Jak po kaczce

Obublikował pavvel dnia

Jedną z nielicznych dobrych cech mojego fatalistycznego życia, które lekarze za wszelką cenę chcą naprawić, jest to, że po zażyciu odpowiednich medykamentów nic mnie nie denerwuje. A dokładniej rzecz ujmując, niewiele pozostaje takich rzeczy czy spraw, które mnie potrafią zirytować. Tylko panie bliskie memu sercu, ale i te, które darze mniejszym afektem potrafią mnie wnerwić mimo wszystko.  Potrafią mnie tak zirytować, że nawet wyciszacze nie pomagają.

Panie zawsze potrafiły i nadal potrafią mnie rozdrażnić. Robią to czasem zupełnie nieświadomie, a czasem jest to robione z rozmysłem. Bez względu na to jak, to jednak tylko one potrafią mnie wnerwić niepomiernie. Dobrą stroną farmakologicznego wygłuszenia emocji jest to, że nawet jak się emocje pojawiają, przebijając się na powierzchnie psychiki, to równie szybko znikają. Chowają się, gdzieś się tam zapewne we mnie głęboko. Kumulują się w mojej duszy, ale tak na teraz, tak na miejscu, to jednak znikają spływając po mnie. To zdecydowanie ułatwia życie. Wszystko spływa po mnie jak po kaczce. Nie wywiera to na mnie długotrwałego efektu. Mechanizm jest prosty. Irytacja pojawia się, jest przez chwile, i znika, odchodzi w głębsze pokłady psychiki, do podświadomości. I tam pozostaje.

Tak miałem i dziś. Pewna pani zirytowała mnie wielce. Zrobiła to nieświadomie. Nawet pewnie nie zauważyła też mojego wnerwienia. To było coś małego. Ale mnie zabolało. Podniosło mi ciśnienie na pewien czas. Pojawiły się myśli, których nie lubię. Ale na szczecie wszystko szybko ze mnie spłynęło. I to jest ta dobra strona.

To naprawdę dziwne jak mała rzecz może zdenerwować. A tak zarobiona regularnie jeszcze bardziej. Jak coś niedopowiedzianego, coś co jest pewnie tak niechcący, tak dla tej pani zwyczajne, mnie jednak wnerwia niewypowiedzianie. Ja niby coś tam wiem o kobietach. Nie wszystko. Bo jak już ustaliliśmy, ja kobiet za nic nie rozumiem i nie czytam ich. Ale jednak coś tam do mnie jednak dociera. I jak dotrze, to czasem potrafi wnerwić.

Tak było i tym razem. Wystarczyło trzy, cztery słowa, i coś niewypowiedzianego, żebym się zapalił wewnątrz z irytacji. Na szczęście szybko to jednak minęło. Ale to, że to zarejestrowałem, jest we mnie i tam pewnie gdzieś w sercu zadrą pozostanie. Kiedyś bym to rozpamiętywał, rozkminiał po nocach, niepotrzebnie analizował. Teraz to w pewny sensie po mnie spływa.

Zazdrość, bo o niej mowa, pojawia się u mnie rzadko. Powoduje ją moje uzależnienie od kobiet.  Bliskie mi panie potrafią wprowadzić mnie stan zazdrości szybko i nad wyraz skutecznie. Bo tak ogólniej to raczej nie jest zawistny. Ale panie to jednak potrafią. Wystarczyło jedno słowo. A właściwie słowa, pewna reakcja oraz jeszcze brak słów i czynów, a ja już doznałem dawno jednak nieodczuwanego uczucia zazdrości. Na szczęście ten jeden z siedmiu grzechów głównych jak szybko się u mnie pojawił, tak szybko zniknął. Ale odłożył się tam we mnie, zapewne na później i jeszcze do mnie powróci.

Brak reakcji, czyli nie działanie, nie powiedzenie czego, nie zrobienie gestu, unikanie pewnych zachowań u tej pani jest dla mnie straszliwie drażniące. Tak jak czasem to, co mówi i czyni.  Nie powiem, wybaczam to jej, bo jak tu takiej nie wybaczyć. Ale nie zmienia to faktu, że mnie czasem trafia. Wnerwia mnie u niej w równym stopniu to, co robi i mówi świadomie, jak i to co jest u niej nieświadomym zachowaniem.

A jeszcze jak widzę to, że potrafi wykonać ten przecież drobny gest do innych, a w stosunku do mnie do już nie, to mnie trafia jeszcze bardziej. I dobrze, że mam coś, co powoduje, że po chwili po mnie to spływa jak po kaczce. I dzięki temu nadal wielce cenie i lubię tę panią. Choć mnie czasem bardzo irytuje.