Yearly Archives

170 Articles

dziennik pesymistyczny

Kłamstwo kłamstwu nierówne

Obublikował pavvel dnia Komentarzy: 2

– Ja już… i tu kolega wtrąciłsłowo niecenzuralne… im nie ufam, oni wszyscy, no prawie wszyscy kłamią – mówiłw uniesieniu mój znajomy. Dyskusja dotyczyła tematu, na którym zna się każdyPolak.  Czyli o polityce. Oczywiścieprzeciętny mieszkaniec kraju nad Wisłą zna się też, w stopniu eksperckim przynajmniej,na kilku innych sprawach takich jak, dla przykładu: medycyna czy piłka można. Alepolityka zdecydowanie jest tą dziedziną życia, w której każdy ma własne zdaniei zawsze coś do powiedzenia. Dlatego też nic nie zaszkodzi nikomu jak i ja cośdodam do tematu od siebie.  W ten pięknyletni poranek rozmawialiśmy z przyjaciółmi o polityce, a właściwie o jednym jejaspekcie – prawdomówności i dotrzymywaniu przedwyborczych obietnic.   – Oprzepraszam, politycy nie kłamią! Oni uprawiają politykę, a tam pewna formaniewinnego naciągnięcia rzeczywistości jest dopuszczalną formą promocji własnejosoby oraz partii – sprzeciwił się kolejny dyskutant. – Ja uważam, że wszyscy politycy kłamią – nie zgodził się z przedmówcą kolejny mójznajomy.  – Oj, nie można takgeneralizować – wtrącił się ze swoją opinią kolega, który jak powszechnie nambyło wiadomo sympatyzował z polityką liberalną. – Przecież nie można powiedzieć,że wszyscy kłamią, coś tam z tych ich obietnic przecież jest realizowane –dodał. – Boga w sercu nie mają, żeby tak kłamać w żywe oczy – powiedział kolega,o którym każdy z nas wiedział, że sympatyzuje z tymi, co to we własnymmniemaniu są prawi i sprawiedliwi. Można w zasadzie przyjąć założenie, że każdyz dyskutantów, bez względu na opcję polityczną, do której było mu blisko, byłprzekonany, że politycy kłamią.  Wszyscyteż zgodzili się, że kłamstwo, jako takie nie jest czymś dobrym, ale w polityceuniknąć go po prostu nie można. – No wiesz, to już nie jest kłamstwo to jużjest tylko polityka – powiedział ten pan, co to szukał „ Boga w sercu” polityków.I stała się rzecz niezwykła. Wszyscy jak jeden, mimo różnic politycznych,zgodzili się, że obietnica wyborcza choćby niespełniona i powtarzana nadal uparcie,nie jest żadnym tak kłamstwem, ale zwykłą polityką. Czymś, w rodzaju reklamy w pejoratywnymtego słowa znaczeniu.  – Każdy przecieżwie, że w reklamach nie zawsze wszystko wygląda tak jak w rzeczywistości –tłumaczył jeden z nich – I w polityce, czym innym jest obietnica wyborcza aczym innym jej realizacja.  – Dopókikłamstwo jest tylko niewielkim odstępstwem od normy, to zdecydowanie można je akceptować,jako coś niewinnego. W polityce kłamstwo czasem jest koniecznością – usłyszałemkolejną opinię. Bardzo mnie ciekawi ten specyficzny stosunek do kłamstwa. Coinnego kłamstwo lub obietnica bez pokrycia taka prywatna, a co innego obietnicawyborcza, która szans nawet nie ma na spełnienie. Ta druga jakby mnie szokuje.Jest czymś najzupełniej normalnym.  Kłamstwood zawsze bywa w polityce obecne. Nie wymyślono tego teraz i nie w Polsce.  Ale mnie dziwi ogromnie, że ktoś możeróżnicować kłamstwa. Że jeśli polityk kłamie parekselans na wiecu wyborczym, tojest mu to jakoś bardziej wybaczane, niż takiemu szarakowi niezaangażowanemu,co to fantazjuje sobie na użytek bardziej towarzyski. Wszyscy równi, aleniektórzy równiejsi – jak to w polityce. 

dziennik pesymistyczny

Dwa w jednym, czyli siła oszczędności

Obublikował pavvel dnia Komentarzy: 1

Kilka dni temu o mało niezostałem rozjechany przez rower na głównej ulicy. Dokładnie na deptaku.Uratował mnie tylko refleks. Rowerzysta przemknął koło mnie z tak wielkąprędkością, że zrobiło mi się słabo na samą myśl o ewentualnym zderzeniu. –Trzeba uważać – usłyszałem w odpowiedzi na moje pretensje. Tym bardziejzdziwiła mnie inicjatywa miejskich urzędników dotycząca połączenia w moimmieście chodników z trasami rowerowymi w jedno. Takie dwa w jednym – jak zreklamy szamponu z odżywką.  – Już mnienic nie potrafi zaskoczyć – myślę sobie czasem i za każdym razem życieweryfikuje ten mój naiwny ogląd na otaczający mnie świat. Kilka dni temuprzeczytałem w gazecie o kolejnym takim pomyśle racjonalizatorskimmagistrackich urzędników. A że myślałem, że coś źle zrozumiałem, bo wydawało misię to takie absurdalne, tekst przeczytałem jeszcze raz. Na początku myślałem,że to żart, bo trudno mi było uwierzyć, że można wpaść na taki szatański w swejprostocie pomysł. Popytałem w mieście i okazało się, że to wszystko, coprzeczytałem w lokalnej gazecie to prawda.

