Yearly Archives

193 Articles

dziennik pesymistyczny

Wejdź i włóż

Obublikował pavvel dnia Komentarzy: 2

Pewnego razu oprowadzałem węgierskich znajomych po moim prowincjonalnym mieście. Nagle jedna z pań spytała – wskazując na szyld zawieszony na jednej z secesyjnych kamieniczek – czy nie przeszkadza nam, w tak katolickim kraju, taka instytucja użyteczności publicznej umiejscowiona przy głównej ulicy miasta. Zdziwiłem się wielce, bo Węgierka wyraźnie wskazywała na szyld sklepowy i nie wiedziałem, co ją tak przeraziło w damskiej odzieży. I dlaczego miała taki wielki dylemat moralny. Na początku myślałem, że to zwykle nieporozumienie spowodowane barierą językową, ale mój gość z kraju naszych bratanków był coraz bardziej zgorszony tym szyldem reklamowym.

 

Należy się czytelnikowi wyjaśnienie, co tam właściwie na kamienicy zobaczyła moja znajoma.  Reklama przedstawiała kobietę w kusej spódniczce oraz wielkim dekoltem prezentująca swoje walory w sposób jednoznaczny. Wszystko utrzymane było w krwistej czerwieni. Nad panią z plakatu, autor umieścił wielki napis – Megi. Oczywiście wiedziałem, że w tej kamienicy znajduje się sklep z damską odzieżą, bo kiedyś towarzyszyłem mojej wybrance serca w wielogodzinnym rajdzie po sklepach w poszukiwaniu odpowiedniej dla niej kreacji. I ten właśnie lokal handlowy był na trasie naszego marszu. Dla mnie, więc był to tylko kolejny butik z ciuchami. Ale gdy postanowiłem postawić się na miejscu mojej węgierskiej koleżanki nieznającej języka i naszej lokalnej specyfiki reklamowej zrozumiałem, że czerwona pani z reklamowego afiszu przekazuje jednoznaczny komunikat. Że tak powiem, seksualny, zachęcający komunikat.

 

Jeśli oderwiemy się od naszych przyzwyczajeń w postrzeganiu szyldów, to faktycznie można zrozumieć, że ta panienka z plakatu, rozebrana bardziej niż ubrana, mogła zdecydowanie komuś nieobeznanemu z naszą prowincjonalną estetyką reklamową skojarzyć się z miejscem publicznym. Z domem publicznym, zwanym u nas światowo agencją towarzyską. No dobrze, każdemu kojarzy się inaczej, ale gdy starasz się piątce Węgrów wytłumaczyć, że to nie burdel za przeproszeniem, ale zwyczajny sklep z odzieżą to masz już wątpliwości czy to naprawdę tak niewinnie wygląda. Moi znajomi dali się przekonać, że to reklama sklepu dopiero jak do niego weszliśmy.  Ale po ich minach nadal było widać, że podejrzewali, iż butik to tylko przykrywka dla ukrycia erotycznego interesu, który zapewne znajduje się na zapleczu. Bo przecież, po co wieszać czerwoną latarnię i szyld z prawie nagą panienką przed wejściem do zwykłego butiku. Chyba, że celem było przyciągniecie za wszelką cenę klientów nawet tych zszokowany prowokacyjną reklamą.

 

Teraz już każdą wycieczkę spoza mojego miasta zawsze zaprowadzam w to samo miejsce testując ich skojarzenia, co do czerwonej panienki z reklamy. I w dziewięciu przypadkach na dziesięć zawsze im się kojarzy tak samo, czyli z seksualnym zarobkowaniem. Więc może coś w tym jest, że jak coś jest czerwone, migające, przestawiające rozebraną panienkę to przeważnie jest to instytucja publicznych uciech, a nie niewinny sklep? Szyld ozdabia kamienicę w centrum miasta od lat i pewnie my mieszkańcy się do tego przyzwyczailiśmy. I tylko tym, co nie widzą plakatu, co dnia, jakoś tak się to jednoznacznie kojarzy.  Więc nie byłem wcale zaskoczony jak tą samą drogą poszedł inny sklep. Choć chyba nigdy się nie dowiem czy był to przypadek, czy świadome działanie twórców reklam sklepów, nawiązujących do szyldów seksualnych instytucji.

 

Ostatnio zobaczyłem na ulicy reklamę sklepu. Napis: wejdź i włóż nałożony został tam na fotografię damskiej pupy ubranej w bardzo obcisłe jeansy. Od razu pomyślałem, że to pewnie takie samo zagranie reklamowe jak w przypadku czerwonej Megi z butiku na głównej ulicy. Choć przecież zdjęcie i slogan przyznać należy wzbudza dość jednoznaczne skojarzenia.  Ale na wszelki wypadek przeprowadziłem prywatne badania, aby upewnić się czy to nie daj Boże, tylko ja mam takie zbereźne skojarzenia. I okazało się, co mnie uspokoiło, że nie tylko ja tak to postrzegam. I tak oto mam kolejny punkt wart odwiedzenia przez wycieczki w moim mieście. Już widzę te nieprzebrane tłumy turystów, które zwiedzają z napięciem moje prowincjonalne miasto w poszukiwaniu reklam niejednoznacznych.

 

dziennik pesymistyczny

Królicza nora, królicza dola

Obublikował pavvel dnia Komentarzy: 0

Mam czasem wrażenie, że wszyscy wpadliśmy do wielkiej króliczej nory. Takiej, w jakiej znalazła się Alicja – bohaterka książki Charlesa Lutwide’a Dodgsona. Wrażenie to spotęgowało jeszcze u mnie to, że wczoraj w każdym programie informacyjnym słyszałem wielokrotnie i na wszelkie sposoby odmienione zadanie o pewnym pędzącym króliku.  I wcale nie chodziło tu o tego książkowego Białego Królika w kamizelce z kieszonkowym zegarkiem w łapie, ale o nazwę pewnej restauracji w Warszawie, która będzie znana teraz głównie, jako miejsce, w którym znani politycy dobijają targów w swych mrocznych interesach ze światem biznesu. Oczywiście, jeśli wierzyć w to, co mówi pewien polityk przed komisją śledczą.  I tak przez przypadek ten króliczek stał się dla mnie synonimem sytuacji w naszym kraju. Może by tak zmienić naszego orła w koronie na królika w kapeluszu?

