Monthly Archives

18 Articles

dziennik pesymistyczny

Mieć czy być?

Obublikował pavvel dnia Komentarzy: 58

Stałem dziś przez witryna księgarni przyglądając się książce. Stałem tak z nosem przy szybie kilka minut, wpatrzony w okładkę umieszczoną na wystawie. Sterczałem przed sklepem nie dlatego, że tak oczarowała mnie mnogość tytułów w witrynie, ale dlatego że zaczęły mnie dręczyć pytania natury egzystencjalnej. Zastanawiałem się, po prostu, czy mnie stać na książkę . Czy jestem na tyle bogatym obywatelem Najjaśniejszej Rzeczypospolitej, bym mógł tak zwyczajnie bez głębszego namysłu, pod wpływem impulsu, wejść do księgarni i kupić książkę gdy mi na to przyjdzie ochota? Nie powiem, w portfelu miałem odpowiednia ilość pieniędzy,ale mój dylemat polegał na wyborze, co dla mnie jest ważniejsze: chęć przeczytania tego co mnie interesuje, czy raczej potrzeba zapłacenia rachunku za to, co niezbędne mi jest do życia. Stałem tam, jak to dziecko stojące przed wystawa cukierni, które pragnie ciastka, ale nie może go dostać, bo przed nim jest szyba. Przede mną też była szklana tafla, czy i choć chciałem książkę mieć to powstrzymywały konieczności codziennych wyborów. Ja wiem, że mimo moich pragnień, pewnych rzeczy mieć nie mogę. Każdy kto pracował lub będzie pracować w firmie, która po redukcjach zatrudnia mniej pracowników a którzy jednak są zmuszeni pracować za dwóch za tę samą stawkę, dobrze wiedzą o czym mówię. Każdy wie jak bolesny jest brak pieniędzy. Nie chodzi tu o chęć posiadania luksusowego samochodu, ale o brak pieniędzy na coś, co wydaje się niedrogie. A jednak i tak cie nie stać. Każdy, kto na wynagrodzenie czeka tygodniami,bo z przyczyn obiektywnych nie dostaje go w terminie, będzie wiedzieć jak bolesne są dylematy dnia codziennego. Nieprzyjemne są chwile gdy zastanawiamy się, czy lepiej zapłacić rachunek za prąd, czy za wodę, bo na uregulowanie obydwu płatności nie ma pieniędzy. Ja przecież wiem, bo byłem już w takiej sytuacji, co czuje ten kto musi przeżyć miesiąc za kilkaset złotych zasiłku dla bezrobotnych. Gdy tak stałem przed witryna księgarni, myślałem o tym, co kiedyś napisał Erich Fromm. Zastanawiałem się, co mnie teraz silniej pociąga. Czy chce„mieć”, czy może raczej chce „być”. Dobrze, że ten filozof napisał swoje dzieło kilkanaście lat temu , bo teraz z braku funduszy dostęp do jego przemyśleń mógłbym mieć utrudniony. Chciałbym „być” to pewne. Nie wdając się w szczegóły, to zdecydowanie moje podejście do życia. Ale czy w naszym nowym – i jak mi wmawia,co dnia, państwowa propaganda – radosnym systemie mogę być naprawdę wolny i spokojnie zajmować się swoim bytem? Chyba jednak nie. Czy dziś to „być” nie jest za bardzo spętane przez „mieć”? Od zbyt wielu i za często słyszę, że jak nie wyznaje kultu posiadania, to jestem nikim. I co ciekawsze, coraz częściej jest mi to brutalnie udowadniane. Teraz zarabiam mniej. No może nie makabrycznie mało. Raczej utrzymuje się w niskich sferach średnich. Ale jak tylko na chwile utracę kontakt z regularnym przypływem gotówki od razu zaczynam się czuć jak ktoś, kto jest gorszy. Gorszy bo biedny. Kupie tą książkę, postanowiłem, ale później… Teraz opłacę rachunek za prąd, bo po ciemku ciężko czytać. Czyli znów wygrało „mieć”, choć dobrze, że przynajmniej nadal staram się „być”.


