Tag Archives

81 Articles

dziennik pesymistyczny

Gdybym miał zniesioną zdolność do rozpoznawania znaczenia swoich czynów?

Obublikował pavvel dnia Komentarzy: 0

Tyle mam na tym świecie spraw niezałatwionych. Tylu takich co bym chciał im dosadnie a czasem i ręcznie wytłumaczyć, że nie mają racji. Całe mrowie polityków, urzędników, ministrów i im podobnych, których jakbym dorwał w swoje ręce to… no sami wiecie. Ale, no właśnie nic z tego, bo to albo mi nie pozwala spełnić zamierzać moje dobre wychowanie albo też wizja spędzenia wielu lat w pasiakach skutecznie odstrasza mnie od zamierzeń.

Ale jest nadzieja w polskiej prokuraturze, która coraz częściej orzeka umorzenie sprawy za przyczynę podając to, że sprawca czynu zabronionego miał w chwili zdarzenia zniesioną zdolność do rozpoznawania znaczenia swoich czynów. Czyli dobra nasza, będę mógł przyłożyć temu i owemu, jeśli tylko zniosę w sobie tę zdolność do rozpoznawania znaczenia swoich czynów.

Nie tak dawno pisałem o pewnym panu prokuratorze, który buchnął dwa batoniki i krem w sklepie. Każdy zwyczajny szary człeczyna po czymś takim, jeśli nawet nie poszedłby pierdzieć w pasiaki, to przynajmniej załapałby surową grzywnę. No tak, każdy ale nie ten prokurator.  Pan prokurator nie poniesie dyscyplinarnej kary za swój czyn, bo prokuratura orzekła, że w chwili kradzieży był niepoczytalny.

– Można być poczytalnym w odniesieniu do pewnych zdarzeń, a do innych zdarzeń popełnionych w tym samym czasie i miejscu już nie – stwierdził wtedy pewien gość z Prokuratury Apelacyjnej w Gdańsku wypowiadając się w tej sprawie. Mam nadzieje, że będę mógł to wykorzystać i w mojej szarej i marnej egzystencji, choć żaden ze mnie prokurator.

Teraz wyczytałem w lokalnej prasie, że Prokuratura Rejonowa na dalekiej prowincji umorzyła postępowanie w sprawie zaatakowania przez nauczycielkę swojego ucznia, bo uznano, że w tym momencie miała zniesioną poczytalność. No ja rozumiem, że mogła się wnerwić. Fakt, że w polskich powiedzeniach znalazło się: „Obyś cudze dzieci uczył”, świadczy o tym, że od dawien dawna ludzie zdawali sobie sprawę, że praca nauczycielki nie jest łatwa. Ale mnie zainteresowało to, że tak można z chwili na chwile stracić poczytalność, a następnie ją tak zwyczajnie odzyskać. To daje mi ogromne możliwości wyładowanie swoich frustracji. Przecież, kto mi udowodni, że dając w twarz z liścia politykowi dla przykładu byłem poczytalny? Może właśnie wtedy, w tym momencie, gdy uskuteczniałem czynną napaść na organy państwa, miałem zniesioną poczytalność? Przecież to możliwe.

– Według biegłych nauczycielka miała w chwili zdarzenia zniesioną zdolność do rozpoznawania znaczenia swoich czynów – tłumaczy w gazecie, rzecznik Prokuratury Okręgowej. I słusznie! Jeśli kiedyś przez przypadek, z głupoty, czy z przymusu sytuacji zrobię coś zabronionego prawem, to zawsze będę mógł się wytłumaczyć, że miałem wtedy zniesioną zdolność do rozpoznawania znaczenia swoich czynów. No i mam nadzieje, że mnie nikt nie zamknie jako zbzikowanego i zawsze będę mógł się powołać na opinie biegłych, że: „Można być poczytalnym w odniesieniu do pewnych zdarzeń, a do innych zdarzeń popełnionych w tym samym czasie i miejscu już nie.” Tak jest chyba uczciwiej.

dziennik pesymistyczny

Czterech agentów i spiskowiec

Obublikował pavvel dnia Komentarzy: 0

Przeczytałem gdzieś, że na siedmiu spiskowców najczęściej dwóch to zwykli niegroźni zapaleńcy, czterech to agenci tajnych służb, a tylko jeden spiskowiec to ten właściwy niebezpieczny osobnik. Takie to poglądy, jeśli dobrze pamiętam, autor przeczytanej przeze mnie książki przypisywał pewnemu agentowi Ochrany, czyli tajnej carskiej policji.

– Prowokacja miała miejsce i agenci nie siedzą i nie będą siedzieć w więzieniu, a ponieważ ktoś musi, ja siedzę w więzieniu. Jakaś równowaga musi być – powiedział podczas mowy końcowej oskarżony o przygotowywanie zamachu terrorystycznego pewien doktor chemii.

Przeszło trzy lata temu dzielni agenci naszej tajnej policji, czy jak kto woli agenci bezpieczeństwa narodowego, w wyniku pracy operacyjnej wykryli spisek i udaremnili planowany zamach na ówczesny Sejm, Rząd i Prezydenta. Okazało się wtedy, że i my Polacy mamy swojego rodzimego terrorystę, który swym niezrealizowanym czynem uzasadnił rządową potrzebę rozrastania się instytucji kontroli nad społeczeństwem. To szeroko komentowane aresztowanie skutecznie zablokowała też nową ustawę o służbach specjalnych przygotowywaną w tamtym czasie.

Brakowało w kraju nadwiślańskim takiego przykładowego winnego, co to zostanie aresztowany za terroryzm. Takiego wroga publicznego numer jeden co to chciał zbrojnie, w pojedynkę, z niewielką pomocą swych przyjaciół, dokonać zmiany ustroju. Takiego, co to w tajnym laboratorium mataczył po nocach w celu przejęcia władzy nad ojczyzną a kto wie, może i nad całym światem. Teraz niedoszły zamachowiec, po latach siedzenia w śledztwie, odpowiada przed sądem za przygotowywanie od lipca do listopada 2012 roku ataku terrorystycznego na konstytucyjne organy RP, za nakłanianie rok wcześniej dwóch studentów do przeprowadzenia zamachu oraz za nielegalne posiadanie broni i handel nią.

