Yearly Archives

170 Articles

dziennik pesymistyczny

Zmuszony do pytań

Obublikował pavvel dnia Komentarzy: 1

– Panie redaktorze, ja jestemzmuszony zapytać pana, z jakiej pan jest redakcji: polskiej czy niemieckiej? – zapytałemkolegę pracującego dla pewnej lokalnej gazety. W mych dociekaniach, co dopochodzenia pisma inspiracją były słowa klasyka polskiej myśli politycznej,naszego wielkiego prawego i sprawiedliwego, specjalisty od wszelkich podziałówi ustawiania ludzi tam, gdzie powinni stać, czyli… nasz ukochany prezes. Tytułczasopisma, w którym pracuje mój znajomy, brzmi tak z angielska, co możesugerować, że mamy tu przypadek całkowicie niepolskiej redakcji, dlategoprzecież uzasadnione było moje pytanie. Bo przecież zawsze trzeba wiedzieć, zkim się przebywa. Co prawda w piśmie większość tekstów jest w języku polskim iz tego, co wiem, właściciele, dziennikarze, współpracownicy, specjaliści odreklamy wszyscy są Polakami, ale co ja tam wiem, trzeba to ustalić, bo przecieżjakby się okazało, że oni są z „opcji niemieckiej”, to pewnie by mi to czytanietekstów taką wodę z mózgu zrobiło, że… no sam nie wiem, pewnie tak bym zgłupiał,przestałbym wierzyć w świętą wizję prezesa. Dlatego ważne jest wiedzieć, gdzie,kto pracuje. Ten w polskiej redakcji, a ten w niemieckiej. A co z moją koleżanką,która już od kilku lat pracuje w firmie, gdzie całe kierownictwo to Amerykanie,ba, cała firma jest amerykańska. Do tej pory mi to nie przeszkadzało, aleteraz? No, nie wiem… zapytam ją może czy ona jest z firmy: polskiej czyamerykańskiej. To może być przecież bardzo ważne. A może zacznę od siebie… Mojababcia urodziła się w Rostocku, przed wojną, a pamiętajmy, kto tam wtedyrządził. Co prawda urodziła się w rodzinie polskich emigrantów, za młodu lepiejznała niemiecki niż polski, to pewnie w oczach tych, którzy uważają się za prawychi sprawiedliwych, to pewnie więcej z niż „dziadek z wermachtu”.  A właśnie, dziadek… przecież dziadek podczaswojny pracował w niemieckich fabrykach zbrojeniowych!, Co prawda nie z własnejwoli a przymuszony, ale zawsze!  Pracowałnie w polskiej, a w niemieckiej fabryce. Niedobrze. A tu jeszcze dziadkowie odstrony ojca mieli w rodzinie Ukraińców z racji ówczesnego zamieszkania. Ja tomam pecha. Nie dość, że niemiecka to jeszcze ukraińska opcja. A jak wiadomo wPolsce Ukrainiec to już prawie Rosjanin, więc nie mam szans w nowejRzeczypospolitej. A do tego przez wiele lat związany byłem w firmą, którejwłaścicielami są Węgrzy… sam obawiam się tego, czym się mogłem zarazić.Przecież ja pracowałem w węgierskiej a nie w polskiej firmie! Przez te słowaprezesa teraz czuję się zmuszony zapytać samego siebie i wszystkich wokół mnie,z jakiej są redakcji czy firmy: polskiej czy niemieckiej? Amerykańskiej,węgierskiej, francuskiej czy, mój Boże, rosyjskiej. I odkryłem wiele ciekawychspraw: okazało się, że Ewa od dawna tkwi w opcji amerykańskiej, Monika wizraelskiej chyba, ale tu sprawa jest skomplikowana, bo to raczej pomówienia,co do pochodzenia, sugerują kraj pochodzenia właścicieli, Krzysiek jak nic wrosyjskiej, ja w węgierskiej… jakby tak się rozejrzeć to każdy tu ryje i knujei nikt nie pracuje w narodowo, czysto polskiej firmie. Zdanie, któredoprowadziło do tych moich narodowych rozważań usłyszał od prezesa prawych isprawiedliwych dziennikarz TVN. Wcześniej redaktor spytał prezesa, jakie ciemnesiły stoją za wyborem Angeli Merkel na kanclerza Niemiec. O tych tajemnych iniedopowiedzianych siłach wspominał jeszcze wcześniej „Lider” w swojejnajnowszej książce. Swoją drogą ten to ma wiedzę na każdy temat, pozazdrościć.- Dobrze być polskim dziennikarzem. Polskim dziennikarzem, panie redaktorze -rzekł też prezes do dziennikarza. I teraz to ja już naprawdę nie wiem, wydawałomi się, że jestem polskim pracownikiem, ale teraz to ja już przez te słowaprezesa nie wiem, polskim jestem czy węgierskim pracownikiem? Rosyjskim czyniemieckim? Amerykańskim? Francuskim? Ukraińskim… Znów prezes skomplikowałmoją egzystencję… 