Miejscy urzędnicy w swejgenialności i pędzie do oszczędności wpadli na bardzo nowatorski pomysł.Miasto, mimo swych wcześniejszych deklaracji, nie zamierza budować więcej traswyłącznie dla jednośladów. Dla rowerów. Urzędnicy twierdzą, że będzie taniej izdecydowanie bezpieczniej w ich mniemaniu, gdy z asfaltowych ciągów będąkorzystać zarówno piesi, jak i rowerzyści równocześnie. Rzecznik miejskichdrogowców zaznaczył w wywiadzie dla gazety, że jest to zdecydowanie tańszatechnologia niż ta stosowana do tej pory. Dodał, że w nowych projektach będąpreferowane tylko ciągi pieszo-rowerowe, zamiast osobnych dróg tylko dlajednośladów i dla tych, co poruszają się per pedes. Że też nikt nie wpadł naten pomysł! Przecież całkowicie niepotrzebnie wybudowano w kraju tyle trasrowerowych. Wszak można było budować asfaltowe trotuary dla pieszych icyklistów i już. A tak zmarnowano tyle sił i środków na osobne trasy rowerowe ichodniki. Urzędnicy odpowiedzialni za drogi wymieniają trzy główne powody, dlaktórych zdecydowali się na uwzględnianie w nowych projektach ciągówpieszo-rowerowych kosztem osobnych ścieżek. – Na ciągach pieszo-rowerowychpierwszeństwo mają piesi, a to oznacza, że rowerzyści muszą zwracać na nichbaczną uwagę. To rozwiązanie o wiele bezpieczniejsze dla pieszych. Tam, gdziesą osobne ścieżki rowerowe, biegnące wzdłuż chodników, użytkownicy rowerówrozwijają czasem znaczne prędkości, nawet do 50-60 kilometrów na godzinę –twierdzi nowy rzecznik miejskich drogowców.

Mam nadzieję, że to nie jestostatnie słowo naszych urzędników. Trzeba dać przykład tym mało oszczędnym wsiom,miastom i miasteczkom naszej pięknej krainy. Z wielką nadzieją czekam jakrzecznik miejskich drogowców z dumą ogłosi, że teraz nie będzie się budowałochodników, ścieżek i, ulic dla samochodów oddzielnie. Teraz w ramachoszczędności powstanie jeden ciąg komunikacyjny, gdzie w symbiozie i wzajemnymzrozumieniu będą się poruszać samochody, ciężarówki, piesi, matki z wózkami,rowerzyści plus osoby na wózkach inwalidzkich. Można zrobić jeszcze krok daleji dodać jeszcze tory kolejowe i tramwajowe. To się nazywa oszczędność! I wcalenie będą potrzebne przejścia dla pieszych, bo wszyscy przecież zdążać będą wjednym kierunku i po jednej drodze.

 

