Wejdź i włóż
Pewnego razu oprowadzałem węgierskich znajomych po moim prowincjonalnym mieście. Nagle jedna z pań spytała – wskazując na szyld zawieszony na jednej z secesyjnych kamieniczek – czy nie przeszkadza nam, w tak katolickim kraju, taka instytucja użyteczności publicznej umiejscowiona przy głównej ulicy miasta. Zdziwiłem się wielce, bo Węgierka wyraźnie wskazywała na szyld sklepowy i nie wiedziałem, co ją tak przeraziło w damskiej odzieży. I dlaczego miała taki wielki dylemat moralny. Na początku myślałem, że to zwykle nieporozumienie spowodowane barierą językową, ale mój gość z kraju naszych bratanków był coraz bardziej zgorszony tym szyldem reklamowym.
Należy się czytelnikowi wyjaśnienie, co tam właściwie na kamienicy zobaczyła moja znajoma. Reklama przedstawiała kobietę w kusej spódniczce oraz wielkim dekoltem prezentująca swoje walory w sposób jednoznaczny. Wszystko utrzymane było w krwistej czerwieni. Nad panią z plakatu, autor umieścił wielki napis – Megi. Oczywiście wiedziałem, że w tej kamienicy znajduje się sklep z damską odzieżą, bo kiedyś towarzyszyłem mojej wybrance serca w wielogodzinnym rajdzie po sklepach w poszukiwaniu odpowiedniej dla niej kreacji. I ten właśnie lokal handlowy był na trasie naszego marszu. Dla mnie, więc był to tylko kolejny butik z ciuchami. Ale gdy postanowiłem postawić się na miejscu mojej węgierskiej koleżanki nieznającej języka i naszej lokalnej specyfiki reklamowej zrozumiałem, że czerwona pani z reklamowego afiszu przekazuje jednoznaczny komunikat. Że tak powiem, seksualny, zachęcający komunikat.
Jeśli oderwiemy się od naszych przyzwyczajeń w postrzeganiu szyldów, to faktycznie można zrozumieć, że ta panienka z plakatu, rozebrana bardziej niż ubrana, mogła zdecydowanie komuś nieobeznanemu z naszą prowincjonalną estetyką reklamową skojarzyć się z miejscem publicznym. Z domem publicznym, zwanym u nas światowo agencją towarzyską. No dobrze, każdemu kojarzy się inaczej, ale gdy starasz się piątce Węgrów wytłumaczyć, że to nie burdel za przeproszeniem, ale zwyczajny sklep z odzieżą to masz już wątpliwości czy to naprawdę tak niewinnie wygląda. Moi znajomi dali się przekonać, że to reklama sklepu dopiero jak do niego weszliśmy. Ale po ich minach nadal było widać, że podejrzewali, iż butik to tylko przykrywka dla ukrycia erotycznego interesu, który zapewne znajduje się na zapleczu. Bo przecież, po co wieszać czerwoną latarnię i szyld z prawie nagą panienką przed wejściem do zwykłego butiku. Chyba, że celem było przyciągniecie za wszelką cenę klientów nawet tych zszokowany prowokacyjną reklamą.
Teraz już każdą wycieczkę spoza mojego miasta zawsze zaprowadzam w to samo miejsce testując ich skojarzenia, co do czerwonej panienki z reklamy. I w dziewięciu przypadkach na dziesięć zawsze im się kojarzy tak samo, czyli z seksualnym zarobkowaniem. Więc może coś w tym jest, że jak coś jest czerwone, migające, przestawiające rozebraną panienkę to przeważnie jest to instytucja publicznych uciech, a nie niewinny sklep? Szyld ozdabia kamienicę w centrum miasta od lat i pewnie my mieszkańcy się do tego przyzwyczailiśmy. I tylko tym, co nie widzą plakatu, co dnia, jakoś tak się to jednoznacznie kojarzy. Więc nie byłem wcale zaskoczony jak tą samą drogą poszedł inny sklep. Choć chyba nigdy się nie dowiem czy był to przypadek, czy świadome działanie twórców reklam sklepów, nawiązujących do szyldów seksualnych instytucji.
Ostatnio zobaczyłem na ulicy reklamę sklepu. Napis: wejdź i włóż nałożony został tam na fotografię damskiej pupy ubranej w bardzo obcisłe jeansy. Od razu pomyślałem, że to pewnie takie samo zagranie reklamowe jak w przypadku czerwonej Megi z butiku na głównej ulicy. Choć przecież zdjęcie i slogan przyznać należy wzbudza dość jednoznaczne skojarzenia. Ale na wszelki wypadek przeprowadziłem prywatne badania, aby upewnić się czy to nie daj Boże, tylko ja mam takie zbereźne skojarzenia. I okazało się, co mnie uspokoiło, że nie tylko ja tak to postrzegam. I tak oto mam kolejny punkt wart odwiedzenia przez wycieczki w moim mieście. Już widzę te nieprzebrane tłumy turystów, które zwiedzają z napięciem moje prowincjonalne miasto w poszukiwaniu reklam niejednoznacznych.
