Yearly Archives

193 Articles

dziennik pesymistyczny

Uniwersalna odpowiedź na trudne pytania

Obublikował pavvel dnia Komentarzy: 0

– Jak widać zaczęła się u nas w mieście ostra kampania wyborcza – usłyszałem z ust lokalnego polityka taka właśnie wypowiedź, gdy publicznie zarzucono mu bierność w pewnej sprawie. Nie jest ważne dla tej opowieści, w jakiej sprawie. To całkowicie obojętne. Nieważne, czemu, przez długie miesiące nie poświęcał uwagi, nasz lokalny polityk. Jakie popełnił błędy też raczej nie jest tu ważne. Ważne jest to, że jak już mu coś zostało wytknięte publicznie, to zamiast się wytłumaczyć czy kajać za swe winy, od razu schował się za wielkim parawanem z jeszcze większym napisem: kampania wyborcza. W Polsce często bywa tak, że jak ktoś ze świata polityki zostaje zapytany o niewygodne sprawy, to zamiast rzeczowej odpowiedzi od razu słyszymy: to, co pan mówi jest przejawem kampanii wyborczej. Żadnej konkretnej odpowiedzi. Żadnych gorzkich żalów za popełnione zaniedbania. Nic, tylko klasyczne słowa o tym, że już zaczęła się ostra walka polityczna przed wyborami i takie trudne pytania są czystym wyrazem bezpardonowej wojny politycznej. Tak jakby wszystkie niewygodne pytania były polityczne, a każde inne, które nie wprawiają polityka w zakłopotanie, zdecydowanie są dobre i już nie polityczne.

 

Jak tak słucham tej łatwej i przyjemnej recepty na unikanie trudnych pytań, zastanawiam się coraz poważniej czy nie można by tego przykładu idącego ze szczytów władzy, wykorzystać i w naszym codziennym życiu ludzi maluczkich. Dlaczego ja nie mogę wykorzystać politycznych parawanów? A może mogę? Przyjmijmy taką hipotetyczną sytuację, w której zawaliłem ważne służbowe spotkanie z klientem, od którego zależał sukces finansowy mojej firmy. Zapomniałem. Zaspałem. Nie chciało mi się. Cokolwiek. Ważne, że się nie spisałem i zostaję wezwany na rozmowę do mojego przełożonego. I tam, jak pewnie każdy się spodziewa, nie wpadamy sobie w objęcia z moim szefem i nie klepiemy się przyjaźnie po plecach. Jak zawaliłem to przecież czeka mnie wielka awantura. I właśnie w takiej sytuacji chciałby zastosować to polityczne wytłumaczenie. – Dlaczego pan zawalił spotkanie?! – słyszę od pryncypała, gdy z zatroskaną mina stawiłem się u niego na dywaniku. – Uważam, że to pytanie jest przejawem zaostrzającej się i przedwczesnej kampanii wyborczej w naszej firmie – ja mu na to, w odpowiedzi na trudne pytanie. Pewnie to byłby mój ostatni dzień pracy.  Ale gdy los umieściłby mnie w gronie wybieralnych urzędników czy polityków, na wszelkie trudne dla mnie pytanie zawsze miałbym tę jedną uniwersalna odpowiedź.  I nikt by o nic już więcej nie pytał. Bo jak wiadomo zawsze gdzieś w nas trwa jakaś kampania wyborcza i nie każdy urzędnik czy polityk zawsze może uniknąć odpowiedzi na trudne pytania, zasłaniając się właśnie tym uniwersalnym zdaniem kluczem. – Pana pytania są przejawem oszczerczej kampanii wyborczej – mówi polityk i w tej sposób ucieka przed niewygodnymi pytaniami przez drzwi z napisem wyjście awaryjne.

 

Jakże pięknie wyglądałoby nasze życie, gdyby każdy z nas mógł stosować, na co dzień, w swym życiu prywatnym te polityczne parawany. Jakby było pięknie, gdyby polityczne standardy unikania odpowiedzi na trudne pytania, mogły być stosowane przez każdego z nas, a nie tylko przez polityków. Już od najmłodszych lat można byłoby to wykorzystywać. – Pawełku, dlaczego nie posprzątałeś zabawek jak prosiła cię mamusia? – Uważam, że to pytanie jest przejawem kampanii politycznej! – odpowiada brzdąc i już jest po sprawie. – Szanowny pan jest nieprzygotowany do lekcji! – mówi nauczyciel w szkole. Odpowiedź jest dziecinnie prosta: – To, co pan profesor sugeruje jest przejawem wrogości w stosunku do mnie, pewnych nieprzyjaznych mi osób, podczas trwania kampanii wyborczej.  – Dlaczego nie wykonał pan tego, co zleciłem – słyszę w pracy od przełożonego. – Nie odpowiem na to pytanie, bo jest ono przejawem rozpoczynającej się z wyprzedzeniem ostrej kampanii wyborczej – ja mu na to.