 

dziennik pesymistyczny

Tu się tyle nie zarabia…

Obublikował pavvel dnia Komentarzy: 0

Mój kolega pracujący od kilku lat w stolicy naszego pięknego kraju postanowił w nagłym przypływie lokalnego patriotyzmu powrócić na rynek pracy rodzinnego miasta na prowincji. Przeglądał oferty pracy, wysyłał CV i już po kilku miesiącach znalazł w tych ogłoszeniach prasowych coś, co mu przypasowało. Było zgodne z jego wykształceniem oraz dotychczasowym przebiegiem jego kariery zawodowej. No, był w zasadzie idealnym kandydatem na to stanowisko. Wysłał list motywacyjny, curriculum vitae oraz fotografię. Czekał dwa tygodnie i… miał szczęście, bo został zawezwany na rozmowę kwalifikacyjną. Stawił się mój znajomy w siedzibie wielkiej firmy o amerykańskim rodowodzie z siedzibą w moim mieście. Został miło przejęty przez komisję rekrutacyjną, a rozmowa upływała w miłej i przyjemnej atmosferze wzajemnego zrozumienia. – To ile by pan chciał zarabiać? – zapytała w pewnej chwili pani z komisji, bo przecież jest to klasyczne pytanie, jakie takie komisje zadają kandydatowi do pracy. I w zasadzie nie wiadomo jak się w tedy zachować, bo przecież ja dla przykładu to chciałbym zarabiać kilka milionów, ale czy moje chęci są tu najważniejsze? W takich chwilach najczęściej staram się wpasować w ich oczekiwania, ale to też przecież nie jest takie łatwe, bo skąd ja mam wiedzieć ile to oni przeznaczali na pensję dla nowego pracownika. Nie jestem jasnowidzem. A oni pewnie jak powiem za dużo, to mnie nie przyjmą, a jak powiem za mało to uznają, że jestem mało ambitny i też zostanę skreślony. Ciężka sprawa z takim pytaniem. Wracając do sprawy mojego kolegi, który usłyszał pytanie: – To ile by pan chciał zarabiać? On w przeciwieństwie do mnie, dokładnie wiedział. Kolega uważał, że z jego doświadczeniem zawodowym nie może zarabiać mniej niż dotychczas. Dodał, więc kilka procent i wyszła mu odpowiednia jego zdaniem liczba. – Siedem tysięcy miesięcznie brutto – odparł mój znajomy. Po tej informacji atmosfera na spotkaniu rekrutacyjnym jakby trochę siadła… pani jakoś tak mniej była zainteresowania dokonaniami zawodowymi mojego kolegi. – To proszę pana nie Warszawa, to jest R…, tu się tyle nie zarabia – stwierdziła pani z komisji, gdy rozmowa powróciła znów do wysokości spodziewanej pensji mojego znajomego. Spotkanie trwało jeszcze chwilę, ale już bez obopólnych emocji. – Mieli się odezwać do mnie, ale się już nie odezwali – wyznał mi kolega nadal mieszkający i pracujący w warszawskiej korporacji. – Dowiedziałem się też, ze przyjęli innego kandydata i płacą mu dwa tysiące miesięcznie brutto – dodał. No tak, to miasto na prowincji, tu ludzie mniej jedzą, mniej piją, mniej płacą za rachunki, mniej za ubranie, za buty, mniej wydają w restauracjach… ogólnie nie potrzebują zarabiać… nie to, co w stolicy.  Ale jedno jest dziwne, że pracować mają tak jakby te siedem tysięcy zarabiali, a przecież zarabiają tylko dwa. Kilka tysięcy mniej za tę samą pracę… przypomniał mi się billboard pewnej sieci handlowej, napis na nim głosił: trochej dalej – dużo taniej… faktycznie coś w tym jest.

 

