Tag Archives

81 Articles

dziennik pesymistyczny

Nowe przywileje dla klasy próżniaczej

Obublikował pavvel dnia Komentarzy: 0

W teoretycznym państwie, czyli w takim, w którym przyszło nam żyć, najlepiej zostać politykiem lub urzędnikiem ewentualnie samorządowcem. Wszyscy zdajemy sobie sprawę że taka praca państwowego nadzorcy nad społeczeństwem wymagająca wielu wyrzeczeń, więc pewnie, dlatego w Polsce jest tak bardzo dobrze chroniona przez prawo.  To praca elitarna. Nie każdy może tak od razu zostać urzędnikiem czy politykiem, bo na przywileje trzeba zasłużyć. Jak to w korporacji, trzeba być bezwzględnym. Trzeba piąć się po szczeblach kariery. Ale jak już wodzowie kandydata namaszczą, a on ucałuje odpowiednią ilość pośladków, ma odrobine szczęścia i bezczelności to możesz zostać politykiem. Może pracować z najlepiej chronionym zawodzie w Polsce. A teraz dodatkowa zachęta aby podjąć się tych trudów: polscy parlamentarzyści planują zwiększenie własnej ochrona przed utratą pracy oraz mniej jawności we własnych oświadczeniach majątkowych.  To nowa propozycja senatorów. Chęć do przyznania sobie specjalnych przywilejów dopadła też samorządowców. Część wójtów, burmistrzów oraz prezydentów chciałaby aby po kilku kadencjach, jeśli nie zostali ponownie wybrani, przyznawać im prawo do emerytury – poinformował Portal Samorządowy.

Przecież nie może być tak, że Ci wybrańcy narodu po trudach i znojach walki o lepszą świetlaną przyszłość narodu mogliby pozostać bez środków do życia. Nie po to się tak męczyli, tak starali, żeby teraz w pośredniaku z pospólstwie wystawiać. Oto właśnie chcą zadbać polscy senatorowie. Tego chcą samorządowcy.  Senacki projekt daje byłym parlamentarzystom jeszcze większe gwarancje zatrudnienia niż mają obecnie. Teraz prawo chroni tylko posady posłów i senatorów, tzw. zawodowych, którzy wzięli bezpłatny urlop w miejscu pracy. Gdy odejdą z parlamentu, pracodawca musi z powrotem ich przyjąć na dawna posadę, a w ciągu dwóch lat nie może ich ani zwolnić, ani obniżyć im pensji. Chyba, że uzyska na to zgodę prezydium Sejmu lub Senatu.

Teraz podobne zasady ochrony przed ewentualnym zwolnieniem miałyby dotyczyć posłów i senatorów, którzy wykonywanie mandatu łączą z pracą zawodową, czyli tych niezawodowych. Czyż to nie piękne, że tak o siebie dbają? Ale to jeszcze nie koniec dobrodziejstw płynących z pracy dla narodu. Senacki projekt przewiduje, bowiem ponadto, że parlamentarzyści mieliby nie podawać już w oświadczeniach majątkowych informacji o wartości swoich domów czy gruntów. Bo i po co ludzi denerwować?  Czego oczy nie widzą tego sercu nie żal – jak to mówią.

Matematyk, statystyk, biolog, informatyk, analityk systemów komputerowych, historyk, socjolog, projektant przemysłowy i księgowy – te zawody tworzą pierwszą dziesiątkę najlepszych zawodów świata. Listę opublikował portal CareerCast.com. Ja dodałbym jeszcze do listy polskiego parlamentarzystę oraz samorządowca. I te właśnie zawody powinny tą listę otwierać, bo gdzie tam jakiemuś matematykowi czy księgowemu do polskiego posła, prezydenta miasta, wójta czy senatora.

dziennik pesymistyczny

Państwo teoretyczne

Obublikował pavvel dnia Komentarzy: 1

– Państwo polskie istnieje jedynie teoretycznie – twierdzi podsłuchany przez nieznanych sprawców minister spraw wewnętrznych Rzeczpospolitej Polskiej. No to ja się bardzo cieszę, że urzędujący minister właśnie takie ma zdanie o państwie w którym przyszło mi żyć. Bo jak ja głosiłem podobne poglądy na ten temat, to nikt mi nie wierzył. A większość moich rozmówców znacząco stukała się w czoło. Ja mogę się na tym nie znać. Ja mogę coś tam po swojemu uważać, co nie koniecznie jest prawdą. No, bo ja biedny żuczek, po prostu mogę się mylić. Ale jeśli minister polskiego rządu twierdzi, że państwo polskie istnieje jedynie teoretycznie, to on zdecydowanie wie przecież, co mówi, bo w tym siedzi na co dzień. Jest u źródła. Posiada na ten temat odpowiednią wiedze. Dlatego po wysłuchaniu jego opinii trzeba przyjąć za pewnik, że państwo polskie istnieje tylko teoretycznie.  Bo to nie mówi byle kto, jak ja na przykład, ale znawca tematu.

A jeśli nie ma państwa, to co to właściwie jest, to co nami rządzi i wymusza na nasz haracz w formie podatków? Ja tam nie wiem, tak do końca. Nie jestem ministrem spraw wewnętrznych. Nie jestem zwierzchnikiem tajnych służb. Nie mam kontroli nad aparatem przymusu. Jak nie wiadomo co to jest, to może warto by podsłuchać kolejnego ministra? Bo tylko wtedy urzędnicy i politycy mówią prawdę, gdy uważają, że nikt ich nie słucha. Tak, na co dzień, tak przed kamerami to raczej się reklamują niż mówią prawdę. Ten podsłuchany i nagrany minister zdecydowanie powinien wiedzieć, czym jest ten twór, który nami rządzi. – Jeśli nie państwo, to co to jest? – zapytam ponownie, choć zdaje sobie sprawę, że pytam retorycznie. – Państwo to specjalna organizacja siły, przemocy w celu uciskania jakiejś klasy – pisał klasyk Włodzimierz Lenin. Ale może nie powołujmy się na takich radykalnych znawców tematu.

