktykach. Jednak tym razem, choć naprawdę niechętnie to czynie, to jednak muszę się z panem posłem zgodzić. Skrajna prawica wychodowana została przez znudzonych biznesmenów z Australii czy z Ameryki przy cichym przyzwoleniu państwowych służb specjalnych.  Miała służyć zapewne, jako przeciwwaga dla lewicy. Tylko, że jak zwykle ktoś czegoś nie przewidział, coś ktoś przeoczył, czegoś nie dopilnował i brunatna siła zerwała się ze smyczy służ samodzielnie dążąc do siłowego przejęcia władzy.

W podstawówce do mojej klasy uczęszczał uczeń, który uwielbiał rozrabiać. Nauczycielka po wielu próbach spacyfikowania łobuza w końcu dała za wygraną zawierając z młodym krnąbrnym wychowankiem swoisty układ: on miał trzy minuty na początku lekcji na to żeby się wyszaleć a potem przez czterdzieści trzy minuty miał siedzieć spokojnie. Nazywaliśmy to chwilą dla debila. Podobny układ mieliśmy w Polsce. Przez jeden dzień, jedenastego listopada, władza zezwala na „chwile dla debila”, gdzie narodowa skrajna prawica odprawia swoje harce demolując miasto, paląc, bijąc i kopiąc, kogo popadnie, by potem przez rok narodowcy trwali w letargu. W mojej podstawówce taki układ trwał krótko, bo rozrabiaka przeciągam chwile o kolejne minuty. Podobny koniec układu obserwujemy teraz w Polsce. Chwila na wyładowanie agresji przeciągnęła się z czasie. Ile to razy w tym roku prawicowe bojówki uniemożliwiły lub zakłócały wykłady na uniwersytetach? Ile razy wszywały burdy? Chwila przestała być tylko chwilą.

Nazywamy ich narodowcami, prawicą, skrajna prawicą, faszystami, ale to sugeruje, że w tych zamaskowanych kibolskimi barwami łbach kolebie się jakaś ideologia, jakaś idea. To duże nadużycie. Przecież przeciętny uczestnik tych zadym nie kojarzy nawet co to jest Bóg,  co to Honor, i co to Ojczyzna. Ich łączy jedno pragnienie, niszczenia wszystkiego co inne, co nie pasuje. W imię debilnego hasełka: “Raz sierpem, raz młotem, czerwoną hołotę”.  – Spłonęła dziś tęcza. Nie pochwalam, ale spłonął symbol zarazy – mówił Robert Winnicki z Młodzieży Wszechpolskiej nawiązując do podpalenia tęczy na pl. Zbawiciela. Krzysztof Bosak z tej samej organizacji przekonywał słuchaczy, że „nie ma pojęcia”, kto podpalał, ale przypomniał, że pierwotnie miała to być instalacja czasowa i trzeba ja jak najszybciej usunąć. Jeśli to ma być nowe pokolenie, to zdecydowanie ten ich marsz trzeba powstrzymać. Bo jak pisał Edmund Burke: dla triumfu zła wystarczy tylko, aby dobrzy ludzie nic nie robili.

dziennik pesymistyczny

Follow me… z pytaniami do byłego prezesa

Obublikował pavvel dnia Komentarzy: 0

W pewnym mieście powiatowym magistrat postanowił wybudować lotnisko. W tym celu, w pierwszej kolejności, powołano spółkę miejską, która miała tą inwestycje prowadzić. Oczywistą oczywistością – że pozwolę sobie na cytat z klasyka tak bliskiego sercom i umysłom władz miasta- było również powołanie wszelkich władz spółki wraz z radą nadzorczą. Gdy budowa była jeszcze w powijakach, miejska spółka Port Lotniczy fundnęła sobie służbowe auto za ponad osiemdziesiąt tysięcy złotych. Minęło kilka lat i tak przy okazji informacji rzecznika spółki o kolejnym przesunięciu terminu otwarcia terminala przyszła mi do głowy szalona myśl, aby zapytać o dalsze losy samochodu zakupionego przez Port Lotniczy pod koniec 2009 roku