Przypomniałem sobie jak trzy lata temu na konferencji prasowej agenci naszych dzielnych państwowych tajnych służb oraz państwowi prokuratorzy informowali zatroskany o losy najwyższych władz państwowych obywateli o likwidacji w toku działań operacyjnych terrorystycznej siatki. Przypominałem to sobie też, bo dziwnym zbiegiem okoliczności liczby się zgadzały. Było jak w tym przykładzie z książki o Ochranie, który przytoczyłem na początku. Jeden siedzi – ten niebezpieczny, dwóch to podobno mniej groźni kolekcjonerzy broni… a czterech chodzi po wolności.

dziennik pesymistyczny

O „La donna e mobile” w polityce

Obublikował pavvel dnia Komentarzy: 0

Mamy panią premier, ujawniła się też kandydatka na premiera z ramienia prawych i sprawiedliwych, a do tego jeszcze kobieta jest kandydatką na fotel marszałka czy raczej marszałkini Sejmu. To sfeminizowanie sceny politycznej przypominało mi, że nie tak znów dawno odbyła się poważna naukowa konferencja na Uniwersytecie Wrocławskim, na której debatowano miedzy innymi o „patologicznej głuchocie kobiet w pierwszych dniach miesiączki”.

Spokojnie drogie Panie, nie jestem antyfeministą. Nie ma co od razu zbierać podpisów za usunięciem tego artykułu. Nie ma co wygrażać mi od męskiej szowinistycznej świnki. To, co pisze, to w żadnym razie nie jest przejaw męskiego szowinizmu. Tak po prostu skojarzył mi się (może i niefortunnie, ale jednak) fakt, że tylu kobiet jednocześnie w tak eksponowanych funkcjach jeszcze w polskiej polityce nie było z tą ciekawą konferencją z przed kilku miesięcy, na której naukowcy rozmawiali o tym, że kobiety mogą stanowić zagrożeniem dla samych siebie.

Konferencja „La donna e mobile. Prawne aspekty następstw cykliczności płciowej kobiet”, bo o niej mowa, poświęcona była m.in. takim zagadnieniom jak pytanie czy napięcie przedmiesiączkowe może być okolicznością łagodzącą w trakcie procesu sądowego. Przedstawione argumenty miały być potwierdzeniem naukowym na to, że kobieta w stanie napięcia przedmiesiączkowego jest bardziej skłonna popełnić przestępstwo, a nawet może doprowadzić do własnej śmierci.

O nie, ja się nie czepiam, mnie kobiety na stanowiskach nie przeszkadzają. Chociaż bardziej chciałbym, żeby w kwestii państwowych posad czy objęcia urzędu decydowały względy merytoryczne a nie płciowe.  Ja nie wierze, że promowanie kobiet przez parytety czy mechanizm suwakowy to coś, co zapewni właściwy dobór naszych przedstawicieli w parlamencie czy na państwowych urzędach. Nie może być tak, że w walce z jedną dyskryminacją zezwala się na tworzenie drugiej dyskryminacji. Równość to równość, bez specjalnych przywilejów. Ale ja nie o tym.

Jak pomyśle, że kobiety zdominują najważniejsze stanowiska w państwie i potem zestawie to z tematami z tej konferencji naukowej to resztki owłosienia jeża mi się na głowie. To prawdziwa zgroza. „Cykliczności płciowej kobiet, od jej początku aż do końca, towarzyszą różne następstwa, mniej lub bardziej dolegliwe, niekiedy mające duże znaczenie także dla oceny prawnej różnych zdarzeń” – piszą na swojej stronie internetowej organizatorzy. Czy z tego wynika, że kobieta premier czy kobieta marszałek sejmu w czasie swych „trudnych dni” może mieć zaburzenia związane z poprawną oceną sytuacji?

Na konferencji naukowcy poruszali  m. in. „kwestię ważności oświadczeń woli”. Jeśli najwyższa osoba w państwie popadnie w „tych dniach” w depresje? Czy podpisane przez nią dekrety, ustawy czy umowy międzynarodowe będą miały moc prawną? To niby śmieszne, ale jak się głębiej nad tym zastanowić to nie jest już tak śmiesznie.

To, co pisze, to nie próba dyskryminacji płci pięknej, to w świetle konferencji, która odbyła się na Uniwersytecie Wrocławskim zasadne pytanie o przyszłość naszej ojczyzny, no i tego polskiego państwa, jeśli to kogoś jeszcze interesuje. Kobieta premier, kobiety na stanowiskach partyjnych i rządowych, w ministerstwach, w spółkach skarbu państwa, to z jednej strony dobry kierunek. Ale jeśli – jak chcą naukowcy – kobieta przez pewien czas jest ciut rozchwiana emocjonalnie, mówiąc łagodnie, to czy jej stan ma wpływ na podejmowane przez nią decyzje?

Kandydatka PiS na premiera często podkreśla, że każdy w Polsce zasługuje na to, by go wysłuchać, a jej „obowiązkiem i obowiązkiem wszystkich polityków jest dzisiaj słuchać Polaków, bo tego dialogu i słuchania bardzo dzisiaj w Polsce brakuje”. Podobnie obecna pani premier chce podczas kampanii wyborczej słuchać zwykłych ludzi. Ale jak to z tym słuchaniem będzie nikt nie może mieć pewności, bo przecież przypominam, że na wspomnianej już wielokrotnie konferencji naukowcy udowadniali, że „kobiecemu okresowi towarzyszą też patologiczne zaburzenia słuchu”.

dziennik pesymistyczny

„roztropną troską o wspólne dobro”

Obublikował pavvel dnia Komentarzy: 4

Było kilka minut przed świtem. Za oknem szarzało. Latarnie świeciły więdnącym blaskiem. To była ta właśnie magiczna chwila, ten właściwy moment w którym powinny kończyć się nocne Polaków rozmowy. Tak się jednak się nie stało.

– Będziesz głosował w wyborach prezydenckich – spytał przyjaciel nagle i jak najbardziej niespodziewanie z niedopasowaniem do chwili i nastroju. – Zdecydowanie nie – odparłem, próbując powrócić do atmosfery leniwego poranka. – A widzisz, popełniasz  błąd. Bo dobrowolna rezygnacja z udziału w wyborach jest grzechem zaniedbania, ponieważ jest odrzuceniem odpowiedzialności za losy Ojczyzny – wyrecytował szybko przyjaciel składając i odkładając  na stolik gazetą którą dotychczas czytał. – Dobrze się Szanowny Pan czuje? – zaniepokoiłem się stanem zdrowia  mojego partnera w rozmowie – Może wody podać dla odmiany? – wykazałem jak najbardziej logiczną troskę.