dziennik pesymistyczny

Nie jestem cyferką w bankowym rejestrze

Obublikował pavvel dnia Komentarzy: 1

W zasadzie, w Europie nie maodpowiedzialności zbiorowej, ale za błędy urzędników czy polityków oraz zapazerność finansowych korporacji odpowiadają wszyscy obywatele oczywiście zwyłączeniem tych za to odpowiedzialnych. Taka sprawiedliwość jest kontestowanaw wielu stolicach europejskich gdzie odpowiedzialność za fatalny stangospodarki zrzucona została na zwykłych szarych obywateli. Nie wiem, dlaczego nibyja osobiście, oraz miliony mi podobnych mamy odpowiadać za to, że ktoś tam naszczytach korporacyjnej i urzędniczej władzy podjął błędną decyzję, co zaskutkowałoogromną stratą finansową państwowego budżetu. Dlaczego ja mam odrobić straty, które powstały w skarbcu źlezarządzanego banku? Czy ja naprawdę jestem winien temu, że ktoś postanowiłprowadzić kosztowną wojnę zamiast wydać pieniądze na coś, co mogłobystabilizować gospodarkę? – System jest doskonały, tylko społeczeństwo do niegonie dorosło – usłyszałem kiedyś takie stwierdzenie i było to bardzo dawno,jeszcze w latach PRL-owskiech błędów i wypaczeń. Odnoszę wrażenie, że mimoupływu lat nadal to stwierdzenie jest aktualne. Z rozbawieniem oglądam iwysłuchuję w telewizji ekspertów przekonujących mnie, że w zasadzie systemrządów jest słuszny, że to, co się dzieje w Grecji czy w innych państwachzagrożonych upadkiem finansowym, to nie wynik oddania władzy korporacjomfinansowym, nie jest to też wynik niesprawności i nieefektywności systemu, towynik tego, że obywatele się tak rozbestwili, że chcądobrze zarabiać. System jest jak najbardziej poprawny, tylko tak jakoś wyszło,że ci wredni obywatele za dużo chcą. Tak się rozbestwili, że chcą emerytur,opieki zdrowotnej, darmowego szkolnictwa, dodatków do pensji i to właśnie przezto, jak nic musiało dojść do upadku, bo w żadnym razie nie zawiniło tu to, żektoś tam popełnił błąd i kupił obligacje, które okazały się śmieciami. Żadenurzędnik, minister czy polityk nie jest winien. To wina tychnieodpowiedzialnych tłumów, które protestują na ulicach żądając chleba i pracy.Pewnie jak to przeczyta ekonomista, to od razu narażę się na zarzut, że co jatam wiem…, że przesadzam i usłyszę zapewne, że „są pewne prawa ekonomii”… Alemnie nie chodzi o to, żeby szukać winnych, mnie chodzi o to, żeby mnie nikt jużnie okłamywał. Jeśli prywatny bank, u którego siedzą w kieszeni rządy połowyświata źle zainwestował, to nie mogę być za to odpowiedzialny, nie można pokryćstraty finansowej banku kosztem cierpienia całych narodów. Nie rozumiemtłumaczenia, że ktoś ma bez pracy i domu przymierać głodem tylko, dlatego, żebyw jakiejś korporacji finansowej wzrosły słupki przychodów. Nie ja odpowiadam zakryzys tylko nadnarodowe korporacje, które są prawdziwym rządem naświecie.  To system oparty na wyzyskujest zły, a nie przerost potrzeb obywateli. Wszystko tak bardzo uzależniliśmyod pieniądza, że już dawno straciliśmy kontrolę nad państwem. Dlatego nie dziwimnie to, że tak wielu nie uważa je za swoje. Nie chcę być tylko cyferką, częścią wykresu… nie chcę, żeby celemistnienia państwa było zadowolenie banków. Chcę demokracji i powrotu do tego, żeto człowiek jest tu najważniejszy.

 

dziennik pesymistyczny

Kandydat z plakatu

Obublikował pavvel dnia Komentarzy: 0

– Kto to jest? – zapytał pannumer jeden wskazując palcem plakat wyborczy z podobizną pana wielcezatroskanego, pewnie o losy naszej ojczyzny. – A skąd, ja mam wiedzieć?Pierwszy raz go widzę, nie mam najmniejszego pojęcia? – Odpowiedział pytaniamipan numer dwa. – Kandyduje z… – Dodał pan pierwszy. Oczywiście pan tenpowiedział z poparciem, jakiej partii startował pan z fotografii, której nazwabyła wyraźnie uwidoczniona na plakacie wiszącym na latarni ulicznej, ale ja niechcę tu prowadzić agitacji.  – I co ztego… i tak go nie znam – odparł pan numer dwa. – Tak jak i ja – przyznał pan numer jeden. Do wyborów pozostało mniejniż dwa tygodnie. A jak usłyszałem nie tylko ja nie znam kandydatów na posłów isenatorów. No może nie wszystkich, bo przecież sporą grupę stanowią zawodowijuż politycy, których twarz opatrzyła mi się w telewizji. No tak, tych znam aprzynajmniej mi się tak wydaje, bo jak można powiedzieć, że się kogoś zna jakgo się tylko i wyłącznie widuje na ekranie telewizora czy o nim czyta wgazetach.  Na takiej zasadzie to japrzecież znam prawie pół świata. Gwiazdy filmowe, przywódców innych krajów,pisarzy, piłkarzy, piękne aktorki i znanych filozofów. Wszystkich w pewnymsensie, bo o nich słyszałem.  Ale jakbysię tak zastanowić, kogo znam osobiście to już by było gorzej. Nie poznałemosobiście zbyt wielu ludzi, a już polityków to znam naprawdę niewielu. A tu mikażą wybierać na podstawie podobizny na plakacie i hasła wyborczego. Mamwrażenie, nie, źle napisałem… ja jestem tego pewien, że – znamy się tylko zwidzenia a jedno o drugim nic nie wie, – że zacytuję klasykę. Ja oczywiścierozumiem, że przywódca partii jest osobą bardzo zajętą, nie oczekuję, abyprzybył do mnie z wizytą do domu. Bardzo by mnie ucieszyły odwiedziny tuzówpartyjnych, kandydujących z mojego regionu, ale mogę zrozumieć, że oni tam wtej Warszawie bardzo zajęci. Że te wywiady, odwiedziny w studiach radiowych itelewizyjnych bardzo pochłaniają czas. Mogę to wybaczyć, bo i tak, choć znamich tylko z telewizji i tylko z widzenia to jednak ich znam przynajmniejpobieżnie.  Znam ich poglądy i wiem,czego się mogę spodziewać. Ale dlaczego Wiesław, Jolanta, Robert, Krystyna,Andrzej, Romuald, Jan, Waldemar, Michał, Jarosław czy też Tomasz, Adam, Renata…można tak długo… Ci ludzie są dla mnie obcy, choć kandydują z mojego miasta tonie przypominam sobie, aby się chcieli z potencjalnym wyborcą, czyli ze mnąspotkać. Ja ich nie znam. No dobrze, widzę ich podobizny wiszące prawiewszędzie, ale są to dla mnie twarze podobne zupełnie do nikogo – jak mawiałklasyk. To, że poznam ich podobizny i dowiem się z plakatu, z jakiej partiikandydują, przeczytam hasło wyborcze to nadal nie mam najmniejszego pojęcia czysię nadają na moich reprezentantów. Co stoi na przeszkodzie, oprócz lenistwa,do prowadzenia przez lokalnych działaczy kampanii, w której będą bliżej ludu, –że tak się wyrażę? Nie oczekuję wieców na stadionach, ale może stolik przygłównej ulicy? Może tak odwiedziny w domu? Tak, może by mnie to przekonało.Może takie odwiedziny by coś dały. A tak, jak obserwuję tę kampanię wyborczą toprzypomina mi się przysłowie: gadał dziad do obrazu, a obraz do niego ani razu.


