Yearly Archives

193 Articles

dziennik pesymistyczny

Polska spółka z ograniczoną odpowiedzialnością

Obublikował pavvel dnia Komentarzy: 6

Ostatnio w telewizji widziałem pewnego pana eksperta, który z wielce poważną miną przekonywał widzów i mnie w ich masie, że nie ma to jak prywatny właściciel, bo gdy państwo bierze się za rządzenie w firmie to jest to największe nieszczęście, jakie może spotkać przedsiębiorstwo. Wypowiedź dotyczyła nowych planów prywatyzacyjnych naszego rządu. I tak sobie pomyślałem, jeśli oddanie wszystkiego, co państwowe w prywatne ręce jest takim panaceum na wszystkie kłopoty to może by tak sprywatyzować państwo. Potraktować nasze państwo cierpiące na notoryczny kryzys i posiadające coraz większy deficyt budżetowy, jako takie wielkie przedsiębiorstwo i je sprywatyzować.  Jeśli nie udało się zarządzanie państwowe to, dlaczego nie iść za radą wielce genialnego pana eksperta z telewizji i sprywatyzować nie tylko firmy należące do skarbu państwa, ale tak polecieć po całości i sprywatyzować Polskę w całości. Z rządem, sejmem i ministerstwami. Przecież jak nauczał ekspert nie ma to jak prywatne zarządzanie. Więc niech ktoś prywatnie zarządza firmą Polska spółka z ograniczoną odpowiedzialnością, a my obywatele staniemy się akcjonariuszami z prawem do dywidendy. 

 

Do końca dwa tysiące dziesiątego roku nasz rząd chce uzyskać z prywatyzacji ponad dwadzieścia osiem miliardów złotych.  Czyli jak widać, lepiej sprzedać niż dobrze zarządzać posiadanym społecznym majątkiem. Jak to świadczy o państwie, jako instytucji, że nie potrafi w całym naszym społeczeństwie, ba nawet na całym globie znaleźć choćby jednej osoby, która potrafiłaby tak pokierować państwowym przedsiębiorstwem żeby przynosiło ono dochody. Najłatwiej sprzedać, bo przecież nie ma możliwości żeby państwowa firma była dochodowa i przynosiła nam wszystkim zyski. Nie twierdzę w żadnym wypadku, że państwowa własność jest lepsza. Powinna ona być jednak traktowana na równi z własnością prywatną. Jeśli potraktować sejm, jako swoistą radę nadzorczą, a nas, jako akcjonariuszy to chciałbym żeby mnie, choć raz ktoś zapytał o zdanie czy chcę się pozbyć mojego majątku. Jeśli ktoś zarządza naszym majątkiem z naszego nadania to jest przed nami wszystkimi odpowiedzialny za to, że coś idzie nie tak. Nigdy nie uwierzę, że sama zmiana właściciela może doprowadzić do zmian w zarządzaniu. Jeśli ktoś kieruje firmą źle, bo liczy tylko na zyski swoje a nie firmy, to tak samo będzie miał na uwadze własne zyski, gdy to będzie jego własna firma. Jeśli wszelka własność państwowa jest zła to, dlaczego nikt nie prywatyzuje totalizatora państwowego. Więc jeśli tam są zyski, to jednak można zarządzać poprawnie państwową firmą.

 

Panuje u nas przekonanie, głównie wśród polityków, mówiące o wyższości przedsiębiorstw prywatnych nad państwowymi. No oczywiście jeszcze wyznawcami tej teorii, o wyższości jednego sposobu zarządzania nad drugim, są przedsiębiorcy, ale im się akurat nie dziwię, bo prywatyzacje są w ich interesie. Nie wiem skąd się bierze to bezwzględne przekonanie, że jeśli tylko coś przestanie być państwowe to od razu rozkwitnie. A jeśli nadal pozostanie w zarządzaniu społecznym to jak nic rozpadnie się w puch i pył. Miłośnicy nieskrępowanego wolnego rynku w gospodarce przeflancowaliby w prywatne ręce wszystko, co nadal jest państwowe. Kompletnie nie zwracając uwagi na fakt, że jeśli w prywatnych rękach znajdzie się na przykład firma energetyczna to zgodnie z zasadą, jaka panuje w prywatnych korporacjach nastąpi natychmiastowa maksymalizacja zysków. Co dla nas szaraków oznacza natychmiastową podwyżkę prądu o kilkaset procent, bo nikt nie będzie zważał tu na względy społeczne.