Jak pomyślałem, tak zrobiłem. Zapytałem pana rzecznika o to, co stało się z autem toyotą verso tzw. „Follow me”.  Bardzo chciałem wiedzieć, czy nadal służy na lotnisku? Czy przez ten cały czas, od roku 2010, było wykorzystywany zgodnie ze swoim przeznaczeniem? (jako pojazd tzw. „Follow me”). Bo przecież pamiętałem, że przed laty wiceprezydent miasta, który był także szefem rady nadzorczej spółki Port Lotniczy, wyjaśniał, że verso to samochód wielofunkcyjny, i że będzie też służył do prowadzenia „cywilnych samolotów po lotniskowych nawierzchniach tzw. Follow me z systemem łączności i światłami błyskowymi” a pojazd będzie prowadzony „tylko przez specjalnie przeszkolone i uprawnione osoby do poruszania się po czynnym lotnisku”.

Wysłałem maila z pytaniem do rzecznika i dostałem odpowiedz: (…) uprzejmie informuję, że Port Lotniczy (…) nadal użytkuje samochód Toyota Verso. Jest on wykorzystywany przez pracowników spółki, wykonujących obowiązki służbowe. Natomiast w kwestii przeznaczenia tego pojazdu, jako narzędzia pracy Koordynatora Ruchu Lotniczego Naziemnego (potocznie follow me), pytanie proszę skierować do byłego prezesa PL (…), który zakupił wspomniany pojazd w roku 2009.

Wynika z tego, że auto nigdy nie było i pewnie nie będzie wykorzystywane zgodnie z przeznaczeniem, na jakie powoływano się w chwili zakupu. Jednak mnie szczególnie dziwi to, że mam się ze swoimi pytaniami zwrócić do byłego prezesa Portu Lotniczego, jak radzi rzecznik. Czyli do osoby prywatnej. To nie spółka jest winna, to ten były prezes? Teraz jest nowy i nie odpowiada za poczynania poprzednika? Nie ma ciągłości władzy? Nie ma prezesa i nie ma problemu? Nikt nie jest winny?

Szalenie wygodne, choć niestety nie nowatorskie rozwiązanie. Mam nadzieję, że nie zostanie zastosowane po otwarciu lotniska, gdy, nie daj Boże, port lotniczy zacznie przynosić straty i trzeba będzie znaleźć winnych i zmienić zarząd i prezesa. Bardzo bym nie chciał wtedy usłyszeć od rzecznika (oby nie nowego), że pytania o błędy i wypaczenia proszę „skierować do byłego prezesa”. Tradycją stało się u naszej władzy wszelakiej to, że za błędy odpowiadają zawsze ci, których aktualnie nie ma u władzy.

dziennik pesymistyczny

Rachunek za uratowane życie

Obublikował pavvel dnia Komentarzy: 4

Może warto pomyśleć o noszeniu w kieszeni czy na opasce na nadgarstku informacji, że nie życzymy sobie ratowania nam życia? No chyba, że uratują nas za darmo. Wiem, wydaje się to szokujące, ale w czasach, gdy wszystko ma swoją cenę, to i nasze uratowane przez szpital życie może nas słono kosztować. Tak, wydaje się to absurdalne, bo jak tu wybierać miedzy śmiercią bez długów a życiem z długami. Ale przecież żyjemy w świecie nonsensów, więc dlaczego nie mamy się nad tym zastanawiać?

Wiadomo, że wszystko kosztuje. Jak widać w Polsce można też wycenić ratowanie życia czy zdrowia. Taryfa, stawna, cennik. Człowiek, który jest biedny, bez pracy, czyli często bez ubezpieczenia jest narażony na to, że jeśli ulegnie wypadkowi to, gdy już go lekarze przywrócą do zdrowia to za ratowanie życia szpital, system, państwo wystawią mu słony rachunek.