– Ludzie wierzący winni oddać głos na te osoby, których postawa i poglądy są im bliskie, a przynajmniej nie sprzeciwiają się wierze katolickiej i katolickim wartościom oraz zasadom moralnym – powiedział przyjaciel spoglądając na gazetę. – Musisz zagłosować oczywiście „właściwie”, czyli zgodnie ze swoimi przekonaniami moralnymi, pamiętając oczywiście jako Polak i katolik, że jest tylko jedna wykładnia moralności w tym kraju – dodał. Przypomniałem mojemu rozmówcy, że po pierwsze: ja nie głosuje z przyczyn które są mu znane od dawna. Po drugie: nawet jakbym zagłosował, to raczej nie brałbym pod uwagę wartości wyznawanych przez hierarchów kościoła katolickiego. A po trzecie: ten teatrzyk z czasową wymianą świń (z całym szacunkiem do świnek) przy korycie kompletnie mnie interesuje.

– Ja przecież tylko wskazuję ci właściwą drogę. Ja nie namawiam. Nie ograniczam sumienia.  Ja nie uzurpacje sobie prawa do nakazywania Ci czegokolwiek, ale moim obowiązkiem duchowym jest prowadzenie Cię właściwą ścieżką i przypominanie na każdym kroku o wyższości prawa bożego nad stanowionym przez ludzi oraz o tym kto ma monopol na interpretacje tegoż prawa bożego. Ja tylko przedstawiam Ci – jako Polakowi i katolikowi od niemowlęctwa – etyczne kryteria dotyczące twoich obowiązkowych przecież wyborów. A te kryteria nie podlegają żadnym kompromisom  – niezrażony moimi słowami przyjaciel kontynuował tyradę zerkając  co chwila na leżącą na stole gazetę.

– Czy mógłbyś przestać agitować mnie z samego rana? Do tego jeszcze nie swoimi poglądami i słowami – starałem się po raz kolejny przerwać jego męczące poranne wywody. – Nie jesteś księdzem biskupem.

– Nie jestem, ale przemawiam do Ciebie jego słowami, pamiętając przy tym, że duchowni nie powinni angażować się w kampanię wyborczą po żadnej ze stron, lecz respektować dojrzałość ludzi świeckich i „przez formację ich sumień pomagać im taką dojrzałość osiągnąć” – rzekł przyjaciel.

– Ale to co mówiłeś to typowa wyborcza agitka! – przypomniałem. – Powinieneś jeszcze dla kompletu wspomnieć o obronie ludzkiego życia od poczęcia do naturalnej śmierci, rodzinie opartej na trwałym małżeństwie mężczyzny i kobiety i o obronie wiary oraz o głosowanie na takich kandydatów którzy głoszą powyższe wartości. – Nie, nie mogę tego zrobić używając słów biskupa, bo przecież on jako kapłan nie jest ustanowiony dla polityki, ale dla formacji sumień tak, aby były one zdolne do podejmowania samodzielnych decyzji – powiedział przyjaciel po czym wstał, podszedł do kosza na śmiecie i ostentacyjnie wrzucił tam gazetę.  Świt poczerwieniał pierwszymi promieniami słońca.

dziennik pesymistyczny

Polityka alternatywnie historyczna

Obublikował pavvel dnia Komentarzy: 0

– Jakby się Rosjanie nie wtrącili do sami byśmy wojnę z Niemcami wygrali – taką mniej więcej wizje początków II wojny światowej przedstawił pewien historyk nowego pokolenia podczas audycji w pewnej stacji telewizyjnej.  Myślałem, że nic głupszego już nigdy w życiu nie usłyszę, ale znów się pomyliłem.  – Nikt nam nie może ukraść zwycięstwa. To przecież flaga polska powiewała w Berlinie w maju 1945 roku – powiedział pewien Janusz, ekspert ds. dyplomacji i ceremoniału państwowego.

Ja tam do tej pory wiedziałem, że co prawda polscy żołnierze zdobywali Berlin, faktycznie nad gruzami stolicy III Rzeszy powiewała polska flaga, ale nie wiedziałem jednak, że Polska Armia dokonała tego samodzielnie. A tu proszę, taka niespodzianka.  Janusz, ekspert ds. dyplomacji i ceremoniału państwowego uważa, że zwycięstwo było nasze i nikt nam tego zwycięstwa nie może ukraść. A już szczególnie Rosjanie, którzy jak pewnie uważa pan Janusz tylko Armii Polskiej pomagali w szturmie Berlina. – Trzeba odzwyczaić Rosjan, że obchody muszą odbywać się zawsze w Moskwie – stwierdził ekspert Janusz.

Przez ostatnie ponad dwadzieścia lat różni z Bożej łaski historycy razem z pożal się Boże politykami wmawiali mi, że Polska Armia, która przyszła ze wschodu to nie jest ta właściwa Armia Polska – mówiąc najłagodniej.  A tu nagle Janusz, ekspert ds. dyplomacji i ceremoniału państwowego nazywa ich zwycięzcami. Życie jest pełne niespodzianek. Człowiek uczył się w kilku szkołach historii, potem przez lata studiował, coś tam przeczytał i nie wiedział, że polska była samodzielnym zwycięzcą w II wojnie światowej i szturmu na Berlin dokonała bez udziału i pomocy Armii Czerwonej.

Ale co się tam dziwić ekspertowi Januszowi przecież nasz minister od spraw zagranicznych też uwielbia zabawy z historią. Niedawno przez 70. rocznicą wyzwolenia hitlerowskiego obozu koncentracyjnego Auschwitz-Birkenau przez Armię Czerwoną, pan minister, zapytany przez dziennikarzy o to, dlaczego na uroczystości do Polski nie został zaproszony prezydent Federacji Rosyjskiej, oznajmił, że „to front ukraiński, pierwszy front ukraiński i Ukraińcy wyzwalali (Auschwitz), bo tam żołnierze ukraińscy byli wtedy w ten dzień styczniowy i oni otwierali bramy obozu i oni wyzwalali obóz”.