dziennik pesymistyczny

Kapelusz emerytalny

Obublikował pavvel dnia Komentarzy: 27

Widziałem jak w telewizjilekarz państwowej służby zdrowia dziękował orkiestrze świątecznej pomocy za wsparcie,bo – jak wyznał dziennikarzowi – bez tej pomocy ich szpitala nie byłoby stać natak drogi i nowoczesny sprzęt ratujący życie. – Może kupi pan cegiełkę przeznaczoną na leczenie ciężko chorego dziecka– zaczepiła mnie wczoraj pani na ulicy. Ogłoszenia, w których ktoś prosiczytelników o wsparcie w walce z chorobą są w prawie każdej gazecie.  – Może kupi pan krzyżówkę, z której dochódprzeznaczony jest na pomoc chorym dzieciom – zagadnęła mnie dziś rano pani naulicy. I takie pytania zadawane mi są prawie każdego dnia. Tydzień temuodwiedziła mnie w domu pani zbierająca datki na hospicjum. Za każdym razemwyciągam portfel i staram się pomóc jak mogę. Nie zawsze mogę wspierać takieakcje dużymi kwotami, bo mnie na to po prostu nie stać, ale zawsze staram sięwygrzebać przynajmniej złotówkę czy dwie. Zgodnie z artykułem sześćdziesiątym ósmympolskiej Konstytucji każdy z nas ma prawo do ochrony zdrowia. Obywatelom,niezależnie od ich sytuacji materialnej, władze publiczne zapewniają równydostęp do świadczeń opieki zdrowotnej finansowanej ze środków publicznych. Todlaczego płacąc bardzo wysokie podatki mam nieodparte wrażenie, że jeślispołeczeństwo w zbiórkach nie będzie wspierać służby zdrowia, to nasze szpitaleco najwyżej będzie stać na leczenie dobrym słowem. Gdzie są pieniądze z naszychpodatków? Gdzie jest to, co mam konstytucjonalnie zagwarantowane? Ostatnio mojaznajoma miała kłopoty z oczami. Po tym jak powiedziano jej, że na wizytę ulekarza będzie czekała ponad miesiąc postanowiła za poradę lekarza okulistyzapłacić sama. Nie miała jednak pieniędzy, bo koniec miesiąca, więc wsparła jąfinansowo rodzina.  Może wprowadzićpowszechną zasadę zbieractwa. W znaczeniu pozytywnym.  Żadne tam żebranie, ot jednym z nas, tymzaradnym i tym u władzy powodzi się lepiej, to niech wspomogą tych, którym jestnie tak dobrze jak im. Nauczyciele przeprowadzaliby zbiórki wśród rodziców iuczniów na własne pensje oraz na działalność szkoły. Pacjenci przed wizytąlekarza sprzedawaliby na ulicach cegiełki na własne leczenie.  Przed odjazdem pociągu konduktor zebrałby, cołaska na paliwo lub prąd do lokomotywy. A emerytury? No cóż może już terazzacznę wieczorami wystawać na rogu ulicy z kapeluszem w ręku zbierając naprzyzwoitą emeryturę? Bo wiem, że państwo mi jej nie zapewni. I tak rośnie namrzeczpospolita żebracza. Na tych co rządzą nie ma co liczyć.

 