dziennik pesymistyczny

Kryzys goni kryzys i kryzysem pogania

Obublikował pavvel dnia Komentarzy: 0

– Wiesz, jaki systemspołeczno-gospodarczy jest najbardziej niewydolny? – zapytał mnie kolega, którywłaśnie skończył czytać w gazecie kolumny poświęcone finansom.  Gdy studiował artykuły w gazecie, co pewienczas podnosił oczy ku niebu i cichutko mamrotał. Zapewne modli się o spadekceny franka szwajcarskiego – pomyślałem. A wracając do jego pytania, to oczywiście znałem odpowiedź, bo i ja odprzeszło dwudziestu lat obserwuję system, który jest tak bardzo niewydolny, takniedoskonały, że w zasadzie jest w ciągłej zapaści.  – Tak, to kapitalizm – odparłem. – Żaden tamkapitalizm! – usłyszałem w odpowiedzi od kolegi. Należy tu wspomnieć, że mójznajomy jest wyznawcą teorii, że tak naprawdę to socjalizm w gospodarce nieskończył się w Polsce w latach dziewięćdziesiątych ubiegłego wieku, ale trwa nadali jest stale „umacniany przez nieodpowiedzialne liberalne i populistycznerządy”. Mój rozmówca uważa też, że socjalizm zagnieździł się nawet w krajach,które dla mnie zawszy były ostojami kapitalizmu. Jest święcie przekonany, żesocjaliści rządzą w prawie całej Europie a nawet w Ameryce. I to oni są winniwszelkich kryzysów w krajach gdzie króluje – że tak powiem – wolny rynek.   Już dawno, dla uproszczenia naszych dyskusjizgodziliśmy się, że to, co ja nazywam kapitalizmem a on socjalizmem to wzasadzie jedno i to samo.  System, którymamy prawie w całej Europie. Jakby tego nie nazwać, to przy małych czywiększych różnicach, większość nas żyje w jednakowym systemie zależnościpolityczno – gospodarczych.  Pamiętam zwczesnego dzieciństwa, choć co jakiś czas słyszę nadal od wszelkiej maściekspertów, że najbardziej niedoskonałym a wręcz szkodliwym był systemgospodarczy, z jakim pożegnaliśmy się ponad dwadzieścia lat temu. Trudno sięnie zgodzić – doskonały nie był. Zawsze w takich sytuacjach, jako wzór doskonałośćstawiany jest jako przykład ten nowy ustrój, który umownie możemy nazwaćkapitalizmem.  Ale czy jest takrzeczywiście? Patrząc na świat choćby tylko poprzez doniesienia medialne możnadojść do wniosku, że jest to system, którego życie składa się w zasadzie zestanów kryzysowych oraz przedkryzysowych. – Widziałeś, co się dzieje z frankiem? Znów mamy kryzys walutowy – powiedziałdo mnie kolega. – A pamiętasz czas, w którym nie było jakiegoś kryzysu? –odpowiedziałem pytaniem na pytanie. Faktycznie w tym najdoskonalszym z systemówjest tak, że jak tylko jeden kryzys powiedzmy paliwowy przycichnie, to od razumamy następny, dla przykładu walutowy. – Mam takie wrażenie, że gdzieś tam wwielkich korporacjach, wielcy gracze planują działania spekulacyjne a na tymwszystkim przegrywają tacy jak my, maluczcy – zawyrokował przyjaciel. – I tacyjak my za to wszystko płacą – dodałem. Można przecież przyjąć, że gdzieś tam wwielkim banku o zasięgu ponadpaństwowym, jego pracownicy wpadli na pomysłwykupowania franka w taki sposób, że prawie zniknął z rynku a jego cenagwałtownie wzrosła.  Teraz pewnie to, co nagromadzonow kasach będzie sprzedawane z gigantycznym zyskiem.  Takie działania spekulacyjne, przez siłypolityczne w zasadzie traktowane są z pobłażliwością lub jako rzeczzdecydowanie naturalna. Jak ja bym czymś spekulował to pewnie byłoby to nagannea może nawet karalne, ale jak to robi wielka korporacja finansowa to jest torzecz całkowicie legalna. Przecież nawet zdaniem byłego ministra finansów i ówczesnegoszefa banku narodowego, kurs franka szwajcarskiego jest sztucznie silny inależy oczekiwać, że osłabi się. Sztucznie silny? Czyli nie wzrósłnaturalnie?  Gdy ten „system najlepszy znajlepszych jaki stworzył człowiek” jest w stanie permanentnego kryzysu dladopełnienia chaosu mamy tworzony przez polityków i urzędników nieprzewidywalnysystem podatkowy gdzie wszystko się zmienia jak w kalejdoskopie . Tak,zdecydowanie kapitalizm, to system w którym kryzys – bo zawsze jakiś sięznajdzie – trawa wiecznie. A kto za to płaci i biednieje? Pan, pani …społeczeństwo.