 

I tak oto polityczne standardy z życia elit zagościłyby na stałe w naszym życiu doczesnym. Może i o wiele mniej byśmy wiedzieli. Wiele pytań pozostałoby bez odpowiedzi. Ale jakże bezstresowe byłoby nasze życie, gdyby zawsze i w każdej sytuacji można było unikać odpowiedzi zasłaniając się wieczną kampanią wyborczą. Tylko nie wiem, jak to by było przy wyborach właśnie. Gdyby każdy stojący przed urną do głosowania, zastanawiając się, na kogo oddać swój głos, na wyczytane na karcie do głosowania pytanie:, na kogo Pan/Pani zagłosuje? Odpowiedział – To pytanie jest przejawem kampanii politycznej!  I uniknął tej trudnej odpowiedzi.

 

dziennik pesymistyczny

Przed urzędnikiem bez czapki na głowie

Obublikował pavvel dnia Komentarzy: 138

Lokalna prasa mojego prowincjonalnego miasta opisała ostatnio przygodę pewnego obywatela, który został pouczony przez urzędnika państwowego, że podstawowe zasady przebywania w państwowym urzędzie są takie, że jak się staje przed urzędnikiem w jego gabinecie, to należy niezwłocznie zdjąć czapkę. Bo petent w czapce nie okazuje należytego szacunku organom państwowym. A to przecież nie obora, tylko ważny budynek użyteczności publicznej i trzeba umieć się tam zachować. A właściwym zachowaniem dla petenta jak widać w mniemaniu urzędników jest stanie przed nimi na baczność i miętoszenie czapki w rękach. Szacunek musi być! Ja bym jeszcze dorzucił pokłony, tak po staropolsku, czapką do ziemi. A może, dla podkreślenia ważności gabinetów, budynków i samych urzędników wprowadzony będzie jakiś regulamin zachowania się petenta podczas wizyt, w magistracie na przykład. Bo nie od dziś wiadomo, że lud u nas ciemny i bez wyraźnych instrukcji na salonach urzędniczych się gubi. Potem taki ciemniak z ulicy w czapce na głowie włazi do gabinetu i to Jaśnie Oświeconym Paniom i Panom na urzędach osadzonym nie licuje z powagą państwa i jego przedstawicieli. 

 

Trzeba przyznać, że taka sytuacja jasno to pokazuje, kto tu jest, dla kogo. I gdzie, kogo jest miejsce w szeregu. Jest Pan urzędnik i jest stojący przed nim i miętoszący w rękach czapkę zatroskany, niepewny swego losu petent. To my żyjemy dla państwa. Dla niego istniejemy. I czas już zapomnieć, że jest czy nawet będzie kiedyś inaczej. A jak cham i prostak nie potrafi się zachować przed urzędniczym majestatem to urzędnik pouczył petenta odwiedzającego dostojne gabinety, że nie można i nie wypada tak ładować się do urzędu w czapce na głowie. Trzeba lud ciemny wychowywać w szacunku do władzy. Tym bardziej, że przecież tam w urzędniczych gabinetach na ścianach wisi godło państwowe i krzyż. Ten ostatni pewnie dla podkreślenia, że wszelka władza pochodzi od Boga. Więc teraz to już w pokłonach i z szacunkiem w urzędnicze progi. Czapki z głów ciemny narodzie przed majestatem państwowego urzędu!

 

Zima w pełni, więc i zimno pewnie człowiekowi było. Więc te papachę na głowie miał pan z tej opowieści jak się do urzędu wybrał. Wszedł on i jak zapewnia dziennikarzy z gazety, nie zdążył nic powiedzieć, a już usłyszał od Pana na urzędzie: proszę zdjąć czapkę! A gdy odpowiedział, że on, ten urzędnik, nie od tego jest, aby mu zwracać uwagę, usłyszał, że nie zostanie obsłużony, gdy czapki nie zdejmie z głowy. Zapewne, dlatego że petent w czapce naciągniętej na uszy szacunku nie okazuje właściwego. Gdy się odwołał nasz obywatel do wyższej instancji, to też zrozumienia tam nie znalazł. Okazało się, że przełożony urzędnika i nauczyciel właściwych zachowań w jednej osobie, też głębokie ma przekonanie, że w nakryciu głowy człowiek w urzędzie przebywać nie może. Bo to budynek publiczny gdzie wisi godło, krzyż i obowiązuje kultura.

Czytałem nie tak dawno, już sam nie pamiętam gdzie, historię o tym jak pewien funkcjonariusz policji z kraju wyspiarskiego i europejskiego zarazem, który jest sikhem, w czasie służby nie chciał zrezygnować z noszenia charakterystycznego dla jego religii turbanu. Policjant ten następnie wygrał przed sądem sprawę o odszkodowanie z tytułu strat moralnych. Ciekawe, prawda? Nie chcę naszych urzędników szokować wielkością odszkodowania, jakie otrzymał policjant. Warto tylko wspomnieć, że sędzia, który rozstrzygał w tej sprawie uznał, że polecenie wydane Sinkhowi przez przełożonego, które brzmiało: Zdejmij to z głowy! naruszyło jego godność osobistą. Wskutek tego funkcjonariusz doznał znacznego urazu psychologicznego.

