Yearly Archives

170 Articles

dziennik pesymistyczny

Czy doczekam emerytury?

Obublikował pavvel dnia Komentarzy: 8

– Wyobrażasz sobie żebym ja w wieku sześćdziesięciu siedmiu lat pracował w moim zawodzie? – spytał mnie Adam. Popatrzyłem na pytającego. Faktycznie, mój kolega będący dziś w wieku trzydziestu siedmiu lat nie wyglądał na takiego, co to za kilkanaście lat zdolny będzie to takiej pracy fizycznej jaką wykonuje dziś. Adam pracuje bardzo ciężko niosąc pomoc potrzebującym. Dźwiga ciężary, podnosi, zanosi, przenosi…jednym słowem bardzo ciężko pracuje fizycznie. Tak, nie wyobrażam sobie żeby rok czy nawet dwa lata przed przejściem na emeryturę był nadal zdolny i na tyle sprawny aby wykonywać swój zawód. Zawód, który kocha. A tu proszę… Adam pracuje i ma pracować jeszcze przez wiele, wiele lat. – Wiesz, zawsze w wieku sześćdziesięciu lat możesz się przebranżowić, jak radziła mi pewna miła pani od promocji zatrudnienia – poradziłem Adamowi, bo mi się akurat przypomniała rozmowa ze specjalistką od zatrudnienia jaką odbyłem kilka miesięcy temu.  – Fakt, ja też słyszałem że jak nie dajesz rady w jednym zawodzie, to zawsze możesz go zmienić – powiedział Adam. Miałem wizję jak to w podeszłym wieku postanowiłem rozpocząć nowe życie zawodowe i chyba mój kolega miał podobną. Znam kilka osób które w to uwierzyły i jakoś trudno im zmienić zawód po pięćdziesiątce. Nie mówię, że to całkowicie niemożliwe. Znam pojedyncze przypadki ludzi którym się to udało. Ale to wyjątki potwierdzające regułę, że nie jest to łatwe. Żeby było jasne, my naprawdę się nie użalamy nad tym, że się starzejemy, że będziemy mieć coraz mniej sił i że będzie nam coraz ciężej zmienić zawód. Po prostu się dostosować. Chyba tak zwyczajnie w panujących w naszym kraju warunkach zwyczajnie nie wierzymy, że do emerytury dożyjemy. Niestety miałem kolegę, miałem bo już opuścił tej nasz świat. Kolega przez ostatnie dwa lata życia planował bardzo dokładnie co też będzie robił jak tylko przejdzie na emeryturę. Leczył się tak jak się da leczyć w warunkach permanentnego kryzysu służby zdrowia i trwającej ponad dwadzieścia lat reformy. Czyli ostatnie lata życia spędził w wiecznym niedoleczeniu i oczekiwaniu na wizytę lekarską. Mój kolega opuścił ten nasz „padół łez” dwa miesiące przed emeryturą. Dlaczego o tym piszę? Bo wydaje mi się, że sytuacja,w której kulejący system opieki zdrowotnej powoduje to, że wielu z nas nie doczeka emerytury. Wiem, może moje założenie nie jest słuszne, może nawet dla kogoś krzywdzące ale zasadne jest pytanie czy wydłużenie wieku emerytalnego nie jest spowodowane oszczędnością państwa? Czy przy takim poziomie opieki medycznej zrównanie wieku emerytalnego dla kobiet i mężczyzn nie da państwu zwyczajnie oszczędności, bo wielu emerytury nie doczeka? I czy ja płacąc tak wielkie składki a już wiedząc, że niewiele w zamian za to dostanę postępuje mądrze? – Dziwna sprawa z tą emeryturą… nie wiem kiedy na nią przejdę, nie wie mile i jakie będę płacił składki i nie wiem ile dostanę emerytury – stwierdził Adam. – No i nie wiesz czy doczekasz, a płacić musisz – podsumowałem. Pozostaje więc świadomość, że moje pieniądze wspierają państwo… ale co to za pociecha.

 