Państwo jest przymusową organizacją, wyposażoną w atrybuty władzy zwierzchniej – wynika z ogólnie przyjętej definicji. Tak czy inaczej państwo to organizacja przymusu. Jeśli zaś nie ma państwa, to znaczy, że został sam przymus działający w określony sposób w celu osiągnięcia wymiernych własnych korzyści.  To coś, ten twór, który sprawuje nad nami władze, jest wyposażony w wymierną siłę. Posiada policje, tajne służby i wojsko. A przypominam, że państwem jest tylko teoretycznie. Zasadne jest, zatem pytanie: jeśli to nie państwo, to może jest to organizacja przestępcza o charakterze zbrojnym? A jeśli tak, to poczułem się nie jak obywatel, ale bardziej jak niewolnik.

Nie mam żadnych złudzeń. Te tysiące polityków i urzędników pracuje nie dla wspólnego dobra, ale dla własnych korzyści. Państwo istnieje przecież tylko teoretycznie. A jeśli istnieje tylko teoretycznie to, komu ja płace podatki praktycznie?  Mówią mi wielokrotnie różni ważni w tym czymś, co jest państwem teoretycznie, że muszę szanować system, ale nie ma w tym systemie żadnego szacunku dla mnie. Dlatego straciłem już resztki poważania do tego teoretycznego państwa. Mam przekonanie, że tu cała klasa polityczna i urzędnicza kłamie, a prawdę społeczeństwo poznaje tylko z ujawnionych przez media podsłuchów.

Może czas już najwyższy powiedzieć dość? Czas powiedzieć politykom i urzędnikom: „wasze zmiany nic nie zmieniają. Wasze zapewnienia nic nie zapewniają. Ja nie wierzę w poprawę sytuacji. Chcę prawdziwych zmian, a nie manipulacji”. Czy to nie dziwne, że słowa z piosenki Dezertera z przed ponad ćwierćwiecza są nadal tak bardzo aktualne? A może właśnie dlatego są aktualne, że nic się nie zmienia? Może warto wprowadzić prawdziwe zmiany, a nie upiększać truchło państwa.  Bo przecież państwo polskie istnieje jedynie teoretycznie, więc nie będą to tak bardzo radykalne zmiany.

dziennik pesymistyczny

Trzeźwość jest stanem przejściowym

Obublikował pavvel dnia Komentarzy: 0

– Czytasz plakacik w kolejce po flaszkę: alkohol zabija powoli. I morda jakoś sama Ci się cieszy. Bo Tobie się przecież nie spieszy – przypomniały mi się słowa  piosenki zespołu Kolaboranci.  Cytat ten przypłynął do mojej świadomości z odmętów zapomnienia, gdy czytałem notatkę prasową. Dziennikarz z żarliwością godną lepszej sprawy donosił, że co roku z powodu picia alkoholu na świecie umierają 3,3 mln ludzi. Światowa Organizacja Zdrowia (WHO) podobno to tak skrzętnie wyliczyła, a prasa mnie niezwłocznie zapragnęła  poinformować o tej szokującej liczbie umarlaków.

Podniosłem wzrok z nad tekstu, aby szybko odszukać w pamięci postacie kilkorga moich przyjaciół oraz kolegów którzy zakończyli swój marsz po tym łez padole właśnie z powodu alkoholu. – To oznacza, że co 10 sekund ktoś umiera z powodu alkoholu – powróciłem do czytania. Żeby zwizualizować  sobie co przeczytałem spojrzałem na zegarek, aby odliczyć te złowieszcze 10 sekund. Po tej chwili która upłynęła, odczułem pewną ulgę, że tym razem to nie ja.

– Nie odkładaj nigdy do jutra tego, co możesz wypić dzisiaj – napisał kiedyś Julian Tuwim. Od momentu  gdy przyswoiłem sobie straszliwą prawdę o tym, że mogę mieć teoretycznie mało czasu minęło już o wiele więcej niż 10 sekund.  Postanowiłem pójść za radą mistrza, bo mnie tak bardzo pokonała ta wiadomość o tych trzech milionach umarlaków, że choć nie chciałem… naprawdę nie chciałem, to jednak nie miałem innego wyjścia, musiałem się napić. W końcu istniała i istnieje taka możliwość, że mam przed sobą 10 sekund życia. Nie mogłem niczego odkładać. Polałem, wypiłem… odliczyłem 10 sekund, i poczułem się lepiej.  Bo istniałem.

– Znam 94-letniego starca, który całe życie pił, dziś jeszcze pije i jest zdrów jak ryba. Brat jego natomiast nigdy nie brał kropli alkoholu do ust i umarł, mając 2 lata – odnotował poeta. A wiedząc to co on, jakoś tak lepiej zniosłem kolejną wyczytaną wiadomość z tej gazety. – Choroby zakaźne, wypadki drogowe, obrażenia, zabójstwa, choroby sercowo-naczyniowe, cukrzyca, co roku w połączeniu z alkoholem są przyczyną 5,9 proc. wszystkich zgonów na świecie – poinformował mnie dziennikarz nie znany mi bliżej, ale za to z lubianej przeze mnie gazety.

Po jednym wychylonym kieliszku i po przeczytaniu następnych kilku linijek tekstu wiedziałem już że WHO ubolewa nad brakiem działań władz, a w szczególności w zakresie zapobiegania. I już miałem się zgodzić, że nasza władza taka jeszcze nie wyczulona na problem… aż tu przypomniał mi się cytat z mistrza: Nie zadawaj się z abstynentami. Spójrz na budżet państwa, a zrozumiesz, że są to wywrotowcy. I postanowiłem, wesprzeć budżet państwa.

– Oczekuje się, że sytuacja ulega pogorszeniu w miarę podnoszenia się poziomu życia w gęsto zaludnionych krajach – rozpaczał autor gazetowej notatki. – Nawet jeśli kraje bogate (obu Ameryk i Europy) są największymi konsumentami alkoholu, jego konsumpcja stale rosła w ostatnich latach w Indiach i Chinach  – grzmiał na łamach redaktor. A ja poczułem dziwną magiczną więź z narodami Indii i Chin. No tak, teraz zdecydowanie mogłem ich nazwać bratnimi narodami.