dziennik pesymistyczny

Było ich nie wpuszczać do naszej Europy

Obublikował pavvel dnia Komentarzy: 1

Nie ma takiego tematu,na który Pan Janusz i Pan Franciszek nie mieliby czegoś szczególnego dopowiedzenia. Mam wrażenie, że na świecie nie ma takiej dziedziny, nie matakiego wydarzenia gospodarczego czy politycznego, którego ci dwaj emeryci niepotrafili-by trafnie skomentować. Ich wiedza jest zaiste ogromna. Znają się napogodzie, gospodarce, kwestiach finansowych i bankowych, na polityceoczywiście, na melioracji, na rybołówstwie, sporcie – ze szczególnymuwzględnieniem piłki nożnej, biotechnologii, psychologii, teologii… jak mówiłemnie starczyłoby dnia, aby wymienić to wszystko, co nie stanowi tajemnicy dlapanów starszych. Siedzą sobie moi znajomi nestorzy na ławeczce przy parku icałymi godzinami namiętnie dyskutują na dowolne tematy. Czasami między sobą, aczasami w większym towarzystwie, bo przy głównej ulicy, tam, gdzie stoi ichławka, nie brakuje im kolegów, z którymi mogą prowadzić długie spory i polemikina jakiekolwiek tematy. Pan Janusz i Pan Franciszek byli kiedyś moimisąsiadami. Teraz, gdy mieszkam w innej dzielnicy, widujemy się rzadziej, alezawsze, gdy przechodzę obok parku staram się choćby przez chwilę przystanąćprzy ławeczce, aby, że tak powiem, być na bieżąco z opinią inteligencjipracującej przebywającej obecnie na emeryturze. – Dzień dobry, co tam słychaćpanowie, co nowego w polityce? – Wypowiedziałem tradycyjne słowa powitania. –Słyszałem, że coś tam niedobrze się dzieje w Londynie? – dodałem, sugerująctemat do dyskusji.  Było to podstępne zmojej strony, bo dobrze wiedziałem, że moi znajomi podróżowali w dobrychczasach socjalizmu zdecydowanie po demoludach, więc pewnie specyfika konfliktóww stolicy Anglii może być im obca.  –Eeee, panie… ja panu coś powiem – powiedział pan Janusz wymieniając ze mnąuścisk dłoni – To czarne ludzie takie tam ekscesa robią – dodał. – Syn kolegi,co tam był w tym Londynie – w pracy niby… to mu opowiadał, że tam są całe dzielnice, gdzie białego człowieka nieuświadczysz, a bida tam u tych ciemnych taka, że daj pan spokój – oświadczyłpan Franciszek. – Fakt, sam widziałem w telewizji, same bardzo opalone małolatytam te samochody palą i w sklepach kradną – dodał trzeci pan siedzący na ławce,bliżej mi nieznany z imienia. Postanowiłem, że będę w tej dyskusji sceptykiem,więc powiedział coś o tym, że nie wierzę, że te zamieszki mają podtekst rasowy.– Co pan tam wiesz, to wszystko czarne i te muzułmany – one nic tylko by sięlały między sobą – rzekł ze znawstwem pan Janusz. –  Pewnie, robić im się nie chce i tylko kraśćnauczone – dodał pan Franciszek. Wspomniałem cos nieśmiało o tym, że może to nie te zamieszki, że niemają podłoża rasowego tylko bardziej ekonomiczne… że może to wybrykichuliganów? Starałem się znaleźć alternatywę, ale zostałem zakrzyczany. – Panie,co pan opowiadasz… moja znajoma to pracowała w Londynie i widziała… one nictylko kraść a robić im się nie chce – wtrącił swoje starszy jegomośćprzerywając na chwilę karmienie gołębi. – Popatrzta panowie tylko na te Afrykę,przecie tam głód i bida, one to się nawet same rządzić nie potrafią – orzekłpan Franiczek. – Trzeba było ich do naszej Europy nie wpuszczać – skwitował panbliżej mi nieznany. To tylko fragment dyskusji… nie chcę szczegółowo przytaczaćwszystkiego bo…  bo potem już raczejwszystko zapachniało mi  językiemapartheidu.  – Panowie, nie można takgeneralizować – zwróciłem nieśmiało uwagę. Nikt mnie nie posłuchał. Proszę! Ktoby się spodziewał, że lud mojego miasta, co murzyna widział tylko na obrazkulub w telewizji tak dokładnie zna genezę zamieszek w Londynie.  Chciałem poznać głos ludu… i poznałem.

 

dziennik pesymistyczny

Tonący w morzu przepisów

Obublikował pavvel dnia Komentarzy: 0

Dobry los lub zły, spowodował, że mój znajomy znalazł się na szkoleniu, na którym starano mu się wyłożyć, tak, aby zrozumiał, zagadnienia z zakresu podatków i księgowości. Za dobro, w tym przypadku, które na niego spłynęło zrządzeniem losu, można uznać to, że naukę pobierał on za darmo, bo za wszystko płacił – nasz dobrodziej najukochańszy – czyli Unia Europejska.  Zło, jakiego doświadczył mój znajomy było spowodowane tym, że on – jak twierdził – nic a nic z tego, co wykładowcy mówili nie rozumiał. I nie chodziło tu o to, że pani miała trudności z wysławianiem się, nic z tego, on po prostu nie potrafił pojąć zawiłości związanych z podatkami. Tak dla przykładu. Pani wykładowczyni mówiła o akcyzach, o vatach, zusach, zaliczkach, opłatach, karach, urzędach skarbowych, kasach fiskalnych… a ja po dwóch zdaniach słyszałem już tylko biały szum… no, nic a nic nie rozumiałem – tłumaczył mi przerażony.  Znam faceta już przeszło dziesięć lat. Zawsze mi się wydawało, że jego inteligencja jest ponad przeciętną, a tu słyszę od niego, że już po trzech dniach obcowania z polskim systemem podatkowym poległ na całej linii. – Nic z tego nie rozumiem, nic a nic nie wiem, o co w tym wszystkim chodzi, zgubiłem się, to dla mnie ciemna magia– tłumaczył mi załamany. Bardzo mu współczułem, bo sam wiem, że w starciu z systemem podatkowym też nie miałbym najmniejszych szans. – Człowieku, czy ty wiesz… – złapał mnie kolega za rękaw koszuli w zburzeniu – że te przepisy skarbowe i podatkowe zmieniają się jak w kalejdoskopie a ty szaraku biedny musisz się na tym wszystkim wyznawać – mówił w uniesieniu. Faktycznie, z tego, co mi wiadomo urzędnicy w swej mnogości, co dnia wymyślają nowe przepisy i dzięki temu nie ma szans na przejrzystość tego systemu.  Bo do każdego przepisu powstało pewnie z dziesięć jego udoskonaleń. – Głowa mnie rozbolała jak pani wykładowczyni zaczęła tłumaczyć jak ja miałbym się rozliczać z fiskusem, co tam zapłacić, na co uważać – mówił. Dowiedziałem się, że mój znajomy męczy się tak, ponieważ postanowił, że będzie zarabiał na własny rachunek. Zapragnął w swej naiwności zostać biznesmenem. Założyć własną działalności gospodarczą.  Miał dobry pomysł na zarabianie. Ale nic nie wiedział o przepisach, które regulują taką aktywność w naszym systemie państwowym. Udał się więc na kurs. Aby się dowiedzieć… i się dowiedział, że wszystko jest tak bardzo skomplikowane, że bez pomocy biegłego księgowego sam rady nie da. Po prostu zginie w gąszczu przepisów. – Ubezpieczenia społeczne, chorobowe, sumy, cyfry, przepisy, terminy deklaracji i terminy płatności, odliczenia od podatków, coś na poczet dochodów, a potem rozliczenia w picie… coś płacić trzeba do grudnia, coś do stycznia… mam głowę wielką jak bania od nadmiaru informacji, a jednak mam wrażenie, że nic nie wiem – opowiadał bliski płaczu.  Czeski film – zgodziliśmy się myśląc o tym systemie. Ciekawe, że przepisy, które miały regulować tak gmatwają, że bez pomocy płatnego przewodnika nie da się po tej dżungli poruszać.  – Mam wrażenie, graniczące z pewnością, że wszystko, dlatego jest tak skomplikowane i zagmatwane, żeby taki maluczki jak ja się w tym zagubił a wtedy urzędnik – pach mandatem, łup mu karę – wywnioskował mój znajomy. No cóż, nie pozostaje mi nic jak przyznać przyjacielowi rację. Trudno jest być biznesmenem w Polsce… szczególnie takim, który działa zgodnie z wszelkimi przepisami.