dziennik pesymistyczny

Łatwiej zabierać niż dawać

Obublikował pavvel dnia Komentarzy: 9

Wysłuchałem  exposé premiera, które był on łaskaw wygłosić do posłów w parlamencie a dzięki technologii, mógł się ze słowami premiera zapoznać naród cały, no i ja w swej skromnej osobie.  I zaraz po wysłuchaniu poczęła mnie męczyć pewna natrętna myśl.  Na początku powróciły we wspomnieniach słowa, które cztery lata temu szef rządu,  czyli ta sama osoba co i teraz będzie nam królować z woli wyborców przez cztery kolejne lata, wypowiedział  podczas swego ówczesnego przemówienia. Wtedy obiecywał nam bardzo wiele. Roztoczył podczas swego exposé prawdziwą wizję nowego lepszego świata który czekał nas za jego rządów. Premier mówił wtedy przez trzy godziny,  więc nie chciałbym tu wyliczać co wtedy naobiecywał, bo trwało by to długo. W skrócie można napisać tylko,  że miała nam tu, na polskiej ziemi,  wyrosnąć i zazielenić się dobrobytem i dostatkiem obywateli nowa Irlandia.  Jak jest  po tych czterech latach każdy widzi. Chciał premier dobrze… a wyszło jak zwykle czyli nie najlepiej.  Podczas wyborów jednak  naród ponownie mu zaufał i znów mamy nowy rząd i nowego, choć tego samego, premiera. Tym razem premier w krótszym, bo tylko godzinnym przemówieniu, zapowiedział między innymi stopniowe –począwszy  od roku dwa tysiące trzynastego  – zrównywanie i podwyższanie wieku emerytalnego kobiet i mężczyzn. Teraz docelowo to będziemy wszyscy przechodzić na emeryturę w sześćdziesiątym siódmym roku życia .  Szef rządu zapowiedział likwidację ulgi prorodzinnej dla rodzin z jednym dzieckiem,o dochodzie powyżej osiemdziesięciu pięciu tysięcy złotych rocznie. Ponadto becikowe będzie dotyczyło tylko rodzin, których dochody nie przekraczają tej samej sumy rocznych dochodów. Premier zapowiedział likwidację ulgi na internet i podniesienie składki rentowej o dwa punkty procentowe  po stronie pracodawców. Od lutego dwa tysiące dwunastego roku mają zajść zmiany w składkach zdrowotnych dla rolników oraz zmiany w waloryzacji rent i emerytur. Według premiera, duchowni powinni uczestniczyć w powszechnym systemie ubezpieczeń społecznych,  co jest akurat dobrym rozwiązaniem. Dodatkowo pięćdziesięcioprocentowe  koszty uzyskania przychodu dla umów autorskich mają obowiązywać w przypadku zarabiających do osiemdziesięciu pięciu tysięcy złotych rocznie. (Swoją drogą ciekawe dlaczego to zawsze jest osiemdziesięciu pięciu tysięcy złotych rocznie a nie o tysiąc mniej lub o tysiąc złotych więcej?)  Premier tym razem w swym przemówieniu więcej straszył kryzysem mniej mamił przyszłym dobrobytem.  Obiecał, że będzie zabierał a nie dawał, bo czas nastał trudny (oczywiście nie z winy jego rządów). Jak tak tego słuchałem,tego expose  to naszła mnie pewna refleksja. Cztery lata temu premier obiecał nam dobrobyt a wyszło jak zawsze…czyli nic z tego nie wyszło. Teraz nas premier straszy i obiecuje, że rząd sporo nam zabierze. Nowością dla mnie jest narastająca we mnie pewność, że tym razem premierowi się uda.  Cztery lata temu obiecał nam dobrobyt i nic z tego nie wyszło. Teraz obiecuje nam,  cztery lata biedy i wyrzeczeń a może i utraty tego co tam jeszcze zostało. I teraz to ja mam pewność,  że rząd wypełni swoje zobowiązania.Skrupulatnie i do końca. Bo zawsze łatwiej jest zabierać niż dawać. 

dziennik pesymistyczny

To urząd nie informacja!

Obublikował pavvel dnia Komentarzy: 14

Pewien  mój znajomy zapragnął  w urzędzie skarbowym dowiedzieć jaki ma wybrać sposób opodatkowania swojej działalności gospodarczej. Pchany nadzieją ,którą wmawia się Polakom od dwudziestu lat postanowił chwycić swój los we własne ręce i zostać biznesmenem.  Mój znajomy wiedział że podatki trzeba płacić, bo państwo i urzędnicy w jego służbie potrafią być bezwzględni w ich egzekwowaniu. Ustawodawcy w swej bezgranicznej dobroci zostawili nam jednak wybór,według jakiego  schematu mamy te daninę wielkiemu bratu płacić. Jak wspomniałem mój znajomy jest początkującym przedsiębiorcą, więc założył mylnie że zasada: kto pyta nie błądzi obowiązuje także w urzędach.  Jest on nowym jednoosobowym podmiotem gospodarczym więc, tak zwyczajnie zgubił się w gąszczu przepisów. – Czy może mi pani powiedzieć jaki system rozliczeń podatkowych będzie dla mnie bardziej korzystny – zapytał kolega. – To nie jest informacja! Jakby tak każdy chciał się czegoś dowiedzieć to co by tu było! To nie informacja! Nie jestem firmą doradczą! Niech pan idzie do księgowego, zapłaci mu i się od niego dowie –usłyszał w odpowiedzi. I tak oto mój znajomy dostał pierwszą i pewnie nie ostatnią lekcję z zakresu zależności. Przekonał się kto tu jest dla kogo. Przekonał się, że państwo wraz ze swą armią urzędników nie jest dla niego, nie posłuży mu pomocą czy informacją, ono jest by egzekwować, karać i wymagać. Jest po to to, żeby ścigać za błędy, za nieznajomość prawa, za zapominalstwo terminów. No i po to żeby ściągać podatki. Ale na pewno nie jest po to żeby go o czymś informować.  No i poszedł mój znajomy do firmy zajmującej się księgowością i zapłacił. Bo przecież urząd nie jest od tego, żeby o czymkolwiek informować. On jest od tego żeby pilnować, żeby pieniądze z podatków wpływały na czas i zgodnie z przepisami. – Czyli płacimy daninę na tych co ci w niczym nie pomogą a tylko czyhają na mój błąd – zapiał znajomy.  Nic mu nie mogłem na to odpowiedzieć, bo tak przecież już jest i pewnie nie szybko się zmieni ,żeby państwu bardzo dużo, a ono nam w zamian coraz mniej i mniej. Czy wręcz czasem nic…nawet informacji.