Młody człowiek, który na początku września został brutalnie zaatakowany w lesie koło Grójca przez swoich zwyrodniałych pracodawców po tym jak upomniał się o wynagrodzenie, będzie musiał zapłacić szpitalowi nawet dwadzieścia tysięcy za leczenie. Mężczyzna nie był ubezpieczony ale zgodnie z procedurami narodowego funduszu zdrowia zaległa należność będzie musiała zostać uregulowana. Rodzina chłopaka przyznaje, że nie ma pieniędzy, aby spłacić zaległą kwotę. A do kosztów leczenia dojdą przecież jeszcze koszty rehabilitacji.

Pamiętam też inny przypadek nieubezpieczonej kobiety, której za jedną noc w szpitalu, kolację i śniadanie, założenie gipsu i podanie leku przeciwbólowego wystawiono przy wypisie ze szpitala rachunek na ponad tysiąc złotych. Czyli jak za noc w pięciogwiazdkowym hotelu. Wszystko to zgodnie z prawem i stosownymi przepisami.

Doskonale zdaje sobie sprawę z tego, że dla wielu to, co pisze wyda się herezją, ale w czasach kultu pieniądza, człowiek często po uratowaniu mu życia zostaje sam na sam z problemem rachunków za uratowanie życie. Bo życie nie jest jak widać bezcenne. Ma swoją cenę. Wymiernie z księgową dokładnością wypisaną na fakturze. Czasami tak wielką cenę, że nie do udźwignięcia dla zdrowego człowieka, a co dopiero dla chorego. Ale takie jest nasze prawo. Czy czasem się zatraciliśmy się w poszanowaniu litery prawa zapominając o jego duchu?

– Zagadnienie konfliktów pomiędzy literą a duchem prawa jest równie stare jak nasza cywilizacja. A jak przestawia się konflikt między literą a duchem prawa w dzisiejszej Polsce? Często niestety można usłyszeć, że urzędnicy, politycy czy sądy są bezduszne. Wbrew pozorom w tym dość kolokwialnym stwierdzeniu jest sporo prawdy, bo to właśnie brak zrozumienia ducha prawa jest przyczyną wielu krzywdzących decyzji – powiedział kiedyś były minister sprawiedliwości. I chyba po raz pierwszy jestem skłony przyznać racje politykowi.

dziennik pesymistyczny

Słomiane lotnisko

Obublikował pavvel dnia Komentarzy: 3

Czy chciałbym mieć lotnisko o dwa kilometry od domu? Tak, zdecydowanie tak. Czy chciałbym tam dojechać w kilka minut miejskim autobusem? Pewnie. No i teraz będę mieć port lotniczy tuż za rogiem. Istnieje duże prawdopodobieństwo, że się tak stanie.  Ale czy to, że lotnisko zostanie wybudowane, a nawet oddane do użytku, automatycznie oznacza, że ja i wielu innych gdzieś polecą samolotem, jeśli tego zapragną? Coś mi się wydaje, że tak nie będzie.

Trochę historii. Dawno, dawno temu, w pewnym mieście, ówczesne władze powołały spółkę, którego zasadniczym przedmiotem działalności była realizacja robót budowlanych na rzecz miasta. I jakoś się kręciło, ludzie zarabiali. Głównie ci we władzach.  Kilka lat później spółka ta została przekształcona i próbowała szczęścia w branży medialnej przez ponad dziesięć lat… „stopniowo wygaszając swoją działalność”. Znów miała miejska firma prezesów, radę nadzorczą, pracowników, którzy zarabiali. Znów interes się kręcił. Dobrze opłacani fachowcy wygasili w końcu działalność spółki, ale przecież zawsze jest tylu znajomych i przyjaciół władzy, którzy chętnie zagospodarują niemałe, państwowe, unijne, czy też miejskie pieniądze. Kolejna ówczesna władza przypominała sobie o „uśpionej” miejskiej spółce i podjęła decyzję w sprawie kolejnego przekształcenia śpiocha. Postanowiono wybudować lotnisko. I tak je budują długie lata.