 

dziennik pesymistyczny

Całkiem jak Szwejk…

Obublikował pavvel dnia Komentarzy: 1

Postanowiłem sobie przypomnieć przygody dobrego wojaka Szwejka. Po lekturze czasami się zastanawiam jak to jest, że w zasadzie zmieniło się wszystko. Nie ma już cesarza Franciszka Józefa, bezpowrotnie minęły czasy potęgi monarchii Austro-Węgierskiej, a u nas nie brakuje dobrych wojaków Szwejków. No może nie w sensie dosłownym, bo to nie tylko żołdaki z dziewięćdziesiątego pierwszego budziejowickiego pułku piechoty, ale i wielu cywilów.  Wszystkich jednak łączy jedno, ta sama poczciwość idioty – jak o dobrym wojaku raczył się kiedyś wyrazić pewien recenzent. Żebym był dobrze zrozumiany, ja nikomu -Broń Boże- nie zarzucam ociężałości umysłowej, ale czasem mam wrażenie, że ludzie od naszej polityki wygłaszają takie mowy, które są jakby żywcem przeniesione z kart książki Jarosława Haszka.

Jest pewien opozycyjny poseł, który do złudzenia przypomina mi, nie tylko swym zachowaniem, ale całą swą postawą postaci z książki. A to, co mówi jest już tylko uzupełnieniem i utwierdzeniem pierwszego wrażenia, jakie na mnie wywiera.  Miałem ostatnio okazję oglądać transmisję z obrad pewnej komisji sejmowej. Poseł o którym wspominam najpierw zadawał liczne pytania, długo i namiętnie krytykował, wszystko i wszystkich…  a następnie, nie czekając na odpowiedź na zadane wcześniej przez siebie pytania po prostu wyszedł z sali obrad . – Jak u Haszka – pomyślałem. Ten sam klimat. No, może nie identycznie, bo też i realia inne, ale zdecydowanie podobnie. Po wyjściu wspomnianego posła, jego rolę na obradach komisji przejęła tym razem pewna posłanka – prawa i sprawiedliwa.  – Teraz się zacznie – pomyślałem, bo parlamentarzystka znana jest z tego, że ma przeważnie „ coś tam, coś tam” do powiedzenia.  – To jest dowód, który przypomina mi niestety wnioski innej komisji – pierwszej komisji katyńskiej, zwaną komisją Burdenki – oznajmiła pani polityk całkowicie spokojna o swą prawość i sprawiedliwość. Kto nie wie, niech sobie sprawdzi, co to była komisja Burdenki. Ja tylko wspomnę, że według jej ustaleń za zbrodnie w Katyniu odpowiadają Niemcy.