 

Podobna opowieść, a jakże inne rozwiązanie. Tu w moim prowincjonalnym polskim mieście przełożony aprobuje i pochwala wychowanie urzędnika, który poprzez słowa: proszę zdjąć czapkę! zdecydowanie narusza uczucia pana w czapce.  Za to w innych europejskich krajach podobne zachowanie sądy określają, jako zranienie uczuć i przyznają odszkodowania. Tu i tu Europa, ale jakże inna kultura. Przecież polski urzędnik nie znał przyczyn, dla których pan chciał pozostać w nakryciu głowy w jego gabinecie. Może była to religia? Może względy zdrowotne? Przebyte choroby? Różnie mogło być, choć było inaczej. Najciekawsze, że pewnie i urzędnikowi w Polsce i sędziemu z zagranicy chodziło o lekcję dobrych obyczajów.  Co kraj to obyczaj jak widać. Wybaczcie, ale ja już wolę tamte obyczaje.

 

dziennik pesymistyczny

Wiem, ale nie powiem, czyli trauma z dzieciństwa

Obublikował pavvel dnia Komentarzy: 0

Zasiadłem rano przy biurku z kubkiem porannej herbaty. Rozłożyłem gazetę i przeczytałem relację reporterską z odwiedzin, jakie uczynił nasz były premier w moim prowincjonalnym mieście.  Tekst z lokalnej prasy dotyczył w zasadzie tylko tego, co powiedział, i co zrobił nasz najbieglejszy w prawie i sprawiedliwości były szef rządu, podczas wykładu otwartego w jednej z wyższych uczelni. Jest, bowiem w tej szkole taki zwyczaj, że zaprasza się tam z odczytami polityków. Czytałem sobie tę relację, a w myślach coraz bardziej odpływałem do odległych wspomnień z czasów przedszkolnych. Czytałem, co też miał do powiedzenia nasz były premier, a przed oczami stawał mi coraz wyraźniej obraz małej dziewczynki z warkoczykami, która prześladowała mnie i moich kolegów z grupy starszaków słowami: a ja coś wiem… a ja coś wiem… ale wam nie powiem. I z gracją wywalała na nas swój język. Niezmiernie mnie wnerwiała ta mała pannica z warkoczykami, tym swoim: wiem i nie powiem. Jak coś wie to, dlaczego nie powie? I po co mówi, że wie, jak nie chce powiedzieć – myślałem o jej zachowaniu wtedy i podobnie z takimi samymi emocjami myślę do dziś.

Teraz po latach trauma z dzieciństwa wróciła wraz z przeczytanymi w lokalnej gazecie słowami prezesa prawego i sprawiedliwego ugrupowania politycznego. Jedno zdanie z gazety, a już mam przed oczami jak żywą tę wredną i wnerwiającą mnie dziewuszkę z warkoczykami. – Nie wymienię konkretnych firm i nazwisk, ale nie rzucam słów na wiatr. Na to wszystko są dowody, tyle, że w obecnej sytuacji politycznej z tych dowodów nie można skorzystać – mówił prezes i były premier na wykładzie. Czyli znów nawiedziła mnie trauma. I znów słyszę w głowie: a ja coś wiem… a ja coś wiem… ale wam nie powiem. Na zdjęciach w gazecie, obok tekstu widzę zatroskanego, starszego pana, przemawiającego głównie do działaczy z pierwszych rzędów. W głowie słyszę ten dziecięcy pisk, a przed oczami mam dziewczę z warkoczami.

 

Już od dawna uważam, że politycy są jak dzieci. I wcale nie robią się tacy na starość. Daleki jestem od takich oskarżeń. Oni po prostu tak mają, że zachowują się dziecinnie z natury. Gdzieś ich tego uczą? Nie wiem, może na tej uczelni? Stąd pewnie te wykłady. Kolejny łyczek herbaty i kolejny akapit tekstu z lokalnej gazety. – Prezydent mówił panu premierowi Tuskowi, że nie powinien powoływać pana Sikorskiego na ministra i podał powody. Ja, jako były premier te powody znam, ale to są informacje ściśle tajne i pan Sikorski wie, że nie mogę ich ujawnić i jeszcze zaszkodzić Polsce. Bo to jest taka sprawa, która by nam realnie zaszkodziła – mówił na wykładzie prezes, a ja przeczytałem to w gazecie. I aż mi ulubiona herbatka stanęła w gardle. Znowu! Na boga Ojca! Myślałem, że on tylko raz z tym: wiem, ale nie powiem. A tu znowu.

 

Nie tak dawno przeglądałem tygodnik Newsweek. I tam też prezes obnażył przede mną i innymi czytelnikami całą prawdę o tym, jak ciężki jest los tych, co to nie mogą milczeć i muszą coś powiedzieć, ale jednocześnie nie mogą powiedzieć, więc tylko mówią, że wiedzę tajemną posiadają a nie mogą jej ujawnić ku własnej rozpaczy lub radości. Zaprawdę prawe to i jak najbardziej sprawiedliwe.  – Jeśli Tusk postawi na Sikorskiego będzie miał się z pyszna. Tak, to byłoby bardzo zabawne – rzecze w wywiadzie dla tygodnika nasz były już, dzięki Bogu Wszechmogącemu i wyborcom, premier. Znów to stałe dla niego: wiem, ale nie powiem. Czy tak trudno nic nie powiedzieć? Milczeć po prostu jak ma się powierzoną tajemnicę, a nie mówić wciąż i znowu, że się coś wie, ale wielka tajemnica państwowa zabrania ujawnienia prawd tajemnych.

