Powidoki o poranku
Zastanawiam się czy nie za dużo poświęcam dla kontaktu z ludźmi. Przecież wcale nie muszę, mogę i często jestem sam, więc po co to robię? Po co poświęcam swoje poczucie wartości dla chwili, w której nie będę sam? Po co mam wysłuchiwać prawd o sobie, których nie chce usłyszeć? Po co mam się narażać na dyskomfort psychiczny, tylko dlatego że komuś nie podoba się moje postępowanie i właśnie teraz chce to oznajmić? A jednak, prawdę powiedziawszy, to obecność drugiej osoby jest mi potrzebna do życia, tylko trudno jest się do tego przyznać. To taki prezydencki dylemat: nie chce, ale muszę.
I teraz właśnie teraz obudziłem i się patrzę na nią. W pokoju jest ciemno, ale przecież nie aż tak ciemno żebym nie widział przyjemnego przecież widoku. W mieście nigdy nie ma absolutnej ciemności. Leży tuż obok mnie. Śpi. A ja się jej przyglądam. Sam nie wiem, dlaczego ona tu jest. O nie, to nie jest żaden poranek kojota. To ładna, miła, przyjemnie pachnąca, cudownie zbudowana, ewidentnie uzdolniona, inteligentna osoba. Tylko po raz kolejny tak nad ranem, zaraz po przebudzeniu, zastanawiam się nad tym, co ja, albo bardziej, co ona tu robi? Fakt, to zdecydowanie moja wina. Może niepotrzebnie zadzwoniłem w pijackim amoku i pijackiej potrzebie? Może niepotrzebnie ją zaprosiłem, bo poczułem się samotny po tym jak wyszli znajomi i nie chciałem zostać sam? Potrzebowałem tylko porozmawiać, ale nigdy nie kończy się tylko na rozmowie. Może niepotrzebnie ją zwodzę obiecując naprędce to, czego i tak nie zamierzam dotrzymać? Ale robię to wszystko, bo nie chce być sam. Bo zwyczajnie, tak po ludzku, potrzebuje towarzystwa. Jest mi wstyd się przyznać do tego, że mimo wszystko jestem osoba społeczną.
Lubię tak na nią patrzeć w półmroku. Słuchać jej oddechu. Przyglądać się jak śpi. I choć za każdym, no naprawdę, za każdym razem myślę w takich chwilach o kimś innym, to jednak ona jest mi potrzebna. Potrzebna jest tu i teraz. Potrzebna, bo jest ze mną, kiedy boje się być sam. Po co ja to robię? Czy nie jest lepiej pogodzić się z rzeczywistością i przyzwyczaić do samotności? Po co mam ciągle wysłuchiwać kolejnych pretensji? Po co to wszystko? Dlaczego wciąż od nowa próbuje zbudować normalne reakcje z ludźmi, z otoczeniem, a po chwili rozumiem już, że to bezcelowe? Ona jest i jej nie ma jednocześnie. Czasem zastanawiam się nad tym czy jej nie wymyśliłem, ale przecież nie tylko ja widzę, ale też dotykam. Może byłoby lepiej gdybym ją tylko wymyślił? Ale ona jest i to jest przyjemne i bolesne jednocześnie.
Przecież doskonale wiem, że jak nie zadzwonię, jak nie poproszę żeby przyszła to sama, tak z siebie, tego nie zrobi. Ona zapewne wie, że ja jej bardziej potrzebuje niż jestem skłonny się do tego przyznać. Dlatego nie protestuje, gdy nie mamy kontaktu przez kilka tygodni? Bo wie, że i tak w końcu mnie dopadnie to coś i że będę musiał do niej wrócić?
Przyjemnie się obudzić tak z kimś u boku. Nawet, jeśli po kilku sekundach doświadczasz bolesnej myśli, że oddałbyś wszystko żeby była to ta inna, którą nadal kochasz, to jednak dobrze obudzić się w przy kimś. Bo to jest ktoś. Przestajesz być sam. Lubię jej towarzystwo. I naprawdę uwielbiam te poranki, gdy mogę wpatrywać w zarys jej ciała tuż obok mnie. A jednak… A jednak to nie to. Chce, potrzebuje czegoś więcej, innych uczuć, nie tego co mam tu i teraz. No, dobrze, tego też. Ale nie tylko tego. Ona wierzy, że kiedyś będzie lepiej. Ja nie wierze, ja tylko trwam. Ona wkłada w ten nasz układ uczucia, które wystarczają za nas dwoje. Jestem jej wdzięczny za to, że jest. Za samą jej obecność. Ale nigdy nieprzestane tęsknić to innej relacji. Do tej innej. A ona? Ta przy mnie? Gdyby nawet nie istniała, spróbowałbym ja stworzyć w wyobraźni. Moja przygodna znajoma. Lubię takie poranki.
