Paręset na sto

Obublikował pavvel dnia

Planowałem, że pokonam sto setek na stulecie Niepodległej. Takie były moje plany, ale na szczęście dla mnie tylko się na tym skończyło.  Bo taki wyczyn niechybnie by mnie zabił. A tego ani ja ani Niepodległa byśmy nie chcieli. Byłoby to niepatriotyczne i z pewnością niemoralnie. Choć patrząc z drugiej strony wpisywałoby się w narodową tradycje. Taka śmierć na polu chwały.  Tak czy inaczej ograniczyłem się tego dnia do jednej, a właściwie do jeszcze jednej setki, potem pewnie jeszcze jednej dla uczczenie Niepodległej. Później przestałem liczyć.  Takie to było świętowanie.

Choć plany były ambitne. To skończyło się tak jak zawsze. Witać taka nasza cecha narodowa. Chciałem dobrze a wyszło jak zwykle. To właśnie moim zdanie powinniśmy mieć wypisane na sztandarach. Jak zawsze wyszło nie najlepiej. Ale przecież można się było do tego przyzwyczaić. Tyle to już przecież razy plany całkowicie minęły się u mnie z rzeczywistością. Ale patrząc na to z drugiej strony to przecież nie było tak całkiem źle. Coś tam jednak zdołaliśmy zrobić. I to niewielkim kosztem. A i efekt był powalający. Dosłownie i to kilka razy. Ale zawsze powstawałem. Nie mam ja już kondycji na taki maraton i na takie świętowanie. Niepodległa ma sto lat a ja przecież z nią już… no tak! Jakby nie liczyć to już prawie połowę tego jej wieku jesteśmy razem. To chyba coś znaczy. Z jedną tyle lat wytrzymać. A przecież życie z nią nie jest takie łatwe.

Opuściwszy przyjaciół postanowiłem się przejść, aby ochłonąć. Droga prowadziła przez park. A zdawało mi się, że wszędzie widzie tych naszych ułanów chłopców malowanych. Wojska jakieś. Ogrom wojaków konno i pieszo. Tych z pierwszej brygady widziałem., A pewnej chwili zadawało mi się, że zza drzewa na moment wychynął nawet sam marszałek. „Co się w duszy komu gra, co kto w swoich widzi snach”.

Mój mózg był już tak skąpany w świątecznym nastroju i nie tylko w nim, że sam już nie wiem, co rzeczywiście widziałem a co tylko mi się zdawało, że widzę.  A sporo tam było maszerowania. Ciemnymi parkowymi alejkami defilowali młodzi szczeropolscy tak teraz powszechni. Nawet zimno nie zmusiło ich do wdziania koszulek. Oni już tak mają, że jak muszą to nic ich nie powstrzyma od pokazania młodych piersi. Dalej minął mnie Dmowski coś tam wspominając niepochlebnego o murzynach. Potem to już tylko wyrżnąłem jak długi potykając się o kamień wypadły z bruku i o mały włos nie rozbijając sobie głowy o pomnik Chopina. Popiersie mistrza jak nic było realne, czego doświadczyłem boleśnie. „Chopin gdyby jeszcze żył, toby pił” – ponownie przypomniało mi się przypomniało z lektury obowiązkowej, gdy minęło pierwsze zamroczenie.

Ciężko jest tak wracać po nocy i po takim fizycznym i psychicznym wysiłku dla uczczenia Niepodległej. Idę, a przynajmniej staram się iść dalej, aż tu nagle:

― Co tam? Jak tam? Jak zdrowie? O! Widzę, że się działo? Dużo? Za wiele może? Przetrenowałeś się? ― zasypuje mnie gradem pytań dziewczyna z przeszłości znana mi dość dobrze a rzekłbym, że nawet namacalnie, szczegółowo i dogłębnie. Jednym słowem dobrze.

Przyznaje, że chwile trwało nim dotarło do mnie, że ona to nie żadne tam nocne widziadło tylko jak najbardziej realna osoba z ciała, krwi i kości. Więc starałem się jak najbardziej, na ile mnie było stać oczywiście, coś tam odpowiedzieć na ten szereg pytań.

― Wracam z urodzin. No, wiesz sto lat i tak dalej – wyznałem z wysiłkiem, ale w miarę zbornie.

― No tak, znam to. A ty z nią przecież już przeżyłeś prawie połowę jej wieku. To już coś. Niewielu się to dawniej udawało i nadal niewielu się udaje. I poszło sobie zostawiając mnie samego. To nic nowego. Ja tak mam z kobietami.

Ale przecież trzeba wracać. Trzeba iść. Idę więc prosto, choć proste to nie jest. Staram się. Jeszcze jeden krok. Tak żeby być co krok bliżej miejsca gdzie będę mógł bezpiecznie zasnąć. Nie do domu, bo domu już nie mam. Jest teraz tylko miejsce, w którym sypiam, jem, śpię, pracuje, żyje. Idę do tego miejsca, bo za zimno i za niebezpiecznie żeby tak po prostu tu paść. Przystanę na chwile. Podtrzymam ścianę, która niebezpiecznie się chwieje i zdaje się, że ma ochotę spaść na mnie. Idę a jakbym brodził w tym bruku. Jakbym się w nim zapadał. Jakby oblepiał mnie jak błoto. Idę by spać. Jak ja bym chciał już dojść i w końcu móc się położyć i zasnąć. Ale nie, nie jest tak łatwo. Idę, wciąż idę i nadal jest daleko.