– Ale biorąc pod uwagę fakt, że połowa ludności świata nie piła alkoholu w ciągu ostatnich 12 miesięcy, oznacza to, że światowe spożycie alkoholu wśród osób pijących sięgnęło 17 litrów czystego alkoholu na głowę rocznie, co równa się 45 butelkom whisky lub 150 butelkom wina, albo ponad tysiącowi puszek piwa – podkreślił jakiś pan z WHO o czym doniósł mi dziennikarz. I to mnie zastanowiło. Znam kilka osób które każdego dnia, z małymi przerwami technicznymi, spożywają alkohol w ilości – no tak, mniej więcej – z ćwiarteczki wódeczki.  I żyją! I pracują. I egzystują w społeczeństwie jako jednostki znane, podziwiane, szanowane i lubiane. A przecież gdzie im tam do marności przeciętnego światowego spożycia. Co najciekawsze nie padają też jak muchy co dziesięć sekund. – Ach, ta statystyka – pomyślałem i to mnie uspokoiło.  – W dziedzinie alkoholu dwie rzeczy mogą Polskę zgubić. 1) pijaństwo. 2) prohibicja – mawiał poeta. Niech to będzie swoiste podsumowanie.  A że minęło kolejne 10 sekund… sami rozumiecie…

dziennik pesymistyczny

A może to meszuge?

Obublikował pavvel dnia Komentarzy: 0

Teraz żeby błysnąc oryginalnością w polityce trzeba być – jak to mówią żurnaliści – kontrowersyjny. Wyróżniamy dwa typy kontrowersyjności: prawicowy i lewicowy. Czyli tradycyjnie dla tej dziedziny życia społecznego. Teraz wystarczy odważnie pieprzyć trzy po trzy, byle odważnie i co najważniejsze kontrowersyjnie. Sukces murowany.

– Parlament Europejski jest dziś bojówką obyczajową. My pójdziemy tam, żeby te bojówki rozwalać – przekonywała na spotkaniu z potencjalnymi jej wyborcami z mojego miasta obecna posłanka Krystyny P. która zapragnęła do Brukseli.

Zdaniem polskiej parlamentarzystki Unia przekształciła się dziś w koncepcję polityczno – obyczajową, a jej rolą jest forsowanie uchwał legalizujących związki dwóch bab, pedofili, chłopa i kozy itp. No i właśnie dzielna Krystyna P. zapragnęła walczyć, aby tak się nie stało. – Równość w Unii ma dotyczyć także chorych na zaburzenia tożsamości seksualnej, a nas normalnych, zdrowych ludzi traktuje się, jako chorych – grzmiała kandydatka i posłanka.

Parlament Europejski w obecnym kształcie jest zdominowany przez „lewaków i feministki, zielonych, pacyfistów i pedofili”, a im w głowach ”tylko tyłki” – niepokoiła się Krystyna P. I ona, jako osoba samotna, będzie przecież miała czas bronić w Brukseli polskiej rodziny i kościoła.

– Nasi kandydaci idą tam, by zastopować szaleństwo lewactwa i wytwarzania uchwał dla rozwalenia rodziny. Tu trzeba ratować całą Europę – stwierdziła kontrowersyjna posłanka.  Według niej ostatnia Eurowizja pokazała prawdziwą twarz Unii. Walkę klas zastąpiła obecnie walka płci, a fala obyczajowej rewolucji już idzie do Polski – przekonywała i tak w większości już przekonanych słuchaczy. – Polska na krzyżu stoi i to jest fakt historyczny, a Unia chce to zniszczyć – twierdziła Krystyna P. tradycyjnie nie dając żadnych przykładów tej niszczącej działalności UE.

Krystyna P. jest przekonana, że tylko ekipa prawych i sprawiedliwych, no i oczywiście ona sama jest w stanie „zatrzymać lawinę niszczącą polską cywilizację”. Oczywiście, nie zapomniała o starej zasadzie propagandy i kilkakrotnie wspomniała, co sądzi złego o obecnej władzy.  Zauważyła, że w interesie rządzących jest by frekwencja była jak najniższa. W Polsce mamy zdradzieckie władze, bo polscy przywódcy mają zakusy na stanowiska unijne – stwierdziła znajomo.

Ale Krystyna P. jest w swym przekonaniu ocaleniem dla Polski. Ona tam w Brukseli zrobi wszystko by zmienić priorytety. Bo dwóch facetów i dwie baby to są związki jałowe. Ona i inni prawi i sprawiedliwi nie pozwolą, by pieniądze były przeznaczane na ”marsze szmat”- mówiła kończąc swój chaotyczny, czasami histeryczny, ale za to przerywany gromkimi brawami wykład.

– A może to meszuge? – zapytał kolega z troską zapoznając się z tezami wykładu. Może? Kto to wie? – zgodziłem się z nim nie w pełni.  – A może w tym szaleństwie jest metoda? – pomyślałem. Tak, to szaleństwo to na pewno wyrafinowana metoda wyborcza! To zdecydowanie musi być jakaś gra na wyborczą wygraną, bo przecież nikt nie może być aż tak głupi. A może jest to możliwe? – znów pesymistycznie straciłem wszelką nadzieje. – Aby nie było to możliwe – zaklinałem i nadal zaklinam rzeczywistość.

dziennik pesymistyczny

Katolicyzm religia panująca

Obublikował pavvel dnia Komentarzy: 1

Może jeszcze formalnie Polska nie jest państwem wyznaniowym. Ale do takiego państwa, w którym katolicyzm jest religią państwową zmierzamy raźnym marszowym krokiem. Lub raczej dreptamy jak zakonnik po zakonnych krużgankach.  Kiedyś większość polityków, działaczy katolickim, no i oczywiście duchowieństwa,  kwestowała rozdział państwa od religii po cichutku, tak niezbyt głośno, tak żeby nie zapeszyć i nie wzbudzać paniki. Ale teraz wszystko się zmieniło.  Polski biskup rzymskokatolicki, przewodniczący Konferencji Episkopatu Polski postanowił powiedzieć jasno i głośno, „o co walczymy, dokąd zmierzamy” – jak mawiali klasycy.

– Państwo i Kościół nie są tylko instytucjami żyjącymi obok siebie, swoim własnym autonomicznym życiem. To są dwie instytucje zdane na siebie. I to zdane na podobieństwo ciała i duszy. Kościół, jeśli jest autentyczny, powinien być duszą państwa, bez duchowych wartości, jakie przynosi Kościół, ciało państwa obumiera – przekonywał tłum wiernych nasz biskup rzymskokatolicki. Takie słowa łamiące podstawową – zawartą też w Konstytucji RP – zasadę rozdziału państwa od kościoła wypowiada polski hierarcha kościelny.