 

dziennik pesymistyczny

Dobrze wykonana robota

Obublikował pavvel dnia Komentarzy: 1

No tak, Niemcy znów zaatakowali naszą stolicę! Ponownie teutońscy najeźdźcy pojawili się na warszawskich ulicach siejąc popłoch i przerażenie wśród mieszkańców. Ich perfidia była  tym większa, że swój atak zaplanowali dokładnie w dniu naszego święta niepodległości. Zapewne dlatego tak uczynili, aby jeszcze dotkliwiej pognębić prawdziwych Polaków chcących w radości i dumie przemaszerować ulicami polskiej stolicy pod sztandarami narodowych organizacji o przedwojennych jeszcze nazwach i korzeniach. Panowie i panie, chłopcy i dziewczęta, matki z dziećmi i szanowani panowie, ojcowie rodzin oraz kibice sportowi chcieli maszerować… a tu na ich drodze stanęli Germanowie. Na czarno ubrani – a to przecież nawet dziecko wie z czym ten kolor się kojarzy w Polsce!Niemcy zaatakowali znienacka, śmiałym atakiem, przejechawszy pod dozorem polskiej policji od granicy aż do Warszawy.  I tamta awangarda niemczyzny zaatakowała pobożny, narodowy, wszechpolski,młodzieżowy, radykalny,  ale przecież i po tak po katolicku radykalny i miłosierny, spokojny marsz niewinnych prawdziwych Polaków. – Sądzę, że podobny typ ludzi tworzył kiedyś aparat, który pozwolił Adolfowi Hitlerowi dokonać ogromnych zbrodni – rzekł nasz narodowy klasyk myśli politycznej, wielki wódz prawych i sprawiedliwych. Mnie do tej pory wydawało się,  że anarchiści to raczej tak nie bardzo pasują „typem ludzi” do tworzenia „ aparatu” władzy,  który wyniósł do władzy nazistowskich brunatnych zbrodniarzy. Ale co ja się znam, co ja  tam wiem, mamy tu przecież specjalistę co to ma prawdziwy talent do tropienia Niemców i ich popleczników w mediach i w kulisach polskiej polityki. Jak on mówi, że to ten sam typ ludzi,  to jest tak a nie inaczej i nikt mu nie wmówi,że czarne jest czarne a białe jest białe. – Mówię tutaj o typie psychologicznym- bili Polaków, tylko dlatego, że nosili jakieś odznaki narodowe – oświadczył wódz największej, choć ostatnio coraz mniej licznej, partii opozycyjnej.  Czyli było jak zawsze – zły Niemiec bije dobrego,  dumnie stawiającego mu czoło pod narodowym sztandarem prawdziwego Polaka. Gdy się o tym dowiedziałem, zastanawiałem się gdzie podziali się kolaboranci i zdrajcy. Bo przecież wiadomo, że jak jest dobry Polak to i dla równowagi powinien być i ten zły Polak.  – W dniu święta niepodległości Niemcy, oczywiście nie mówię tu o wszystkich Niemcach,bili Polaków przy w gruncie rzeczy bierności policji za to, że noszą jakieś odznaki.To jest sytuacja,  można powiedzieć symboliczna. Kto za nią odpowiada? Donald Tusk – mówił szef prawych i sprawiedliwych. No i doczekałem się. Znów specjalista o podziałów mnie nie zawiódł. Znów wskazał z „siłą precyzji” kto gdzie stoi. Wśród zatrzymanych w trakcie manifestacji z okazji Święta Niepodległości byli też lewacy z innych krajów.   Dziewięćdziesięciu dwóch  było obywatelami  Niemiec, ale był też jeden  obywatel Hiszpanii, jeden obywatel Węgier i jeden obywatel Danii. No proszę, wydało się, aż dziw że prezes nie wspomniał o tym zatrważającym fakcie – nie tylko nieprawdziwi Polacy, czy Niemcy, ale i Węgrzy,  i Hiszpanie tłukli niemiłosiernie narodowy i radykalny obóz oraz „bierną”  policję! A przecież wiadomo z kim Węgrzy i Hiszpanie trzymali podczas wielkiej wojny! To mi wygląda na międzynarodowy,dobrze przeprowadzony spisek mający na celu niedopuszczenie do przemarszu prawdziwych Polaków ulicami ich własnej stolicy. Nawet jeśli wśród spiskowców byli jacyś Polacy to zapewne… nieprawdziwi. – Nordycki typ. Zdecydowanie nordycki typ. Z niewątpliwą domieszką krwi niemieckiej – mówił Sturmführer Stedtke postać z serialu o pewnym Polaku,sowieckim agencie chadzającym w niemieckim mundurze.  I miał człowiek ów racje, przecież to niemożliwe, żeby prawdziwy, wszechpolski, narodowo – radykalny Polak i katolik był zdolny do zakrywania twarzy i walki z policją, palenia samochodów i rzucania kamieniami w policję! To musieli być Niemcy! – To była dobrze wykonana robota. Słowianie nie są do tego zdolni – jak mówił Sturmführer Stedtke.