 

Nawet przyznając rację tym wszystkim, którzy upatrują dobro w prywatnym zarządzaniu to tak sobie myślę, że chyba nie wszystko da się sprywatyzować. Choć skarb państwa chce sprzedawać prawie wszystko i nie ma praktycznie branży, w której nie będzie się sprzedawać całych spółek albo przynajmniej mniejszościowych udziałów w firmach, to mam nadzieje, że politycy i urzędnicy nie pójdą na całość w tym prywatyzacyjnym pędzie. A jak sprywatyzują mi całą Polskę? Jak jakaś globalna korporacja zakupi nasze państwo i będzie rządził nami prezes a nie prezydent? Już prawie tak jest, bo niektórzy urzędnicy zachowują się tak jakby faktycznie państwo było ich prywatną własnością, a my szarzy obywatele bylibyśmy tylko tam zatrudnieni. Choć bardziej pasuje tu, że jesteśmy do państwa przypisani jak chłop pańszczyźniany do ziemi. Czasem faktycznie czuję się jak maszyna zakupiona do prywatnej firmy Polska Sp. z o.o., która produkuje nieprzerwanie pieniądze dla właścicieli, czyli państwa, w formie podatków. A ja chciałbym czuć się podmiotem i właścicielem tego, co państwowe, ale teraz totalnie nie mam poczucia tego, że coś jest moje. Bo państwowe i tak prawie jest prywatne, czyli polityczne, urzędnicze, rządowe. I w zasadzie nie jesteśmy dalecy od totalnej prywatyzacji państwa. Politycy żyją w przekonaniu, że są właścicielami, a my tylko dla nich pracujemy zarabiając podatkami na ich życie. 

 

 

 

 

dziennik pesymistyczny

Sejmowe przedszkole

Obublikował pavvel dnia Komentarzy: 0

Dawno nie byłem w przedszkolu. Ale z tego, co pamiętam z dzieciństwa, to jest to istna kraina szczęśliwych zabaw i radości. Życie tam płynie spokojnie i niespiesznie swoim ustalonym rytmem, wypełnionym szczęściem. Dzieciaki gaworzą sobie o swoich małych sprawach, które tylko im wydają się ważne. Mają tam nasze słodkie maluchy swoje zabawki, swoje dziecięce sprawy oraz własne – dla nich najważniejsze – spory o samochodziki i laleczki. Jak to u dzieci. Dorośli nie zawsze mają zrozumienie dla tego ich mikro radosnego świata, choć się starają. Ale to przecież tylko dzieci, więc niech się bawią na zdrowie. Potem przecież nadejdzie niespodziewanie dorosłość ze swym poukładanym, poważnym światem. Tam już nie wypada się bawić, śmiać i żartować.  Potem już nie przedszkole, a szkoła czy praca stają się naszym codziennym dorosłym obowiązkiem. Tam już trzeba zachować powagę. Nie ma miejsca na całodniowe żarty i radosną zabawę. Jest jednak jedna grupa zawodowa, która nadal jednak może przez cały dzień świetnie się bawić w przedszkole – to nasi politycy.

Oglądając relacje z wczorajszych prac komisji, dochodzę do wniosku, że jest tam prawie dokładnie tak jak w przedszkolu. Tylko politycy to nie dzieci, choć jak dzieci całymi dniami świetnie się tam bawią. Co każdy może odczuć czytając gazety i oglądając telewizję. Jak czasem dziecinkę z prawdziwego przedszkola spytać czy nauczyła się wierszyka, to dziecko z jakiegoś nieznanego nam bliżej powodu przez cały czas nic nie odpowiada lub coś kręci tak dla samej swej radości. Bo ono nie powie nam czy zna wierszyk. No nie powie i już. Dlaczego nie powie? Bo nie powie i już. I nie ma, co go przekonywać. Jak się zatnie w sobie to nie powie żeby nie wiem, co.

Podobnie bywa przed sejmową komisją śledczą Wydawałoby się, że jak ktoś zadaje proste pytanie o wykształcenie to i odpowiedź jest prosta. I wszystko może zająć nie więcej niż kilka minut. Ale w sejmowym przedszkolu nie jest to takie proste. Tam jest jak z dziećmi. Gdy jeden z członków komisji zadał pani K – byłej członkini teraz przesłuchiwanej – pytanie o jej wykształcenie to już wiedziałem, że nie będzie to łatwe pytanie. I choć padła odpowiedź, to potem zaczęły się czasochłonne przekomarzania o to czy Pani K. już odpowiedziała czy jeszcze raz ma odpowiedzieć. I czy to pytanie jest zasadne, czy może jest ono nie na miejscu. A może warto byłoby, na kolejne pytanie posła z komisji o swoje wykształcenie, odpowiedzieć po prostu jednym zdaniem, że ono, to wykształcenie jest takie to a takie. Nawet jak poseł z komisji powraca z uporem dziecka do nieistotnego pytania, to odpowiedź jest prostsza niż dyskusja o tym, czy się już odpowiedziało na pytanie czy nie odpowiedziało. Dosłownie: jak dzieci.