dziennik pesymistyczny

Nielegalni, bo nie grają w piłkę

Obublikował pavvel dnia Komentarzy: 1

Kiedyś wpadł mi w ręce poradnikdla emigrantów. Jakiś polski ważny urząd radził w broszurce jak mam sięzachować i co począć jak już zdecyduję się na opuszczenie naszego pięknegokraju, gdzie „gdzie bursztynowy świerzop, gryka jak śnieg biała, gdziepanieńskim rumieńcem dzięcielina pała”. Wiem, przesadziłem… bo ta ojczyzna,co ją tak pięknie nasz poeta, opisał to teraz zagranicą naszego państwa jest.  Ale wracając do broszurki to było tam wieleciekawych i pouczających rad dla Polaka – emigranta – co to za chlebem wyruszaw świat. Jak dziś przeglądałem spis kontaktów w moim telefonie to okazało się,że prawie połowa moich znajomych to już od lat ma zagraniczny numer telefonuoraz adres. Przyzwyczaiwszy się to tego – że Jarek to w Paryżu a Marzenka w Londynie- jakoś nie bardzo możemy zrozumieć to, że jakiś innostraniec pragniezamieszkać właśnie nad Wisłą. Emigrujemy, bo nam wolno. I chyba czas zrozumieć tych innych. Przyjąć dowiadomości, że istnieją na świecie ludzie, dla których Polska jawi sięprawdziwym rajem. I czas najwyższy coś zrobić z tym żeby nikt, kto pragnieswoją przyszłość związać z Polską nie czuł się u nas nielegalnie.  Oglądając telewizję czy czytając prasę możnadojść do wniosku, że nasze ważne urzędy powinny wydać jak najszybciej instrukcjęinformującą obcokrajowców zamierzających się zatrzymać u nas dłużej. Niechbędzie określone czarno na białym, kogo sobie życzmy w Polsce, a kto niepowinien się do nas wybierać.  Bo jakwidać sama chęć szczera zostania Polakiem już nie wystarcza. Pewna rodzinapochodząca z Mongolii, mieszkała w Polsce od jedenastu lat. Nielegalnie. Odkilku lat ludzie ci starali się o uzyskanie tymczasowego pobytu. Decyzje w tejsprawie podejmuje wojewoda, zawsze jednak odmawiał. Rodzina odwoływała dourzędu do spraw cudzoziemców, ale niekorzystne decyzje zawsze były podtrzymywane.W styczniu – jak donosiły media – rodzina trafia do ośrodka dla uchodźców.Trafił tam też jedenastolatek urodzony w Polsce i student AGH, który właśniemiał bronić pracę inżynierską.  Potygodniach stresów związanych z groźbą deportacji oraz po odwołaniu się doostatecznej instancji, jaką jest telewizja(!), urzędnicy uznali łaskawie zerodzina może w Polsce zostać. Ormiańskie małżeństwo przyjechało do naszegokraju z dwójką małych dzieci. Zamieszkali pod Koninem. Przez dziesięć lat żyliw Polsce nielegalnie, ale kiedy w dwa tysiące czwartym roku państwo ogłosiłoamnestię dla przebywających w naszym kraju obcokrajowców, Ormianie ujawnili sięi dostali tymczasową kartę pobytu. Teraz grozi im deportacja, bo nie spełniająjednego warunku – za mało zarabiają. Nie okazali się cennym nabytkiem dlanaszego społeczeństwa. Może czas w końcu przyznać w wydanej drukiem instrukcjiprzetłumaczonej na sto języków, że my nie potrzebujemy ciężko pracującychludzi. Polska potrzebuje sportowców! Jak cudzoziemiec i piłkarz poczuje się Polakiemto wystarczy kilka tygodni, a już na srebrnej tacy otrzymuje polskieobywatelstwo.  Za to, jeśli ktoś urodziłsię w Polsce w rodzinie emigrantów, mieszka tu stale, włada poprawnie językiempolskim, nawet, jeśli tu studiuje i czuje się Polakiem to może to niewieleznaczyć dla urzędnika. Czasem mi się wydaje, że w Polsce bardzo łatwo zostaćnielegalnym emigrantem, jeśli nie wykazuje się talentów sportowych. Bo w Polscenajbardziej potrzeba nam jak widać emigrantów sportowców.

 