dziennik pesymistyczny

Darmowa nauka przez całe życie

Obublikował pavvel dnia Komentarzy: 42

– Uczymy się całe życie – zwykłmawiać mój przyjaciel przy zbyt wielu okazjach. I w zasadzie jest w tym wieleprawdy, ale on zdecydowanie nadużywa tego swojego powiedzonka. Na każde to jegostwierdzenie, dotyczące nauki przez całe życie przytakuję odruchowo, jakzresztą każdy z naszego towarzystwa. Bo czym częściej to słyszę, tym mniejzwracam na to uwagę. Ot, taka złota myśl, która jest dla niego komentarzem nakażdy temat. Ale parę dni temu po tym jego tradycyjnym „uczymy się całe życie”przyszło mi na myśl, że jeśli naprawdę uczymy się przez całe życie to, czegoja, literalnie, nauczyłem się w ostatnich latach? Jaką to naukę pobierałem natym, że znów posłużę się cytatem z wypowiedzi przyjaciela, uniwersytecie życia?Odpowiedź okazała się nie być taka prosta, bo dziedzin, z których co dniapobieram naukę jest wiele. Ale postanowiłem nie podchodzić do tego naukowo, aletak raczej niesystematycznie, no po prostu przypomnieć sobie, czego ostatnio nauczyłomnie życie. I pierwsze, co mi się przypomniało, to to, że nauczyłem się żyć bezgazet. Bez dzienników dokładniej. Kilka lat temu wydawało mi się, że jak niekupię w kiosku rano gazety to moje życie będzie jakieś takie niepełne a tuproszę… żyję. Eeee, co to za nauka – powie wielu. Może to nic, ale jednak dlamnie to ważne, bo nauczyłem się, że nie wydając na gazety mogę wydaćzaoszczędzone pieniądze na coś innego plus to, że bez dzienników można żyć. A wdziedzinie pracy?  Jakie nowe naukipobrałem? Między innymi dotarło do mnie, po samodoświadczalnym sprawdzeniuzagadnienia, że pieniądze za pracę nie zawsze przychodzą na czas i nie zawszejest to tyle ile się spodziewam. Nauczyłem się też, że nikomu nie można ufać,że nic nie jest na zawsze, że nic nie jest takie, jakim się wydaje oraz, żetermin, czyli data, której nie można przekroczyć jest zdecydowanieprzekraczalna. Ze smutkiem skonstatowałem, że mogę przeżyć za kilkaset złotychmiesiąc, może i w nerwach i w ciągłym strachu, ale mogę. Nauczyłem się też, żedo wszystkiego, w każdej dziedzinie życia potrzebne są znajomości lubpieniądze. A najlepiej jedno i drugie. Bo bez tego nic nie można. Próbowałemsię leczyć, ale jak się leczyć bez pieniędzy, gdy na darmową wizytę u lekarza (no,nie za darmo, bo opłaconą z podatków) mam czekać kilka miesięcy. Dlatego doleczenia się, niezbędne są pieniądze lub znajomości, bo to też się przydaje. Tosamo dotyczy urzędów. Tam bez znajomości dobre chęci nie zdadzą się na nic. Ajeśli urząd to władza, a jeśli władza to polityka. Kiedyś nawet ją studiowałemi pamiętam, że głównie pochłaniały mnie i znajomych idee, a teraz… terazpolityka to głównie pieniądze, bo bez nich to można tylko politykować przykawiarnianym stoliku a nie być politykiem. Taka nauka. A kościół? Mój kolegawyznał mi kiedyś, że on pozostaje nadal w konkubinacie, bo go nie stać na ślubkościelny. I jest mu z tym źle. Bo on, i jego partnerka, to tacy katolicystojący na rozdrożu, i choć chętnie podążyliby we właściwym kierunku, to cóż… znowupieniądze. Przeleciałem jeszcze w pamięci kilka dziedzin mojego życia, zawsze iwszędzie i o czym bym tylko nie pomyślał, napotykałem na pieniądze. A więc możeto jest najważniejsza nauka. Nie da się już żyć bez nowego boga, bez pieniądza.Bo on określa nasz byt i naszą świadomość i to chyba najbardziej bolesna nauka.