 

Czasami wydaje mi się, że wszyscy zbiorowo, zupełnie jak książkowa Alicja, podążamy za białym królikiem w głąb króliczej nory. W roli puchatego zwierzątka występują tu politycy mamiący nas wizją krainy czarów. U nas jest nawet lepiej niż w bajkowym pierwowzorze. W naszym krajowym przypadku polityk jest jednocześnie twórcą i tworzywem. Czyli, w prawdziwie magiczny sposób mami nas tak, że idziemy dzielnie za nim w zbiorowym amoku w głąb króliczej nory.  Zaś przy okazji kolejnych wyborów ten sam polityk zamienia się w iluzjonistę wyciągającego kolejne obiecanki jak króliki z kapelusza. Oczywiście te zaklęcia przedwyborcze z czasem stają się coraz bardziej nierealne, a po pewnym czasie zupełnie znikają. Czyli polityk nasz krajowy jest takim podwójnym królikiem.

 

Prawdziwą magiczną sztuczką jest też to, że przyjęliśmy za coś zupełnie normalnego sytuację, w której polityk obiecuje gruszki na wierzbie w czasie kampanii wyborczej, a potem spokojnie, po głosowaniach, danego słowa przeważnie nie dotrzymuje. Już dawno przekonano nas, że wszystko jest dobrze, kulturalnie i właściwie przy takich oszustwach. Bo takie kłamstwa i obiecywanie na wyrost to przecież zwyczajna polityka. Czyli w zasadzie, jeśli ktoś kłamie tak prywatnie to jest to naganne i złe. A jak mija się z prawdą tak państwowo, w służbie narodu, to jest to jak najbardziej godne i możliwe do przyjęcia, bo to przecież tylko polityka. I to jest właśnie istna kraina czarów.

 

W polityce najważniejsze są pogonie za królikiem. Nie za bardzo ważny jest kryzys, bezrobocie, gdy można się wzajemnie poganiać w politycznym polowaniu. A gdzie będzie lepsze miejsce na wieczne łowy na białego króliczka, niż kolejna komisja sejmowa? Pewnie i tak się tam nic nie wyjaśni, ale zawsze można zapolować na politycznego wroga w świetle kamer. Można pokazać się, jako wielki łowczy, co to żadnemu królikowi nie przepuści.  Bo przecież marchew na tym politycznym polu jest zawsze we władaniu tych, co to mają większe strzelby i potrafią zrobić większy raban przy przedwyborczej nagonce. I jak się pojawi jakiś obcy królik to go zaraz pogonią. I tak komisja za komisją, jeden śledczy, za kolejnym posłem i prokuratorem, wyruszają na kolejne polowanie na królicze afery.  Bo przecież w tej grze politycznej nie chodzi o to by złowić króliczka, ale by gonić go.

 

I tak pędzi sobie ten króliczek przez nasz polityczny świat. I jak to te zwierzątka puchate mają w naturze produkuje kolejne króliki, które produkują kolejne polityczne króliki.  Mnożny nam się i rozrasta świat wiecznych króliczych gadaczy. Komisje, spotkania, sesje plenarne i zwyczajne, komisje i podkomisje, zespoły robocze i podzespoły, dyrektorzy departamentów, ministrowie, sekretarze stanu, posłowie, posłanki, senatorzy, radni. Wszędzie wystają puchate uszy. No istne zgromadzenie przyjaciół i znajomych królika. No i tak kotłujemy się w tym króliczym raju, w norce codziennych absurdów. A ja? Ja też jestem jak ten Biały Królik z Alicji w Krainie Czarów. Tak samo jak on boję się wszystkiego. A najbardziej tego, że jestem już spóźniony. Że choć obserwuję ten nierealny świat i nawet on mnie w pewnym sensie dotyczy to jest on czasami tak inny, że mam poczucie, że spóźniłem się już dawno na ten realny, normalny, uporządkowany świat. Że już na zawsze zostanę w króliczej norze.  

 

dziennik pesymistyczny

Bo im się wszystko źle kojarzy…

Obublikował pavvel dnia Komentarzy: 1

Jest taki stary dowcip o Jasiu, któremu wszystko kojarzyło się z pewną częścią ciała, którą wszyscy mamy z tyłu. Nieważne, co to jest, i tak nieodmiennie wszystko kojarzy z tym, na czym my wszyscy siadamy, czyli z dupą. Może to niezbyt wyszukana i śmieszna opowiastka, ale najciekawsze w tym wszystkim jest to, że wokół nas pełno jest takich Jasiów, którym się wszystko nie tak kojarzy. No może nie od razu z tą utrwaloną w dowcipie częścią ludzkiego ciała, ale na pewno z rzeczami, na które nikt by nie wpadł tak od razu.  Może to jakiś podświadomy wynik nadprodukcji wyobraźni zafiksowanej na jednym skojarzeniu? Nie wiem, ważne jest to, że jak już im się zacznie kojarzyć to nie pozostawiają tego skojarzenia dla siebie, ale za wszelką cenę starają się wszystkim wmówić, że to właśnie ich wizja jest jedyna słuszną interpretacją zjawiska w sztuce ulicy, które zaobserwowali.

 

Na stacji warszawskiego metra pojawił się ostatnio nowy mural.  Jego autorką jest pani Julia, absolwentka warszawskiej Akademii sztuk Pięknych. Obraz nie pojawił się tam przypadkowo, ale w wyniku konkursu organizowanego pod patronatem Metra Warszawskiego. Autorka jest właśnie laureatką w tym konkursie. Artyści w nim uczestniczący mieli wypełnić „przestrzeń publiczną dla sztuki” na stacji metra Marymont. Dzieło Pani Julii to mural o wysokości trzech metrów i szerokości trzydziestu pięciu metrów, przedstawiający stadko białych i czarnych baranków latających wśród chmur i obłoczków nad warszawskim Pałacem Kultury. Zapewne nie wszystkich to dzieło sztuki ulicy zachwyciło, ale też pewnie jest wielu takich, którym to się bardzo podoba. No cóż to kwestia gustu. Ale jak zawsze w sytuacji styku sztuki z miejscem publicznym znalazło się kilku osób, którym mural, a właściwie to, co na nim przedstawiono, źle się skojarzył. 

 

Mnie się to od razu skojarzyło z balonikami – dmuchanymi zabawkami dla dzieci. Bez żadnych podtekstów. Takimi dla milusińskich, jakich pełno na straganach w dzień targowy. Jednak malowidło ścienne ze stacji metra Marymont zatytułowane Baranki Boże wzbudziło niezdrowe emocje u pewnych ludzi. Nie wiem jak to jest, że istnieje wśród nas pewna grupa ludzi, którym wszystko kojarzy się z seksem. A jak już im się coś nawet niewinnego z tym seksem skojarzy, to od razu uważają ze to obraża ich uczucia religijne. Mnie się zawsze wydawało, że sacrum i profanum egzystują w pewnym oddaleniu, ale jak widać nie dla wszystkich. Jest pewna grupka osób, którym owe baranki z muralu przypominają dmuchane lalki z sexshopu dla zoofilii. Naprawdę trzeba jakiejś dewiacyjnej osobowości, żeby tak skojarzyć te dmuchane zabawki z zabawkami dla dorosłych. Poza tym trzeba też poczynić baczne obserwacje w sklepach z erotycznymi zabawkami, żeby wiedzieć, że takie zabaweczki tam występują. Choć nie uważam się za purytanina, to do wczorajszej emisji materiału telewizyjnego o kontrowersyjnym obrazie z warszawskiego metra nie wiedziałem. Nie wiedziałem też o istnieniu takich erotycznych dmuchanych gadżetów.