– To jest oczywiste, że Armia Czerwona wyzwoliła obóz, ale także oprócz Rosjan było wielu, setki tysięcy, ponad milion żołnierzy ukraińskich, Kazachów, Tatarów – mówił trochę później szef polskiej dyplomacji. Podkreślił jednak, że trzeba przypomnieć, iż pierwszy czołg, który rozbijał bramę obozu, był dowodzony przez Ukraińca.

Jakoś nie słyszę ciągłego podkreślania, że w szeregach Polskiego Wojska w 1939 roku służyli Ukraińcy, Żydzi czy Białorusini. A przecież szacuje się, że we wrześniu 1939 roku, gdy III Rzesza uderzyła na Polskę, w szeregach Wojska Polskiego walczyło od 100 do 115 tysięcy żołnierzy narodowości ukraińskiej. Najwięcej z nich służyło w jednostkach piechoty, choć można ich też było znaleźć w pododdziałach kawalerii, artylerii i innych rodzajach wojsk. Oprócz Ukraińców czy Białorusinów była też spora liczba zmobilizowanych do wojska obywateli polskich pochodzenia żydowskiego. Na ogół w literaturze szacuje się tę liczbę na 100 tysięcy czyli około 10 procent ogółu powołanych pod broń.

Szczególną walecznością odznaczali się ukraińscy oficerowie kontraktowi, dawni oficerowie armii petlurowskiej. W tym kontekście najczęściej wymienia się ppłk. Pawła Szandruka z 29. brygady piechoty, który uratował w czasie bitwy pod Tomaszowem Lubelskim brygadę przed całkowitą zagładą. Za wyczyn ten został on w 1965 roku odznaczony przez gen. Władysława Andersa orderem Virtuti Militari. Czy ktoś odważyłby się powiedzieć, że to Ukraińcy walczyli pod Tomaszowem Lubelskim z Niemcami, bo tam żołnierze ukraińscy byli wtedy w ten dzień wrześniowy i oni stawiali opor hitlerowcom – parafrazując ministra.

Uważamy, że trzeba skończyć z szydzeniem z historii i dochodzeniem swoich racji za wszelką cenę nawet przez naginanie i manipulowanie faktami. Chyba już dość licytowania się, kto bardziej zasłużył na miano zwycięzcy. Czas przystopować z propagandą historyczną. Dotyczy to w równym stopniu tak samo Rosjan jak i Polaków. Podsycanie histerii antyrosyjskiej w Polsce jak i antypolskiej w Rosji służy tylko politykom a im zależy tylko na własnych interesach.

Czasem brednie wypowiadane przez polskich czy rosyjskich polityków a następnie z uwielbieniem publikowane przez media po prostu zwyczajnie mnie śmieszą . Ale czasem jest mi  śmieszno, i straszno  zarazem.

dziennik pesymistyczny

O wyższości sumienia nad prawem stanowionym

Obublikował pavvel dnia Komentarzy: 0

Nigdy nie narzekałem na swoje sumienie. Jestem wręcz z niego bardzo zadowolony, ogólnie rzecz ujmując jestem z nim w zgodzie oraz uważam za dobrze uformowane. Jako obywatela państwa i jako ochrzczonego, w obu przypadkach nie z własnej woli ale jednak, bardzo uradowały mnie słowa pewnego arcybiskupa z dominującego w tym państwie kościoła, który był łaskaw zauważyć, że „gdy dochodzi do konfliktu między dobrze uformowanym sumieniem a prawem stanowionym, obywatel ma zawsze prawo do sprzeciwu sumienia.

Jak już wspominałem powyżej jestem obywatelem i mam na to dowód osobisty, mam PESEL i inne numery i identyfikatory, które czynią mnie przynależnym do tego państwa. Jako osoba która we wczesnym dzieciństwie została ochrzczona siłą tego wydarzenia pozostaje do dziś rzymskim katolikiem. Od tego czasu  jakoś tak nie było kiedy to zmienić, a może z czystego lenistwa tak to wynikło, tak czy inaczej nigdy nie dokonałem aktu apostazji i teraz proszę, to że jestem obywatelem i katolikiem może się na coś przydać.

Z natury jestem marudny. Jestem wiecznie niezadowolony, w opozycji do wszystkiego. Jak mówią często moi bliscy mam taką anarchistyczną dusze. Zawsze coś mi się nie podoba, czegoś bym nie chciał, coś bym zmieniał, zawsze mam własne zdanie, które wielokrotnie nie jest zgodne z obowiązującą państwową linią, z państwowym prawem i ustalonym przez polityków porządkiem. I chociaż zawsze się sprzeciwiałem to nie stał za mną żaden autorytet, który popierałby moje buntownicze, zgodne z moim sumieniem, zapędy. Dlatego przyznaje, że wielką radość sprawił mi arcybiskup, który swym majestatem i swym autorytetem potwierdził to, co od zawsze wiedziałem. Już nie muszę się przejmować prawem. Już mogę w głębokim poważaniu mieć obowiązki. Teraz, gdy coś nie będzie zgodne z moim sumieniem mam pełne prawo a nawet obowiązek sprzeciwić się temu. Nie zawaham się postawić wyżej moich przekonań, zgodnych z moim sumieniem, ponad prawo stanowione. Jeśli w konflikt wejdzie prawo i sumienie, za radą arcybiskupa wybiorę zgodność z sumieniem.

Nie wiem, co na początku z wnerwiających mnie praw państwowych stanie w konflikcie z moim sumieniem. Jest przecież tego a tak dużo. No, na przykład zawsze denerwowały mnie za wysokie podatki. No to teraz, od dziś będę płacić tyle ile będę chciał, dokładnie tyle na ile pozwala mi moje sumienie. Przecież, jako Polak i katolik, mam do tego pewne prawo poparte słowami arcybiskupa. W zasadzie mogę odmówić wszystkiego tego, co nakazuje mi stanowione prawo i zawsze powołać się na niezgodność tych nakazów z moim sumieniem, ale może zacznę od drugorzędności. Niech tylko jakiś funkcjonariusz służb państwowych spróbuje mnie ukarać za spożywanie napojów alkoholowych w miejscu publicznym. Niech ja tylko dostane mandat zgodny z prawem za spożywanie, to jak nic odwołam się w sądzie do konfliktu między moim dobrze uformowanym sumieniem a prawem stanowionym, bo jako obywatel i katolik mam zawsze prawo do sprzeciwu sumienia. Pije publicznie z godnie z sumieniem i w nosie mam prawo.