dziennik pesymistyczny

Idziemy w mrok

Obublikował pavvel dnia Komentarzy: 1

Idziemy w mrok, cały czas wymachując flagami. Staramy się rozjaśnić mrok  przy pomocy trzymanych w dłoniach pochodni,  ale na niewiele się to zdaje. Co chwila złowróżbny mrok rozświetlają płomienie wzniecone przez to, co nazwano na cześć pana Mołotowa. Idziemy smagani batami tych co wydają rozkazy,oraz tych co szepczą nam do ucha podpowiedzi jak i gdzie iść. Gdzie będzie nam lepiej, czyli tak jak to sobie oni wyobrażają.  Idziemy spychani tarczami ciężkozbrojnych najemników z pałkami w rękach. Oczy bolą od dymu i gazu. Chłód listopadowej nocy przenika mokre od wody ubranie. Idziemy pod narodowymi flagami w noc nieznanego, ale chyba już przewidywalnego nowego ładu. W mrok nowego tytana,  idziemy pod pomniki nowego boga pieniądza składać mu hołdy.  I choć nie wszyscy tam byli, to mam wrażenie, że zbiorowo zmierzamy do nowego zamordyzmu. A będzie jak w starych legendach, bo na świecie mimo tego, że historia ma nas uczyć to się też powtarza. Może się mylę, – Boże spraw żeby tak było –  a może tak jest,  że ktoś tym pogrobowcom dawnych ideałów wmówił,że dobrze jest  coś podpalić i coś zniszczyć i kogoś pobić w imię nowego ładu i narodowych ideałów. Mam wrażenie,że ktoś skryty w mroku z dobrze w swym mniemaniu pojętego państwowego obowiązku chciał walk na ulicach. Chciał tego co się stało aby móc powiedzieć: patrzcie co narobili gdy my w swej dobroci dajemy im tyle wolności.  I po co to wszystko było?  Dlatego, żeby mieć pretekst do wprowadzenia praw, które w przyszłości nie pozwolą wyjść na ulice tym, którzy upominać się będą o swoje prawa?  Bo czas jest taki,  że tym co u władzy zaczyna się ta ich władza wymykać z rąk i póki  ona jeszcze jest przy nich, chcą przy zachowaniu prawa wprowadzić zmiany w tymże prawie takie,które dadzą im moc powstrzymania rozruchów i fali niezadowolenia. System który miał być rajem na ziemi teraz chwieje się w posadach i ci którzy posiadają obawiają się tych, co nic nie mają. Państwowa demokracja obawia się zarazy, która przywędrowała  ze stron, gdzie przed wiekami prawdziwa demokracja powstała. Obawiają się, bo dobrze wiedzą, że ich demokracja to tylko fasada, za którą jest władza i bogactwo dla niewielu, a nędza i cierpienia dla wielu. Dlatego jak w bajkach, jest tu ten Zły, co podszeptuje wiejskiemu głupkowi aby podokazywał.  I jest ten dobry i prawy król, co przywraca ład i porządek i choć ten, co podszeptuje głupkowi jest na pańskim wikcie, to wszyscy udają że on nie istnieje. Że go nie ma i że nigdy gonie było. Pan nad nami, chwilę dosłownie po zamieszkach  w swej stolicy zlecił swym sługom prace nad znalezieniem rozwiązań, które – bez zmiany konstytucji  co jest znamienne – nowelizowałyby prawo o zgromadzeniach.  Pomniejsi panowie u władzy opracowali w tempie nadzwyczajnym i godnym lepszej sprawy propozycje zmian w przepisach o zgromadzeniach; wieczorem rozwiązania te przekazano panującemu. – Służby postępowały zgodnie z prawem, które w moim odczuciu jest zbyt liberalne. Dwadzieścia dwa  lata temu została uchwalona taka ustawa, po reakcji na system komunistyczny, kiedy manifestacje były zakazane i nielegalne. Jest to chyba najbardziej liberalna ustawa w Europie – powiedziała pani panująca w stolicy królestwa.  Widać ktoś chciał zmian i potrzebował dobrego pretekstu. Idziemy więc w mrok.