 

dziennik pesymistyczny

Dres czy metal, oto jest pytanie

Obublikował pavvel dnia Komentarzy: 0

– Chciałabyś bardziej miećchłopaka metala czy dresa – zapytała pewna dziewczyna swoją koleżankę. Panienkiszły dwa kroki przede mną i rozmawiały dość głośno. Nie żebym chciałpodsłuchiwać… No tak jakoś wyszło. Ale przecież, któż by nie chciał znaćodpowiedzi na to nurtujące młode dziewczęta pytanie. Dlatego nadstawiłem uszu,bo bardzo chciałem wiedzieć czy w tej rywalizacji do serca młodych kobiet zwyciężymiłośnik muzyki metalowej czy raczej wieczny sportowiec, tak bardzoutożsamiający się z kultura fizyczną, że nie rozstaje się z dresem. Dla jednychrozważanie czy lepszy jest metal czy dresiarz jest mało znaczące, ale przecieżto jakiś wybór postawy życiowej. Dziewuszki nie wyglądały na takie, któreopowiedziały się już za jakimś muzycznym czy modowym wyzwaniem. Ot ładnepanienki, jakby to określił mój ojciec, który wychowanie potrafił określić postroju czy po fryzurze – dobrze ułożone z dobrego domu. I tu dochodzimy dosedna sprawy. Bo przecież taki metal to może być satanista, co dla wielu jestprzecież jednoznaczne. Dziś w gazecie przeczytałem, że na tablicy ogłoszeń przyjednym z kościołów w moim mieście pojawił się plakat nawołujący do bojkotu firmsponsorujących Adama Darskiego Nergala, frontmana zespołu Behemoth. Jak widaćtaki chłopak może młodej damie przysporzyć wielekłopotów. Bo jak wiadomo powszechnie najważniejsze jest, co ludzie powiedzą. Ataki metal -co to, choć nie jest – może stać się satanistą w ludzkich oczachmoże narazić na bojkot. A może jeszcze gorzej może zarażać swymi przekonaniami.A to już krok do przejścia na ciemną stronę. – Bo jeśli na głowie twojego synajawi się żel, potem irokezy, to wiedz, że tam się coś burzy. Jeżeli twojedziecko, córka dorastająca, używa jaskrawych kolorów do paznokci: czarny jakpiekło, czerwony jak ogień, wiedz, że coś się dzieje – jak mawiał pewien ksiądzklasyk, znawca piekielnych mocy. I choć może ten metal jest niby bez żelu, aleza to może będzie miał długie włosy? Co wtedy? Jak widać wybór nie jest łatwy.Jeśli nie taki chłopak w stylu Nergala, to może dres, czyli wieczny sportowiec?Dla mnie skojarzył się taki osobnik z kinolem, a jak wiadomo, to teraz w krajuprawdziwa elita, co to nawet z premierem się spotyka. Od razu widać, że takidres to znacznie lepszy kandydat na chłopaka niż metal. Choć są też minusy.Stereotyp dresa jest taki, że „ jest to istota o niskiej inteligencji. Ma łysągłowę i twarz z wyrazem, jakby oddawał kał. 1/3 życia spędza na siłowni jedząc metanabol,1/3 siedząc na ławce popijając, co popadnie i ostatnią 1/3 okradając starebabcie. Znakiem charakterystycznym są dresy najczęściej marki: adidos, pumeks,jaguar, nikes rebook (orginalnie dwa E i jedno O). Dresy z dłuższą karierąjeżdżą drogimi samochodami jak BMW 3 sprowadzonymi z Niemiec lub kradzionymi wRosji, VW GOLF 2, 3 lub opel calibra. Wszystkie z przewierconym wydechem, boczym głośniej pierdzi, tym fajniej. Uwaga!!! Samochód nie może mieć poniżej 10lat” – że zacytuje internetowy Słownik slangu i mowy potocznej. Dlatego teżlepiej żeby to był jednak kibol dresiarz, bo taki to ma szacunek przynajmniej utych prawych i sprawiedliwych. Wybór chłopaka to nie jest taka łatwa sprawa. Tojak wybór postawy życiowej. Nie wiem, co tam dla panienek było lepsze. Co wybrały?Jakie miały preferencje? – Nie wiem czy to by mama zaakceptowała – zdawało misię ze usłyszałem zanim panienki zniknęły w tłumie. Czyli dobrze, że w sprawachchłopaka jest jednak instytucja ostatecznej weryfikacji, czyli mama. Nie mam,co narzekać na polską młodzież i o to, że nie ma dla nich żadnych autorytetów.Choć trochę szkoda, ze nie ma w tym już miłości, zauroczenia czy jak to nazwać.To tylko kalkulacja.