 

Mural będzie eksponowany do końca kwietnia, co oznacza, że będzie tam go można zobaczyć podczas Wielkanocy.  I to właśnie bardzo drażni tych, którym obraz z metra źle się skojarzył. Jakoś tak w ich mózgach zestawiły się myśli o baranku bożym i tym baranku boskim w sensie religijnym. Faktycznie prawie tak samo, ale jak mawiał klasyk prawie robi wielką różnicę. Ja tam inaczej pamiętam jego wyobrażenie przedstawiane na obrazkach świętych. Ale ja, to ja, inni mają jak widać inne skojarzenia. I tak stowarzyszenie, o którego istnieniu nie wiedziałem do wczoraj rozpoczęło wielki protest wysyłając listy protestacyjne do dyrekcji metra warszawskiego z zadaniem by obraz zniknął ze stacji Marymont. Czasami faktycznie artyści w ramach prowokacji używają zestawień symboli seksualnych z religijnymi. Mogę zrozumieć, że to razi. Ale w przypadku tych baranków z muralu, trzeba naprawdę wielkiej wyobraźni i nieczystych skojarzeń żeby dostrzec tu profanację symboli religijnych. Jak pisałem na wstępie, rzeczywiście już tak jest, że niektórym wszystko się kojarzy… tym razem z profanacją uczuć religijnych.

 

dziennik pesymistyczny

Dwa w jednym, czyli herb w herbie

Obublikował pavvel dnia Komentarzy: 0

O ile wiem to każde miasto, małe czy duże, ma swój herb. Mój prowincjonalny gród ma nawet dwa herby.  Jeden taki codzienny – powiedzmy roboczy – oraz drugi na specjalne okazje, czyli odświętny. Przypomina mi to sytuację, o której opowiadał mi mój kolega ze szkoły, który miał w swojej domowej garderobie zawsze dwa oddzielne zestawy ubrań. Te robocze, codzienne do pracy oraz takie do kościoła, oficjalne i odświętne. I za żadne skarby świata nie wolno mu było używać odświętnego ubrania w dni powszechne. To było ubranie niedzielne, do kościoła, i było zarezerwowane tylko na ten dzień. I właśnie to „kościelne” określenie w stosunku do herbu mojego miasta pasuje tu idealnie. Bo symbol mojego miasta w wersji uroczystej zawiera po prawej stronie bramy herb papieża Jana Pawła II oraz labry z pokryciem białym i takim samym podbiciem.

 

Ostatnio stolica apostolska wydała komunikat, w którym informuje, że posługiwanie się papieskim imieniem, obrazem czy herbem, a także samym określeniem „papieski”, musi być uprzednio zatwierdzone przez Watykan. Kilka tygodni wcześniej odbyła się w moim mieście uroczysta sesja naukowa poświęcona herbowej symbolice.  Spotkali się na niej historycy, politycy, nauczyciele, pracownicy archiwum, przedstawiciele miejskich instytucji oraz wszyscy zainteresowani tym tematem. Jednak nawet wtedy, jak wynika z doniesień prasowych, nie zajmowano się istnieniem herbu w herbie. Ale chyba w obecnej sytuacji powinna się jednak odbyć kolejna sesja, na której by ustalono ponad wszelką wątpliwość, czy przypadkiem używanie herbu papieskiego nie narusza zasad ochrony wizerunku i tożsamości papiestwa. Pamiętam, że ponad dziewiętnaście lat temu, gdy uchwałą rady miasta wprowadzano obecnie obowiązujący herb miasta, jakaś delegacja wybrała się do Watykanu, jeśli mnie pamięć nie myli prosić o specjalne zezwolenia na używanie papieskiej symboliki. Ale czy takie uzyskała? Nie wiadomo. Nie ma o tym żadnej informacji w oficjalnych dokumentach na temat herbu, znajdujących się na miejskiej stronie internetowej. A w obecnej sytuacji, chętnie przeczytałbym stosowny komunikat magistratu, który rozwiałby całkowicie moje, oraz nie tylko moje wątpliwości, co do legalności używania herbu papieskiego w miejskim herbie.

 

Sytuacja, w której odświętny symbol miasta wzbudza wątpliwości, szczególnie w obliczu komunikatu stolicy apostolskiej, powinna być szybko wyjaśniona. Jeśli stolica Piotrowa pragnie ograniczyć posługiwanie się imieniem bądź herbem papieskim dla celów i czynności, nie mających nic, bądź niewiele wspólnego z kościołem katolickim, to może warto sprawdzić czy używanie takiej symboliki w herbie miasta nie narusza tych zasad. A chyba używanie papieskiego symbolu w herbie miasta niewiele ma wspólnego z działalnością tej wspólnoty wyznaniowej. Na stronie miejskiej możemy za to wyczytać, że herb mojego prowincjonalnego grodu, zawierający jednak odniesienia światowe może być „używany w celach identyfikacyjnych jedynie przez organy i instytucje miejskie, miejskie jednostki organizacyjne, osoby prawne, których jedynym właścicielem jest miasto oraz spółki prawa handlowego, których wszystkie akcje lub udziały są własnością miasta”. W świetle tych słów zasadne jest pytanie czy miasto ma pozwolenie na używanie papieskich symboli, jeśli tak dokładnie zadbało o to żeby każdemu, kto zapragnie używać miejskiego herbu przechodził procedurę uzyskania stosownego pozwolenia.

 

Przez ostatnie dwadzieścia lat, nie można było ustalić herbu takiego, który byłby poprawny i nie mieszał rożnych stylów, pojęć i gatunków. A jest w nim pełno nieprawidłowości.  I teraz do wątpliwości związanych z kolorystyką herbu, umieszczeniem tam koloru żółtego, jako synonimu złota doszła kolejna wątpliwość. Niepoprawnie – zdaniem specjalistów – jest umieszczona korona w herbie. Jak wyjaśniają specjaliści, koronę umieszczano bezpośrednio nad literą, gdy mamy do czynienia z inicjałem królewskim. Natomiast, gdy chodzi o monogram miasta królewskiego, korona powinna się znaleźć nad tarczą, nie literą. Ponadto nie powinniśmy mieć dwóch różnych wersji herbu. Podobno nasz herb jest pokazywany na wykładach na uniwersytecie, jako negatywny przykład – twierdził podczas wspomnianej już tu specjalnej sesji poświęconej miejskiej heraldyce, pewien radny miejski. Symbol mojego miasta zdecydowanie zasługuje na to, żeby nie budzić żadnych wątpliwości. A teraz do tych wątpliwości, które mieliśmy od lat należy dodać kolejny: czy herb w herbie jest legalnie używany?