dziennik pesymistyczny

Nowa praca powyborczej sierotki

Obublikował pavvel dnia Komentarzy: 0

Po każdych głosowaniach, po tym jak już naród (choć trafniej jest powiedzieć,  że tylko część narodu)  w swej wielkiej mądrość wypowie się co do tego kto ma nim rządzić zaraz pojawiają się takie powyborcze polityczne sierotki , co to straciły posadki posłów, senatorów czy  radnych. Liczna grupa takich, co to z woli głosujących nie załapała się do sejmu i teraz muszą żyć jak zwyczajni szarzy ludzie. W tej grupie są tacy, którzy samodzielnie znajdują swoje miejsce w nowej dla siebie rzeczywistości, ale są też tacy co liczą na tych, którzy pozostali u władzy. Na kolegów co to pomogą im utrzymać się u steru władzy lub przynajmniej w jego pobliżu. Polityczne sierotki powyborcze liczą, że znajdzie się dla nich godne zajęcie. A co może być dla nich godniejsze niż dalsze pozostawanie na świeczniku lub w jego pobliżu. No może nie na najwyższych szczeblach drabiny władzy, ale z pewnością w górnych jej rejonach. Nie inaczej było i w moim mieście. Pewien poseł, niestety, dla niego oczywiście, nie przeszedł wyborczej weryfikacji. Nie zdobył zaufania wśród tych co głosowali. Przepadli nie zostali nominowani do sprawowania władzy, ale koledzy o nich nie zapomnieli. – Przecież to osoby bardzo wartościowe, należy zagospodarować ich doświadczenie – słyszę od różnych przedstawicieli władzy którzy chcą nieść pomoc tym którzy zostali bez poselskich diet.  Z lokalnej gazety dowiedziałem się, że pewien pan co to chciał zostać ponownie posłem, ale niestety wyborcy postanowili  inaczej, znów powrócił na rynek pracy. To zdecydowanie zła wiadomość, bo w moim mieście panuje duże bezrobocie sięgające dwudziestu procent , więc kolejny bezrobotny nie jest dobrą wiadomością dla społeczeństwa.  Ale z lokalnych gazet dowiedziałem się też i to już kilka dni po wyborach,  że partyjni koledzy nie dadzą  zginąć tej powyborczej sierotce. Co dnia słyszałem nowe wieści o tym, gdzież to wyląduje ten którego naród nie wybrał pewnie ze złośliwości. I doczekałem się! Tak, nie dali mu zginąć w męczarniach bezrobocia. Partyjni koledzy, którzy na szczęście dla byłego posła są u władzy w mieście, znaleźli  godne miejsce dla byłego posła. Pan były parlamentarzysta będzie teraz sprawować funkcję doradcy prezydenta mojego miasta do spraw osób wykluczonych i organizacji pozarządowych.  Czyli całkiem nowe, bo nie istniejące do tej pory stanowisko w magistracie. Zdaniem włodarza miasta, posiadane przez niego „doświadczenie i wiedza gwarantują głębokie i wszechstronne zajęcie się problematyką osób wykluczonych i organizacji pozarządowych w Radomiu.” Fakt, przecież w końcu przez te kilkadziesiąt dni które minęły od wyborów, żył były poseł w ciągłym zagrożeniu bezrobociem i jak nic czuł się wykluczony, więc się zna jak nikt inny .  Szanowni Czytelniczy, życzę wam z całego serca aby gdy was będą kiedyś zwalniać z pracy wasi koledzy też postarali się o to, aby stworzyć dla was specjalne stanowisko pracy. Życzę wam aby  ktoś docenił tak bardzo wasze „doświadczenie ” że nie zostaniecie sami, bez pomocy, na bezrobociu.  Oczywiście tacy koledzy muszą się znaleźć w jakimś państwowym lub urzędniczym interesie, bo tam można dowolnie mnożyć stanowiska. Jakby szło o prywatne pieniądze to nie sądzę żeby nawet prezydent mojego miasta  był skłonny do płacenia doradcy który nie przeszedł wyborczej weryfikacji. Ale to przecież nie to samo. To inne pieniądze i łatwiejsza przyjaźń.

dziennik pesymistyczny

Kiedy byłeś ostatni raz w kinie?