 

dziennik pesymistyczny

Zrozumieć zniechęcenie i zniecierpliwienie

Obublikował pavvel dnia Komentarzy: 0

– Czy w całym przedsiębiorstwiekomunikacji miejskiej nie było dwóch autobusów, które nie byłyby oklejoneplakatami wyborczymi? – pytał zdecydowanie retorycznie mój znajomy. – Czy naorganizowanym przez miasto festynie z okazji dnia bez samochodu musiały siępojawić podobizny polityków? – dodał. Nikt z nas nie potrafił mu na te jegowątpliwości udzielić prostej odpowiedzi, choć chyba wszyscy ją znali. – Pewnieto, że są to plakaty wyborcze polityków z tej samej partii, która rządzi wmieście też nie miało tu żadnego znaczenia. Pewnie to przypadek – usłyszałem odinnego znajomego.  – Tak, pewnie tak, tomusi być przypadek – potwierdziliśmy, bo nasz świat polityki pełen jest takichprzypadków. Tak było wczoraj. A dziś przeczytałem apel prezydentarzeczpospolitej o udział w wyborach. Mnie to, co zobaczyłem wczorajdostatecznie zdemotywowało. Jestem pewien, że nie zagłosuję.  – Spotykam coraz więcej osób, którezniechęciły się do polityki i polityków – pisze prezydent w swym apelu. Tu sięzgadzamy, ja takich ludzi spotykam, co dnia. Jest ich tak wielu, że czasami sięzastanawiam jak to się dzieje, że przy urnach jest tak duża frekwencja. Ktogłosuje, jeśli wszyscy naokoło mi mówią, że już nigdy więcej nie dadzą sięnabrać? Cieszę się, że prezydent mówi „ można to zrozumieć, obserwując, na codzień zbyt agresywną i czasami niezrozumiałą debatę polityczną w naszym kraju”.Ze smutkiem stwierdzam, że co dnia widzę tylko takie przykłady, którezniechęcają mnie to kontaktów z polityką. Tak, debata polityczna jest nie tylkodla mnie całkowicie niezrozumiała i prawie całkowicie abstrakcyjna. Jeszcze razpotwierdzam, jestem jednym z tych, którzy „otwarcie deklarują, że w akcieprotestu lub bezradności nie wezmą udziału w wyborach”. Dla mnie to, co innegoniż podyktowana emocjami kontestacja, to raczej głęboko przemyślana decyzja, japanie prezydencie, nie mogę z miłości do Polski wybierać mniejszego zła. Niemogę legalizować przy urnie czegoś, co z założenia jest złe. Jestem wdzięczny,że pan prezydent stara się „ zrozumieć to zniechęcenie i zniecierpliwienie”.Ale dla mnie to coś więcej. To już nie malutkie zmęczenie, a raczejobrzydzenie, to nie jakieś tam zniecierpliwienie, ale raczej bunt. – Bo jeślinic się nie zmieni może nadejść dzień rebelii – pamiętam słowa z młodych lat. Iwłaśnie dla mnie nadszedł ten dzień, dzień rebelii, na razie biernej, alezawsze. I dlatego nie głosuję. – Jednocześnie wiem, że wstrzymanie się od głosuw nadchodzących wyborach zaszkodzi nam samym, zaszkodzi Polsce i polskiejdemokracji – pisze prezydent w swym apelu. Ale ja wiem, że bardziej zaszkodziPolsce zakonserwowanie takiego stanu naszej polityki, takiego systemu wyborczego,jaki obserwujemy, na co dzień. Mam wrażenie, że tu nie chodzi, moim zdaniem, onas Polaków, tu chodzi o trwanie, o przetrwanie opłacanego z naszych podatkówpaństwa urzędników i polityków. – Żyjemy w naprawdę trudnych czasach – czytam wapelu i zadaję sobie pytanie, kiedy były te łatwe? Bo chyba nie przez ostatniedwadzieścia lat? I żeby wszystko było jasne wcześniej też nie było przepięknie.Według słów prezydenta „z kryzysem zmagają się dziś nawet najpotężniejsze krajeświata”.  A ja mam wrażenie, że przezcałe moje życie, a żyję już dość długo, panował u nas kryzys i trwała wiecznareforma. – Dlatego zwracam się dzisiaj do tych z Państwa, którzy wahają się lubjuż zdecydowali, że nie wezmą udziału w wyborach: proszę, pójdźcie do urn idokonajcie wyboru – apeluje prezydent. Ja dokonałem już wyboru, zostanę w domu,bo inaczej postąpić nie mogę.  Z wielkimbólem przyznaję, że to już nie jest moja Polska i nie mam złudzeń, że wybory imój w nich udział coś tu zmieni. Przepraszam, panie prezydencie, ale janaprawdę, nie tyle nie chcę… co nie mogę… przepraszam.

