Zmiany, zmiany, zawsze złe zmiany

Obublikował pavvel dnia

Największym przekleństwem mojego życia jest to, że jak tylko zdecyduje się na w założeniu właściwy krok w swoim życiu, na dobrą zmianę, która ma zapewnić znacznie lepszą egzystencje, to najczęściej konsekwencje takich działań dość szybko stają się dla mnie katastrofalne w skutkach. Tak mam, że chcąc dobrze, chcąc jak najlepiej, zawsze doprowadzę do tego, że wychodzi jak zwykle, czyli źle lub jeszcze gorzej.

Chce dobrej zmiany (cytując klasyka) a pogrążam się jeszcze bardziej w mroku i nieszczęściu. Posłucham dobrej rady, zrobię coś pod jej wpływem i już po chwili znajduje się w jeszcze większym pierdolniku niż ten, który właśnie opuściłem. Dlatego mam straszną awersie do wszelkich zmian w swoim życiu. Najchętniej nic, nigdy bym nie zmieniał. Wszystko zostawił tak jak jest. Tak jak było.  Robię wszystko żeby takie radykalne zmiany zatrzymać. Staram się za wszelką cenę powstrzymać jak najdłużej panujące status quo. Nawet, jeśli to nie przynosi już korzyści, a wprost przeciwnie. Robię tak, ponieważ dobrze wiem, że konsekwencją zmian w moim życiu zawsze jest i będzie to, że z nieszczęścia umiarkowanego popadnę w jeszcze większe nieszczęście. Tak już mam, że zawsze wpadam z deszczu pod rynnę.

Nie wiem jak inni to robią, że potrafią zmieniać swoje życie na lepsze. U mnie to zjawisko zupełnie nie występuje. Ja po prostu jak tylko zaczynam się ruszać w celu poprawy swojego losu to od razu mam wrażenie, że bagno, w którym się znajdowałem zamiast się zmniejszać rozrasta się coraz bardziej i coraz silniej mnie wciąga w swoje odmęty. U mnie zmiany są tylko na gorsze lub na jeszcze bardziej przykre. Nigdy na lepsze. Tak już zwyczajnie ze mną jest i raczej nie jest tu nikt winny. Po prostu tak mam. Fatum pewnie takie. Boże! Tak sobie czasem marzę, żeby choć raz dokonać zmiany na lepsze, Żeby choć raz się udało odmienić swój los na tyle żebym nie musiał narzekać. Ale gdzie tam, zawsze jest tak samo albo gorzej. A właściwie zawsze gorzej.

Przykłady? Proszę! Jak tylko zamierzałem zmienić pracę na taką przynajmniej teoretycznie, tak z założenia lepszą, to już po tygodniu u nowego pracodawcy okazywało się, że właściwie zamieniłem siekierkę na kijek. Okazywało się, że po raz kolejny dokonałem złej zmiany. Niewłaściwego wyboru. Chcąc coś poprawić spieszyłem to jeszcze bardziej.  I tak jest ze wszystkim. Jak tylko zdecydowałem się zaufać drugiej osobie tak, aby dzielić z nią swoje życie to… no dobrze, w tym przypadku nie po chwili, lecz po kilku latach okazywało się, że się mojej wybrance się odwidziało i że mnie zostawia dla innego. I tak po raz kolejny dobra zmiana okazało się fatalną zmianą i totalną pomyłką.  No, dobrze przyznaje, że w strefie uczuć zmiany przynajmniej na początku bywają bardzo dobrze a nawet bardzo, bardzo dobre i zdecydowanie są przyjemne, ale przecież w ogólnym rozliczeniu liczy się efekt końcowy działania.  A ten zawsze okazywał się fatalny.

Można mnożyć przykłady moich złych wyborów, które w założeniu moim oraz tych, co mi dobrze życzą, miały mi przynieść same korzyści. Możliwe, że i ja powinienem się już nauczyć na własnych przykładach, że nie warto niczego zmieniać, bo konsekwencje będą złe lub jeszcze gorszę. Ale coś mnie tam zawsze podkusi. Zaufam komuś. Zapragnę czegoś lepszego.  Przystąpię do zmian z nadzieją na dobro, a dostaje zawsze zło.

– Są takie dni. Trzeba to przeczekać. Będzie lepiej – usłyszałem w odpowiedzi na moje narzekania. Pewnie, że się zdążają takie dni! Ale dlaczego u mnie to przeważnie niekończące się pasmo niepowodzeń, zła i rozpaczy!? Jak mam przeczekać coś, co przecież jest całym moim życie!? Nie ma tyle we mnie wiary, że liczyłbym na poprawę swojego losu w życiu po życiu. Tu na ziemi zawsze, każda zmiana, okazywała się zmianą na gorszę. Nawet, jeśli początkowo wydawało się, że będzie lepiej, to koniec końców wychodziło jak zawsze. Zawsze źle lub jeszcze gorzej.