Na sam koniec relacji z uroczystego odczytu na uczelni prezes ubawił mnie słowami, które w kontekście jego własnych słów zacytowanych poprzednio brzmią przynajmniej dziwnie. – Dobry obywatel to dobrze poinformowany obywatel, musi znać prawdę – mówił były premier. Błagam niech pan, panie premierze zastosuje się do własnych słów i sprawi żebym stał się dobrym, dobrze poinformowanym obywatelem. Niech pan jak coś zacznie mówić, to niech pan powie cała prawdę, a nie mówi, że wie, a nie powie. Bo mnie znów trauma dzieciństwa dopadnie. Nie wiem, kim teraz jest moja prześladowczyni z przedszkolnych lat z tym swoim wiecznym: wiem i nie powiem. Ale mam przekonanie graniczące z pewnością, że stoi ona w równym szeregu z innymi prawymi i sprawiedliwymi partyjnymi działaczami, upajając się światłym kierownictwem prezesa chętnie mówi, że wie wszystko, ale nie wszystko może powiedzieć.

dziennik pesymistyczny

Szkoły z internatem sposobem na uliczne korki

Obublikował pavvel dnia Komentarzy: 0

Jakże pięknie było przez ostatnie dwa tygodnie w moim prowincjonalnym mieście. Wyruszałem do pracy z prawie pustego parkingu. Jechałem sobie spokojnie samochodem przez prawie puste ulice. Żadnych korków. Żadnych zatorów. Trasę z domu do pracy, którą codziennie pokonywałem samochodem w dwadzieścia pięć minut teraz, przez ostatnie dwa tygodnie, przemierzałem tylko w niecałe piętnaście minut. No istny cud! Na chodnikach też było lepiej. Żadnych tłumów.  Autobusy puste. W sklepach pustki. Ogólnie tak jakoś luźniej się zrobiło w mieście.  I trwało tak to moje szczęście, i przypuszczam, że nie tylko moje, przez dwa tygodnie. Co takiego spowodowało to nagłe rozluźnienie w zatłoczonym normalnie mieście? To proste. Dzieci opuściły szkoły i wyjechały na ferie. Czasami nawet zabierając ze sobą rodziców czy innych opiekunów. Ale wszystko, co piękne kiedyś się kończy. Nie inaczej było i tym razem. Minęły dwa tygodnie i znów wszystko wróciło do zatłoczonej i zakorkowanej miejskiej normy.

 

Dziś już od wczesnego rana, roznosił się na klatce schodowej mojej kamienicy, radosny i donośny krzyk dziatwy, która głośno oznajmiała wszem i wobec, że już jest po feriach, i że o tej siódmej trzydzieści rano wraz z rodzicami, udaje się do szkoły lub przedszkola. Potem manewrowanie na przepełnionym parkingu. I po chwili mogłem w zwartej kolumnie innych samochodów wypełnionych radosną dzieciarnią wyruszyć do pracy. Jeszcze tylko obowiązkowy postój przy każdej szkole na trasie mojej podróży. Bo przecież milusieńcy muszą opuścić samochody rodziców i na ten czas wstrzymuje się ruch na drodze.  Wiadomo przecież, do szkoły musi być bezpieczna droga. Jeden samochód zatrzymuje się „dosłownie na chwilę”, następny „dosłownie po chwili postoju” włącza się ruchu. A ja sobie spokojnie stoję w powstałym przez to korku. Powolna jazda do pracy. Mijam autobusy pełne dzieciarni z wymiętoszonymi przez tłok dorosłymi. Na chodnikach tłumy. Wszyscy już na początku dnia zmęczeni. Jak już dotrę pod biuro, to mam jeszcze kilka minut jazdy w kółko po okolicy, w celu znalezienia wolnego miejsca parkingowego. Czyli dzień, jak co dzień. Tylko w wakacje i ferie jest swobodniej.

 

I tak mi przyszła taka szalona myśl do głowy, gdy obserwowałem kolejną mamusię, która dosłownie „ na chwilę” zatrzymała się przed szkołą, aby wypuścić swoją szkolną dzieciarnię. Piszę szaloną, bo pewnie wielu rodziców przypisze mi po przeczytaniu tego, co poniżej, szaleństwo właśnie. Mianowicie chciałbym zaapelować o wysłanie naszych kochanych milusińskich na całoroczne wakacjo-ferie. A może do szkól z internatem? Jeśli przez dwa tygodnie zimowych wakacji miasto bez dzieci było takie przejezdne i przyjazne dla mieszkańców, to jakby skazać dzieciarnię na stały pobyt poza miastem to ułatwiłoby to wszystkim życie. Radykalizm? Może. Ale jak przypomnę sobie te puste drogi. Jak wspominam, pustawe, niezakorkowane ulice to napływa do mnie takie dziwne pragnienie wysłania wszystkich dzieci do oddalonych od miast szkół z internatem. Bo przyznacie, że coś w tym jest. W tej zależności między wakacjami szkolnej dzieciarni, a zakorkowanymi ulicami. Ma jedno zdecydowany wpływ na drugie? Z pewnością tak. Bo każdy przyzna, że w ferie jest bardziej pusto na drogach niż w normalne szkolne dni.