Wiem, że wielu z prałatów kościelnym widząc klęskę kierowniczej roli kościoła w życiu społeczeństwa, chce to społeczeństwo na siłę umoralnić. Polski kościół chce ratować swój autorytet poprzez jeszcze silniejsze połączenie z aparatem państwa. W myśl zasady „my was tak długo będziemy kochać, aż wy nas w końcu pokochacie”.  To jedno.  Drugie, to to, że nie mogą pojąc jak może biskup rzymskokatolicki kwestionować nauczanie II Soboru Watykańskiego. Kościół właśnie tam definitywnie i jednoznacznie potwierdził, że rezygnuje z budowy gdziekolwiek i kiedykolwiek „katolickiego państwa”. Przyjęto tam zasadę że katolicyzm w różnorodnym społeczeństwie nie może być wyznacznikiem na siłę ustanawiającym kierunki i zasady organizujące życie publiczne. A zatem, jak to możliwe, że ten hierarcha kościelny sprzeciwia się woli i prawom własnego kościoła? Dalibóg nie wiem, czy to zwykła głupota czy chęć władzy? Mam jednak cichą nadzieje, że to pierwsze.

W swym kazaniu na Jasnej Górze ksiądz arcybiskup z rozrzewnieniem wspominał stare, dobre czasy, w których Konstytucja z 1791 roku, co prawda, unowocześniła i zmieniła ustrój państwa, struktury sprawowania władzy, ale też „katolicyzm uznała za religię panująca”. – Nasza ojczyzna potrzebuje dzisiaj, podobnie jak za czasów konstytucji majowej odnowy, jeśli ma ona mieć przed sobą swoje jutro – mówił podczas homilii arcybiskup. To nic innego jak nawoływanie do uznania katolicyzmu za religie państwową. Co dalej? Przymusowa chrystianizacja obywateli?

– Religia jest głównym czynnikiem uspołecznienia, wychowania i wyrabiania cnót w społeczeństwie – podkreślał kaznodzieja. Zaczynam się bać takich słów, bo jeśli to nie zwykła głupota, jakiś starczy uwiąd to przecież tylko patrzyć jak jakiś polityk wpadnie na pomysł, żeby idee „wychowania i wyrabiania cnót w społeczeństwie” wprowadzać w życie pod przymusem. Co to jest średniowiecze?

 – Próba kształtowania spraw ludzkich z pominięciem Boga prowadzi do całkowitego zlekceważenia człowieka. Dlatego nawet ten, który nie umie znaleźć drogi do Boga, winien starać się tak, jak gdyby Bóg istniał – przekonuje przewodniczącego Episkopatu. W tym zdaniu już nawet nie sugeruje, że niewierzący mają jakąkolwiek szanse na istnienie i swobodne wyrażanie poglądów w społeczeństwie gdzie panuje państwowy katolicyzm. Arcybiskup uważa, że pominiecie Boga to pominiecie człowieczeństwa. Czyli ten, kto kwestionuje istnienie Boga, przestaje być człowiekiem? Jeśli tak, to takich „nieukształtowanych” może ksiądz radzi eliminować?  – „Nawet ten, który nie umie znaleźć drogi do Boga, winien starać się tak, jak gdyby Bóg istniał” – to zdanie jest tak kuriozalne, że istotnie może wskazywać, że klecha ma coś nie bardzo pod sufitem.

– Słabość dzisiejszego wymiaru życia społecznego, kulturalnego i politycznego w naszej ojczyźnie ma swoje korzenie w odcinaniu się państwa od Kościoła – naucza Przewodniczący Episkopatu. Ale spokojnie, już on ten słabość wykorzeni. Ba, nawet wbrew zasadom II Soboru Watykańskiego. Bo jak to w Polsce często bywa, polski katolik jest świętszy od papieża. A może to jednak tylko jakaś czasowa słabość dostojnika polskiego kościoła? Wciąż mam nadzieje, bo słysząc słowa przewodniczącego: „To właśnie odcinania się od wartości, które wyrastają z Ewangelii, sprawia, że 2,5 mln osób, przeważnie młodych, musiało wyjechać za chlebem, kolejne 2 mln jest bezrobotnych, blisko 4 mln żyją na skraju ubóstwa” mam szeroki uśmiech na twarzy.  Jeśli dobrze zrozumiałem tego księdza, to Polacy masowo uniknęliby emigracji, bezrobocia, nędzy gdyby tylko państwo polskie byłoby państwem wyznaniowym. Pomijając jawną głupotę takich twierdzeń, to warto dodać, że przecież zdecydowana większość naszego społeczeństwa deklaruje przywiązania do zasad ewangelii, więc pewnie znajduje się tam spora liczba polityków czy urzędników państwowych. Czy oni wszyscy przez ponad dwadzieścia lat ignorowali wartości? Odcinali się od ewangelii?

– Nasze społeczeństwo starzeje się, pogłębia się jego kastowość, postępuje alienacja młodych w pracy, lekceważeni są robotnicy, którzy miesiącami nie otrzymują zapłaty za swoją pracę, pod koniec roku nie przyjmuje się chorych do szpitali, więzienia nie mogą pomieścić skazanych, lekceważy się miliony głosów w sprawie wieku emerytalnego i wieku szkolnego – grzmi z ambony kaznodzieja zapominając oczywiście, że to przecież to właśnie w 98 procentach katolickie społeczeństwo, jest za tą sytuacje odpowiedzialne.   Naprawdę ustanowienie katolicyzm religią panującą niewiele w tej materii zmieni na lepsze. A obawiam się, że połączenie państwa i kościoła w jedno zaprowadzi nas z powrotem do średniowiecza.  – Dla niektórych może to brzmieć prowokacyjnie, ale taka jest prawda – pozwolę sobie na jeszcze jeden cytat z arcybiskupa.

 

dziennik pesymistyczny

Propaganda wyborcza na egzaminach gimnazjalnych

Obublikował pavvel dnia Komentarzy: 0

ytułu

Uśmiechniętą urna wyborcza mówiąca: spotkajmy się w niedziele?  Przy niej pogodne postacie. Wesolutka pani i radosny pan z pieskiem. To ilustracja odnosząca się do pytania z testu egzaminu gimnazjalnego dla uczniów z 2014 roku dotyczącego zagadnień z historii i WOS, czyli wiedzy o społeczeństwie. Do ilustracji, którą opisałem wcześniej trzeba dopasować poprawną odpowiedz. Pytanie: czy plakat zachęca do: a) humanitarnego traktowania zwierząt, b) prowadzenia zdrowego trybu życia, c) wspólnych niedzielnych spacerów, d) aktywnego uczestnictwa w wyborach. A Państwa zdaniem która odpowiedź jest prawdziwa i poprawna? Tak wiem, dla większości oczywiście odpowiedź „d”. Dla mnie problem nie leży w tym, że pytanie jest banalnie proste, tylko w tym, że jest idealnym przykładem jak państwo uczy posłusznych dla samego siebie rozwiązań.