I tak, rozstrzygnięcie kwestii, czy pani K jest prawnikiem czy też nie, okazało się najważniejsze dla posłów z komisji hazardowej. Potem tez nie było lepiej. Jacyś nieznani bliżej pani K. – Rysio, Miro, Zbych i Grzesio. Przedszkole. Oni się tam świetnie bawią. Gaworzą o sprawach nieważnych całymi dniami. Zadają sobie nieważne pytania. Ogólnie szczęście i radość, żarty i świetne humory istne przedszkole dla dorosłych, gdzie każdy świetnie się bawi, czyli uprawia politykę. A czas płynie i ja już wiem, że pracuję na podatki, które utrzymują tych, którzy świetnie się bawią w przedszkole. Bo przecież oni jak dzieci mogą się godzinami przekomarzać o sprawy nieważne. A te ważne sprawy, które wymagają wyjaśnienia? One muszą poczekać na lepsze czasy lub na historyków. No cóż taka jest polityka. Jak dzieci. Dosłownie jak dzieci.  

 

dziennik pesymistyczny

Czy życie w Rosji na trzeźwo okaże się nie do przyjęcia?

Obublikował pavvel dnia Komentarzy: 0

Czy ktoś z czytelników pamięta jeszcze taki stary dowcip: dlaczego upadł Związek Radziecki? Ano, dlatego że jak zabrakło w sklepach wódki, to naród rosyjski wytrzeźwiał i zapytał gdzie jest Car batiuszka. Teraz jest nowa władza na Kremlu. A jakoś tak zawsze bywa za tą naszą wschodnią granicą, że z demokracji u nich zawsze wychodzi tam demokracja jakaś taka nie do końca klasyczna, tylko taka na rosyjską modłę. A to socjalistyczna ta demokracja im wyszła, a to jelcynowska, to znów putinowska. Zawsze te nasz wielki brat słowiański ma własną drogę, którą podążą. To znaczy władza tam ma jakiś ustalony cel. Bo masy narodu to raczej są rządzone, a niepytane o zdanie. I tym właśnie moim zdaniem rożni się demokracja rosyjska od tej klasycznej.

 

Pewnie nie tylko tam tak jest, że formy rządy, choć demokratyczne, to coś tak nie bardzo z demokracją mają wspólnego. Ale że to u nas jakoś tak się często zdarza, że trzeba iść przez zboże, bo we wsi Moskal stoi – że pozwolę sobie na lekką parafrazę wieszcza Adam – to nas bardziej interesuje ta bliska zagranica, czyli Rosja. Ale ja nie o formach rządów chciałem dziś pisać, a o rzeczy bliższej rosyjskiej duszy – a mianowicie o wódeczce. W kontekście żartu, który przytoczyłem na początku, bardzo przeraziły mnie prasowe doniesienia, że w Rosji zaczęły obowiązywać ceny minimalne na wódkę wprowadzone w ramach prowadzonej przez prezydenta Dmitrija Miedwiediewa kampanii walki z alkoholizmem. No i zrobiło się strasznie. Bo choć te ceny minimalne są z nazwy, to raczej nie ma być taniej tylko drożej.

 

Rosjanie świętują Nowy Rok i prawosławne Boże Narodzenie a tu ich własny rząd i ich własny prezydent taki im podarek zgotowali. Cena najtańszej półlitrowej butelki wódki będzie teraz niemal dwa razy wyższa i wyniesie 89 rubli, czyli około 8 złotych. Czyli prawie trzy dolary, jak kto woli ten system walutowy. Zważywszy, że przeciętna rosyjska pensja to ponad osiemnaście tysięcy rubli, a najtańsza wódka kosztowała około pięćdziesięciu rubli to łatwo obliczyć, że przeciętny Rosjanin do tej pory mógł zakupić około 368 butelek najtańszej wódki. Od nowego roku, za te same pieniądze, przeciętny Rosjanin będzie się mógł zabawić już tylko przy dwustu dziesięciu butelkach z procentami.

 

Czy życie w Rosji na trzeźwo okaże się nie do przyjęcia? No tego nikt nie jest pewien. Ja jestem nawet pewny, że człowiek rosyjski poradzi sobie z wódczaną podwyżką tym, że sam po prostu uruchomi na większą skalę domową produkcję.  Bo jak mówią badania, do których łatwo można dotrzeć w internecie, zapotrzebowanie na alkohol wśród Rosjan nie spada bynajmniej, a odwrotnie dość szybko wzrasta. Więc trzeźwy naród rosyjski w najbliższym czasie zapewne nie zapyta gdzie się podział wielki Związek radziecki z tanią wódeczką. Ale władza kremlowska nie powinna zapominać też, że jak ostatni przywódca Związku Radzieckiego Michaił Gorbaczow w połowie lat osiemdziesiątych ubiegłego wieku, nakazał zmniejszenie produkcji wina i wódki w celu zapobieżenia rosnącemu alkoholizmowi w rosyjskim społeczeństwie, to jednocześnie spadła też popularność samego Gorbaczowa. Więc może naprawdę jest tak jak w tym starym dowcipie, który zacytowałem na wstępie.