 

dziennik pesymistyczny

Zrób to sam

Obublikował pavvel dnia Komentarzy: 3

Kilka dni temu, w jednym z tekstów tu publikowanych napisałem, że straszliwie mnie denerwuje sytuacja, w której ktoś wymaga ode mnie opłaty za to, że czegoś nie zrobił. Jak za coś zapłaciłem to chciałbym żeby to było zrobione bez żadnych dodatkowych ponagleń z mojej strony. I takie zachowanie wydawało mi się całkowicie normalne. Lecz jak widać myliłem się bardzo. Z kilku komentarzy czytelników, zamieszczanych pod moim tekstem wynikało jasno, że jestem rozpieszczonym paniczykiem, co to jak płaci to jeszcze i wymaga, i że powinienem mimo poniesionych opłat sam zabrać się do roboty. Nie czekać aż ci, co powinni wykonać swoją pracę, zrobią to sami z własnej inicjatywy.

 

Jak widać część naszego społeczeństwa opanowało zbiorowe przekonanie, że trzeba być samowystarczalnym na wszelkie możliwe sposoby. Nie wolno krytykować kogoś tylko za to, że nie zrobił czegoś, choć mu za to zapłacono. Ba, nawet powinno się płacić słono za niewykonaną pracę, bo przecież trzeba sobie wzajemnie pomagać. To znaczy wykonać coś za kogoś tak z czystej życzliwości. Swoim tekstem chciałem tylko zaapelować do administracji, aby ta, bez moich ponagleń sama zainteresowała się zalegającym śniegiem na parkingu i go uprzątnęła. Za to przecież im płacę i to sporo. I właśnie taką postawą naraziłem część czytelników. Co prawda, jak co rano, kilka minut poświęcałem na odgarnianie śniegu, bo inaczej bym nie wyjechał do pracy samochodem, ale widać nie miałem prawa domagać się żeby ci, którym już zapłaciłem za tę pracę, zrobili to za mnie.

 

Lubię pomagać, ale przecież nie mogę tego robić przez cały czas. Czasami mam takie przekonanie, że jestem zmuszany do tego żeby zrobić samemu coś, za co już wniosłem stosowną opłatę komuś innemu. Jest tak najczęściej w przypadkach, w których nie przekazuję opłaty z ręki do ręki, a wnoszę ją w miesięcznych opłatach. A przykład idzie z góry. Płacę w podatkach na służbę zdrowia, ale jak już przyjdzie do tego, że potrzebuję skorzystać z pomocy lekarza specjalisty, to albo mam spokojnie czekać w nieskończoność albo zapłacić jeszcze raz, czyli prywatnie sam sobie pomóc. Zawsze jak czegoś chcesz od państwa, to ono traktuje cię jak petenta, starającego się złodziejsko coś dla siebie wyłudzić. Przykładem może być tu instytucja dobrze znana wszystkim, czyli Zakład Ubezpieczeń Społecznych. Kiedyś choroba zmusiła mnie to skorzystania z prawnie gwarantowanych mi świadczeń. I tak dostałem się w tryby machiny, w której czułem się złodziejem, który stara się coś ukraść państwowej instytucji. Raz za razem byłem wzywany do ZUS-u na przesłuchania, gdzie po raz kolejny musiałem tłumaczyć przypadkowym osobom, że jestem chory naprawdę i naprawdę potrzebuję pomocy. Wszyscy jasno dawali mi do zrozumienia, żebym raczej dał już spokój i sam sobie pomógł. I tak też się stało. Nie wytrzymałem i zrezygnowałem.

 

Zawsze jak zacznę krytykować kogoś za to, że nie robi tego, za co płacę, od razu staje za nim chór obrońców, którzy głośno sugerują, że to raczej ja mam zrobić coś sam, a nie marudzić, że nie jest jeszcze zrobione. Jak narzekam na obsługę w sklepie to zaraz słyszę, że nie mogę tak robić, bo panie tak długo i ciężko pracują. Nawet jak widzę, że nic nie robią, to i tak powinienem iść sam poszukać w półkach tego, co mnie interesuje, bo przecież jak tak można krytykować i jeszcze czegoś wymagać. Jak list spóźni się trzy tygodnie, to przecież poczta jest niewinna tylko ja, bo przecież wiem, że jest z tym kłopot, więc, po co list wysyłam? Mailem nie mogłem? I tak ze wszystkim. Czyli jak kran cieknie to zamieniam się w hydraulika, bo nie ma co czekać na fachowca. Jak coś mnie denerwuje w telewizji nie ma, co narzekać czas założyć własną! Jak urzędnik mnie wnerwia bezczynnością to lepiej samemu załatwić, bo, po co go odrywać od tego, co on tam robi lub czego nie robi. Jak samochód nawali, choć dwa dni wcześniej był u mechanika,   nie należy składać reklamacji. Po co gościa denerwować? Przecież można jeszcze raz zapłacić. A już najlepiej żeby samemu zabrać się za naprawę. I już nie wiem czy to dobrze czy może źle, że chcę tego, za co płacę. Boję się, że to jakieś moje fanaberie są tylko. Że może tak już jest, że są pewne opłaty, za które nie powinienem spodziewać się wykonania pracy.

 

dziennik pesymistyczny

Drugi policzek

Obublikował pavvel dnia Komentarzy: 0

Bardzo trudno znaleźć granicę między sztuką a bluźnierstwem. Cztery lata temu wielkie oburzenie w świecie islamu wywołały karykatury Mahometa, autorstwa duńskiego rysownika Kurta Westergaarda. U nas w Polsce nikt nie atakuje jeszcze z nożem i siekierą w dłoni domów tych, którzy dopuścili się obrazy uczyć religijnych. Ten, kto w przypływie dziwnie pojętych działań artystycznych drze na strzępy biblię może u nas liczyć, co najwyżej, na rozgłos związany z oskarżeniem i rozprawę przed sądem, która pewnie nie skończy się skazującym go wyrokiem. Jest to jednak wielka różnica. I zapewne to właśnie zachęca niektórych artystów czy jak kto woli pseudoartystów to zamanifestowania tego, że nie podzielają poglądów katolików. I robią to czasami w sposób, powiedzmy to sobie jasno – żenujący.