 – Jak to się stało, że osiemdziesięciotonowa maszyna zaczepiła skrzydłem o patyk. Bo patyk, ta brzoza trzydzieści -czterdzieści centymetrowa w porównaniu do konstrukcji skrzydła jest patykiem. I to spowodowało dekonstrukcję tej potężnej osiemdziesięciometrowej maszyny – raczyła stwierdzić posłanka na sejm Najjaśniejszej Rzeczpospolitej, tonem znawcy tematu.  – Skąd pan bierze takie dziwne porównania? – rzekł Bretschneider z naciskiem. – Mówi pan najpierw o Ferdynandzie, a potem o handlarzu bydła.  – Znikąd nie biorę żadnych porównań – bronił się Szwejk. – Niech mnie Bóg broni, żebym ja miał kogoś do kogoś porównywać! To cytat z książki. Ja słuchając wywodów niektórych posłów, podobnie jak wywiadowca policyjny Bretschneider w rozmowie ze Szwejkiem, nie rozumiem skąd oni czerpią takiae porównania. Jak widać nie tylko dobry wojak Szwejk powinien stawać przed komisją lekarską.

 

dziennik pesymistyczny

Grubas z plakatu

Obublikował pavvel dnia Komentarzy: 1

W zatłoczonym o poranku autobusie komunikacji miejskiej, stoję za fotelem, na którym siedzą dwie panie. Przed pojazdem, który zatrzymał się na przystanku stoi autobus. Przez przednią szybę doskonale widać wielką reklamę, która zdobi – jak się za chwilę miało okazać, to tylko moja subiektywna opinia – tył poprzedzającego nas pojazdu. Obie kobiety wpatrują się w reklamę, bo i tak przez wielka szybę nic innego w tej chwili nie widać. Nagle jedna zaczyna znacząco prychać i kręcić głową. Tak, to właśnie jest tak chwila, w której zawsze czuję, że ktoś zaraz, za chwileczkę zapragnie podzielić się z otoczeniem swym spostrzeżeniem. Wiedziałem, ze pani się zbiera w sobie, aby coś skomentować, ale jeszcze nie wiedziałem, co wzbudziło w pani chęć podzielenia się swymi przemyśleniami ze współpasażerami.  – Zaraz coś powie – pomyślałem i nie pomyliłem się.  – Że też oni musieli powiesić na tym autobusie takiego byka z tyłu – powiedziała i już wiedziałem, że wywód kobiety będzie dotyczył reklamy. – Żeby to jeszcze, co ładnego, ale nie takiego byka nalanego dali – dodała. Spojrzałem i ja przez przednią szybę autobusu. Na tyle pojazdu, który właśnie ruszał z przystanku zobaczyłem wielką reklamę pewnego banku.  Przyznam, że szukałem tam wielkiego byka, zwierzęcia, że tak powiem, a zobaczyłem zawodnika sumo ustawionego w blokach startowych szykującego się tak jakby do biegu. – Takiego grubasa dali na tym zdjęciu, wielkie to i tłuste.. ani ładne to, po co takiego grubasa umieszczać na autobusie – pani dokładnie osądziła reklamę banku.  Myślałem, że nikt nie podejmie dyskusji, ale myliłem się. – Szanowna pani się myli – powiedział uprzejmie jegomość w kapeluszu i z parasolem w dłoni – on jest taki gruby nie bez powodu… – Ależ panie, przecie widać, że to spaślak – wtrąciła mu się w wypowiedź kobieta. – Właśnie mówię, że on gruby nie bez powodu – kontynuował pan starszy – on jest zawodnikiem sumo… pani wie… taka sztuka walki… w telewizji pokazywali… jest taki gruby żeby trudniej go było przenieść. – Eeeee, co też pan mówisz – pani najwidoczniej nie dowierzała. – Tak, naprawdę, ten pan ma rację to zawodnik sumo – wtrąciła się trzydziestoparoletnia kobieta. – oni nieźle zarabiają i w Japonii są prawdziwymi gwiazdami – dodała. – Eeee, co żeś pani… taki grubas – pani nadal nie była przekonana. Nasz autobus, co przestanek stawał za swym poprzednikiem, a oczom dyskutantów na nowo ukazywała się wielgachna postać zawodnika sumo. – Po co to takie dawać na autach… ani to ładne ani potrzebne – sąsiadka głównej dyskutantki postanowiła też powiedzieć kilka słów.  – Jak się, kto chce czegoś dowiedzieć albo znaleźć to i tak znajdzie – dopowiedziała. –  Pewnie – potwierdziło kilka głosów. No i na tym ocena reklamy w zasadzie się zakończyła, bo panie wysiadły na swoim przestanku a nikt wątku nie kontynuował.  Ciekawi mnie jedno – czego właściwie spodziewali się twórcy reklamy? Pewnie nie dyskusji nad elementem graficznym? Pewnie jak każda reklama, tak i ta miała do czegoś zachęcać. Ale tym razem się nie udało… panie skupiły się na grubasie… może to nie był target tego banku? A może ktoś przesadził? A właśnie, jakiego banku była to reklama? Dziwne, ale nie zapamiętałem.

 

dziennik pesymistyczny

Hańba! Bydło! Sodoma!