Obublikował pavvel dnia Komentarzy: 12

Podczas kolejnej wędrówki ulicami mojego miasta, moją uwagę już z daleka przykuł wielki plakat z podobizną gwiazdy światowego kina, zawieszony na słupie ogłoszeniowym. Afisz reklamował  premierowy pokaz filmu, który zaplanowany był w najbliższym czasie w jednym z lokalnych kin. A właściwie to seans miał się odbyć w jednym z dwóch multipleksów, bo teraz to przecież nie ma u nas zwykłych kin, jakie zapamiętałem z dzieciństwa, tylko są właśnie multipleksy.  Ostatnie małe kino z kameralną  salą splajtowało kilka lat temu.  Teraz podobno ma być tam galeria handlowa.  Kiedy ja ostatni raz byłem w kinie – zamyśliłem się,  gdy zatrzymałem się podziwiając na plakacie nadnaturalnych rozmiarów twarz blond piękności. –Na czym to ja ostatnio byłem w kinie? – starałem sobie przypomnieć ten fakt z mojego życia.  Nie przypomniałem  sobie. Miałem jakieś mgliste wspomnienia. – A prawda! –  nagle w moim mózgu otworzyła się odpowiednia zapadka – byłem w kinie dwa miesiące temu, mniej więcej . Ucieszyłem się,  że z tego, ze sobie przypomniałem i z tego, że jednak nie jest że mną tak źle, bo nadal, mimo ciągłego braku funduszy,nadal bywam w kinie. Wygrałem bilet w radiowym konkursie – dotarły do mnie kolejne fragmenty wspomnień. Czyli jednak nie zapłaciłem za bilet – dostałem bilet.Czyli nie liczy się. – Kiedy to w takim razie, sam, z własnych pieniędzy,zapłaciłem za bilet wstępu do kina – zastanawiałem się. Wyszło mi z tych dociekań, że to już jakieś siedem miesięcy, może więcej. Naprawdę nie bardzo mogłem sobie przypomnieć. Jak już się zatrzymałem przy tym słupie ogłoszeniowym,to postanowiłem poczytać, co tak jeszcze jest na tych plakatach  ciekawego. Plakat zachęcał do odwiedzin teatru. – Kiedy ostatnio raz byłem w teatrze? – pomyślałem, i znów nie bardzo mogłem sobie przypomnieć datę. Zrobiłem kilka kroków wokół słupa i przed oczami miałem  plakat reklamujący koncert. – A kiedy byłem na koncercie? – zgodnie z logiką mojego umartwiania się zapytałem sam siebie. Też nie pamiętałem. W dalszej drodze do biura zastanawiałem się kiedy ostatni raz kupowałem książkę? Nie pamiętałem, ale wiedziałem , że dawno.Kiedy kupiłem płytę w sklepie muzycznym?  Też dawno.  A dlaczego? Dlaczego jestem tak daleko od kultury? Dlaczego choć kiedyś bywałem na każdej premierze w teatrze i w kinie,teraz tam nie bywam?. Dlaczego nie kupuje książek,  albumów, płyt? Odpowiedz przyszła do mnie od razu – z oszczędności. Bo choć pracuję, i choć zarabiam, to z trudem starcza mi tylko na opłaty i jedzenie, z naciskiem na jedzenie. A kultura? Kino, teatr, książka?Zrezygnowałem z kina,z  teatru, z książek i płyt z oszczędności, bo mnie nie stać na to. To smutne. Czy czytam? Czy oglądam? Staram się korzystać z darmowego dostępu. Ale jest to dziwne, że dwadzieścia lat wolnej Polski tak bardzo oddaliło mnie od tego, co kiedyś było dla mnie tak oczywiste. – Kiedy byleś ostatni raz w kinie? Kiedy kupiłeś książkę w księgarni? – zapytałem spotkanego przyjaciela. – A wiesz, że nie pamiętam – odparł. I to jest właśnie znak czasów. To nie jest tak, że stajemy plecami do kultury. To jest czas w, którym kino, teatr, książka są dostępne tylko dla bogatych.  Kolejna zdobycz czasów, w których pieniądz jest bogiem. Teraz chyba jedyna rzeczą, która będę miał doczytania, to to,  co wypisano na banknotach, i to tylko do czasu aż, je wydam w piekarni na chleb.