 

Fakt, że jak tak przeniesiemy dzieciarnię w góry czy nad morze, to mieszkający tam dorośli ludzie dostaną pewnie szału. Ale przecież często w telewizji słyszę narzekania górali, czy tych, co nad Bałtykiem żyją z tych, co na wakacjach, że sezon za krótki był i niewiele zarobili. A tak mieliby oni sezon przez cały rok prawie. Jak to napędziłoby naszą gospodarkę? Dzieci w internatach. Rodzice niezmęczeni obowiązkami wychowawczymi. Więcej czasu poświęcaliby na pracę zawodową. A wszyscy mielibyśmy zapewnioną bezstresową jazdę do pracy. Bezstresowe parkowanie. No same korzyści. Ale wiem, że to tylko utopia.

 

Kiedy nieśmiało zaproponowałem takie rozwiązanie gangowi mamuś i tatusiów z mojego biura, to od razu dostałem taką burę, jakbym im chciał te dzieci… no nie wiem, co, ale na pewno coś strasznego.  Nasłuchałem się chóralnej reprymendy o tym, że jestem bez serca. Że jak tak można. Bo dzieci to skarb. Że nic mi się nie stanie jak chwilę poczekam, aż kolejna mamusia korkując ulice dostarczy milusińskich do szkoły. I oczywiście usłyszałem koronny argument o tym, że jak będę mieć własne dzieci to zrozumiem. A tak pewnie cierpię na taką niewyrozumiałość przez to nieposiadanie potomstwa. I na te właśnie słowa wpadł do biura mój kolega, który spóźnił się godzinę do pracy. I już od progu zaczął narzekać: sorki, spóźniłem się, bo musiałem odwieść dzieci do szkoły. Jeszcze te korki na drogach! A w ferie było tak dobrze. Prawda? Żadnego tłoku. Taki spokój. Czyli rodzic, a mówi jak ja. I jak tu nie uwierzyć, że te korki i tłok na ulicach to przez to ze dzieci są w mieście.  Byle do wakacji.

 

dziennik pesymistyczny

Złe następstwa umiejętności gry w golfa

Obublikował pavvel dnia Komentarzy: 0

Ostatnio oglądałem z moim kolegą, który powrócił z zagranicy, wiadomości telewizyjne. Mieszka tam na stałe, więc jest zdecydowanie oderwany od naszej krajowej rzeczywistości. A dodatkowo nie jest fanem polityki, a już w szczególności polityki prezentowanej w telewizji. Nie wiedział biedaczek, że u nas, od pewnego czasu na newsowym topie jest afera hazardowa. Nie kojarzył absolutnie głównych jej postaci. A co najśmieszniejsze on, ten mój kolega z zagranicy nie bardzo wie, kto jest, kim w polskiej polityce. To takie dziwne. Prawda? Gada po polsku a nic nie wie. Przecież u nas jak zejdzie się dwóch Polaków to razem mają trzy poglądy polityczne. A on mówi mi, że go to absolutnie nie interesuje. Dziwak taki. Mieszka tam sobie na zachodzie Europy i nic nie wie o naszym wielkim świecie politycznym. O tak ważnych sprawach jak na przykład afera hazardowa nic a nic nie wiedział. I tak sobie oglądaliśmy razem wiadomości. Na ekranie pojawił się polityk z platformy obywatelskiej – a on do mnie, kto to taki? Wyświetlił się na monitorze ważny i ogólnie rozpoznawany działacz prawa i sprawiedliwości – a ten pyta, dlaczego on taki wnerwiony? Nie znał szczegółów seksafery. Nie kojarzy ministrów. I ogólnie nic o naszych ojcach narodu nie wiedział. Miałem wrażenie, że najbardziej rozumiał i kojarzył fakty podane przy prognozie pogody. Polak, a prawie nie Polak, bo jak to rodak może nie rozumieć polityki?

 

Kolega ma pewną pasję. Jest nią golf. A właściwie turbo golf. Czy odmiana golfa, w której zamiast grać na trawiastej, wymuskanej powierzchni pola golfowego, gracze preferują dowolny teren. Do gry w urban golfa wykorzystywane są przestrzenie postindustrialne, czyli stare fabryki, opuszczone hale, miejskie blokowiska. Nie trzeba się tam też specjalnie ubierać. W tej grze nieważny jest ubiór zawodników. Nie panują tam sztywne zasady obecne w elitarnym klubach golfowych. Używa się sprzętu, jaki kto ma i na jaki go stać. Dołki, do których ma trafić piłeczką zawodnik to w tym zurbanizowanym sporcie najczęściej dowolne elementy otoczenia. Ogólnie zasady ustala się między graczami i są w zasadzie dowolne. Najważniejsza jest dobra zabawa.  I mój kolega z przyjaciółmi bawi się właśnie w turbo golfa w najlepsze. A że ja też chciałem spróbować tej świetnej zabawy dostałem od niego kije oraz wielki wór piłeczek do golfa. I teraz jak tylko jest taka możliwość, ja i mój kolega od czasu do czasu gramy w golfa.