Jeśli lekarz, a teraz i nauczyciel mają prawo do stosowania „klauzuli sumienia” to dlaczego nie mogę na sumienie powołać się ja, szarak zwykły a jednak przecież obywatel? A czemu ja miałbym być gorszy od pana doktora czy pani nauczycielki? Mam przecież dobrze uformowane sumienie, więc jak nic mam prawo do stosowania sprzeciwu wobec praw stanowionych przez państwo.

Kierujący pracami Konferencji Episkopatu Polski arcybiskup  uważa, że organy administracji państwowej „mają być bezstronne wobec światopoglądu”, nie mogą, więc „narzucać” im swojej wizji świata. I jak się tu z klecha nie zgodzić.  Arcybiskup powołuje się też na fragment z Katechizmu: „Obywatel nie jest zobowiązany w sumieniu do przestrzegania zarządzeń władz cywilnych, jeżeli są one sprzeczne z wymogami porządku moralnego, z podstawowymi prawami osób lub wskazaniami Ewangelii”.

No to oświadczam za radą arcybiskupa, że nie jestem zobowiązany, nie będę przestrzegał, za to będę do woli naruszał i nie szanował, gdyż to będzie zgodne z moim sumieniem. A co? Nie wolno mi? Sam arcybiskup do tego mnie namawiał.

dziennik pesymistyczny

Przy obiedzie za miliony cierpię katusze

Obublikował pavvel dnia Komentarzy: 0

Trzeba coś zrobić! Do cholery! Przecież tak być nie może! Nie można być biernym! Trzeba coś zrobić! Trzeba ratować człowieka! Nie można pozwolić żeby znów tak cierpiał! Co prawda mam w głębokim poważaniu cały ten cyrk nazywany wyborami parlamentarnymi, ale tym razem może jednak zagłosuje przeciw, tak z czystej empatii. Niech się chłopina nie męczy dla narodu. Po co człowieka męczyć?

– Nie lubię mówić o takich rzeczach, ale kiedy byłem premierem, jadłem wyjątkowo wręcz ohydne (…) obiady w kancelarii premiera. Chociaż twarz mi wykręcało, to jadłem – wyznał na konferencji prasowej w Sejmie były premier Jarosław K.

– Koniaków żeśmy wypili przez ten cały czas może, z moim udziałem, jedną butelkę. Czasem wicepremierów zapraszałem, bo musiałem ich do czegoś przekonać. To jest wszystko. Cygar w ogóle nie palę – kontynuował swe wyznania doktor, prezes Prawych i Sprawiedliwych.

Ratujmy chłopa! Przecież on gotów dla nas, dla narodu poświecić się i znów zostać premierem, który znów będzie musiał jadać „wyjątkowo wręcz ohydne”. Przecież nie można na to pozwolić. Są pewne granice. Jak ja mógłbym spać spokojnie wiedząc o tym, że gdzieś tam w stołówce kancelarii premiera Jarosław K. zjada z obrzydzeniem obiad aż twarz mu wykręca z cierpienia.

 – Za miliony kocham i cierpię katusze – pisał poeta. Ja wiem, że on jest gotów do poświeceń. Ale przecież nie można pozwolić na to żeby ten wybitny syn wielkiego narodu, polski polityk, doktor nauk prawnych, działacz opozycji demokratycznej w okresie PRL, twórca i prezes partii politycznych Porozumienie Centrum oraz Prawo i Sprawiedliwość, senator I kadencji, poseł na Sejm I, III, IV, V, VI i VII kadencji, były prezes Rady Ministrów, były kandydat na urząd Prezydenta RP tak cierpiał za miliony. W przenośni i dosłownie, żeby cierpiał za miliony. Bo to ani się chudzina koniaczku nie napije, ani cygarka nie zapali, a obiadki musi jeść ohydne. No jak tak można człowieka skazywać na takie cierpienie? Przecież to nieludzkie.

Dlatego apeluje do Was Polacy! Narodzie! Trzeba nam czynić co w naszej mocy, aby zapobiec nieszczęściu które może spaść na tego starszego, schorowanego jegomościa. Nie można przecież pozwolić, aby ten zasłużony mąż stanu znów się tak dla nas poświęcał. Ja wiem, że on tak z czystości serca wziąłby na siebie ten krzyż, ale przecież My naród chrześcijański nie może na to pozwolić.  On pewnie tak nas, dla narodu, tak kocha, że gotów za nas cierpieć katusze. Ale wykażmy się miłosierdziem. Polacy, nie pozwólmy aby ten starszy pan tak się dla nas męczył. Niech on znów nie musi jeść „wyjątkowo wręcz ohydne (…)  obiady w kancelarii premiera”. Niech mu ponownie twarzy nie wykręca z obrzydzenia podczas konsumpcji. Są przecież jakieś granice poświecenia.

dziennik pesymistyczny

Weź się w garść

Obublikował pavvel dnia Komentarzy: 4

– Musisz się zebrać w sobie. Prawdziwy mężczyzna musi być silny. Nie trzeba się mazać, tylko sprężyć, zebrać w sobie i ruszać się do roboty. Bo nic nie jest za darmo! Musisz porzucić smutne myśli. Więcej optymizmu! Musisz myśleć bardziej pozytywnie! – słucham tej motywacyjnej wyliczanki, no bo tak mam, że jak ktoś do mnie dzwoni to z grzeczności odbiegam telefon.

Obudziłem się o trzeciej trzydzieści jeden rano, więc zwyczajowo miałem niechciany czas na przemyślenia. Ta sama godzina od wielu miesięcy z dokładnością, co do dziesięciu minut. Nie mogę spać, więc mój mózg mimo mojej niechęci co do tej jego czynności i tak analizuje moje życie. Nie powiem, nawet nieźle się czułem. Nie żebym tam znów tryskał radością, bo takiego uczucia nie pamiętam od lat. Po prostu, zwyczajnie prawie nic nie czułem. Byłem pusty. Byłem wyjałowiony. Czyli jak na mnie czułem się dobrze. Byłem trochę ociężały. Chciało mi się pić, dlatego wstałem z łóżka. Znalazłem powód, bo przecież chęci do tego heroicznego czynu nie miałem. Czułem jeszcze pewne odrętwienie, lecz nie był to kac. Wstałem. Czułem w całym ciele mrowienie. Wiedziałem, że to zupełnie normalne. Zawsze tak jest przed tym jak odliczę kolejny dzień wyciskają tabletki z opakowań. Łazienka. Okno. Kuchnia. Okno. Telewizor. Okno. Łazienka. Łóżko. Poleżę. Posiedzę. Powtarzam.  Dzwoni telefon.