dziennik pesymistyczny

Do Polaków po polsku

Obublikował pavvel dnia Komentarzy: 5

– W jakim oni mówiąjęzyku ? – padło pytanie. Siedzieliśmy ze znajomymi w polskiej restauracji, wpolskim mieście leżącym prawie pośrodku naszej pięknej ojczyzny. Fakt, żerestauracja serwowała dania kuchni między innymi amerykańskiej oraz włoskiej.Że była nazwana po angielsku, że większość napisów też była w tym języku. Kartadań była dwujęzyczna. Za oknem widać było sklepy z witrynami przyozdobionymiplakatami, na których ktoś wielkimi literami wypisał : sale. Wszyscy wiedzieliśmyo tym doskonale, że w naszym mieście co druga firma nazywa się z angielska. Nastole w restauracji leżała  gazeta, wktórej prawie wszystkie reklamy były po angielsku. Na ścianie wisiał telewizora na ekranie prężyły się smukłe panienki, co to chciały zostać modelkami iznaleźć się kiedyś na modowym topie – że tak to ujmę. A jednak nas to zdziwiło.Całkowicie przypadkowo usłyszeliśmy jak z telewizora , gdzie na ekranie szanowna komisja debatowała nad tym ktobardziej się nadaje do bycia modelką, padły słowa w swoistej mieszance polsko –angielskiej.  – W jakim oni mówią języku? – wtedy padło pytanie z ust mojej koleżanki. Bo faktycznie wyglądało na to,ze każdy z uczestników jury tego telewizyjnego programu nie bardzo mógł sięzdecydować w jakim to języku chce przemówić do uczestniczek oraz widzów.Zaczynał po polsku, po czym wtrącał kilka słów po angielsku, po czym znówprzechodził na angielski i kończył w mowie ojczystej.  Ja rozumiem, że jak ktoś wiele lat mieszka zagranicą to mu trudno po polsku. Ale to jest chyba jakaś przesada. Ten programnie jest nowy. Ludzie których mogłem oglądać na ekranie nie przyjechali do Polskiwczoraj, no przynajmniej nie wszyscy, więc dlaczego serwują nam w polskiejtelewizji ten koktajl polsko angielski. Ja rozumiem, że angielski to już językmiędzynarodowy. Dotarło do mnie, że trzeba go znać. Ale ja i jak sądzę podyskusji na ten temat ze znajomymi , nie tylko ja, chciałbym aby w polskiejtelewizji raczej przeważał język polski. A jak ktoś nie może po polsku, to niemam nic przeciwko żeby mówił po angielsku, a na dole ekranu umieszczaćtłumaczenie na nasz język. Ale ja nie chcę takiej mieszanki, po co taka słownasieczka dwa słowa po polsku, dwa po angielsku i na odwrót. Przecież tego nie dasię spokojnie słuchać. Jeśli ktoś chce koniecznie przekonać widzów o tym, żezna angielski to niech mówi po angielsku. Szczególnie wnerwia mnie ta manieraangielszczyzny tych u których wiem, że mówią i to dość dobrze po polsku. A tunagle nie mogą zdania wypowiedzieć, żeby sobie nie „poangolić”. Ja wiem, żeangielski jest i będzie wszechobecny. I nie jest to, patrząc na historię Polski,rzecz nowa. Była kiedyś w polskiej kulturze moda na francuszczyznę. Panowałaswoista moda na mówienie w języku francuskim. Co często prowadziło dośmieszności. Teraz jest moda na angielski, ja to rozumiem. Ale mamy taki apel,ja i moi znajomi,  może przynajmniejstarajmy się mówić w Polsce do Polaków po polsku.

 

dziennik pesymistyczny

Pytania o wolność

Obublikował pavvel dnia Komentarzy: 0

– Czasem się człowiekzastanawia, ile jest w naszym życiu wolności – padło to filozoficzne pytanie ijakby zawisło w powietrzu, bo nikt ze zgromadzanych przy biesiadnym stole niechciał lub raczej nie mógł znaleźć szybko odpowiedzi. Ten mój znajomy (nazwijmy go B.) już tak ma, że czasami, tak jakby od niechcenia, a może jednakjest to z u niego działanie z premedytacją? Nie wiem, ale pewne jest jednak to, że zadaje on takie trudne pytanianajczęściej wtedy, gdy nikt się tego absolutnie  nie spodziewa. Trwają w najlepsze tradycyjnerozmowy przy piwie… a tu nagle takie pytanie… jak westernowy strzał  znikąd. Nie, on nie kieruje ich do konkretnejosoby. Ma się nawet wrażenie, że nie bardzo liczy na odpowiedź. Bo zdecydowanieretoryczne są te pytania. To raczej stwierdzenia, wygłoszone publicznie,przemyślenia z pewną delikatną nuta pytania. Zawiesza on te swoje pytania jaksztandary. – A tak zasadniczo to o co ci się rozchodzi – padło kolejne pytanie, tym razem skierowane do tego kto najczęściejpyta czyli do B. – Dokładniej rzecz ujmując chciałbym wiedzieć co to jestwolność, bo mam wrażenie, że tak do końca nigdy nie byliśmy tak w pełni wolni –padło kolejne pytanie.   – Dobrze,powiedz przynajmniej skąd ci się to wzięło i do czego się odnosi to nagłezainteresowanie wolnością lub jej permanentnym brakiem – padło pytanie z naszejstrony. W zasadzie było kilka pytań, ale starałem się zawrzeć w jednym zdaniumyśl wszystkich zainteresowanych uzyskaniem odpowiedzi. – Przecież pan A. pytanyprzez was czy jeszcze się napije kolejnego browarka powiedział, że nie może bojutro idzie do biura – padła odpowiedź z ust  B., choć wielu, w tym i ja zacząłem sięzastanawiać czy na pewno była to odpowiedź.  – A tak ściślej – ktoś postanowił drążyćtemat, choć ja z doświadczenia wiedziałem że to bezcelowe. Bo pan B. ma teżtaką denerwującą cechę, że po wygłoszeniu pytania traci zainteresowaniedyskusją, zamiera w letargu lub po prostu wstaje, odchodzi i znika. Atowarzystwo zostaje bez odpowiedzi i bez pana B. – Czy jeśli wszyscy musimy, byprzeżyć, chodzić co dnia do pracy to znaczy że jesteśmy wolni?  – powiedział pan B. I chyba to miała być jegoodpowiedź, bo już nic więcej nie powiedział. Swoim zwyczajem wstał i bezpożegnania poszedł w swoją stronę. – Dziwak – padło prawie chóralnestwierdzenie. – No, może i dziwak,  ale zadałciekawe pytanie – powiedziałem. – O następny – usłyszałem. I już było posprawie. Posiedzieliśmy jeszcze chwilę, dopiliśmy to co tam kto miał i sięrozeszliśmy do domów. Bo przecież jutro każdy z nas musiał iść do pracy.Ciekawe czy tylko ja zastanawiam się, czy tak naprawdę jestem w pełni wolny.