dziennik pesymistyczny

Wolność słowa dla kibola

Obublikował pavvel dnia Komentarzy: 2

Obudziły mnie kilka dni temu, głośne nocne okrzyki wychwalające potęgę i niezwyciężoność lokalnego klubu piłki nożnej.    Eeee!, ooooooleeeee! Eeeeejjjjjjaaaaa! Mistrzem jest…. Eeeeejjjjjjjaaaaa, ooooooleeeeee! Mistrzem jest… w miejscu kropek należałoby wstawić nazwę drużyny, ale nie chciałbym promować. Darły się wniebogłosy męskie głosy.  Potem wyśpiewali jeszcze kilka zwrotek o tym, jak to bardzo nienawidzą jakiejś tam drużyny, której nazwy nie zapamiętałem.  Bo bardziej wnerwiło mnie to wycie przechodzące w zawodzenie. Oczywiście jak to miłośnicy piłki nożnej mają w zwyczaju, poinformowali oni też przy okazji wszystkich wokół głośnym krzykiem z użyciem słów ogólnie uważanych za obelżywe o swoim stosunku do służb mundurowych. W prostych słowach wyrazili miłośnicy piłki kopanej nadzieję, że panowie w mundurach „zawsze i wszędzie” będą narażeni na wielkie niebezpieczeństwo, gdy nie będą pilnować swoich tyłów, że się tak wyrażę. Przerwali mi sen. Ale i tak miałem wrażenie, że jawa jest przedłużeniem nocnego koszmaru, w którym uciekałem przed kibicami, którzy chcieli mi ręcznie zaszczepić miłość do swojej ukochanej drużyny. – Trzecia trzydzieści jeden – wymamrotałem do siebie. A za ciemnym oknem echo niosło radosny śpiew wychwalający drużynę piłki kopanej. – Czy im się zawsze musi to uwielbienie objawiać w nocy, jak ludzie śpią – gadałem sam do siebie?  Choć w zasadzie powinienem być im wdzięczny za to przebudzenie, bo wyrwali mnie z łap tych, którzy właśnie zabierali się do przekonywania mnie o wyższości drużyny „R” nad drużyną „B”. Zwlekłem się z łóżka i stojąc w oknie obserwowałem jak środkiem jezdni szło, choć to zdecydowanie na wyrost określenie, kilku młodzieńców w szalikach. Maszerowali wytrwale, choć niepewnie, wzajemnie się podtrzymując i widać było, że śpiew ich męczył, bo jak tylko zaczynali swoje wycie natychmiast rozkładali ręce na boki, jakby udawali samolot, czynili to pewnie by zachować równowagę zachwianą przez popisy wokalne. – Oj, zmęczeni – powiedziałem, bo widać było, że kroczenie sprawia im wyraźną trudność, choć nie hamuje ich zapędów wokalnych. – Nie, no zadzwonię – postanowiłem. Wzbierała we mnie chęć poinformowania służb mundurowych. – Przy okazji zobaczę, jak oni spełniają swoje seksualne groźby wobec policjantów – pomyślałem, choć bez większej nadziei na odwagę ze strony nocnych śpiewaków, co to ukochali tak bardzo lokalny klub piłki kopanej, że zapragnęli o tym poinformować wszystkich w okolicy. Tymczasem kibice w jakiś chyba nadprzyrodzony sposób przedefilowawszy pod moimi oknami, skręcili za róg ulicy i przez to ich skowyt przestał być tak dotkliwy. Zrezygnowałem z obywatelskiego donosu do służb i poszedłem spać. I pewnie bym zapomniał o tym nocnym incydencie, gdybym dziś rano nie zobaczył w telewizji relacji ze spotkania premiera z kibicami. – Chcemy wolności słowa – wrzeszczeli kibice w stronę szefa rządu.  – Ole, to my kibole! Dosyć kłamstw! Zdrajca! Zdrajca!– było słychać, jeśli dobrze zrozumiałem, bo jak zwykle uznali, że czym głośniej tym lepiej. Od razu przypomniał mi się nocny przemarsz lokalnych kiboli pod moimi oknami. – Oj, jak to dobrze, że nie zadzwoniłem…, że nie powiadomiłem organów – pomyślałem. Przecież jak nic okazałbym się zdrajcą, co czyha na prawo do wolności słowa kiboli. Jak nic dokonałbym zamachu na demokrację. Dobrze, że się powstrzymałem.

 

dziennik pesymistyczny

Bez kozery powiem pińćset!