Bo, przecież już dziecko w gimnazjum musi być pewne, że „demokracja nie jest ustrojem idealnym, ale jest najlepszy, jaki dotychczas istnieje” – jak mawiał Churchill. Już od małego trzeba, żeby każdy obywatel nie wiał wątpliwości, co to tego, że państwowy system parlamentarny jest idealnym rozwiązaniem. Nikt w państwowej szkole nie wspomni przecież, że są inne sposoby. Bo i po co? Po co wychowywać ludzi, którzy się zastanawiają? Przyszły poprawnie myślący obywatel ma grzecznie głosować i czerpać z tego teatru radość i wielkie zadowolenie, że ma na cokolwiek wpływ. Bo przecież państwo z założenia opiera się na „ woli (fikcyjnej) ludu”. I już od dzieciństwa ma być dla każdego w państwie jasne, że lud to „uznany za małoletniego wieczny uczeń, którego uważa się za mało zdolnego, by zdał kiedykolwiek egzaminy, by przyswoił sobie wiedze swoich nauczycieli i mógł obejść się bez dyscypliny”. Już uczeń gimnazjum nie może mieć najmniejszych, (co potwierdzi wybraniem poprawnej odpowiedzi w teście) wątpliwości, że władze w demokracji parlamentarnej sprawuje klasa polityczna i aparat biurokratyczny. A ich pozycja musi być i jest potwierdzana rytuałem wyborczym.

„Ciche porozumienie między A, B i C, że wybiorą w głosowaniu D na swojego przedstawiciela, żeby ów pozbawił mnie własności lub życia, nijak nie uprawnia D do zrobienia tego. Tak samo jest złodziejem, tyranem i mordercą, działając, jako ich reprezentant, jak byłby nim, gdyby działał wyłącznie na swoja odpowiedzialność” – twierdził Lysander Spooner. Tak, to szkoła państwowa i nikt nie będzie tam nauczał, że ten system jest wadliwy. Ale może przydałoby się, choć zdanie i tym, że parlamentaryzm nie jest jedynie słusznym rozwiązanie? Tak dla przyzwoitości?

„Oto niedziela, kiedy się odbywają te święte wybory. Kandydatów nie brakuje, są odpowiedni dla wszelkich gustów i we wszelkich kolorach: maciora nie odróżniłaby wśród nich swoich małych. Ale, na Boga, o ile zmieniają się kolory i etykietki kandydatów, jedna rzecz się nie zmienia: zachwalanie! (…) wszyscy obiecują ludziskom, że będą się dla nich zaharowywać na śmierć” – pisał Emile Pouget. Może trzeba wytłumaczyć dzieciakom, ze nie wszystko jest tak cudownie doskonałe? I nie prowadzić w szkole propagandy doskonałości systemu parlamentarnego.

Może przydałoby się dopisać pod tym rysunkiem z testu egzaminacyjnego odpowiedz „e”? Równie poprawną. Że absencjonizm, czyli nie uczestnictwo w wyborcach jest nadal prawem i wolnym wyborem człowieka, ale też możliwym nadal wyborem polskiego obywatela państwa, w którym przyszło nam żyć. Może egzaminy gimnazjalne do nie miejsce na propagandę „jedynie słusznych” państwowych idei?

dziennik pesymistyczny

Politycy powinni się bać wyborców

Obublikował pavvel dnia Komentarzy: 1

Związek zawodowy „Solidarność” ma zamiar piętnować tych, którzy w jego opinii przyczynili się do pogorszenia sytuacji polskich pracowników – informuje dziennik „Rzeczpospolita”. W tej politycznej akcji związkowcy spróbują zaszkodzić części kandydatów do europarlamentu poprzez wytykanie im błędów i niepowodzeń. Trudno nie poprzeć takiej akcji. Obywatele wskazują na miejsca gdzie politycy – łagodnie mówiąc – mijali się z prawdą w swoich wypowiedziach lub wykazywali się ignorancją w swoim postępowaniu. W ten sposób związkowcy namawiają wyborców do nie głosowania na tych skompromitowanych kandydatów. To proste jak drut. Całkowicie zgodne z teoretycznymi zasadami demokracji. Całkowicie dopuszczalne w państwie prawa, jakim podobno jest Polska. Ale pewien dziennikarzy z śniadaniowej telewizji informacyjnej uważa, że to całkowity skandal. Podczas tradycyjnej dla niego pogawędki o niczym, na wizji wyśmiewał pomysł związkowców. Naigrawał się, że koszty, jakie związkowcy z „Solidarności” chcą przeznaczyć na kampanie oraz ewentualne procesy sądowe mogłyby być wydanie znacznie lepiej. Ja tam nie spodziewam się już od dawna po tym dziennikarzu niczego, co mogło go zbliżyć do ogólnie pojętego profesjonalizmu. Ale zawsze jest tak, że jak już jestem pewny, że ten facet przekroczył na moich oczach granicy absurdu i zwyczajnej głupoty, że już dalej posunąć się nie może, to on znów zrobi krok dalej. Ma po prostu chłopak talent do zabawiania, i pewnie, dlatego go TV trzymają.

Jego jeszcze mogę zrozumieć. Taki ma klaunowskie zajęcie. Robi to, co robi, bo dobrze na tym zarabia. Ale gdy opowiadałem o tej inicjatywie związkowców pewnemu lokalnemu politykowi ten ku mojemu zdziwieniu był równie zbulwersowany zamiarami ludzi z „Solidarności”. – To już nie wolno wytykać błędów kandydatowi na urząd? – pytałem. A on na to, że to skandal, bo przecież są jakieś reguły gry politycznej, że tak nie można, że to brutalizacja życia politycznego, że jak tak można wytykać błędy, że trzeba rozmawiać, a nie szkalować itd. – Człowieku, przecież jak ktoś coś obiecywał a potem złamał obietnice, to chyba dobrze, że się go z tego rozlicza poprzez przypomnienie tego faktu – tłumacze mu spokojnie. A ten na to, że to nie tak, że „kampania wyborcza ma swoje prawa”, że przecież to tak jak z reklamą, że należy spodziewać się, że nie wszystko będzie zrealizowanie, że podczas kampanii wyborczej wyznacza się tylko ogólne cele, które niestety czasem życie weryfikuje i inne takie dyrdymały. – To, że jak coś obiecam a potem tego nie zrealizuje to nie znaczy, że kłamałem w swojej kampanii, po prostu czasem nie da się wszystkiego zrobić podczas jednej kadencji – przekonywał mnie do swoich racji.