 

dziennik pesymistyczny

Grecki sen

Obublikował pavvel dnia Komentarzy: 4

Miałem taki sen. A możeto było takie moje małe skromne marzenie?  Jakby tego nie nazwać, to przyjemnie było choćprzez chwilę uwierzyć , że to jednak rzeczywistość. Oczami wyobraźni widziałem przewodniczącegorady europejskiej, który na specjalnie zwołanej konferencji prasowej ogłosiłredukcję długu. Powiecie, przecież tak właśnie było . Co to za sen, torealność. To przecież najprawdziwsza prawda,  a nie żaden miraż senny. Przecieżprzewodniczący rady wraz z innymi możnymi tego świata ratował Greków w Brukseliod prawie tygodnia i… uratował. Rządzili tam dniami i nocami ważni europejscypolitycy i urzędnicy,  i w końcu  zadecydowali, że Grecy nie muszą już wszystkich swoich długów spłacać. Że wystarczyjak spłacą połowę. Wielcy tego świata porozumieli się z sektorem bankowym w sprawieredukcji długu Grecji z pięćdziesięcio procentowymi stratami dla posiadaczygreckich obligacji. W rezultacie redukcji, grecki dług zmniejszy się o stomiliardów euro z obecnych trzystu pięćdziesięciu miliardów euro. W Brukseliustalono, że Unia przeprowadzi również rewizję drugiego pakietu pomocowego dlaGreków. Zamiast planowanych stu dziewięciu miliardów będzie to prawdopodobniesto trzydzieści  miliardów euro, któreGrecja otrzyma na początku 2012 roku. Tak było. To rzeczywistość. Ale mnie się przecież śniło. I choć było to bardzopodobne,  to jednak był to tylko pięknysen. –  Przywódcy strefy euro porozumielisię z sektorem bankowym w sprawie redukcji długu –  szanownego pana Pawła  – o pięćdziesiąt procent – poinformowałprzewodniczący w moim śnie. A zaraz po tym nowa wizja. – Propozycja, żebyrozwiązać problem, brzmi w sposób następujący: po pierwsze, redukcja długu, alenie o pięćdziesiąt procent  – bo takidług w dalszym ciągu będzie niespłacalny dla szanownego pana  – tylko sześćdziesiąt pięć procent  – mówił głos kojący oraz prawy isprawiedliwy.  W ten sposób uzyskamysytuację, w której pan Paweł będzie mógł spłacić dług – dodał mój zbawca. I gdydo mnie dotarło, że to tylko sen to było mi trochę przykro. Ja wiem, że jestem jenopuchem marnym przy Grekach i przy ich problemach oraz długach, ale jak im sięudało to może i mnie by tak bank obniżył dług? Może nawet nie o pięćdziesiąt ,ale chociaż o trzydzieści procent? Przypomniałem sobie, że w moim mieście byłpewien bogaty biznesmen i tak się złożyło, że miał też oprócz widocznegobogactwa dług  w urzędzie skarbowymwielki jak wieżowiec. Jednak zadłużanie to uleciało w niebyt po decyzjiurzędników, jak to usłyszałem od pewnego dobrze poinformowanego dziennikarza „w imię dobrze pojętego interesu społecznego” tak uczyniono. Kilka lat późniejsam miałem nieprzyjemne starcie z urzędem skarbowym, bo zapomniałem zapłacićpodatku, o którym nawet nie wiedziałem, że taki istnieje. Starałem się oumorzenie choćby części zadłużenia… niestety usłyszałem , że muszę spłacić wszystkoco do grosza oczywiście  „ w imię dobrzepojętego interesu społecznego”. I spłaciłem. Wszystko wraz z odsetkami. Jakwidać dużo zależy od skali. Jakbym był winny miliony to może bym nie musiałwszystkiego spłacić a jak mam długi na kilkadziesiąt tysięcy to wszystko muszęspłacić. I tak jest w przypadku mojego zadłużenia w bankach.  Szkoda , że to był tylko piękny sen z tąredukcją moich długów. Oczywiście dobrze, że tym Grekom zredukowali , ale jateż bym tak chciał.

pavvel