dziennik pesymistyczny

Naginanie rzeczywistości

Obublikował pavvel dnia Komentarzy: 0

Zdecydowanie za dużo czasuminęło od czasów realnego socjalizmu w polskim wydaniu, czyli od systemu realnegostania w kolejkach przez większość naszego społeczeństwa. Teraz nie stoimy, boi po co stać, jak i tak większości nie stać na to, co jest w sklepach ogólniedostępne. Zmieniło się też nasze myślenie o kolejkach.  No może nie u wszystkich, ale u niektórych, tych,co teraz nami władają to już na pewno. Kiedyś, jeśli ktoś wpychał się bezczekania to uważany był za… no, był niegodny szacunku społecznego. – Pan tu niestał – można mu było powiedzieć, ale to i tak nie zawsze działało, bo wodpowiedzi można było usłyszeć: – Panie wsiądzie pan w 125, dojedzie na placZamkowy. Tam jest kolumna Zygmunta. Pójdzie pan i mu powie: Pan tu nie stał. Takbyło dawniej, ale dawniej to były czasy błędów i wypaczeń. Teraz jestzdecydowanie lepiej, przynajmniej w służbie zdrowa. Teraz nie musimy takfizycznie stać w kolejce do lekarza dniami i nocami. Teraz możemy się zapisaćna wizytę u specjalisty i już za sześć miesięcy mamy szanse się do niegodostać. No oczywiście przy założeniu, że nas wcześniej jasny szlag nie trafi znerwów, że tyle czekamy lub nie wykończy do tego czasu nas choroba. Jeśli sięnad tym głębiej zastanowić to nasze zejście z tego świata jest nawet dobre dlasystemu zdrowotnego, bo gdy już przeniesiemy się na łono Abrahama czy do krainywielkich łowów – jak kto woli – to zwolnimy miejsce w kolejce i sytuacjazdecydowanie się poprawi. Ale zmiany są widoczne, nie ma co narzekać. Co prawdanadal większość Polaków spędza sporo życia w kolejce do lekarza, to przecieżidzie ku lepszemu. Jaśniepaństwo nam panujące robi przecież, co kilka miesięcy kolejnewspaniałe reformy. I tak te zmiany bez zmian trwają już ponad dwadzieścia lat. -Każdy, kto kupi dodatkowe ubezpieczenia, zwolni miejsce w kolejce dla tych, którychnie stać na ubezpieczenie – usłyszałem wczoraj w telewizji. I taki było ogólnyton większości medialnych doniesień o dodatkowych ubezpieczeniach zdrowotnych.I to mnie zmusiło do zastanowienia się nad zdrowiem tych, którzy to proponują. Jeślidobrze rozumiem zasadę kolejki, to ktoś, kto stał za mną w kolejce wejdzie dogabinetu lekarskiego pierwszy to ja i tak będę stał w tym samym miejscu dalej,bom biedny. Kocham taką logikę. Załóżmy teoretycznie, że jestem osobnikiem,który ma pieniądze i chce się dostać do specjalisty. W kolejce jest sto osób,ale oni nie są ubezpieczeni dodatkowo, więc ja macham swą złotą kartąubezpieczeniową i wchodzę do gabinetu lekarskiego bez kolejki. Czyli jeślibyłem sto pierwszy to teraz za mną jest sto osób i ten w kolejce, który byłpierwszy jest teraz drugi i tak dalej. Chyba, że ci z super kartą ubezpieczeniowąbędą chodzić do całkiem innych lekarzy niż ja. A ja nadal będę stał w kolejcedla tych, którzy są w zasadzie obywatelami tego państwa, ale z racji zamożnościnie zaliczają się do godnych opieki zdrowotnej na godziwych warunkach.  Ale wtedy tłumaczenie mi, że nie jestemdyskryminowany w dostępie do lekarza – gdy mnie na niego nie stać – jest jak iteraz zdecydowanym nagnaniem rzeczywistości. Czyli teraz ten, kto ma dodatkoweubezpieczenie zdrowotne, bo go na nie stać może mi powiedzieć: pan tu nie stał.A ja? Ja mogę wsiąść w 125, dojechać na plac Zamkowy. I tej kolumnie sięwyżalić, bom biedny.

 

