Tak tylko, o niczym

Obublikował pavvel dnia

Dawno się nie widzieliśmy, więc nawet tak z samej tylko przyzwoitości, no i z racji dobrego wychowania, obydwoje uznaliśmy, że na początku trzeba o czymś porozmawiać. Dlatego ja mówiłem, i mówiłem a ona milczała tylko czasami korygując mój słowotok pytaniami. Gdy już się do reszty wygadałem to i ona postanowiła pomilczeć ze mną. – Powiedz, dlaczego jest tak jak jest? Dlaczego nie może być inaczej? – spytała po dłuższej chwili przerywając przedłużające się milczenie.

Pytasz, dlaczego? Dlaczego się zatrzymałem? Dlaczego po przekroczeniu hipotetycznej granicy połowy mojego życia wszystko się we mnie wyłączyło? Dlaczego straciłem siły i chęć do aktywnego życia? Dlaczego przestałem żyć jak wszyscy? Dlaczego nie wstaje rano do pracy? Dlaczego nie umiem współistnieć społecznie? Dlaczego mogę przez kilka dni pracować a nie mogę tego robić przez tydzień lub dłużej?  Nie ma na to jednej odpowiedzi.

Po pierwsze to powód jest banalnie prosty. Bez miłości nie ma życia. Tak, wiem, że to truizm. Gdy wszystko się skończyło, nie było już powodu, aby się dłużej starać. A że już dawno postanowiłem, że nie będę podejmował nowych prób zastąpienia jednej miłości drugą miłością, to zwyczajnie i zgodnie z zapowiedzią, życie przestało mnie interesować. Zwolniłem do minimum. Do wegetacji. To trwania w resztce nadziej.

Po drugie to nie mogę zrobić tego, co powinienem zrobić dla poprawy mojego losu. Jestem wypalony. Nie mogłem dłużej znosić silnego stresu związanego pracą. A kto jest winny, że nie potrafię nad tym zapanować? Oczywiście ja! W końcu tylko próżniak i wieczna maruda zadaje takie bezsensowne pytania a powinien przecież wziąć się w garść i zacząć pracować jak Bóg przykazał. Już się nawet do takich słów przyzwyczaiłem. Przecież takie opinie to nic nowego. To norma. To, że czasem mogę pracować, to nie znaczy, że mogę przez tydzień czy miesiąc. I to też nie znaczy, że nie staram się z moimi ułomnościami sobie radzić. Walczę, i to nawet dość często. Ale jak na razie z miernym skutkiem. Z pracą czuje się źle, ale bez pracy wcale nie jest lepiej. Jest jeszcze trzeci powód, ale o tym innym razem.

– Może się herbaty napijesz? Niestety nie mam herbaty, a tym bardziej cytryny do herbaty. Może być wódka? – spytała i nie czekając na moją odpowiedz sięgnęła po butelkę. Wyjęła z kredensu kieliszki i szklanki. Wszystko to postawiła miedzy nami na stole.

– Chętnie.  Może być wódka – potwierdziłem, gdy usiadła. Nalałem do kieliszków wódkę. – Zakąski podam może? – zerwała się i pobiegła do kuchni. – Tak, chętnie – odpowiedziałem głośniej, tak żeby mogła mnie usłyszeć.  – Niestety też nie mam nic do jedzenia – usłyszałem. –  Nie jestem najlepszą gospodynią. Wodę mam. Podam wodę – powiedziała siadając ponownie przy stole, na którym postawiła karafkę z wodą. Wypiliśmy. – To, o czym my, to… – spytała. – O niczym – powiedziałem nalewając ponownie wódkę do kieliszków. – O niczym. O mnie.