– Jakbyś się trochę ruszył z domu to od razu by Ci przeszło. Poszukaj czegoś, jakiegoś zajęcie, nie trzeba się tak kurwa zadręczać. Postaw się, do chuja, w końcu do pionu. Jakbyś wyszedł do ludzi, to by Ci, kurwa, od razu przeszło – to kolejny telefon od kolejnego światłego kolegi. Słucham, bo z natury nie odmawiam nikomu prawa do własnego zdania.

Dawno już przestałem wychodzić z domu bez bardzo, ale to bardzo wyraźnego powodu. Jak już wychodzę to staram się spotykać jak najmniej ludzi. Lubię puste sklepy. Miejsca gdzie jestem sam, lub prawie sam. Nienawidzę tłumu. Ograniczam kontakt z drugim człowiekiem do minimum. Nie cierpię spotykać się z ludźmi. Mam kilku akceptowanych przyjaciół i kolegów, reszta świata mogłaby dla mnie nie istnieć. Zamykałem się w sobie. Zakupy, potem szybko do domu. Jak najszybciej do bezpiecznych czterech ścian. Aby ich nie widzieć. Nie czuć ich w przenośni i dosłownie.

– Słuchaj widziałem ogłoszenie o pracy. No, nie możesz przecież tak cały dzień w domu. Musisz iść do ludzi… Trzeba się wziąć w garść, nie załamywać, tylko to w sobie przezwyciężyć. Tak, praca wśród ludzi to by Cię od razu odmieniła, dałaby Ci siłę do życia – słucham i słucham, a głos w słuchawce mówi i mówi…

Dom. Tu jedynie czuje się dobrze. Czytam książki, oglądam filmy, patrzę w telewizor. Nic szczególnego. Bezpieczna monotonia kolejnego dnia, który udało się wyrwać przeznaczeniu. Tylko ten siedzący we mnie smutek. To wieczne przygnębienie. Nic mnie już nie cieszy. Nic nie sprawia radości. Wszystko wokół mnie tak jakby działało na zwolnionych obrotach. Czas wlecze się niemiłosiernie a ja z nim. Czekam. Czytam gazetę i już po chwili nie czytam tylko myślę. Odpływam w abstrakcyjne rozmyślanie.  To “życie jest główną przyczyną depresji”.

– Na co ty narzekasz, masz dwie ręce, dwie nogi… inni to dopiero mają. A Ty? Zdrowy chłop… no przestań się nad sobą użalać, weź się wreszcie za siebie, zrób coś ze swoim życiem, jak się postarasz to dasz radę, tylko musisz tego chcieć – telefon zadzwonił po raz kolejny, potem jeszcze raz.  – Dzień dobry! A jak u Ciebie? Tak samo? No, bo Ty nie umiesz sobie wytłumaczyć… no nie można tak żyć.  No, weź się w końcu w garść, zadbaj o siebie i o swoje życie.  Postaraj się skupić na tym, co dla ciebie najlepsze. Działaj, nie siedź tak… zrób coś – znów podniosłem na moje nieszczęście słuchawkę i odebrałem telefon. Teraz słucham dobrych rad. – Taaaa – powiedział skrzeczący głos. – Życzę Ci wszystkiego najlepszego. Pamiętaj: trzymaj się i nie daj się! Bądź silny! Do widzenia. – Do widzenia – powiedziałem na zakończenie i odłożyłem telefon.

Nim zdążyłem odetchnąć po kolejnej porcji dobrych rad, już rozmyślania przerwał mi ostry, natrętny dzwonek telefonu. Podszedłem, podniosłem aparat i powiedział nieswoim głosem: – Słucham. – Jak się masz? Dzień dobry! Wszystko u ciebie dobrze? – usłyszałem kolejnego radosnego. – W jak najlepszym porządku – odpowiedziałem szybko. – Ejże, coś kręcisz – powiedział z niedowierzaniem głos w słuchawce. – Jak się czujesz? No wiem, że nie najlepiej. Ale musisz być silny. A jak tam z pracą?  – Świetnie – wyrwało mi się nim pomyślałem, co mówię. – Dobra, dobra… mnie nie oszukasz, pamiętaj weź się za siebie.  A swoją drogą to ta twoja ma z tobą krzyż pański.

Nie zdążyłem nawet wyjść z pokoju, gdy telefon zadzwonił po raz kolejny. Wróciłem i podniosłem słuchawkę. Nie zdążyłem nawet powiedzieć słowa, bo głos człowieka z drugiej strony był znacznie szybszy.  – To ty? Co tam u ciebie? – W porządku – odpowiedziałem beznamiętnie. – Tak wiem, wcale nie w porządku, tak tylko mówisz, ja wiem, wiem, wiem… – terkotał głos w słuchawce. – No, kochany nie możesz się tak zamykać, co to za pesymizm? Wmawiasz sobie, że jesteś chory. Wyjdź z domu, zrób coś… nie można mieć takich czarnych myśli. Pamiętaj, że masz przyjaciół. Powodzenia, słyszysz? – mówił głos w telefonie. Tak, słyszałem. Słyszałem to już tyle razy, że nawet gdybym nie słuchał to i tak wiedziałbym, co mówią. Kolejny dzień upływa w przyjaznej atmosferze wzajemnego zrozumienia.

dziennik pesymistyczny

25 czerwca (dawniej 1 maja)

Obublikował pavvel dnia Komentarzy: 0

W jego domu przez lata była przechowywana z czcią należną relikwiom dawno już niemodna nadpalona marynarka. Typowa dla męskiej mody w peerelowskich latach siedemdziesiątych. Szerokie klapy, naszywane kieszenie a wszystko to z taniego materiału w zielono niebieską kratę. Zawsze, gdy otwierał pudło z tą odzieżową świętością, ogarniał go ten sam przerażający specyficzny zapach spalenizny. Dotykał z zaciekawienie oraz ciągłym niedowierzaniem naznaczonych ogniem dziur w ojcowskiej marynarce. Po raz kolejny brał w dłonie strzępy nadpalonego materiału. Przypatrywał się plamom sadzy, tynku, ceglanego pyły, błota oraz zakrzepłej krwi.  Chciał zapamiętać… i pamiętał.