 

Ale czy od razu Polak katolik musi biec do sądu? Wolałbym żeby takie czyny raczej zasługiwały na pogardę i litościwe popukanie się w czoło, sugerując stan umysłowy artysty, niż żeby politycy w gniewie i oburzeniu składali doniesienia o popełnieniu przestępstwa obrazy uczuć religijnych w prokuraturze. Bo mam wrażenie, że jeśli dziś nie mamy do tego dystansu, to potem rozwinie się to nam w inkwizycję i zapachnie wszędzie dymem ze stosów. U nas wszystko, co dotyczy religii jest czarno – białe. Jest jedna strona kościoła „wow”, z nominalni milionami wyznawców, pielgrzymkami, telewizją katolicką, niedzielna mszą i pierwszą komunią oraz to wszystko, co jest po drugiej stronie, czyli Ci, co przez głupotę lub z rozmysłem zapragnęli pokazać, że nie bardzo im po drodze z rzymskimi katolikami. Oczywiście jest jeszcze środek. Czyli tacy, co nie wpadają w ekstrema. Ja raczej nie jestem wiernym wyznawcą, ale też z szacunkiem podchodzę do tych, którzy wierzą. Czyli jestem szary.

 

– Mówimy nie, obrazie naszych chrześcijańskich wartości i symboli. Powołując się na wolność słowa i swobodę wypowiedzi pseudoartyści nie mogą bezkarnie obrażać naszej wiary katolickiej – powiedziała pewna pani poseł przy okazji składania zawiadomienia o popełnieniu przestępstwa obrazy uczuć religijnych przez pewnego artystę. Jak to się ma do słów Jezusa: „Wciąż miłujcie swych nieprzyjaciół, czyńcie dobrze tym, którzy was nienawidzą”. Moim zdaniem lepiej jest jednak przekonywać, że ktoś robi źle, niż zamykać go w więzieniu.  Polemizować z nim, rozmawiać niż całą tę sprawę sprowadzać do sądowego wyroku i do wymierzenia kary. Tam gdzie chodzi o religię czy wiarę chciałbym bardziej rozwiązań o charakterze religijnym niż prawnym. Bo przecież powiedziane jest w piśmie „nie sądźcie, abyście nie byli sądzeni”.

 

Wolałbym też postrzegać rzymski katolicyzm, jako religię miłości, bo przecież na taką się kreuje. Jak ktoś grzeszy to raczej niech mu będą odpuszczone te grzechy. Po co w to mieszać świeckie sądy? „Odpuszczają się tobie grzechy twoje”, – jak rzekł Jezus do niewiasty przyłapanej na cudzołóstwie i do niego przyprowadzonej: „Ja cię nie potępiam – idź w pokoju i nie grzesz więcej”.

 

W pewnym piśmie katolickim przeczytałem takie zdanie: „Pan Darski ma szczęście, że nie mieszka w państwie muzułmańskim. Gdyby znieważył Koran, miałby już podcięte gardło lub musiałby uciekać przed fatwą”. Sądzę, że nie można tego rozpatrywać w kategorii szczęścia. Jeśli mamy się odróżniać od tamtych zachowań, od tamtej kultury, to raczej nie powinniśmy tłumaczyć, że takie zachowanie jak niszczenie biblii może kogoś obrazić. A już na pewno nie możemy podrzynać gardeł, jeśli ktoś w naszym przekonaniu grzeszy. Wiem, może to naiwne. Ale nadal chciałbym postrzegać religię rzymskich katolików, jako wyznanie przebaczenia i miłości a nie religię kary za grzech przed świeckimi sądami.

 

Chrystus żywił dla swych wrogów tylko współczucie nie wrogość. Dlatego chyba warto nawracać, pouczać, przekonywać niż po prostu karać.  Przecież powiedziane jest w piśmie: „tak samo w niebie większa będzie radość z jednego grzesznika, który się nawraca, niż z dziewięćdziesięciu dziewięciu sprawiedliwych, którzy nie potrzebują nawrócenia. (…) Tak samo, powiadam wam, radość powstaje u aniołów Bożych z jednego grzesznika, który się nawraca.” Tak chyba będzie dla wszystkich lepiej, dla wierzących i niewierzących.

 

dziennik pesymistyczny

Urzędnicze nagrody pocieszenia

Obublikował pavvel dnia Komentarzy: 1

Z czym wam się kojarzy nagroda? Zapewne z czymś przyjemnym. Większość z nas musi wykonać coś nieprzeciętnego żeby otrzymać nagrodę. Jeśli ktoś jest sportowcem to za swoje osiągnięcia otrzymuje medale. Jeśli wysoko lub daleko skoczy na nartach lub bez, przybiegnie pierwszy na metę, przepłynie dystans na zawodach pływackich najszybciej ze wszystkich – wtedy czeka go nagroda. Jeśli w szkole byłem najlepszy z klasy z pewnego przedmiotu, to mogłem się na koniec roku spodziewać za to nagrody – najczęściej książkowej. Bo byłem najlepszy. Jak ktoś bierze udział w konkursie na przykład telewizyjnym to wygrywając odbiera nagrodę. Jest jednak jedna instytucja, no może nie jedyna na świecie, ale tą jedną znam, która rozdaje nagrody za samą pracę. Zatrudniając się w urzędzie miejskim na mojej prowincji możesz spokojnie liczyć na nagrodę za uczestnictwo, czyli za sam fakt wykonywania swoich obowiązków służbowych.

 

Definicja słownikowa słowa nagroda to: dyplom, odznaczenie, pieniądze lub wartościowy przedmiot będące formą uznania lub wyróżnienia za osiągnięcia, zwycięstwo w konkursie, w zawodach i tym podobne. Czyli jak pisałem na wstępie wynika z tego, że jeśli ktoś zrobi coś wybitnego, ponadprzeciętnego, wykaże się ponadstandardową pracą, to za swoje osiągnięcia otrzymuje nagrodę finansową będącą formą uznania. Przez cały ostatni rok nie słyszałem, aby któryś z urzędników magistratu dokonał czegoś godnego specjalnej nagrody. A zapewne wydział prasowy urzędu miejskiego już dawno by się czymś takim pochwalił, bo to przecież takie rzadko widziane zjawisko w naszej prowincjonalnej rzeczywistości. Na pewno nie utrzymywałby takiego zjawiska w tajemnicy. Skromność to na pewno ostatnia rzecz, o którą podejrzewałbym urzędników na mojej prowincji.

