Ciąg zdarzeń

Obublikował pavvel dnia

Boże, jak to nie ma już dla mnie znaczenia. Bo to naprawdę już ma niewielkie albo bardziej nie ma już wcale znaczenia, jaki jest dziś dzień tygodnia.  Przestało mnie interesować czy to pierwszy, piętnasty czy może dwudziesty szósty dzień miesiąca. Bez znaczenia są następujące po sobie tak bardzo podobne do ciebie miesiące, które tylko wyróżniają się zmianami okoliczności przyrody. Co gorsze przestało mieć znaczenie, która jest aktualnie godzina.  Mojego życia nie wyznacza już cykl dobowy z wieczornym zasypianie i porannym wstawanie. Teraz zasypiam nad ranem albo nie śpię przez ileś tam dziesiątek godzin. Padam, gdy mój mózg wyda takie polecenia a robię powstań, kiedy on tego zechce. I naprawdę nie ma to już znaczenia, że jest czwarta na ranem a ja właśnie się obudziłem z kilkugodzinnego snu. Mój dzień aktywności zaczyna się z chwilą, gdy otwieram oczy, bez względu na to czy jest dzień czy noc.

Świat zmienia się za oknem jak dekoracje w teatrze. Mrok nocy. Rozproszona jasność poranków. Zimne światło dnia. Półmrok wieczorów. A ja w tym jestem. Tylko jestem. Czasem mam wrażenie, że w tym moim życiu uczestniczę tylko ciałem. Z zawieszenia nad nim obserwuje tego pustego już siebie. Gdzieś z nad siebie przyglądam się sobie i temu, co się dzieje się ze mną. Jestem tylko świadkiem życia kogoś, kto tylko wygląda jak ja i zachowuje się jak ja, ale ja już nim nie jestem w całości.  Ja jestem tylko reżyserem własnego życia bez możliwości większego wpływu na postać, którą gra średnio utalentowany aktor tak bardzo mnie przypominający.

Tak niedawno mi się z tym stało, że nie identyfikuje się już z tym, co czynie na co dzień w życiu społecznym. Jestem ponad to. Gdzieś w oddaleniu. Ja jestem w tym moim leniwym przechadzaniu się przez parki. W tych spacerach po miejskich ulicach. Jestem w czytaniu na ławce pod drzewem. Jestem w tym moim pisaniu. Jestem, gdy oglądam, gdy doświadczam, ale nie ma mnie przy przypisanym dla mnie, jako społecznej jednostce zadaniach życiowych. Nie ma mnie w pracy. Nie ma mnie w zarabianiu. Nie mam mnie w polityce. Nie ma na zakupach w sklepie. Nie ma w pralni. Nie ma na spotkaniach z bardzo ważnymi ludźmi, z urzędnikami, z całym tym państwowym personelem obsługujących państwowe życie w tym kraju nadwiślańskim. Nie ma mnie w społecznie akceptowanych zachowania. Nie ma mnie w religii czy w tym, co pani z telewizyjnego okienka nazywa misyjną kulturą. Nie ma w życiu rodzinnym. Tam jest ktoś, kto jest tylko do mnie bardzo podobny.  A ja? Ja w tym czasie jestem w innym miejscu, choć przecież fizycznie nadal jestem gdzie jestem.  To tak jakbym tylko asystował.

Znikam, oddalam się czasami z własnej chęci i do tego nie potrzebuje wspomagaczy. Jednak czasami z rozmysłem wprowadzam się w stan oderwania od świadomości za pomocą ogólnie dostępnych środków na odrealnienie. Tych drugich stanów czasem żałuje. A szczególnie żałuje tego, czego nie pamiętam. Ale to są na szczęście sporadyczne godziny nieświadomości. Tak czy inaczej coraz częściej znikam ze swojego ciała i przebywam sobie poza nim.  Tak jakbym przygotowywał się na pełne opuszczenie mojej doczesnej powłoki. Choć oczywiście najlepszym wyjściem byłaby możliwość czasowego bycia i czasowego nie bycia. Ale przecież tak się nie da, bo w tych sprawach trwałość niebycia oznacza niebyt całkowity.

Ciekawym jest doświadczenia żyć w ciągu tylko czasami i to przypadkowo przerywanych zdarzeń. Żyć bez wyraźnie zaznaczonego dnia aktywności od szóstej do dwudziestej drugiej. Bez dokładnie zaplanowanego i niezakłóconego snu przez resztę szczegółowo wyznaczonej doby w pedantycznie oznaczonym dniu miesiąca w którymś tam roku. Z tej linii zdarzeń wybija mnie czasem konieczność. To, że muszę z jakiś przyziemnych powodów być gdzieś o wyznaczonej godzinie na bardzo ważnym spotkaniu. I tu mnie ratuje ta możliwość umysłowej lewitacji nad moim umęczonym w konieczności dnia codziennego ciałem.

Taki czasowy niebyt czy może lepiej pasuje moje prywatne wyobcowanie to mój wentyl bezpieczeństwa.