Obublikował pavvel dnia Komentarzy: 1

Trafnie zauważyli dziennikarze jednego z portali informacyjnych. Narodziła nam się nowa świecka tradycja. Jak co roku, także i w tym, grupka osób na Warszawskich Powązkach podczas obchodów rocznicy wybuchu Powstania Warszawskiego znów postanowiła zamanifestować swoje przekonania polityczne. Choć w zasadzie trzeba to nazwać brakiem kultury i taktu. Nie przeszkadzało im miejsce, w którym się znajdowali. Nie miał znaczenia powód, w jakim zgromadzili się tam przedstawiciele władz naszego kraju. Oni tam przyszli pokazać, że są, że czuwają i nikt nie ma prawa tam być oprócz tych, których oni w swej łaskawości wielce zaakceptują. Nieważne prośby i apele o zachowanie powagi. Ci ludzie wiedzą swoje, mają swoją prawdę i nikt, absolutnie nikt niczego nie może im czegokolwiek nakazać albo zabronić. I choć w większości – ludzie ci – czują się zniewoleni przez ówczesny rząd, kneblowani i pomijani, to przy takich okazjach nagle dostają skrzydeł, zrzucają kneble oraz kajdany zniewolenia i nic ich już nie powstrzymuje. Zdecydowanie to nasza nowa, doroczna tradycja. Gdy tylko na miejscu uroczystości na Warszawskich Powązkach pojawili się politycy prawi i sprawiedliwi – w mniemaniu własnym oraz grupki sympatyków – ci ostatni tak bardzo zapragnęli okazać im swą przychylność, że nie wytrzymali. Rączki ich tak świerzbiły, że nie mogli… No musieli klaskać i już. Ja się zastanawiam nad jednym. Może ja się na tym nie znam. Ale jakoś tak cmentarz nie pasuje mi do oklasków. Ja rozumiem teatr, nawet ten polityczny, ale są miejsca gdzie brawa za występ, nawet najlepszy, nie przystają. Ale co ja tam się znam… kim ja jestem żeby pouczać prawych i sprawiedliwych, co to nie na jednym już cmentarzu byli i nie pod jednym krzyżem stali.  Tam gdzie brawa tam i aktor.  I jak widać po braku reakcji ze strony artystów z prezesem na czele, im oklaski nie przeszkadzały. Ale jak to mówi mój znajomy: każdy jest inny i każdy jest inaczej wychowany. Tradycją uroczystości rocznicy Powstania Warszawskiego jest też to, że jak tylko pojawią się tam przedstawiciele partii rządzącej od razu brawa zastępują gwizdy, buczenie i wyzwiska. – Hańba! Bydło! Sodoma! – krzyczała grupa ludzi, gdy do pomnika Gloria Victis zbliżał się premier Donald Tusk oraz Władysław Bartoszewski. Zastanawiam się, co tymi ludźmi kieruje? Bo przecież nie rozum. Ja wiem, gdy nie lubię jakiegoś polityka, to mogę coś nawet do niego zawołać jak go spotkam na wiecu wyborczym czy na ulicy. Ale na wszystko jest miejsce i czas. Dla mnie zdecydowanie warszawskie Powązki nie są takim miejscem. I jeszcze jedno. Jestem teraz w domu, jest dzień po uroczystościach. Więc teraz mogę. I z tego miejsca piszę do tych ludzi od oklasków, buczenia i okrzyków… zachowaliście się haniebnie! Jak bydło! No, po prostu Sodoma!

 

dziennik pesymistyczny

Skrzyżowanie nonsensu i głupoty

Obublikował pavvel dnia Komentarzy: 16

– Panie, niech pan tak w to nie wali, to nic nie da… wystarczy raz dotknąć i już – instruowała pewna pani starszego mężczyznę, który w nerwach uderzał w przycisk zainstalowany w celu wymuszenia zielonego światła na przejściu dla pieszych.  – Pani kochana, ja już trzeci raz stoję… spieszy mi się… kto to widział, żeby tak w koło ganiać ludzi – tłumaczył się jegomość wygrażając laską zapewne tym, którzy odpowiedzialni byli za to jego trzykrotne oczekiwanie na zmianę świateł. – Na cholerę, za każdym razem czekam na światłach i czas tracę – dodał w nerwach.  – Fakt, to jacyś niezwykle utalentowaniu ludzie musieli wymyślić. I wzięli za to wielkie pieniądze – wtrącił się do rozmowy pan w garniturze i z teczką. Światło się zmieniło na zielone i tym zakończyła się przypadkowa dyskusja nad logiką lub jej brakiem takiego rozwiązania komunikacyjnego. Jest w moim mieście takie skrzyżowanie, które zdecydowanie mogłoby się stać swoistym pomnikiem absurdu. Zastanawiałem się nawet, czy nie złożyć stosownego wniosku do władz mojego miasta z prośbą o nadanie temu miejscu adekwatnej nazwy – skrzyżowanie nonsensu i głupoty lub jakoś tak. Wydawałoby się, że przejście na drugą stronę ulicy jest czymś banalnie prostym. Pewnie tak, ale nie w tym miejscu. Gdy chcę iść prosto, to przez fachowców od projektowania skrzyżowań, muszę przechodzić przez trzy ramiona skrzyżowania zamiast jednego. Robię takie wielkie „U”. A wszystko oczywiście dodatkowo okupione trzykrotnym oczekiwaniem na zielone światło dla pieszych.  Nie wiem, co kierowało ludźmi, którzy to zaprojektowali. Ale wiem jedno, wszyscy oni powinny przymusowo przynajmniej osiem razy korzystać z tego przejścia w taki sposób jak ja. Tak dla zastanowienia się, co uczynili. Kilka miesięcy temu obywatele skierowali do władz apel o to, aby zmienić układ komunikacyjny tak, aby ludzie nie musieli dodatkowo nadkładać drogi i tracić czasu. Magistrat stwierdził w odpowiedzi, że obecnie nie jest możliwa zmiana związana z wyznaczeniem i wykonaniem takich przejść. Rozumiem, ale pewnie ktoś zatwierdził takie rozwiązanie, które zmusza pieszych do dodatkowych spacerów i tracenia czasu? Pewnie jest jakiś urzędnik, który wydał pozytywną opinię na ten temat? Chętnie poznałbym jego imię i nazwisko. Mam nawet taki pomysł racjonalizatorski, aby jego podobiznę umieścić na tym skrzyżowaniu. Może wtedy łatwiej by się tam stało, gdyby chwile oczekiwania na kolejną zmianę świateł upływały na formułowaniu „ciepłych” słów do konkretnej osoby odpowiedzialnej za ten absurd. 