Obublikował pavvel dnia Komentarzy: 0

Ach ta niepewność, Boże jedyny… Jak tu żyć, nasuwa się pytanie, które moim zdaniem stało się już kultowe. Fascynuje mnie ta walka na obietnice. Tak, wiem, przy wyborach kandydaci puszczają wodze fantazji, to taki standard. Ale ostatnio ubawiła mnie licytacja między prawymi i sprawiedliwymi, a tymi bardziej obywatelskimi, kto więcej wyrwie kasiorki od unii. Oczywiście nie teraz, ale w przyszłości, po wyborach. Pamiętacie taki dialog? – A dla kogo ten wywiad? – To jest dla telewidzów dziennika wieczornego. – O, to bez kozery powiem pińćset! Dziesięć tysięcy! Pięćdziesiąt! Milion! Teraz znów to słyszę, choć trochę zmienione. – Drodzy wyborcy! My to dla was wynegocjujemy 300 miliardów złotych! – Mówią jedni. – Ależ nie, to my jesteśmy zdolni do negocjacji nie tamci, my wyrwiemy więcej… bo Polacy zasługują na więcej – zdaję się słyszeć od tych drugich. Moja babcia zawsze powtarzała żeby nie dzielić skóry na niedźwiedziu i ja to zapamiętałem. A teraz z rozbawieniem oglądam jak politycy licytują się, kto da więcej, nam Polakom. Pieniędzy, których jeszcze nawet nie ma.  Ach te emocje, kto da więcej… Niektórzy europosłowie, tak się zagubili w walce o pieniądze dla Polaków, tak zatracili się w negocjacjach o zwiększenie środków, które miały popłynąć z unijnej kasy, że pewnie, dlatego głosowali przeciwko zwiększeniu unijnego budżetu i w rezultacie środków dla Polski. Tak przynajmniej przekonywali wczoraj politycy z partii rządzącej. Oczywiście politycy z opozycji przekonują, że była to jedynie pomyłka i już ją sprostowali. Problem jednak w tym, że w oficjalnych protokołach ich sprostowania nie zostały uwzględnione – jak donoszą media. Wiem, że to może i ważne… ale mnie to bawi…  no i bez kozery powiem pińćset!

 

dziennik pesymistyczny

Władza pieniądza

Obublikował pavvel dnia Komentarzy: 0

– Włochy, Portugalia oraz Irlandia zostały ostro zaatakowane przez instytucje finansowe – tak mniej więcej brzmiała wypowiedź pewnego urzędnika europejskiego, którą usłyszałem dziś z telewizji. Nie zapamiętałem dokładnie, dlatego zastrzegam, że to nie cytat, ale sens wypowiedzi na pewno zachowałem. Może, dlatego nie zapamiętałem dokładnie wypowiedzi pana urzędnika, bo mnie trafiło nagłe wnerwienie. W zasadzie powinienem się cieszyć, bo chyba po raz pierwszy ktoś ze szczytów władzy wyznał, że jest ktoś odpowiedzialny za kryzys i nie jest to tylko „ogólna sytuacja na rynkach finansowych”. W zasadzie bardzo się cieszę, że został wskazany jeden wróg, że ktoś przyznał, że istnieją na świecie siły, pozostające po za wszelką kontrolą, które są zdolne do ataków na państwa europejskie i doprowadzanie ich gospodarek do upadku. Miałem do tej pory wrażenie, że jest to jakaś nadludzka siła, która jest a jakoby jej nie było. A tu taka niespodzianka z samego rana. Ktoś, i to nie byle, kto w końcu przyznał, że istnieje grupa graczy tak bogatych, że jest zdolna do wpływania na losy narodów. Dobrze, że już wiem, ale to jednak przerażające. Przeraża mnie jak politycy mówią, że to nie oni są winni kryzysom, że to nie oni odpowiadają za biedę swoich obywateli oraz za stan naszych domowych finansów. Tak jakby ci, których wybieramy nie byli odpowiedzialni za pieniądze, bo za to odpowiada coś, co w skrócie można nazwać ekonomią. Odnosi się wrażenie, że tak po prostu jest z bardzo ogólnych przyczyn. Słyszę od polityków, że za permanentny stan kryzysu odpowiadają banki. To dla mnie nowość. Pamiętam wypowiedzi o tym, że ceny rosną przez spekulantów. Ale z tego, że wiemy już, kto za kryzys odpowiada nic nie wynika. Banki to nie instytucje charytatywne. Nie dziwię się, że te nadnarodowe korporacje finansowe chcą jak najwięcej zarobić.  Ale dziwi mnie to, że nie podlegają jakiejkolwiek kontroli społecznej. Teraz jest sytuacja, w której politycy informują mnie, że choć nie są niczemu winni, to jednak postarają się mi pomóc. Słyszę, że choć wiedzą, że winna sytuacji jest pogoń za zyskiem oraz spekulacja banków, to przecież nic nie mogą z tym zrobić, bo tak po prostu musi być. Pieniądz to teraz prawdziwa władza. I ten, kto kontroluje pieniądze naprawdę rządzi. Od pieniędzy zależne są nasze wybory w sensie przenośnym i dosłownym. Jeśli bankierzy nie podlegają żadnej kontroli, a w zasadzie sterują losami całych państw i narodów, to, po co wybierać kolejnych polityków na stanowiska, na których i tak niewiele mogą poza wydawaniem pieniędzy. Myślę, że dla obu stron taka sytuacja jest wygodna. Bo jedni i drudzy zarabiają, a nikt za kryzys nie odpowie. Czy mamy niekontrolowaną władzę pieniądza? Obawiam się, że tak.