dziennik pesymistyczny

Wydział spraw zaginionych

Obublikował pavvel dnia Komentarzy: 1

W związku z wydarzeniami, które miały miejsce kilka dni temu w mym mieście, wnioskuję z tego miejsca, opowołanie w każdym urzędzie specjalnego wydziału lub komisji do spraw zaginionych. Napisałbym pismo w tej sprawie, ale w świetle wydarzeń, o których napiszę poniżej nie mam pewności, kiedy i czy kiedykolwiek dostałbym odpowiedź.Pewien działacz społeczny z mojego prowincjonalnego miasta postanowił zdekomunizować plac, który ze względu na swoje położenie przez te wszystkie lata trwał przy nazwie, która okazała się nieprzystająca do naszych czasów. Tak przynajmniej odczuwał ten pan i postanowił coś z tym zrobić. Aktywiście nie spodobała się osoba patrona i w skierowanym do urzędu piśmie zasugerował zmiany. I miał do tego prawo. To jest historia, jakich wiele w naszym kraju,ale ja w zasadzie nie o tym chciałem pisać. Ten działacz wysłał – jak donosi lokalna prasa – swoje pismo dotyczące proponowanej zmiany patrona placu dokomisji kultury, dwudziestego piątego listopada dwa tysiące dziewiątego roku. A tu nagle i niespodziewanie kilka tygodni temu, choć te słowa są tu zdecydowanienie na miejscu, szanowna komisja zajęła się jego sprawą sprzed roku. Członkowie komisji kultury i promocji mojego miasta postanowili dyskutować o tej sprawie dopiero czternastego lutego dwa tysiące jedenastego roku. Czyli minęło trochę czasu. Z tego, co wiem, każdy urząd powinien załatwiać sprawę, z którą się do niego zgłasza obywatel bez zbędnej zwłoki, a już najpóźniej w ciągu miesiąca. Aw przypadku tego pisma trochę się to wszystko przeciągnęło. Ja też swojego czasu poczułem w sobie ochotę, aby zmienić patrona pewnej ulicy. Napisałem do odpowiedniej instytucji w mieście i czekałem. I po wielu interwencjach, policznych telefonach dostałem odpowiedź prawie po dwóch latach. Przez cały ten czas słyszałem tylko urzędnicze wyjaśnienia, że moja sprawa wędruje od wydziału do wydziału i każdy z tych wydziałów ma miesiąc na rozpoznanie sprawy, dlatego to wszystko tyle trwa. O każdym opóźnieniu powinienem zostać niezwłocznie informowany, ale chyba nie wtedy, gdy sam się o to prosiłem. Bo tak z własnej inicjatywy to żaden urzędnik się do mnie nie odezwał. Gdy się w końcu doczekałem listu z urzędu to zawierał od jedno zdanie, w którym zmieściła się odpowiedź oraz jej uzasadnienie. Ponad dwa lata oczekiwania i jednozdaniowa odpowiedź. Ale ja i tak miałem szczęście, bo moja sprawa nie zaginęła. A może właśnie nie miałem szczęścia, bo gdyby to moje pismo gdzieś utonęło na dnie urzędniczej szuflady to może bym się doczekał lepszych czasów, czy innej władzy i odpowiedź byłaby pozytywna? Ale wróćmy do tego działacza społecznego pragnącego zmiany patrona placu. Miał człowiek wiele szczęścia, bo już po ponad roku ktoś odszukał jego pismo. – Odnalazłem to pismo w teczce „Sprawy różne” – wyznał nowy przewodniczący komisji kultury i promocji w wywiadzie dla lokalnej gazety. Ludzie, którzy czekacie na odpowiedzi z urzędów, mówię wam, nie traćcie nadziei! Bądźcie ludźmi nadziei! Może nastanie kiedyś nowy przewodniczący, nowy naczelnik, czy zwyczajnie nowy urzędnik i podczas robienia porządków po swym poprzedniku znajdzie wasz wniosek czy pismo sprzed lat w zakurzonej teczce znapisem „ Sprawy Różne” i doczekacie się w końcu odpowiedzi. 

dziennik pesymistyczny

Człowiek z dwugroszówką na czole

Obublikował pavvel dnia Komentarzy: 5

 – Za naszych czasów tobyły piosenki, teraz to ani w tym melodii ani tym bardziej sensu w tekście –mawiał mój ojciec. I jak to często bywa podczas dyskusji, w których stronami sądwa pokolenia, ja – na temat muzyki rockowej czy każdej innej dziedziny -miałem przeważnie odmienne zdanie od mego szanownego rodzica. Często tak tylkodla zasady, bo ojciec często przywoływał, jako argument tekst piosenki takzawiły i wydumany, że nie mogłem go za nic obronić, choć starałem się z całychsił. W imię zasady oczywiście.  Pamiętamjak spieraliśmy się kiedyś o utwór zespołu Elektryczne Gitary. –  Wsiadł do autobusu człowiek z liściem nagłowie; Nikt go nie poratuje, nikt mu nic nie powie, tylko się każdy gapi –brzmiały pierwsze słowa piosenki. Kiedyś – choć się do tego nigdy nieprzyznałem przed ojcem – słowa te brzmiały jakoś tak… no krótko mówiąc, utwórnie przemawiał do mnie. Wydawało mi się, że to taka piosenka o niczym. Taki lekki, wpadający w ucho utwór. Nie znajdowałem wtedy wjego tekście nic, co zmuszało do głębszych przemyśleń. Ale do czasu. Kilka dnitemu kupowałem w kiosku gazetę. Resztę drobnych pieniędzy, które dostałem odsprzedawcy, wsypałem do kieszeni kurtki. Miałem tam też schowaną czapkę, którą założyłem, gdy zmarzła mi głowa.  Gdy byłem w sklepie i znów było ciepło,pozbyłem się nakrycia głowy i na powrót schowałem je do kieszeni. – Co tak sięwszyscy na mnie gapią – zastanawiałem się? Niewątpliwie każda prawie osoba przyglądałami się badawczo.  Ludzie mijali mniewpatrując się w moją twarz z dziwnym zainteresowaniem i uśmieszkiem naustach.  Dopiero po dłuższej chwili mojadziewczyna mówiąca coś do mnie, spojrzała w moją stronę i … zdjęła mi z czoła przyklejonetam dwa grosze.  Widocznie drobnypieniążek na początku trafił do czapki, z którą dzielił miejsce w mojej kieszeni,aby następnie razem z nakryciem głowy trafić na moje czoło orzełkiem dowierzchu. I gdy już czapki nie miałem na głowie, to niestety moneta pozostała.I tak oto przez ponad dziesięć minut paradowałem po sklepie w przyklejoną domojej łysiny dwugroszówką. – Tylko się każdy gapi i nic; Siedzi w autobusieczłowiek z liściem na głowie; O liściu w swych rzadkich włosach nieprędko siędowie – przypomniały mi się słowa piosenki sprzed lat.  Ja z tym złotym pieniążkiem na czole wędrujęprzez centrum handlowe i „Nikt go nie poratuje, nikt mu nic nie powie; Tylkosię każdy gapi, tylko się każdy gapi i nic”, – że jeszcze raz zacytuję tekstpiosenki idealnie pasujący do mojej sytuacji. I dopiero moja dziewczyna, – gdyjuż przestała się śmiać – poinformowała mnie, że jestem człowiekiem zdwugroszówką na czole.  Tak oto po latachzrozumiałem, co poeta miał na myśli i musiałem do tego dojść niestety w tendość nietypowy sposób. Ale za to przeżyłem to, czego doświadczył podmiotliryczny piosenki.

