By chcieć. By czuć.
Po pierwsze: Niekiedy ulegam wrażeniu, że tylko jak pije to coś czuje. Tak mocniej. Wtedy bardziej odczuwam potrzeby. Trzeźwość mnie tego pozbawia. W czasie abstynencji jestem jak sparaliżowany. Nic nie czuje poza naturalnymi dla człowieka bodźcami takimi jak zimno, głód, senność, ból. Może jeszcze strach jest dla mnie naturalny. A tak to nic nie chce. Ani wyjść, ani przyjść. Ani działać nie chce, ani nic nie robić też nie chce. Istnieje w takim zawieszeniu. Nie potrzebuje i nikogo nie chce. Jestem kompletnie wyprany z uczuć i potrzeb. Po alkoholu ożywiam na chwile żeby zaraz zamknąć się w swoim pesymizmie. I nie chodzi tu tylko o snucie wielkich planów w pijanym widzie, których nie sposób zrealizować na trzeźwo, ale o taki sposób czucia przestrzeni, otoczenia, potrzeb, jakiego nie zaznaje na trzeźwo.
Po drugie: Muszę dostać kopa od wyzwalacza by coś chcieć. To aktywizator moich potrzeb. Bez tego zewnętrznego chemicznego bodźca nie istnieje. A w zasadzie jestem tylko obecny bez aktywnego udziału. Ja nawet nie wiem czy chce. Pewnie chce, ale tak do końca, nie wiem tego na pewno. Nie mam we mnie zbyt wiele pewności. Ciągle rozważam za i przeciw. I zastanawiam się, co będzie dla mnie bardziej korzystne. Nigdy, albo prawie nigdy, nie wiem, co wybrać. Ciągle się waham, która opcja będzie lepsza. Cały czas mam wątpliwości. Jestem chyba najbardziej niezdecydowanym człowiekiem na świecie. A może nie? Sam już nie wiem? A może tak mi się tylko wydaje? Może jest całkiem na odwrót?
Po trzecie: Od dawna wybieram trzeźwość, jako ucieczkę od potrzeby działania. Może wolę tak zwyczajnie zamknąć się w czterech ścianach swojego pokoju i tak ograniczając potrzeby do minimum wegetować z dnia na dzień. Uciekać od konieczności. Od przymusu wykonania. Od nakazu. Od obowiązku. Na trzeźwo i w złudnym bezpieczeństwie mojej małej norki, w zaciemnionym pokoju czuje się w miarę bezpiecznie. Tu mam swoje filmy, książki, moje pisanie. Tu, choć mało czuje to nawet nie mam dużej potrzeby odczuwania.
Po czwarte: Jak kiedyś znów jestem w bezpiecznym więzieniu mojego pokoju. Moje myśli to granice mojego istnienia. Cztery kroki do okna, sześć kroków do ściany. Dziesięć do kuchni. Dziewięć do łazienki. Mapa doczesności. Za oknem, przesuwają się jak na zwolnionym filmie dni, tygodnie, miesiące. A ja uwięziony przez moje myśli, uczynki i przede wszystkim brak uczynków, tkwię w bezruchu mojej egzystencji.
Jestem zamknięty w pokoju, do którego swym wielkim przekrwionym okiem zagląda, co pewien czas materialny świat. Słyszę za ścianą, za oknem, za drzwiami jego okrutne i złowrogie sapanie. Czuję jak przez ściany mojej celi przenika jego kwaśny oddech. On ciągle coś ode mnie chce. Wymusza działanie. Poucza mnie. Popycha do działania. Przypomina o konieczności. On.
Golem ulepiony z gliny i błota setek tysięcy interesów. Społeczna bestia o stu obliczach, strasząca mnie karami za czyny, które popełniłem przez brak współdziałania. Słyszę pieści, które całymi dniami uderzają w ściany mojego domu przypominając mi o istnieniu świata za murem. Ja oknem. A jak już wychynę z mojej norki? Łażę ulicami. Wysiaduje w knajpach, w kawiarniach. Robię zakupy. Czytam gazety. Spotykam się ze znajomymi. Chodzę do kina. Do biblioteki. To wszystko bez sensu. Tych kilka rozrywek przed śmiercią. Bez sensu.