 

W lokalnej prasie przeczytałem dziś, że urzędnicy magistratu w moim mieście dostaną nagrody.    Nie żeby pojedyncze osoby dostały wyróżnienia! Na urzędników miejskich spadł prawdziwy deszcz nagród.  Po osiem tysięcy złotych wypłacono pracownikom wydziału projektów strukturalnych, którzy przygotowują wnioski unijne. Ja tam nie pamiętam żebyśmy, jako miasto, zostali ostatnimi czasy zasypani unijnymi dotacjami, ale może jednak jakiś podpowierzchniowy ciągły strumyczek tych pieniędzy z Brukseli do nas płynie. Może? Czyli oni tak w trudzie i znoju pracują, ale się tym specjalnie nie chwalą. I za to właśnie dostali nagrodę.  Po osiem tysięcy za skromność? Całkiem nieźle. Pracownicy kancelarii prezydenta dostali średnio po cztery tysiące złotych. Niestety lokalna prasa nie donosi, jakie to specjalne osiągnięcia zdecydowały o tych nagrodach. A szkoda, chętnie dowiedziałbym się, za co ktoś dostaje cztery tysiące złotych nagrody. Może coś nam się w końcu udało a tu żadnej informacji.

 

Nie tylko te wydziały były w ostatnim roku szczególniej wybitne.  U nas na prowincji cały urząd jak się okazuje wykazał się w ostatnim roku czymś szczególnie wybitnym. Niestety nie dowiedzieliśmy się, czym, a szkoda. Całkiem niepotrzebnie pan prezydent mojego miasta utrzymuje taką tajność i poufność, co do ponadprzeciętnych osiągnięć swoich urzędników. Ja, jako obywatel chętnie dowiedziałbym się, co każdy z tych tysięcy urzędników dokonał niezwykłego wykraczającego poza jego normalne obowiązki służbowe. Jeśli, jak wynika z informacji prasowej, wszyscy zatrudnieni w urzędzie dostali w nagrodę za swój trud od półtora tysiąca do trzech tysięcy złotych, to pewnie za coś konkretnego.

 

Jest jeszcze jedno wytłumaczenie tej nadnaturalnej aktywności miejskich urzędników godnych takich nagród. Słownik daje jeszcze dwie definicje słowa nagroda.  Pierwsza to taka, że nagroda to wynagrodzenie za poniesione straty lub cierpienia. Jeśli tak jest, to praca w magistracie jest prawdziwą gehenną wartą specjalnej nagrody za cierpienia. A może to – zgodnie z kolejną definicją – nagroda pocieszenia, niewielka gratyfikacja przyznawana po zakończeniu konkursu lub zawodów tym, którym nie udało się zdobyć głównej nagrody. No, jeśli jest tak jak w tej ostatniej definicji, to częściowo mogę zrozumieć przyznawanie takiej ilości nagród dla urzędników. Tym bardziej, że kierownictwo urzędu miejskiego tłumaczy, że tego rodzaju nagrody to rekompensata za brak regularnych podwyżek. Nawet nie wiedziałem, że tam tak źle zarabiają i tak ciężko pracują, że na koniec roku trzeba urzędnikom wypłacać nagrody pocieszenia. W życiu nie chciałbym pracować w urzędzie!

 

dziennik pesymistyczny

Administracja nakręcana kluczykiem

Obublikował pavvel dnia Komentarzy: 33

Już kilkukrotnie pisałem w tym miejscu o tym, że wszystko na to wskazuje, że my jesteśmy dla państwa a nie ono dla nas. Ale z moich obserwacji wynika, że to, co dotyczy instytucji centralnych dotyczy też urzędów i firm użyteczności publicznej nie z wyżyn władzy, ale takich bliższych nam nawet w sensie geograficznym. Podejrzewam, że wiele osób żyje w przekonaniu, że spółdzielnie mieszkaniowe, które administraturą naszymi kamienicami robią to dla nas. Bo przecież jak już za krwawicę życia kupiliśmy mieszkanie, to najczęściej z dobrodziejstwem inwentarza dostajemy zarządcę, któremu płacimy czynsz za to żeby się nami opiekował. Wywoził śmieci, zmieniał żarówki na klatce schodowej, zamiatał, mył okna, czyli ogólnie administrował i zarządzał.  I wszystko jest dobrze, jeśli wykonuje minimum. Jednak czasami przychodzi zima. I jak to o tej porze roku bywa, z nieba pada śnieg. A jak pada to białą kołderką pokrywają się chodniki i parkingi osiedlowe.

 

Tu zaczynają się schody. Choć jeśli idzie o schody tak w sensie dosłownym, to wszystko jest w porządku przed moją kamienicą. Pan Zenek, który z nadania spółdzielni dzielnie walczy ze śniegiem łopatą i miotłą usuwa ze schodów i chodników śnieg oraz regularnie posypuje je piaskiem. Walczy z wielkim zapałem i poświęceniem z zimową aurą. Ale choć mi czasem pan Zenek, dozorca nasz ukochany wygląda na herosa, to nie dałby rady z wielkim parkingiem, na który spadło od początku zimy z kilka ton śniegu. Spodziewałem się, że jak kiedyś w dawnych latach, gdy zima też zaatakowała z taką siłą jak dziś, pojawi się przed moją kamienicą sprzęt odśnieżający i zawalczy z białym szaleństwem. Ale nic z tego. Od soboty, codziennie rano, wykuwałem z bryły lodu samochód z gracją godną rzeźbiarza, i następnie łopatą zakupioną za własne pieniądze w pobliskim supermarkecie, wykopywałem sobie tunel w zwałach śnieg. Po wielu minutach walki ze śniegiem i lodem udawało mi się w końcu opuścić parking.

 

I tak mnie magle tknęło podczas tych zapasów z zimową aurą. Przecież administracja mojej kamienicy ma w obowiązku oczyszczanie parkingu! Może by tak zainteresować się, dlaczego to ja muszę tak codziennie rano trenować jazdę ekstremalną oraz ćwiczyć kondycję z łopatą w dłoni, kiedy to w obowiązkach mojej spółdzielni, leży odśnieżania parkingu przed moim domem. Ale że ja nie jestem zdatny do rozmów z urzędnikami, nawet na tak niskim szczeblu jak administracja, bo mnie zaraz cholera bierze, nasłałem na nich moją dziewczynę.  Kobietę z natury łagodn, ale konsekwentnie dążącą do celu. Zadzwoniła ona do administracji i jej rozmowę telefoniczną spróbuje w skrócie przytoczyć. – Czy można prosić o odśnieżenie parkingu, bo od soboty regularnie zakopują się na nim samochody mieszkańców i klientów firm i sklepów wynajmujących pomieszczenia w naszej kamienicy – zagaiła rozmowę moja dziewczyna. – Dobrze, ale trzeba by wynająć firmę zewnętrzną – stwierdziła pani z administracji. Po czy nastała cisza w słuchawce. – To czy ja mam tą firmę wynająć? – Zapytała moja konkubina (kocham to określenie) myśląc, że ta cisza w słuchawce to jakaś sugestia.  – Oczywiście, że nie – padła odpowiedz – My ją wynajmiemy. Ale to kosztuje – kontynuowała pani z administracji. Po czym znów zapadła cisza. – To może ja mam zapłacić – spytała moja dziewczyna. – Nie, my – odparła przedstawicielka spółdzielni. – No to, kiedy można się spodziewać reakcji? – padło pytanie. – No, musiałabym wpisać panią na listę – padła odpowiedź od przedstawicielki zarządcy kamienicy. – To niech pani wpisze – zaproponowała moja dziewczyna. – Dobrze wpiszę, ale lista jest długa – padła odpowiedź. I tak mniej więcej rozmowa toczyła się w takim tonie i takim stylu z dziesięć minut. Strony, czyli moja dziewczyna i miła pani ze spółdzielni ustaliły w końcu, że zostanie parking odśnieżony jak tylko zatrudni spółdzielnia firmę i jak przyjdzie nasza kolej na liście. 