dziennik pesymistyczny

Prawie policjant

Obublikował pavvel dnia Komentarzy: 1

– Wiesz, że jakby to twojegadanie usłyszał strażnik miejski to mógłbyś dostać mandat – poinformował mójznajomy naszego wspólnego kolegę po tym, jak ten ostatni wygłosił płomiennąmowę o pewnym parlamentarzyście z naszego miasta. W swą oskarżycielską oracjęwplótł kilka słów uważanych powszechnie za obraźliwe, co po zmianie przepisówmogło się skończyć interwencją mundurowych. Od dziś przecież nasi miejscystróże prawa zostali przez posłów wyposażeni w nowe uprawnienia. Teraz, zaznieważanie Polski, narodu polskiego, premiera, prezydenta czy parlamentu, profanowaniehymnu i flagi Polski straż miejska będzie mogła wymierzyć mandat. Czyliniepochlebne i dosadne, a do tego publiczne wypowiedzi mojego kolegi o pośle,jak nic kwalifikują się do kary grzywny. To nie jedyne nowe uprawnienia, jakimiparlamentarzyści obdarowali strażników. Teraz można się spodziewać kary na przykładza podawanie fałszywych danych osobowych. Do wczoraj jak osobnik podejrzany nie chciał się wylegitymować lub cośkręcił i nie chciał powiedzieć jak się nazywa, miejscy stróże prawa i porządku musieliwzywać na pomoc policję. Dzisiaj człowiek, który nie okaże dokumentów możedostać mandat już bezpośrednio od strażnika. Moim zdaniem takie rozszerzanie wnieskończoność uprawnień strażników jest niebezpieczne. Bo jak to już kiedyśpisałem, strażnik miejski jest przecież pracownikiem samorządu, czylimagistrackim urzędnikiem, a nie funkcjonariuszem policji. Mundur jednak daje muwielką władzę. A od wczoraj jeszcze większą. Strażnik jednak nie podlega ostrymrygorom naboru i szkolenia, jakie przechodzą kandydaci na policjantów. Zasadnymjest więc pytanie, czy strażnik miejski jest dobrze przygotowany do pełnieniafunkcji policyjnych. I czy te uprawnienia, które ma na mocy odpowiednich ustaw,z braku odpowiedniego szkolenia, wiedzy, czy nawet odpowiednich predyspozycjipsychicznych, nie będą nadużywane. Jest kilka przykładów które mogą niepokoićjak choćby przypadek pewnego obywatela z Łodzi, który sfotografował źlezaparkowany samochód straży miejskiej. I tym właśnie czynem wzbudził wielkigniew strażników miejskich, którzy w stosunku do delikwenta użyli środkówprzymusu bezpośredniego w postaci siły fizycznej oraz kajdanek. Użyli, bomogli. Następnie doprowadzili mężczyznę do najbliższego komisariatu policjigdzie spędził kilka godzin.  Zrobili to,bo pewnie uważali, że poprawnie korzystają ze swoich uprawnień. Taki urzędnikmiejski w mundurze to już prawie policjant. A jak wiadomo prawie robi dużąróżnicę.