 

Tak sobie oglądaliśmy wspólnie wiadomości w telewizji. I nagle kolega pełen niepokojów zapytał mnie: czy u nas w Polsce już tak daleko poszły wszelkie zakazy wydawane przez państwo, że golf też stał się grą nielegalną. Na początku nie zrozumiałem, o co się mojemu szanownemu koledze rozchodzi. Ale przypomniałem sobie, że faktycznie wielki śledczy komisji do spraw hazardu Franciszek Stefaniuk z Polskiego Stronnictwa Ludowego, już od dłuższego czasu próbuje ustalić, przepytując kolejnych świadków zeznających przed komisja, czy potrafią oni grać w golfa albo czy nie posiadają takich zdolności. Można rzeczywiście odnieść wrażenie, że posiadając kij do golfa oraz piłeczki stajesz się automatycznie osobą podejrzaną politycznie. Jak na razie przesłuchiwani przed komisją w sprawie umiejętności gry w golfa nie sprawiali wrażenie, że są podobni do mnie czy do kolegi. Nie podejrzewam żeby byli oni fanatykami turbo golfa. Oni to raczej bardziej preferują wielkie trawiaste przestrzenie. Kluby golfowe. Elektryczne wózeczki. I cały ten snobistyczny sztafaż przypisany do tego sportu. Ale coraz bardziej się niepokoję jak spoglądam na te moje podniszczone kije do golfa.

 

Mam piłeczki golfowe. Posiadam kilka kijów. Nawet dość skutecznie potrafię posłać piłeczkę na znaczną odległość, kiedy mam dobry dzień. Żaden ze mnie zawodowiec. To jednak w golfa gram. Czy mam w związku z tym mam obawiać się wizyty policji politycznej? Czy za moje umiejętności będę ścigany? Czy będę wezwany przed komisję?  O nie! A jak stanę przed komisją do spraw hazardu? I jeśli znów poseł Stefaniuk zapyta, tak jak kiedyś innego przesłuchiwanego – Aż mi się ciśnie na usta, żeby zapytać pana, czy pan grał w golfa? No to będę musiał się przyznać i potwierdzić, że jestem winny tego, że gram. Jestem winny gry w golfa. Czyli w świetle ustaleń wielkiej śledczej komisji mogę być winny wielu, wielu innych przestępstw na przykład korupcji. Tak oto niewinna umiejętność uderzenia piłeczki kijem stała się wyznacznikiem tego, czy ktoś jest zamieszany w korupcję czy nie. Więc nic w tym dziwnego, że kolega się zaniepokoił.

 

dziennik pesymistyczny

Pączek ze słoninką i kieliszeczkiem wódeczki

Obublikował pavvel dnia Komentarzy: 2

Według statystyk przeciętny Polak w tłusty czwartek zjada dwa i pół pączka. Dzięki narodowemu dniu obżarstwa cukiernicy całkiem nieźle zarabiają na tej polskiej tradycji ludowej. Ja też nie mogłem tego uniknąć. Jak tylko zjawiłem się w biurze już na mnie czekały te lukrowane i z posypką, bomby kaloryczne. Piękne, napuchnięte, brązowo – złote, błyszczące od lukru, obficie udekorowane skórką pomarańczową. Ledwo usiadłem przy biurku, nie zdążyłem jeszcze otworzyć laptopa, a już wjechał mi pod nos pierwszy pączek dostarczony przez miłą koleżankę. – Ja już zjadłam – oświadczyła – Teraz ty. –  Ale ja nie mogę – starałem się podjąć, skazaną z góry na przegraną, walkę o nie jedzenie tego dnia kalorycznej bomby z opóźnionym zapłonem. – Masz zjeść – padł rozkaz, dla każdego przewidziane są dwa – moja pączkowa dręczycielka uzyskała wsparcie z ust koleżanki. Wiedziałem już, że z tradycją nie wygram. Tak to trafił do moich trzewi pierwszy z licznych tego dnia pączkowych prześladowców mojej, i tak dość zaokrąglającej się tu i ówdzie sylwetki.

 

Ale co zrobić. Taka wiekowa tradycja. Ona zobowiązuje. Wiernych tradycji obżerania się jest w Polsce wielu. A i handlowcy robią wszystko żeby dostarczyć wszystkim spragnionym doznań tradycyjnego napychania się pączkami. Jedna z brytyjskich sieci handlowych działających w naszym kraju planuje, że ponad dwa miliony pączków w tłusty czwartek kupią ich klienci w całej Polsce. A to przecież tylko jedna z sieci marketów. A przecież inne nie chcą być gorsze od konkurenta. Więc może padną jakieś rekordy? A przecież to nie wszystko. Mniejsze cukiernie i sklepy też nie chcą pozostać w tyle w produkcji tych słodkości. Wszyscy faszerują nas tego dnia pączkami. W imię odwiecznej tradycji oczywiście. A przecież to nie pierwsi Słowianie, którzy u zarania naszej państwowości przeszli na chrześcijaństwo wymyślili paczki. Znawcy tematu dowodzą, że pochodzi on z kuchni arabskiej. Choć nie brakuje takich, co doszukują się pierwowzoru pączka w starożytnym Rzymie. Skłonny jestem nawet przyznać im rację, w końcu Rzymianie jak nikt inny potrafili się nieźle zabawić.