W jego rodzinnym domu zawsze było pełno książek. Były wszędzie. Stały na regałach i na podłodze. W biblioteczce i popakowane w pudła. Na szafie, na biurku i pod biurkiem.  Od dzieciństwa był namawiany do czytania, więc całą domową bibliotekę znał na pamięć. Na jednej z półek, wśród kilkuset stojących tam książek, było kilkanaście tomów zupełnie różniących się od pozostałych. One właśnie najbardziej go interesowały ze względu na swą odmienność. Odróżniały się od całego księgozbioru zapachem i wyglądem. Były to książki na wpół spalone. Z nadpalonymi okładkami. Ze zniszczonymi przez ogień brzegami i rogami. Stały tam, bo książek nie można wyrzucać. Dobrze pamiętał zapach spalonego papieru. Dotykał nadwątlonych gorącem stron. Ostrożnie przekładał rozpadające się pożółkłe kartki. Czytał to, co nie strawił ogień. Te książki były dla niego bardzo ważne. Nie ze względu na treść, którą zawierały, ale też, dlatego, że ktoś mu nieznany chciał te książki spalić. Nie mógł zrozumieć jak można palić książki. Nie rozumiał, czym wtedy był rozwścieczony, otępiały chwilowym zwycięstwem nad tyranami, żądny zemsty tłum.

Pamiętał jednak opowieść dorosłych. Był jeszcze dzieckiem, gdy pierwszy raz usłyszał o budynku w płomieniach. Ukryty za drzwiami swojego pokoju wsłuchiwał się w opowieści o tłumie, który z wściekłości na rządzących podpalał samochody, autobusy i biurowce. Niszczył i okradał sklepy. Słyszał o wściekłym tłumie żądnym krwi ciemiężycieli.  O ludziach upojonym słuszną chęcią zemsty. Słyszał jak dorośli szeptem opowiadali o płonącym budynku. Od dzieciństwa dobrze wiedział, że gdy tłum demolował biurowiec, nie było w nim już ludzi władzy. Możni tamtych czasów już dawno opuścili gmach.

Zostali tam tylko robotnicy i zwyczajni urzędnicy. Ludzie tam pracujący, dalecy od polityki. Ich nikt nie ewakuował, bo nikomu na nich nie zależało.  Byli tam już przeważnie tylko ci, którzy zatrudnili się tam nie dla stanowisk, ale dla lepszego życia. Ale tłum nie wiedział lub nie chciał tego wiedzieć. Chciał odwetu. Chciał słusznej zemsty. Chciał palić, niszczyć i rabować.  Kamienie i butelki z benzyną. Płomienie. Demolka. Ogień na korytarzach i w gabinetach. Chaos. Meble wyrzucane przez okna na ulice. Portrety wodzów w ogień. Książki, papiery, dokumenty, biurka, ławki, krzesła, fotele – wszystko w ogień. Dywany na trawnikach, a na nich mściciele robotniczej rewolty. Wokół ich zamykał się pierścień zwartych oddziałów. A na podwórku biurowca trwała zabawa harcowników rewolucji

Z tamtej oficyny gdzie pracował nie było przejścia do głównego holu. Trzeba było wyjść na podwórze.  Należało zejść po kilku schodach. Przejść przez dziedziniec. Było zaledwie kilkanaście metrów do następnych schodów. Potem już tylko w górę do następnych drzwi i było się w głównym holu biurowca. Zwyczajnego dnia tak blisko, a teraz, w tym piekle, tak daleko. Budynek stał przecież w płomieniach. Dym nie dawał oddychać. Była już tylko jedna nadzieja. Jedna droga do życia. Trzeba było wyjść na zewnątrz a na dziedzińcu stał wrogi tłum. Nie było czasu na tłumaczenie, kim się jest. Zresztą i tak nikt by go nie słuchał. Hordy mścicieli wylegiwały się na dywanach wyniesionych z gabinetów władców, ale nadal chciał zemsty. Tłum chciały odwetu za lata nędzy. Tu płomienie, a tam oszalały tłum. Nie było wyboru. Chciało się żyć.

W płonącej marynarce, z tlącymi się włosami, biegł te kilkadziesiąt metrów po życie. Kohorty mścicieli wyły. Słyszał świst kamieni. Butelki rozbijały się o bruk pod jego nogami. Gonili go z pałkami w dłoniach. – Mamy cię skurwysynu! Już nie żyjesz!– słyszał ryk oszalałego tłumu. Jeszcze kilka metrów. Parę schodów. Ale czy zauważą? Czy otworzą bronione przed tłumem drzwi? Zobaczyli. Ktoś otworzył. Jeszcze metr. Nawet nie poczuł uderzenia kamieniem w głowę. Wpadł w otwarte drzwi. Zamknęły się za nim. Już bezpieczny usłyszał jeszcze głuchy łoskot uderzeń kamieni.  Ktoś zdusił na nim płomienie. Udało się. Żył.

Historia to nie fakty, to tylko wersja zwycięzców.  Teraz jest tylko jedna wersja wydarzeń. Wielu dla świętego spokoju woli nie pamiętać, że było rożnie. Historia nigdy nie jest czarno – biała. Przeważnie jest szara. Jeśli się było tylko trybikiem w maszynerii historii, to twoja relacja z tych wydarzeń nie jest ważna. Liczy się szerszy kontekst. Liczy się słuszny protest robotniczy. Nikt nie chce pamiętać przypadkowych ofiar. Ważna jest oficjalna wersja. Ważne jest, że „tu się zaczęło”. Jest jedna prawda historyczna. Polityka historyczna państwa. Ważna jest sława bohaterów. Ważne są pomniki.