Dlaczego o tym pisze? Bo tak mi się wydaje, jestem o tym przekonany, że czasem buduje się w Polsce coś wielkiego przez długie lata, za wielkie pieniądze, z armią prezesów, doradców, strategów, rzeczników, kolegów, tylko dla zarabiania pieniędzy i dla pokazania wyborcom możliwości władzy, która nie tylko ma gigantyczne wizje, ale dodatkowe je realizuje. A że przy tym ktoś przez lata bardzo dużo zarobi? Cóż, wszystko kosztuje. A wielkie inwestycje kosztują najwięcej.

I tak mamy tu, w moim mieście lotnisko. To znaczy mamy mieć, już niedługo, bo termin oddania inwestycji znów się trochę opóźnił. Ale przecież będziemy mieć. – Powiedz mi, po co jest ten miś? – zapytał kiedyś klasyk swojego przyjaciela od interesów. Gdy ten nie wiedział, padła odpowiedź: – Otóż to! Nikt nie wie, po co, więc nie musisz się obawiać, że ktoś zapyta. Parafrazując dalszą wypowiedz filmowego bohatera pytam: -Wiecie, co robi to lotnisko? Ono odpowiada żywotnym potrzebom całego społeczeństwa. To jest port lotniczy na skalę naszych możliwości. My otwieramy oczy niedowiarkom. Patrzcie – mówimy – to nasze, przez nas wykonane i to nie jest nasze ostatnie słowo. I nikt nie ma prawa się przyczepić, bo to jest lotnisko społeczne, w oparciu o sześć instytucji… Podobne? To lotnisko to taki miś i „nikt nie wie, po co, więc nie musisz się obawiać, że ktoś zapyta.”

W Hiszpanii, która często jest przyrównywana do Polski jest czterdzieści dziewięć lotnisk. Na kilku z nich nigdy nie wystartował, ani nie wylądował żaden samolot. Teraz, jak gdzieś przeczytałem, planowane jest zamknięcie prawie trzydziestu z nich. Czy tak będzie z lotniskiem w moim mieście? Nie wiem, ale jeśli nikt nie wspomina o rozmowach z jednym chociaż operatorem lotniczym, który byłby zainteresowany lotami z tego lotniska, to zaczynam się martwić. Bardzo zaczynam się martwić, czy nie wybudowaliśmy słomianego misia. Bo nie można przyjąć założenia, jako przemyślanej strategii, że jak już wybudujemy sobie port lotniczy to ktoś pewnie zechce na nim wylądować, i z niego wystartować. Że pewnie jakiś samolot zabierze stąd pasażerów do Londynu, Dublina czy Paryża. Że jakoś to będzie. Port lotniczy, według szacunków, żeby nie przynosić strat musi obsługiwać, co najmniej milion pasażerów rocznie, minimalnie około trzystu tysięcy. Jak bez umów z tanimi przewoźnikami lotniczymi będzie to możliwe? Jeśli lotnisko będzie przynosiło straty to, co się wtedy zrobi? Za przykładem Misia – protokół zniszczenia?

Czy naprawdę nie wygląda to na zarabianie przez lata na interesie, który miał znikome szanse powodzenia?  Ten, kto miał zarobić zarobił! –  Prawdziwe pieniądze zarabia się tylko na drogich, słomianych inwestycjach – jak powiedział pewien prezes.

dziennik pesymistyczny

Azyl? (sprawdzić czy nie Amerykanin)

Obublikował pavvel dnia Komentarzy: 1

Polska jest krajem gościnnym. Z tą oczywista oczywistość (jak mawiał klasyk) zgodzi każdy Polak. Zgodnie z wykutą w szkołach wersja naszej historii oraz z państwowym utrwalanym mitem, Rzeczpospolita to kraj, w którym zawsze najwyżej ceniona była wolność osobista. U nas bojownicy o prawdę i wolność cieszyli się większą tolerancją, niż na Zachodzie czy Wschodzie. Często cudzoziemcy prześladowani w swoich krajach za przekonania, znajdowali azyl właśnie w nas, w Polsce. Ale jak to mówią nic nie trwa wiecznie. Teraz, gdy od ponad dwudziestu lat państwo polskie dołączyło to elity krajów „demokratycznych”, teraz już azyl w Polsce nie dostanie ten, kto walczy o wolność.