 

Ja tam za słodkim nie przepadam, więc jestem za powrotem do polskiej tradycji, jeśli chodzi o pączki. W wiekach dawnych, jak właśnie wyczytałem w internecie, lud nadwiślany zwał pączki blinami lub babałuchami. I choć w niewielkim tylko stopniu przypominały te dzisiejsze wyroby cukiernicze, jestem skłonny uznać je za pierwowzór narodowej tradycji tłustoczwartkowego obżarstwa.  No i miały te starożytne polskie pączki jedną podstawową zaletę. Dla mnie bardzo ważną.  Smażono je, bowiem na smalcu. A robione były z ciasta chlebowego nadziewanego obficie słoniną, boczkiem lub mięsem. A na koniec najważniejsze. Takie mięsno – tłuste frykasy zapijano tego dnia obficie wódeczką. I to bez przypisanej pijaństwu kary boskiej. Bo przecież tradycyjny tłusty czwartek anulował grzech.  Czy nie warto, więc powrócić do tradycji przodków i przestać się faszerować tym słodkim substytutem? Niech żyją paczki ze boczkiem podawane z kieliszeczkiem wódeczki! I państwowy budżet by skorzystał, bo gorzałka przecież obłożona znaczną akcyzą. I wielu zadowolonych by przybyło tego dnia, bo jak wiadomo powszechnie: życie na trzeźwo jest nie do przyjęcia. I te mięsne pączki zgodne by były z linią programową. Jak wyczytałem w prasie lokalnej, dziś właśnie, ruszyła wielka ogólnopolska kampania wędliniarzy i masarzy. Z pomocą Unii Europejskiej będą oni nas Polaków namawiać abyśmy jedli więcej mięsa. Czyli ze swoim postulatem powrotu do tradycyjnego pączka wstrzeliłem się idealnie. 

 

Takie mnie właśnie naszły przemyślenia, gdy znów wmuszano we mnie kolejnego biurowego pączka z lukrem, z przydziału. Ja tam jestem za tradycyjnym obchodzeniem tych świąt, a nie za jakimś nowym mieszczańskim zwyczajem lukrowanych ciastko-podobnych wyrobów. Czas najwyższy wrócić do korzeni. Niech to będzie mój postulat odnowy wiekowych tradycji narodu. Precz z słodkimi dziwactwami! Niech powrócą do łask nasze, stare ludowe zwyczaje. Niech znów na przednówku na polskich stołach króluje mięsiwo suto zakrapiane wódeczką. Dość słodzenia aż do niestrawności. Niech tłusty czwartek, ten ostatni czwartek przed wielkim postem, znów jak za dawnych lat będzie tradycyjnie dozwolonym dniem obżarstwa i opilstwa.

dziennik pesymistyczny

Państwowe przedszkole

Obublikował pavvel dnia Komentarzy: 8

Kiedy byłem przedszkolakiem to prawie o niczym nie mogłem zadecydować samodzielnie. Zawsze był ktoś, kto wiedział lepiej ode mnie jak mam się zachować. Jak mam się ubrać, lub jak, i co mam zrobić. Miałem zakładać czapeczkę jak było zimno. Rękawiczki żeby nie marzły mi paluszki. Fartuszek z muchomorkiem żebym się za bardzo nie brudził w czasie zabawy lub w czasie jedzenia. Przymusowe było leżakowanie, czyli drzemka po posiłku. Wiele było zakazów i wiele nakazów. Ale takie jest życie przedszkolaka. Z racji młodego wieku musi od polegać na wiedzy starszych i doświadczonych.  Nic nie może robić samodzielnie, bo jest małolatem. I ciągle słyszy, że jak dorośnie to będzie mógł samodzielnie zadecydować o swoim losie.

 

Teraz jestem dorosły. No przynajmniej według obowiązujących w tym kraju standardów dorosłości. Mam bierne i czynne prawo wyborcze. A jednak w niektórych sprawach państwo traktuje mnie jak przedszkolaka. I tak jak kiedyś moi rodzice czy wychowawcy wiedzieli lepiej ode mnie, co dla mnie będzie dobre, tak teraz państwo poprzez wydawane dla mnie zakazy i nakazy dyktuje mi, co mam zrobić z własnym życiem. I nie chodzi mi tu o tak totalne panowanie nad moim życiem, które zakazuje mi skończyć z nim, jeśli tego zapragnę. Choć nie pragnę oczywiście.  Idzie mi tu o to moje prawo do eutanazji, jeśli tego będę chciał. O zwykłe prawo wyboru w świetle obowiązującego prawa. Ale pomijając sprawy ostateczne mój wielki rodzic, moje państwo, zakazuje mi na przykład palenia papierosów w pewnych miejscach. Nie palę tytoniu, ale jakbym nagle chciał zapalić w swoim prywatnym samochodzie, to w myśl nowych przepisów dostałbym mandat. Bo nie wolno oddawać się nałogowi czy przyjemnościom nawet jak nikogo z nami nie ma. Nie wolno mi oglądać reklam namawiających do hazardu. Nie wolno mi handlować w święta, jeśli bym tego nawet bardzo chciał i nie wolno mi też nic kupić w sklepie, bo przecież niewielu łamie zakazy.