Problem jednak w tym, że on na swoje nieszczęście nadal pamięta tamtą nadpaloną marynarkę. Pamięta spalone książki. Chyba jest jednym z ostatnich, który chce tak to pamiętać. Historie napisano już, bowiem na nowo. Teraz fakty są zupełne inne.  Równiejsze. Jednokolorowe. Ładniejsze. Pomnikowa. Bohaterskie.

dziennik pesymistyczny

Prawda to destabilizacja

Obublikował pavvel dnia Komentarzy: 1

– Państwo jest najbardziej jaskrawym, najbardziej cynicznym i najbardziej pełnym zaprzeczeniem tego, co ludzkie – napisał kiedyś Michał Bakunin. Odkąd wiem, co naprawdę myślą politycy jeszcze bardziej niż kiedyś zgadzam się z klasykiem.  Dla mnie najbardziej jaskrawym przykładem cynizmu naszej władzy jest usiłowanie odwrócenia uwagi społeczeństwa od istoty problemu. Nie ważne są prawdziwe oblicza polityków ukazane dzięki nagranym rozmową. Najważniejsze dla państwa jest to, że ktoś odważył się pokazać jak jest naprawdę. Szczera prawda zagraża interesom państwa. Narusza jego stabilność, wprowadza zamęt i obniża poziom bezpieczeństwa.

– Intencją osób czy zorganizowanej grupy przestępczej, która założyła podsłuchy (…), i systematycznie podsłuchiwała ludzi polityki i biznesu, nie jest interes publiczny. Wręcz przeciwnie, dziś widać, że jedynym efektem zorganizowanych podsłuchów, a następnie ich publikacji, jest destabilizacja państwa polskiego i to w sytuacji dość istotnej – powiedział premier. No tak, usłyszeć, co myśli o państwie konstytucyjny minister sprawiedliwości nie leży w „interesie publicznym”. Może czas przyznać, że nie leży to tylko w interesie klasy politycznej i urzędniczej dyktatury. Ujawnienie prawdziwej twarzy polityki nie leży tylko w interesie państwa, jako organizacji przestępczej o charakterze zbrojnym. Bo przecież sam minister idąc w poprzek rządowej propagandy przyznał, że: „Państwo polskie istnieje teoretycznie. Praktycznie nie istnieje dlatego, że działa poszczególnymi swoimi fragmentami, a w zasadzie jest to „niestety chuj, dupa i kamieni kupa”. Jeśli państwo nie istnieje to, czym jest ten twór jak nie organizacją przestępczą właśnie?  -Przykra sprawa – jak przesądził ostatnio premier i trudno się z nim nie zgodzić.

– Nie mamy dzisiaj wystarczającej wiedzy o tym, kto i jakim celu dokonywał i upowszechniał nielegalne nagrania. Możemy się jedynie domyślać złych intencji i złych celów, które temu zjawisku towarzyszyły (…) efektem tych działań jest zagrożenie realną destabilizacją państwa – powiedział prezydent na konferencji prasowej. Zgadzam się, ujawniona  prawda o politycznej klasie jest zagrożeniem dla państwa, bo pokazuje dobitnie,  jakimi ludźmi są ci, którzy od dwudziestu pięciu lat wmawiają nam, że pracują tylko dla dobra narodu.

– Kto ma choć krótką pamięć, to pamięta identyczne zachowania albo bardzo podobne w wydaniu przedstawicieli różnych partii politycznych – mówił prezydent. I co to znaczy? Tyle tylko, że mimo przetasowań na scenie politycznej, mimo pozornych zmian, u władzy nadal pozostają cynicy nazywani u nas klasą polityczną. I nie ważne kto aktualnie jest u koryta.

– Po pierwsze, wyjaśnienie, kto i w jakim celu dokonywał nielegalnych podsłuchów. Po drugie, wyjaśnienie, dlaczego operacja na tak dużą skalę była możliwa i została ujawniona w zasadzie przez samych sprawców tak późno. Innymi słowy konieczna jest odpowiedź dotycząca poziomu bezpieczeństwa dzisiaj i w przyszłości – oznajmił prezydent.  No oczywiście, państwo nie może sobie pozwolić, aby jakieś łachmyty podsłuchiwały jego funkcjonariuszy i ujawniały, kim są oni naprawdę. Państwo musi takich podsłuchiwaczy znaleźć i przykładnie ukarać, aby nikomu niż nigdy nie przyszło go głowy ujawnianie prawdy o politykach. Bo „efektem (takich) działań jest zagrożenie realną destabilizacją państwa – że znów zacytuje prezydenta.

Teraz to nie pozostaje urzędnikom, politykom i całej tej państwowej klice nic innego jak tylko „minimalizować straty, które w wyniku afery podsłuchowej ponosi polskie państwo”. Te straty – są zdaniem prezydenta  – ” jednak ewidentne”.  Dlatego, choć mnie to denerwuje całkowicie rozumień to ogólnopaństwowe odwracanie kota ogonem. Przecież nie może być tak, że niewolnik tak łatwo może podsłuchać rozmowy nadzorców! Oraz nabrać przez to pewności co do swojego niewolniczego stanu. Co do swej murzyńskości. Przecież może się zbuntować! Jakby tak zrozumiał, że państwo istnieje tylko teoretycznie i przestał płacić podatki? Z czego oni wszyscy by żyli?

Nic w tym, więc dziwnego, że dla prezydenta ujawniona prawda o politykach jest „źródłem poważnego smutku i przykrości”. Bo przecież „fakt tak łatwego, nielegalne podsłuchiwania istotnych osób w państwie, jak i również treść rozmów” to prawdziwy skandal, bo przecież nikt nie powinien wiedzieć, co politycy i państwowcy myślą naprawdę.

I co tu jeszcze można zrobić? Cóż, można się na chwile wymienić z „opozycją” na posady. Tak dla przetrwania systemu. Żeby obywatel miał wrażenie zmian. Niech więc „ (…) przyjdą te oszołomy, kurwa i zrobią tu, kurwa, kocioł taki, że wszyscy będą mieli… wiesz – jak prorokował prezes Orlenu w jednej z podsłuchanych rozmów. Zróbmy wybory i zamieńmy cyników i kłamców na oszołomów i wariatów.

– Dobrze zorganizowaną grupę przestępczą nazywamy mafią, najlepiej zorganizowaną mafię, nazywamy państwem – powiedział ktoś mądry. A ty obywatelu nie podsłuchuj! Nie słuchaj prawdy o politykach i urzędnikach państwowych. Płać uczciwie podatki. Słuchaj propagandy i nauk kościoła. Siedź cicho i pracuj.  Bo znając prawdę państwie destabilizujesz państwo!