Mróz i panienki
– To był chyba najgorszy podryw, jaki świat widział – powiedział z uśmiechem i lekkim zdenerwowaniem. – Nie wiem, co powinieneś jeszcze dodać, aby ją bardziej zniechęcić. W zasadzie to nic. Powiedziałeś przecież wszystko, co tylko możliwe, aby ją przekonać, że jakakolwiek próba zbliżenia się do Ciebie oznacza dla niej tylko smutek, cierpienie, rozpacz a na końcu sromotną klęskę.
– Może to i lepiej, że poznała prawdę na tym etapie? Może oszczędziłem sobie i jej rozczarowań? Może tak dla mnie i dla niej będzie zwyczajnie lepiej? – odpowiedziałem. – Z własnej woli żyje w celibacie – dodałem. – Mogę, sam widziałeś, że mogę w każdej chwili, tylko nie chce. Po prostu nie muszę, choć nie jest tak, że nie mam ku temu okazji. Zwyczajnie, jestem wierny tej, którą kocham i nie chce żadnego nowego uczucia, ani nawet seksu bez uczucia. Nie chce żadnego nowego początku, bo jeszcze nie skończyło się to, co było poprzednio. To ciągle trwa. Inaczej, ale nadal jest we mnie.
Był świt. Tylko w tak mroźne dni jak ten dzisiejszy, który się dopiero zapowiadał, miało się wrażenie, że powietrze jest jakby gęste. Wszystko było takie spowolnione. Nieliczne samochody na ulicach otoczone chmurami szybko stygnących spalin. Ludzie pochyleni, skuleni, ściśnięci przemykali chyłkiem po ulicach. Staliśmy na progu parku paląc papierosy. To był właśnie ten stan, w którym alkohol ustępował, ale nadal panował nad organizmem, i to była właśnie ta chwila, w której warto się było zastanowić czy trwać w stanie upojenia czy też raczej poddać się strasznemu procesowi wytrzeźwienia.
– Co robimy? – zapytałem bez wyraźnych nadziei na konkretną odpowiedź ze strony przyjaciela. Zapytałem ot tak, aby o coś zapytać i tym samym powstrzymać rozmowę, bo ta wyraźnie zamarzała jak wszystko wokół nas. – Teraz jak w koncertowy sposób spierdoliłeś naszą jedyną, a co za tym idzie najlepszą, okazje do kontynuacji libacji w miłym, ciepłym, domowym damskim towarzystwie nie pozostaje nam nic innego jak tylko usiąść tu na ławce i zamarznąć – usłyszałem w odpowiedzi.
Widocznie miał do mnie żal. Właściwie to mu się nawet nie dziwie. Urabiał te miłe panienki od kilku godzin przy moim milczącym wsparciu, a ja zepsułem to wszystko co tak misternie budował, w niecałe dwadzieścia minut. I teraz sterczymy tu sobie w tym parku jak te widły w gnoju. A przecież mogłem zagrać jak zawsze. Być miłym, lub przynajmniej neutralny. I teraz siedzielibyśmy gdzieś w ciepełku, a może nawet nie tylko siedzieli, a wręcz leżeli sobie w przyjemnościach. Ale ja już taki jestem, że wszystko muszę zepsuć, zarazić swoim mrokiem.
– One nie były dla nas – starałem się pocieszyć przyjaciela, choć zdawałem sobie sprawę, że tylko pogarszam sprawę i go prowokuje. – A chuja tam nie były! Nie były czy były, czy to ważne?! Ważne, że były i teraz ich nie ma, bo je odstraszyłeś! – odpowiedział i choć brzmiało to jak wyzuty, to mówił to nad wyraz łagodnie i spokojnie, choć nieco podniesionym głosem.
Sprawdziłem godzinne. O tej porze to raczej nie było szans na spokojne przesiedzenie kolejnych kilku godzin w przyjemnej spokojnej knajpie. Za wcześnie. Była to pora, w której raczej lud pracujący miast i wsi udawał się do pracy niż oddawał się rozrywce, więc nie było też szans na odwiedzenie kogoś z naszych zwyczajnych znajomych. – To co robimy? – zapytywałem ponownie z perwersyjną nadzieją, że tym razem odpowiedz będzie inna niż się spodziewałem. – Zamarzamy jak widzisz – usłyszałem.
Faktycznie było za zimno, żeby tak stać tu bez wyraźnego celu. Ale najwyraźniej jakoś nie mogliśmy wymyśleć niczego lepszego. No, przynajmniej on nie mógł nic takiego wymyśleć, bo ja trzeba to szczerzę przyznać, nawet się nie starałem.
Zapaliliśmy po nowym. Staliśmy tak jeszcze kilka minut. Ja kontemplując okoliczności przyrody, a on rozpamiętując Te, które odjechały autobusem w siną dal poranka. Pisnęło mi esemesem w kieszeni. – Wpadniesz z kolegą? – przeczytałem z ekranu. Był też podany adres pod który mieliśmy wpaść. – Jednak ten mój mroczny, pesymistyczny podryw nie jest taki zły, jak to się niektórym wydaje – pomyślałem w duchu. – Co tam? – zapytał przyjaciel. – Idziemy. Idziemy tam gdzie chciałeś iść. Panienki nas zapraszają. Ale wiesz, że ja nie, no wiesz… – wyjaśniłem, a on wyraźnie się ucieszył. – Tak, wiem. Ale nie mów jej tego na dzień dobry – odpowiedział, gasząc butem resztki papierosa. Poszliśmy, bo co tak będziemy stać na mrozie.