Dla niego tego polityka to skandaliczny skandal – że przywołam klasyka. Uważa on, że w tak brutalnej akcji „Solidarność” spróbuje utrącić niektórych kandydatów do europarlamentu nie zważając na konsekwencje takich działań. Według „Rzeczpospolitej” w akcji związkowców ucierpieć mogą Julia Pitera, Agnieszka Kozłowska-Rajewicz, Barbara Kudrycka, Michaił Boni, Adam Szejnfeld, Jacek Rostowski a także Władysław Kosiniak-Kamysz. – To nie są ludzie z mojej bajki, ale takie podejście do sprawy może jeszcze bardziej ograniczyć zaufanie wyborców do elit politycznych i tym samym obniżyć frekwencje w wyborach, która i tak jest bardzo niska – stwierdził mój znajomy polityk.

W jego przekonaniu wytykanie błędów i zakłamania działaczów to nic innego jak sekowanie klasy politycznej. Cóż, on, choć nadal jest „lokalny” do z ambicjami.  Taką wybrał drogę zarabiania pieniędzy, więc mu się nie dziwię, ale nie zmienia to faktu, że w demokracji przynajmniej teoretycznie nie chodzi o to żeby chuchać na polityków tylko za każdym razem mówić im: sprawdzam.  I tak właśnie robią związkowcy (przynajmniej w swych zapowiedziach). Czy politycy zdolni są do wszelkich niegodziwości, aby zdobyć władze i ją utrzymać? Oczywiście, że tak, ale bardziej zdolni są do zwykłej niekompetencji. Dlatego zawsze trzeba ich obserwować i wytykać błędy.

To będzie bardzo bolesna dla polityków kampania i bardzo słusznie. Trzeba wreszcie pokazać, że politykom, że ktoś im patrzy na ręce. Przypomnieć, że ktoś zawsze obserwuje i że pamięta ich obietnice i zobowiązania. Bo dość już mówienia o tym, że nasza klasa polityczna jest zła, że się z nią nie zgadzamy. Czas na czynny opór. Czas na to żeby nie pozwolić politykom, aby robili to, z czym się nie zgadzamy. Ludzie nie powinni bać się rządzących, to władza powinna się bać ludzi.

dziennik pesymistyczny

Bunt nienazwany

Obublikował pavvel dnia Komentarzy: 0

Od ponad trzech miesięcy na Ukrainie rozwija się ruch, który moim zdaniem błędnie interpretują nasi politycy, komentatorzy polityczni i cześć dziennikarzy. Chyba warto w końcu zauważyć, że od samego początku Ukraińcy – przynajmniej tak twierdzą Ci, z którymi rozmawiałem – mieli bardzo specyficzne i osobliwe podejście do „Europy”. Im unia europejska kojarzy się ze społeczeństwem bez korupcji, z wysokim wynagrodzeniem za prace, z dostępem do medycyny na wysokim poziomie, z godnymi rentami i emeryturami wypłacanymi na czas, z rządami prawa, z uczciwymi politykami, i nieskorumpowanymi urzędnikami państwowymi. Czyli z ideałem. Tego dokładnie chcieli mieszkańcy PRL-u i do tego dożyli dwadzieścia pięć lat temu. Teraz Ukraińcy, jak kiedyś my, chcą uśmiechniętych twarzy na czystych i zadbanych ulicach, mieszkań w rozsądnych cenach, chleba, kiełbasy, wódki, modnych ubrań, nowych samochody itd. Oni mają geopolitykę i zwykłą politykę w głębokim poważaniu. Chcą jechać na zachód bez wiz i mieć to samo, co bogacze, na których się wystarczająco już napatrzyli. To pełne sklepy i czyste ulice, to modne ubrania i drogie lśniące samochody są tym, czego pragną najbardziej.

Dla mnie ukraińska rewolucja „to nowy, jeszcze nienazwany bunt społeczny, zdecydowanie nie polityczny”. Tam ludzie nie walczą o abstrakcyjne polityczne ideały, ale o czyste ulice i o godne życie. Ten ukraiński bunt to nie bunt polityczny, to bunt społeczny. Wybuch niezadowolenie z sytuacji ekonomicznej. Ludzie omamiani od lat wizją zachodnio europejskiego dobrobytu chcieli tego samego, co widzieli w Warszawie, Berlinie, Paryżu czy Londynie. To nie przewrót polityczny jak nam się od dawna wmawia. To nie polityczna, czy partyjna operacja mająca na celu zmianę rządów i skierowanie kraju na drogę szybkiego marszu ku unii europejskiej. To chaotyczny bunt, to nieprzewidywalna rewolucja społeczna. Na Majdanie już nikt lub prawie nikt nie wierzy politykom i nie ma to znaczenia czy są z opozycji czy z obozu rządzącego. Oni chcą bezwarunkowego zwycięstwa, ustąpienia prezydenta, zemsty na milicjantach z oddziałów specjalnych, ukarania odpowiedzialnych za przelew krwi na Ukrainie. To dla nich oznacza wolność. Ale przede wszystkim chcą zmian w życiu doczesnym.

Ktoś kiedyś, jakiś polityk jeden z drugim, w przypływie genialności i we własnym interesie pokazał Ukraińcom ideał i nazwał go „Unia Europejska”. Dlatego, gdy prezydent Janukowycz ogłosił, że społeczeństwo nie dorosło jeszcze do „europeizacji”, że nie podpisze umów stowarzyszeniowych z UE i że lepiej Ukraińcom będzie w nowym „związku radzieckim” to w ludziach coś pękło i zaczął się bunt. I zaczął się „Euromajdan”. Ale „Europa”, jak uważam i jak sądzę po czytanych i zasłyszanych wypowiedziach Ukraińców, to w rzeczywistości nigdy nie był główny cel protestujących. To antyrządowe i antyrosyjskie nastroje były znacznie silniejsze. I teraz już nikt nie pamięta tamtej retoryki, która początkowo była przyczyną demonstracji. Wiele osób zgadza się, że sam termin „Euromajdan” jest już anachroniczny. Teraz otwarcie wszyscy twierdzą, że nie dbają o UE i chcą tylko odejścia znienawidzonego reżimu. Takie uczucie jest akceptowane w szerokich kręgach protestujących.