Edward Snowden wystąpił o azyl w Polsce. Ale nasz premier, dawny bohater narodowej walki o wolność z totalitarnym reżimem, bardzo szybko oświadczył w publikatorach, że nawet gdyby wiosek Snowdena spełniałby wszelkie wymogi formalne, Polska nie wyraża zainteresowania udzieleniem mu azylu.

Człowiek ten, pracownik firmy komputerowej współpracującej z amerykańską Agencją Bezpieczeństwa Narodowego, który ujawnił, że amerykańskie służby na masową skalę inwigilują internautów prosi w Polsce o azyl. A premier nie jest zainteresowany. Faceta obawia się, że po powrocie do Stanów czeka go „ryzyko prześladowań a nie sprawiedliwy proces” a premier nie jest zainteresowany.

– Nie bądźcie natrętni! Natrętny pasażer… O! A gdyby tu wasz synek z grupą stuosobową odlatywał i każdy z rodziców chciałby wejść, to, jaki byłby tłok, sami widzicie i nie mówcie, że nie macie synka, bo w każdej chwili mieć możecie (sprawdzić, czy nie ksiądz) – kiedyś tak właśnie w pewnej polskiej komedii urzędnik sprawdzał w odpowiedniej instrukcji jak postępować z natrętnym pasażerem. Teraz pewnie przyszła do państwowych urzędników nowa instrukcja jak postępować w tymi, co występują o azyl polityczny w Polsce. – Nie bądźcie natrętni! Natrętny azylant… O! A gdyby tak każdy, kogo władze jego kraju oskarżyły o ujawnienie tajnych danych dotyczących inwigilacji elektronicznej chciałby prosić o azyl, to, jaki byłby tłok, sami widzicie… (sprawdzić, czy nie Amerykanin) – tak zapewne wygląda nowa instrukcja w sprawie azylu dla prześladowanych.

– … nie dam pozytywnej rekomendacji – oświadczył minister od praw zagranicznych w sprawie azylu dla Snowdena. – Azylu udziela się, gdy przemawia za tym ważny interes RP. Pan minister nie uważa, że przemawia ważny interes Rzeczpospolitej za udzieleniem takiego azylu, gdyby taki formalny wniosek wpłynął – wtórował swemu szefowi rzecznik MSZ.

Edward Snowden przekazał prasie dokumenty, z których wynika jasno, że amerykańska agencję wywiadu i inne służby specjalne monitorowały i gromadziły dane dotyczące rozmów telefonicznych i aktywności w internecie nie tylko obywateli USA, ale też cudzoziemców, w tym Polaków. Każdy rząd obowiązują pewne niezmienne zasady, a jeśli jakakolwiek władza te zasady łamie, to trzeba tę władzę za wszelką cenę powstrzymać.

Chciałby, aby ci, co samozwańczo nazywają się moimi przedstawicielami uszanowali to, co zrobił ten człowiek. Przynajmniej w imię wielowiekowej tradycji naszego narodu. Dlatego jeśli ktoś nadal chce nazywać się moim przedstawicielem to powinien udzielić azylu Snowdenu. I dlatego Polska powinna być zainteresowana udzieleniem azylu Amerykaninowi. Zdecydowanie za tym „przemawia ważny interes Rzeczpospolitej”. Bo czasem trzeba wstać z kolan…

dziennik pesymistyczny

Wiedział, nie powiedział, a to było tak

Obublikował pavvel dnia Komentarzy: 6

Wiem, ale nie powiem. To jest motto tych politycznych, wierzących. Tych święcie przekonanych. Badaczy ukrytych prawd. Tych, co doznają objawień. Tych, co posiedli wiedzę o faktach i zjawiskach ukrytych. Teraz oni wiedzą, znają prawdę, ale nie mogą o niej powiedzieć. Nie mają dowodów, ale wierzą, są przekonani. Znają dowody, ale nie mogą ich ujawnić. Odkryli nagle coś nieznanego ogółowi, ale nie ujawnią szczegółów dla dobra ogółu oczywiście. Posiadają wiedzę tajemną, która wyzwoli nas, Polskę całą, piękną, żyzną i niemałą… Prawda została im objawiona, ale nie mogą o niej teraz mówić. Oni coś wiedzą, ale konkretnie, co wiedzą, tego już nie powiedzą.