 

Jakie było nasze zdziwienie, gdy po powrocie do domu na drzwiach klatki schodowej zobaczyliśmy ogłoszenia, w którym nasza kochana administracja uprzejmie informowała o tym, że jutro rano rozpocznie się maszynowe odśnieżanie parkingów i uprasza się uprzejmie lokatorów o usunięcie z placu boju swoich pojazdów. Czyli można! I to jak szybko! Należy też wspomnieć, że już od dzisiejszego poranka rozpoczęło się wielkie odśnieżanie zgodnie z zapowiedzą z ogłoszenia.  No i wszystko jest dobrze i czego tu się czepiać? Ano tego, że denerwuje mnie to wieczne popychanie palcem do działania naszych instytucji. Nikt nie mógł się domyślić samodzielnie, że jak jest zima to i padający śnieg. A jak napada to zalega na parkingach. Instytucje użyteczności publicznej bardzo często u nas trzeba jakby włączyć do działania. Nie ma co liczyć na ich samodzielność czy domyślność. Jak u nas nie wykonasz telefonu, nie postraszysz panem redaktorem z telewizji to nic nikt nie zrobi tak sam z siebie. A przecież powinien. U nas instytucje często przypominają zabawkowego zajączka na kluczyk. Jak nie nakręcisz sprężyny to z miejsca nie ruszy. Na koniec z tego miejsca chciałbym podziękować mojej administracji za zrobienie rzeczy, która zimą jest oczywista, czyli za odśnieżenie parkingu. Tylko, dlaczego ja miałem ich to tego wysiłku nakręcić jak zabawkę kluczykiem. 

 

dziennik pesymistyczny

Nieważne kim jesteś ważne, kogo znasz

Obublikował pavvel dnia Komentarzy: 0

Nie, tu się nie ma, pod kogo podwiesić – mawiał gospodarz domu Stanisław Anioł z bloku przy Alternatywy 4. I miał rację. Czym dłużej obserwuję tak zwaną politykę zatrudnienia, czy może bardziej stosunki międzyludzkie ogólnie, to mam nieodparte wrażenie, że najważniejsze jest to, pod kogo jesteśmy podwieszeni. Nie bardzo liczy się wykształcenie. Nie ma znaczenia doświadczenie. Najważniejsze jest to, kto stoi za twoimi plecami i delikatnie acz skutecznie popycha Cię we właściwym kierunku. A kierunek jest jeden – zawsze i wszędzie. Ja i moi koledzy do przodu za wszelka cenę. Bo jak mawiał inny klasyk:, kto nie z nami to przeciw nam. I tak rośnie nam od wieków Polska kolegów i przyjaciół. Społeczeństwo wzajemnych adoracji, zależności i przysług. Ja dla ciebie coś załatwię, a ty załatwisz coś dla mnie, i dzięki temu załatwimy wspólnie tych frajerów, którzy nas nie znają.

 

Od dzieciństwa wmawiano mi ze muszę do czegoś należeć. Gdy chciałem się samotnie bawić, bo tak mi było z tym najlepiej, to już pani przedszkolanka biegła do mnie z dobrą rada: pobaw się Pawełku z dziećmi, nie siedź tak samotnie, bo Cię nikt nie będzie lubił. A ja właśnie tak sam wolałem, bo nie bardzo miałem ochotę na te dziecinne kontakty towarzyskie. I tak mam do dziś: jak mam ochotę to się zaprzyjaźniam, a jak nie mam to, po co mnie zmuszać. W szkole dalej wszyscy chcieli mi udowodnić, że najlepiej dla mnie byłoby gdybym należał – do harcerstwa, do ligi ochrony przyrody i takich tam organizacji. I najważniejsze żebym miał cały czas zapewnione towarzystwo.  I szkoła najlepiej o to dbała. Nie tylko szkoła ta instytucjonalna, ale też ta szkoła, jako zbiorowisko młodych ludzi. Musisz zagrać w piłkę, musisz w kosza z nami, bo jak nie to nie będziesz przystawać. A właściwie to będziesz odstawać. Już wtedy podstawową komórką społeczną stała się grupa. Musiałem należeć, bo jak nie należałeś to Cię nie było. Całe szczęście, że znalazłem przyjaciół tak innych, że zapewniali mi alibi swoją odmiennością.  Nawet ubierałem się tak, żeby wysyłać komunikat, że chcę na razie pozostać sam ze sobą. Skutkowało, ale już wtedy poczyniłem obserwacje, że łatwiej dostaje ocenę pozytywną udzielający się imbecyl niż zdolna, ale samotna z wyboru osoba. Ja musiałem więcej pracować, bo nie należałem. A przecież trzeba należeć.

 

W dorosłym życiu to już na sto procent musimy należeć. Przyjaciele w pracy wychodzą na papierosa. Ty nie palisz, więc nie należysz. Nie masz szans się dowiedzieć, co oni tam ustalają przy papierosku, no chyba, że zaczniesz palić i automatycznie zaczniesz należeć do zaklętego kręgu palaczy. Najważniejsze, kto cię popiera. Pod kogo jesteś podwieszony. Bo jak nie jesteś popierany to nie ma szans na lepszą pracę. Nie masz szans na awans. Ale masz za to ogromne szanse na zwolnienie, gdy nie należysz do znajomych ulubieńca dyrektora. Kilka miesięcy temu zadzwoniłem ze skargą do komendanta policji w moim prowincjonalnym mieście. Pani sekretarka na początku spytała, w jakiej sprawie. Wyjaśniłem, że w takiej a takiej. A że nawiązywałem w rozmowie do artykułu z lokalnej prasy, pani z sekretariatu mylnie wzięła mnie za dziennikarza. I już mnie miała połączyć z komendantem, gdy nagle ją olśniło i zapytała, z jakiej jestem redakcji. Gdy odpowiedziałem, że z żadnej, że tak, jako niezrzeszony chciałbym porozmawiać z przedstawicielem władzy, to pani od razu zmieniając ton powiedziała: a to, jeśli pan prywatnie, i nikogo nie reprezentuje to komendanta nie ma i nie będzie w najbliższych dniach. Z powyższego wydać wyraźnie, że w pojedynkę nie jest łatwo. Najlepiej być pod kogoś podwieszonym.