dziennik pesymistyczny

Zamęczyć windykacją

Obublikował pavvel dnia Komentarzy: 3

– Bo nie chce mi się już z nimi rozmawiać – odpowiedział mój znajomy gdy zapytałem dlaczego nie odbiera swojego telefonu.  I tak przy akompaniamencie melodyjki z jego aparatu opowiedział mi o tym jak go prześladują firmy windykacyjne. Gdy pracował, namówiony przez wszechobecne reklamy banków,postanowił zaciągnąć kredyt na zakup mieszkania.  A że zarabiał dobrze, jak na warunki panujące w naszym mieście, to na tym jednym kredycie nie poprzestał. Ale też nieprzesadził. Wszystko było w normie. Spłacał to, co się należało bankowi przez kilka lat. Niestety nic nie trwa wiecznie. Teraz mój znajomy zasilił szeregi bezrobotnych. A jak chyba każdy – kto choć raz miał tę nieprzyjemność bycia bezrobotnym – wie, że zzasiłku nie da się utrzymać domu i jeszcze spłacać raty. Ale on nie poddał się i jakoś starał się spłacać. Ale oczywiście nie mógł utrzymać regularnych płatności, więc szybko trafił na listę firmy windykacyjnej. I zaczęły się telefony o różnych porach dnia. – Dzwonią nawet kilkanaście razy w ciągu dnia –zwierzał się kolega. – Pytają czy wiem, że mogą mi zabrać mieszkanie. Czy wiem, że podpisałem umowę, czy nie boję się o los dzieci, czy mam samochód… tłumaczę, że robię wszystko, co mogę żeby spłacić, co jestem winien, ale to nic nie pomaga i tak za kilka dni znów dzwonią – dodał. Opowiadał, że jest tym wszystkim bardzo zestresowany. Zawsze jak dzwoni telefon czy ktoś puka do jego drzwi toaż podskakuje przerażony.  – Bo jeszczestraszą mnie, że przyjdą do domu i będę się musiał wstydzić przed sąsiadami –żalił się znajomy. Faktycznie wyglądał fatalnie. Odpalał drżącymi rękoma papierosa od papierosa a przecież wcześniej nie palił. – Nie wiem jak długo wytrzymam taką presję – powiedział na zakończenie.  Po powrocie do domu przeczytałem w gazecie, że stalking będzie przestępstwem.  Posłowie zdecydowali o nowelizacji kodeksu karnego. Teraz za uporczywe, złośliwe nękanie mogące wywołać poczucie zagrożenia grozić będzie do trzech lat więzienia. W przypadku, gdy osoba nękana targnie się na swe życie, kara może wzrosnąć dodziesięciu lat. Nękanie, określane, jako stalking, to na przykład wykonywanie licznych telefonów do ofiary, wysyłanie jej sms-ów, nachodzenie w domu. Kara będzie grozić również osobom wykorzystującym wizerunek pokrzywdzonego lub inne jego dane osobowe w celu wyrządzenia mu szkody. – Bardzo ciekawe czy takie uporczywe nękanie mojego znajomego telefonamii  sms-ami to już stalking czy jeszczenie? – zastanawiałem się. Przecież nie wolno wysyłać dłużnikom pism, czy nagabywać ich telefonicznie w sposób, który może u nich wywołać uczucie lęku. Niedopuszczalne jest częste nękanie telefonami i wizytami w jego miejscu zamieszkania. Nie można też powiększać sumy zadłużenia o wszystkie kosztyczynności windykacyjnych.  A w przypadku mojego znajomego wszystko to miało miejsce. – Zgłoś to gdzie trzeba – tłumaczyłem.  – Nie wiem, czy mam jeszczesiłę walczyć – odpowiedział. To smutne, że w wolnej Polsce wszystko zależy odpieniądza, bo jak ich nie ma to przestajemy być podmiotem a stajemy się tylko przedmiotem finansowej gry o zysk.  I choć prawo nas teoretycznie chroni to nie każdy ma siłę walczyć. Bo bezrobocie i te poniżające praktyki firm windykacyjnych potrafią zniechęcić do walki i dożycia. Można człowieka zamęczyć telefonami? Tak można.