 

dziennik pesymistyczny

Specjaliści od dzwonków gazowych

Obublikował pavvel dnia Komentarzy: 4

– Panie, ja się na tym znam… zrobi się … i będzie pan zadowolony – usłyszałem kiedyś od pewnego „specjalisty” budowlańca, który we własnym mniemaniu, jak się później okazało, znał się na wszystkim. Na każdej robocie. Był mistrzem w każdej specjalności związanej z budownictwem i nie tylko.    Może hydraulika nająć – zastanawiałem się, bo jakoś tak nie mogłem uwierzyć, że można się tak na wszystkim znać.  – Nie trzeba. Do tego wołać od razu fachowca? Zedrze z pana. Eeee, panie, co pan będziesz przepłacał… sie zrobi, będzie dobrze – zapewniał mnie fachowiec od wszystkiego. No i się nabrałem. Znów sam sobie udowodniłem prawdziwość starego porzekadła, że mądry Polak po szkodzie. Na własnej skórze, a bardziej na własnej podłodze, przekonałem się, że ten, co dobrze ułożył kafelki w łazience niekoniecznie dobrze zna się na hydraulice.  Pewnie są wyjątki, ale tylko potwierdzające regułę. Nauczyłem się, że są dziedziny, w których nie trzeba liczyć na przypadkowych fachowców od wszystkiego, ale zdecydowanie pracę, którą trzeba wykonać należy złożyć na ręce fachowców. No tak, ale nie wszyscy tak uważają. Zawsze przecież znajdzie się taki ktoś, kto uważa, że zna się absolutnie na wszystkim. Bez wyjątków. I choć nie ma w danej dziedzinie doświadczenia czy wiedzy fachowej, to mu to wcale nie przeszkadza wierzyć w swoją nieomylność. Ale chyba najgorszy jest urzędnik, który ubzdura sobie, że zna się na wszystkim.  Takiego to już nic nie przekona, że nie miał racji. Niech nawet dowody na jego niefachowość są widoczne gołym okiem. To nic, on i tak się nie przyzna do błędów. On wie lepiej, zawsze wiedział, jest nieomylny… i już.  W moim mieście władza – w swej dobroci – postanowiła zrewitalizować park. A że ogród miejski zabytkowy, to do wyłożenia alejek zakupiono atestowane i sprawdzone tworzywo u pewnego producenta.  Wykonawca nawierzchni alejek, działając na zlecenie urzędników, złożył zamówienie na 800-840 ton surowca na nawierzchnię uliczek, ale ostatecznie kupił tylko 175 ton nawierzchni i 50 ton warstwy dynamicznej.  Zdaniem producenta, wykonawca za zgodą urzędu miejskiego, zastosował tworzywo na alejki bardzo oszczędnie, czyli o grubości tylko 1 cm. Producent twierdzi, że prawidłowe ułożenie nawierzchni to 80 kg/1 m kw., czyli 3-4 cm grubości. Ale co on tam wie… Producent według urzędników się nie zna na tym, co produkuje od lat. Biurokraci uznali, że centymetr wystarczy i szlus…, Że nawierzchnia wygląda jak klepisko? Że jest dziurawa i pofałdowana?  Że stoją na niej wiecznie kałuże? To nie wina minimalnej, oszczędnej warstwy tworzywa!  To nie wina arbitralnej decyzji urzędników – fachowców.  Nawierzchnia jest dobra, bo tak zawyrokował urzędnik specjalista. On się zna.  – Nasze rozwiązanie jest lepsze – twierdzi urzędnik. I co mu pan robisz. Nic mu nie zrobisz. On się przecież zna na wszystkim.