Dziecięce przekomarzanie było dla mnie wspomnieniem bardzo odległym w czasie, ale teraz to „ wiem, ale nie powiem” powróciło i bynajmniej nie za sprawą dziecięcych zabaw. Teraz to dokazywanie dla dorosłych. A nawet bardzo dorosłych. Teraz to sprawa polityczna. Teraz to sprawa wiary i przekonań. Całkiem niedawno pewien poseł powiedział, że są dowody na to, że trzy osoby przeżyły katastrofę smoleńską. Nie zdradził jednak, kto przeżył. – Po blisko trzech latach badań mogę powiedzieć z olbrzymią dozą pewności czy prawdopodobieństwa, że relacje o tym, że trzy osoby przeżyły (katastrofę), są wiarygodne – mówił ten szef zespołu do spraw. Jak dla mnie, powiedział tyle, że wie, ale nie powie skąd to wie. Czyli znów to dręczące dziecinne stwierdzenie powróciło, tym razem, w dorosłej politycznej formie. – Możemy powiedzieć na pewno. Tak, samolot został zniszczony przez eksplozję. A jak do tego doszło, w jakim zakresie i kto był autorem tej straszliwej zbrodni to jest rzecz, którą będziemy analizowali w przyszłości. Na razie stwierdzamy fakt – powiedział poseł. Czyli tradycyjne już: wiem, ale nie powiem.

Ten swoisty detektyw parlamentarny jest jak ten święty Antoni, patron osób i rzeczy zaginionych oraz spraw beznadziejnych. On doszedł do prawdy. Została mu objawiona. „Po blisko trzech latach badań” On już wie, On „z olbrzymią dozą pewności czy prawdopodobieństwa” zna prawdę, ale całej prawdy, tak wprost, tak zwyczajnie, bez owijania w bawełnę, nie może powiedzieć. – (…) nie jesteśmy w stanie stwierdzić, czy trzy osoby przeżyły. Ale są wiarygodne informacje z trzech źródeł, że tak było. Obowiązkiem polskiej prokuratury jest to sprawdzić – wtóruje mu rzecznik prawych i sprawiedliwych. I znów to denerwujące: wiem, że to prawda, ale nie powiem wszystkiego. Ten polityk mówi, a ja słyszę, że: ktoś coś tam wie, że On słyszał tylko, ale On w to wierzy. Bo On, jest przekonany, że ten, co mu powiedział, ten posiadacz prawdy, jest dla niego wiarygodny, ale na wszelki wypadek niech ktoś tę prawdę objawioną sprawdzi.

– Przy obecnej wiedzy jedyną teorią, która wszystko wyjaśnia, porządkuje wiedzę, i daje konkluzje, jest teoria zamachu. Natomiast z całą pewnością jeszcze trzeba te sprawy bardzo pogłębić – powiedział pan prezes, odwieczny i niespełniony zbawca Polski. Znów, no znów słyszę to: wiem, ale nie powiem.  Znów ktoś posiada wiedzę, jest przekonany o prawdzie, ale żebym ja mógł poznać prawdę, to trzeba tę wiedzę o prawdzie dla mnie specjalnie pogłębić.  Wszyscy coś wiedzą, ale nam nie powiedzą.  Dla naszego dobra oczywiście, bo prawda byłaby dla mnie, dla nas, tak bolesna, że chyba by nas zabiła… i kto by opłacał zabawę w ten cyrk? Kto by płacił podatki?