– My tylko chcemy godnie żyć – słyszę od znajomego Ukraińca. To nie jest zawołanie polityczne to pragnienie bardzo podstawowe, takie zwyczajnie ludzkie pragnienie i prawo. Z poczucia upokorzenia zrodził się sprzeciw wobec zaszczytów, przywilejów urzędników i oligarchów, sprzeciw wobec podziałom ludzi na tych bardzo bogatych i przez to uprzywilejowanych, i na tych żyjących w nędzy i upodleniu, których głosu nikt nie słuchał.

Władza Janukowycza trzymała ludzi w uzależnieniu od skorumpowanej struktury urzędniczego państwa. Krępowała w okowach biedy, świeciła w oczy nadmiernym bogactwem, mamiła przyszłym dobrobytem w bliżej nieokreślonej przyszłości. Dlatego nie można się dziwić, że ludzie połączeni w masy postanowili uogólnić się i przemienić się w naród, który pragnie zmian, choć sam chyba do końca nie wie jak te zmiany mają wyglądać. Majdan był i nawet teraz jest w pewnym sensie miejscem spotkań, a teraz walki, które może zjednoczyć wszystkie warstwy społeczne w oderwaniu od polityki. I choć występuję tam nacjonalizm, to mam wrażenie, że jest to nacjonalizm wynikający z osamotnienia ludzi pozostawionych samych sobie i nikomu już niewierzących. To nacjonalizm zjednoczenia przeciw korupcji politycznej kryjącej się za demokracja parlamentarną. Oni chcą nowych wyborów, choć dobrze wierzą, że ta legalnie wybrana władza teraz do nich strzela. Dlatego to jest bunt. To ekonomiczna, ponadpartyjna, antydemokratyczna, nacjonalistyczna w sensie, o jakim wspominam powyżej, i trochę anarchistyczna rewolta narodowa.

A najgorsze i zarazem najsmutniejsze w tym wszystkim jest to, że po zwycięstwie narodu nad Tytanią, znów przyjdą politycy i znów wszystko zacznie się od nowa. – Lud powinien służyć rewolucji; gdy jednak rewolucja jest skończona musi powrócić do domu i pozostawić trudy rządzenia wykształconym – rzekł kiedyś Brissot. Obawiam się, że to właśnie, co wydarzyło się w Polsce dwadzieścia pięć lat temu, powtórzy się znów na Ukrainie.  Ponownie jaśnie oświeceni politycy, urzędnicy, finansjera i wszelkiej maści demokraci i państwowi liberałowie znów wyślą lud do domów po skończonej rewolucji i utworzą nowy, lepszy świat dla siebie, nie dla ludu.

dziennik pesymistyczny

O zagrożeniach płynących z polowania na bestię

Obublikował pavvel dnia Komentarzy: 1

– Człowiek, który zdecydował o podrzuceniu T. do celi kompromitujących materiałów, położył na szali jedne wartości przeciw drugim. Postawił naruszenie prawa przeciw ludzkiemu bezpieczeństwu. W mojej ocenie wybrał słusznie – ocenia profesor Marian Filar, karnista.

W zasadzie wszystko się zgadza. W tak zwanej ocenie społecznej pedofil i morderca jest bestią, którą trzeba zatrzymać w celi za wszelką cenę i wszelkimi środkami. Ale mnie dręczy inne pytanie: czy środki, które państwo wypracowało i uzyskało przy sprawie Mariusza T. nie będą wykorzystywane w przyszłości w sprawach, które nie będą dotyczyły seksualnych zwyrodnialców, ale na przykład osób, które zagrażają – w ocenie urzędników – bezpieczeństwu państwa? Czy policja, sądy inne instytucje państwa nie uzyskały, tak przy okazji, narzędzi, które wzmocnią nadzór nad niepoprawnymi i nieprawomyślnymi obywatelami?

Czy naprawdę mogę być absolutnie pewny, że nie stanie się tak, iż szalony urzędnik w przypływie gorliwości zobaczy w ludziach o innych poglądach terrorystów, którzy zagrażają istnieniu państwa i w świetle specustawy wsadzi ich na przymusowe leczenie w celu naprostowania poglądów? Powie ktoś: to niemożliwe! W demokratycznym państwie prawa?! Przy niezawisłych sądach?! To zupełnie niemożliwe. Ale czy na pewno? A sprawa tajnych więzień CIA w ośrodku agencji wywiadu w Starych Kiejkutach? Ile zapisów ustaw wtedy złamano? A czy Konstytucja RP nie została podeptana za 15 mln dolarów? Śledztwo w tej sprawie trwa od 2008 roku i pozostaje nierozstrzygnięte. I coś mi mówi, że trwać będzie aż do przedawnienia. Państwo zawsze będzie się kierować zasadą: jak się chce to można. Należy pamiętać, że prokuratorzy czy sędziowie to nie jakaś istniejąca niezależnie, w całkowitej próżni, nadprzyrodzona sprawiedliwość. To przecież zwykli urzędnicy państwowi opłacani przez państwo i jemu podlegli.

– Istnieje możliwość, że T. padł ofiarą prowokacji, nie mogę wykluczyć, że materiały pornograficzne zostały Mariuszowi T. podrzucone. Należy jednak odpowiedzieć sobie na pytanie, czy ważniejsze są prawa dzieci czy prawa wielokrotnego mordercy – stwierdził Leszek Miller szef jednej z największych partii opozycyjnych oraz były premier RP. Ta wypowiedz rodzi zasadne pytanie czy praktyka preparowania dowodów przez urzędników państwowych w celu uzyskania zamierzonych rezultatów jest codziennością dla instytucji państwowych czy tylko jednostkowym przypadkiem?