 

Najważniejsze jak widać mieć kogoś za plecami. Gdzieś należeć. Wiedzieć, kto Cię popiera i kogo ty popierasz. Bo bycie samotną wyspą nie jest mile widziane w naszym wzajemnie popierającym się społeczeństwie. Nieważne, co umiesz ważne, kogo znasz. I już sam nie wiem czy to dobrze czy źle. Źle wtedy, gdy widzę, że pani Zosia zaczyna pracę w urzędzie miejskim, bo znała się z panem Markiem.  I to głównie, dlatego dostała tę pracę. Dobrze, jeśli mogę liczyć na przyjaciół w trudnych dla mnie chwilach. Jedno jest pewne. Od dzieciństwa wywierana jest na mnie presja żebym gdzieś należał. Do harcerstwa, związku młodzieży, partii, do kościoła, do koła łowieckiego przynajmniej. Jakby bycie niezrzeszonym było ułomnością.

 

dziennik pesymistyczny

Maksymalne świętowanie

Obublikował pavvel dnia Komentarzy: 0

Moja praca polega na ciągłym kontakcie z innymi firmami. To znaczy, ciągle rozmawiam lub spotykam się z potencjalnymi klientami mojej filmy. Wydzwaniam do rożnych osób i nieustannie mam do nich wiele spraw wymagających bycia w stałym kontakcie. I tak jest prawie zawsze, ale nie wtedy, gdy zbliża się w Polsce jakieś święto. Wtedy wszystko zamiera. Kompletny bezruch dopada pracowników i urzędników nie w dniu święta, ale już kilka dni wcześniej. Czyli jeśli w środę mamy święto to już od poniedziałku nic nie można załatwić w żadnym urzędzie ani w żadnej firmie, bo prawie zawsze na wszelkie moje pytania odpowiedź jest jedna: po świętach, Panie, po świętach, teraz to nikogo nie ma.  Jak już jest po święcie przypadającym na środek tygodnia to i tak nie można nadal nic załatwić, bo jest tuż po świętach i dopiero, co się ludzie wzięli do roboty a ja już dzwonię i coś chcę. Oczywiście zakładając, że kogoś zastanę w pracy, bo większość „pracujących”, gdy święto wypada w środę, to oczywiście bierze sobie wolne do końca tygodnia. 

 

Mam ambiwalentne uczucia, jeśli chodzi o to narzekanie na to zamiłowanie moich rodaków do świętowania. Z jednej strony to chętnie, jak tylko mam taką możliwość, uciekam od kieratu pracy i wykorzystuję wszelkie możliwości, aby mieć jak najwięcej dni wolnych. Ale coraz częściej jednak nie mam takich możliwości i jestem w pracy do końca, czyli do dnia, kiedy w kalendarzu jest już czerwona kartka. Wtedy to zamiłowanie do markowania pracy przez dni przed świętem i po nim, denerwuje mnie niezmiernie. Ja tu w pracy. Wstałem w mroczny zimowy poranek, powlokłem się, więc chciałbym żeby połączyły się w moim nieszczęściu też i inne osoby. A tu gdzie bym nie zadzwonił i gdzie bym nie poszedł to nikogo nie ma albo niczego nie da się załatwić, bo święto się przecież zbliża.

 

Jerzy Kropiwnicki prezydent miasta Łodzi już w dwa tysiące ósmym roku rozpoczął batalię o przywrócenie dnia wolnego od pracy w święto Trzech Króli. Na czele pospolitego ruszenia obywatelskiego ruszył ze zbiórką podpisów pod projektem ustawy. Udało się zebrać prawie pięćset tysięcy podpisów przy wymaganych przy takiej inicjatywie ustawodawczej stu tysiącach. Czyli jest pęd w ludziach do świętowania. Jednak nie udało się. W Sejmie projekt został odrzucony po pierwszym czytaniu. Prezydent Kropiwnicki nie poddał się w swojej zbożnej walce o wolne dni dla rodaków. Po ponownej rejestracji komitetu obywatelskiego tym razem zebrał milion podpisów. Ale znów zawiedli posłowie, którzy odrzucili projekt ustawy. W listopadzie dwa tysiące dziewiątego roku w końcu się udało. Posłowie zdecydowali wtedy i teraz to potwierdzili w kolejnym głosowaniu, że szósty stycznia będzie dniem wolnym od pracy w przypadające na ten dzień święto trzech króli. Ale niestety w zamian z kodeksu pracy zniknął zapis o dniu wolnym za święto wypadające w sobotę. Więc czy naprawdę warto było się zamieniać? Chyba nie.

 

Ale i tak wiele jeszcze świętowania przed nami w tym roku. Czwartego kwietnia będzie Wielkanoc. Przypada jak zwykle w niedzielę, więc nie bardzo można zacząć świętować już w poprzedni poniedziałek. Ale można dobrać kilka dni wolnego i od wtorku po wolnym lanym poniedziałku zrobić sobie wolne aż do piątku. Skandalicznie też przypada pierwszy maja – w sobotę. Za to Święto Konstytucji Trzeciego Maja w poniedziałek. Zielone Świątki – niedziela. Boże Ciało na szczęście tradycyjnie w czwartek. Ale już Wniebowzięcie Najświętszej Maryi Panny w niedzielę. Pierwszy listopada w poniedziałek, czyli dobrze. Wspaniale, że jedenasty listopada wypadnie w czwartek. Za to Boże Narodzenie fatalnie sobota i niedziela.

 

Długi weekend czeka nas dopiero za pół roku w czerwcu. Boże Ciało przypada w czwartek trzeciego czerwca a więc można wziąć wolne trzydziestego pierwszego maja oraz pierwszego, drugiego, i czwartego czerwca i dzięki temu mamy dziewięciodniową przerwę. A w listopadzie nasze święto narodowe 11 listopada przypada w czwartek. Wtedy wystarczy wziąć wolne dwunastego listopada i łącznie mamy przerwę w pracy między jedenastym a czternastym listopada. Czyli nie jest tak źle. Nadal mam te mieszane uczucia.  Bo jeśli uda się mieć wolne to będzie radość, a jak będę w pracy to czekają mnie nerwy. Mam prośbę do posłów. A może tak zrobić ustawowo wolny tydzień, jeśli święta przypadnie się na środek tygodnia? Taką mam prywatną inicjatywę ustawodawczą.