Konkretnie, no błagam… Panowie! Konkretnie!, Raz! No błagam! Raz powiedzcie całą prawdę, niech i ja doznam objawienia. Raz, choć raz powiedzcie: Kto? Jak? I dlaczego? I co najważniejsze: po co? A nie tylko: ja wiem, ale wam nie powiem.

dziennik pesymistyczny

Zakotwiczenie w zwyczaju

Obublikował pavvel dnia Komentarzy: 0

Państwowy sędzia, w imię państwowej sprawiedliwości, uzasadnił obecność krzyża w polskim sejmie jego zakotwiczeniem w zwyczaju, ukształtowanym przez ostatnie szesnaście lat. Sprawdziłem, że zwyczaj jest ustaloną formą zachowania się w określonych sytuacjach, przyjętą przez daną zbiorowość społeczną. Z czasem może przekształcić się w obyczaj, wejść w zakres moralności a nawet prawa. To najprostsza definicja, jaką możemy znaleźć w Encyklopedii Powszechnej. Czyli wystarczyło szesnaście lat, żeby narodził się nowy obyczaj. Nowy zwyczaj. Nowe prawo. Nowa moralność. Czy nawet tradycja.

Pewnej ciemnej nocy, szesnaście lat temu, dwaj posłowie zawiesili krzyż na sali posiedzeń sejmu. Zakotwiczając go tym samym w przestrzeni publicznej.  Podobno niewiele brakowało, aby przy tej zbożnej akcji doszło do prawdziwej tragedii. Jeden z posłów podczas mocowania krzyża, spadł z oparcia fotela marszałkowskiego, którego użyto, jako podestu, z powodu braku drabiny. Opatrzność jednak czuwała.  Posłowi nic się nie stało. I tak spontanicznie, z narażeniem zdrowia i być może życia posłów, pojawił się na ścianie sejmowej krzyż. Bezprawnie, ale co tam.  I tak narodziła się nowa (tym razem chyba nie świecka?)  tradycja. Zwyczaj taki. A może i prawo, bo jak twierdzi pani sędzia zwyczaj to element prawa cywilnego, którego sąd nie może zlekceważyć.

Było wielu malkontentów, którzy sądzili, że to tak nie wypada.  Że w „państwie prawa” nie można tak w nocy. Że nie wypada żeby w sali gdzie powstaje prawo ktoś działał po kryjomu, bezprawnie i pod osłoną nocy. Mijały lata, a krzyż nadal wisiał i stawał się zwyczajem.  A zwyczaj to przecież „element prawa cywilnego”.  I tak przyszedł dzień, w którym zwyczaj został uświęcony wyrokiem sądu. Nieusuwanie krzyża, zawieszonego bez wiedzy sejmie w tysiąc dziewięćset dziewięćdziesiątym siódmym roku, nie jest już bezprawne, bo ma to „zakotwiczenie w zwyczaju”, ukształtowane przez szesnaście lat jego obecności w sejmie.

Jest to szansa dla wielu, dla których zwyczaje są bardzo ważne. Teraz zwyczaj jest prawie prawem.  Jeśli czynimy coś bezprawnie, ale za to zwyczajowo, to możemy liczyć na pobłażliwość sądu, a co za tym idzie państwa. Bo to, co czynimy ma „zakotwiczenie w zwyczaju”. Nie lękaj się, więc łapowniku! Jeśli masz taki zwyczaj, że nie załatwisz niczego bez stosownej gratyfikacji, to możesz liczyć na to, że sędzia ci wybaczy, bo przecież ty masz taki zwyczaj i to już od przynajmniej szesnastu lat.  Nie lękajcie się mandatów ci, którzy gnacie setką na ograniczeniu do pięćdziesięciu. Fotoradar wam nie straszny.  Jeśli wasza nadmierna prędkość ma „zakotwiczenie w zwyczaju”, i udowodnicie, że robicie tak, co najmniej od szesnastu lat nic wam nie grozi. Wasze postępowanie nie jest bezprawne. Przykłady dobroczynności tego uzasadnienia wyroku można mnożyć w nieskończoność.  I mogę to spokojnie czynić, bo mam to zakotwiczone w zwyczaju. I wszyscy wiedzą, że czynię tak już nawet dłużej niż szesnaście lat. Taki mój krzyż.  –  „Wszyscy (są) wzruszeni faktem, że są świadkami narodzin nowej, świeckiej tradycji” – zacytuję na zakończenie, zakotwiczony w moim zwyczaju.