W celi T. miały zostać znalezione materiały o treści pornograficznej z udziałem nieletnich. Prokuratura stwierdziła jednak, że nie ma podstaw do wszczęcia śledztwa w tej sprawie. Minister sprawiedliwości odpiera zarzuty dotyczące tego, że znalezienie materiałów w celi T. jest prowokacją. Minister raczył zapewnić, że materiały nie mogły być podrzucone, bo cela T. była monitorowana. Przez kogo? Przez urzędników państwowych, tych samych, co znaleźli „pornograficzne” materiały? Jeśli tak to faktycznie nie mogły. Gdyby nie było to tragiczne to byłoby to po prostu zwyczajnie śmieszne.

Jeśli nawet przyjąć założenie, że nikt kompromitujących materiałów do celi nie podrzucił. To nikt nie zaprzeczy, że nie mogło być tak, że ktoś z ministerstwa sprawiedliwości lub jakiś inny nadgorliwy urzędnik wpadł na genialną w swej prostocie pomysł i zwyczajnie „przerobiono” pamiątki dewianta na materiały o treści pornograficznej z udziałem nieletnich.

Ustawa o nadzorze nad groźnymi przestępcami od początku budziła kontrowersje wśród prawników i niektórych polityków. Prezydent podpisał ją, ale zapowiedział jednocześnie skierowanie jej do trybunału konstytucyjnego. Mam spore obawy czy medialna pogoń za bestią nie jest przypadkiem próbą wprowadzenia do ustawodawstwa super rozwiązań prawnych idących w stronę przypominających instytucji przypominających osławione psychuszki. Czy naprawdę całkowicie pozbawiona podstaw jest moja obawa o to, że taka spec ustawa może stać się podstawą do represjonowania przeciwników politycznych a także osób uważanych za naruszające normy społeczne? Czy to wytwór mojej paranoi? Oby!

dziennik pesymistyczny

Miejska dendrofobia

Obublikował pavvel dnia Komentarzy: 1

Władze mojego miasta opanowała niebezpieczna fobia. Magistrat oraz podległe mu instytucje zapadły na poważną dendrofobie. Urzędników owładnął paniczny lęk przed drzewami. Bo jak inaczej nazwać to, że przez ostanie kilkanaście lat praktycznie zieleń w centrum miasta przestała istnieć.  Podpierając się przepisami, powołując na prawo i dlatego że władza zawsze wie lepiej niż obywatel tną drwale z urzędniczego wyroku wszystko co zielone i wyrosło wyżej niż na centymetr. Tu już nie chodzi o zwykłą niechęć do drzew i krzewów to jest już prawdziwa obsesja.

Pomiędzy rokiem dwa tysiące jedenastym a dwa tysiące czternastym na podstawie wydanych prawomocnych decyzji przez właściwe organy administracyjne takie jak Delegatura Mazowieckiego Wojewódzkiego Konserwatora Zabytków oraz Wydział Ochrony Środowiska i Rolnictwa Urzędu Miejskiego dzielni drwale wycieli w parkach 1078 drzew, na miejskich skwerach i ulicach dodatkowo 86. Tylko przez trzy lata wyrżnięto 1164 drzewa! Krzaków nikt nie liczy. I dokonała tego dzieła tylko jedna miejska instytucja Zakład Usług Komunalnych, a przecież nie tylko oni są wykonawcami woli urzędników cierpiących na dendrofobie.

Ale to nie koniec. Miejscy urzędnicy w swym szaleństwie postanowili godnie powitać nowy rok i już w połowie stycznia ponownie ruszyły prace przy wycince drzew w miejskim parku. Drwale  z miejskiego Zakładu Usług Komunalnych ruszyli do ataku na to co zielone i wycinają na potęgę. Spośród 72 przeznaczonych do wycięcia drzew najmniejsze to lipa drobnolistna o obwodzie około 10 centymetrów, największy kasztanowiec o ponad dwumetrowym odwodzie. Inne drzewa, które pójdą pod topór, to: graby pospolite, lipy drobnolistne, jabłonie, wiśnie, robinie białe, śliwy, mirabelki, a także po kilka sztuk takich gatunków jak klon jawor, klon pospolity czy wiąz polny. Tu też wyrębu dokonano za zgodą delegatury Wojewódzkiego Urzędu Ochrony Zabytków.

Czym spowodowana jest ta „rzeź”? Tłumaczenie zazwyczaj jest takie samo. „Wycinki drzew były spowodowane głównie koniecznością przygotowania zaniedbanego przez dekady drzewostanu do rewitalizacji zabytkowych zespołów parkowych oraz skwerów. Wiele z usuniętych drzew posiadało znaczne ubytki chorobowe i miało zaburzoną statykę, co kwalifikowało je do wycinki z uwagi na występujące realne zagrożenie dla zdrowia lub życia ludzi oraz mienia” – cytat z oficjalnego pisma ZUK. To zakrawa na straszliwą epidemie wśród drzew rosnących w mieście która powinni się jak najszybciej zająć dendrolodzy. Bo czy to możliwe żeby przez trzy lata prawie tysiąc czterysta drzew miało „znaczne ubytki chorobowe i miało zaburzoną statykę”.

Wycinka zawsze wzbudza emocje mieszkańców. Dlatego władza miejska tradycyjnie w ramach uspokojenia nastrojów społecznych głośno opowiada o licznych nasadzeniach które maja zastąpić drzewa które dopadły te mityczne (bo przecież kto tam może wiedzieć lub sprawdzić) „znaczne ubytki chorobowe”. Z tego co podaje Zakład Usług Komunalnych przez ostatnie trzy lata dokonano tylko 355 nowych nasadzeń drzew. Różnica miedzy tym co poszło pod topór, a tym co nasadzono jest zatrważająca. Ale magistraccy urzędnicy nadal mają dobry humor i głoszą prawdy objawione o tym że w parkach i na ulicach jest za duże zacienienie więc rżnąć trzeba, bo trawa nie chce rosną.

Moje miasto – to jak pisał w 1907 roku autor monografii historycznej – „należy do ładniejszych i czystszych miast prowincjonalnych Królestwa a przyczynia się to tego przedewszyskiem częściowa kanalizacja (…) oraz zadrzewienie niektórych ulic”. Przez długie lata mieszkańcy miasta cieszyli się wyjątkowo piękną przyrodą. Jednak przez ostatnie kilka lat władza robi wszystko co w jej mocy by to zmienić. Aż boje się pomyśleć, że to nie jest ostatnie słowo urzędników cierpiących na dendrofobie.