 

Wiem, że wiele zakazów i nakazów państwowych jest potrzebnych, bo pokazują mi, że jeśli przekroczę pewne granice zagrożę bezpieczeństwu czy prywatności innych osób. Ale czy nakaz jazdy w pasach bezpieczeństwa łamie jakieś prawa innych? Ja wiem to takie wyświechtane stwierdzenie. Ale pokazuje, jaki stosunek do nas obywateli ma państwo. Nie wolno i już. Zakazujemy ci zginąć w wypadku samochodowym. Zapinanie pasów jest potrzebne. Jeśli ktoś chce przeżyć na drodze to powinien pasy zapinać. Zapinałbym je nawet wtedy gdyby nie było to wymagane przepisami i zagrożone mandatem. Ale nie o to tu chodzi. Chodzi o sam akt wyboru. Gdybym chciał to mógłbym zapiąć, a jeśli nie zależałoby mi na życiu i zdrowiu to mógłbym nie zapinać. Wtedy to ja dokonuje wyboru a nie ktoś robi to za mnie. A tak muszę i mam poczucie, że ktoś inny zadecydował za mnie.

 

Stale jestem w wielkim, krajowym, gigantycznym przedszkolu. I znów z każdej strony słyszę rozkazujący głos państwowej przedszkolanki. Załóż kask na stoku narciarskim! Nie zadeptuj trawników! Zapnij pasy w samochodzie!  Ten tańszy lek jest dobry, mniam a ten droższy jest be, niedobry. Nie pal publicznie ani skrycie! Chcesz się nabawić choroby? Kup wódeczkę, ale nie pij, bo ci zaszkodzi! A tak ogólnie to nie tylko tytoń szkodzi, więc nie pal tego zielonego świństwa z Holandii, bo już po jednym skończysz w mrokach narkotycznego nałogu!  I tak dalej i tym podobne głosy wielkiego nauczyciela. Oczywiście jest znacząca różnica. W przedszkolu dla maluchów, za przewinienie trafiałem do kąta. Teraz jak nie będę się stosował to poleceń, nakazów i zakazów, to mandatem mnie władza przywoła do porządku. Szkoda tylko, że jak już państwo traktuje mnie jak malucha z przedszkolnej grupy muchomorów, to za dobre sprawowanie, nie nagradza z równą sprawnością, jak karze za łamanie zasad.

dziennik pesymistyczny

Dziura wyhodowana zgodnie z normą

Obublikował pavvel dnia Komentarzy: 7

Jak robi się żółty ser z dziurami? Bierze się dziurę, a następnie oblewa ją się serem. Przypomniało mi się to zdanie podczas postoju w korku, gdy z nudów i z przymusu obserwowałem drogowców, którzy usiłowali załatać kolejną z tysiąca dziur na jezdni. Polski drogowiec jest jak serowar. W ich przypadku też, żeby powstała zdatna do jazdy droga, budowniczy bierze dziurę a następnie oblewa ją asfaltem. Powiecie, że przecież oni dziury łatają, a nie robią. W zasadzie tak. Ale jak ktoś buduje tak, że po miesiącu się rozpada, to z zapałem buduje właśnie wielkie dziury. Nasi drogowcy są jak tak najlepsi serowarzy. Ci pierwsi starają się o swoje dziury w serze, ci drudzy budują drogi, które na pewno już po kilku miesiącach będą posiadać przepiękne zadziurzenie.

 

Jestem przekonany, że występuje u nas unikalne na skalę światową zjawisko hodowli dziur w drogach. Bo jeśli drogowcy używają technologii, która w stu procentach gwarantuje, że już po kilku miesiącach droga będzie wyglądać jak ser, to jak nie uwierzyć, że właśnie o hodowlę dziur w jedni chodzi, a nie o jej trwałość. Naszym drogowcom te dziury są niezbędne do przetrwania. Bo ileż to ludzi musi je łatać. Ile na to idzie pieniędzy. Cały drogowy przemysł istnieje wokół dziury w drogach. Na początku buduje się nową drogę, która już z założenia nie przetrwa roku. Potem się ją przez kilka lat remontuje. A następnie buduje się nową drogę. I tak w kółko. Stale i bez przerwy tysiące ludzi i kilkadziesiąt firm ma zajęcie przy nieprzerwanej budowie lub odbudowie dróg. A że to wszystko jest tylko produkowaniem dziury w całym? O to chodzi. Ważne, że interes się kręci.  Ludzie mają zajęcie. Więc może warto przyznać, że nasze drogownictwo to taka nowoczesna forma przeciwdziałanie bezrobociu. Może już czas przestać powielać w nieskończoność teorie o tym, że u nas zima jest znacznie cięższa niż sto kilometrów dalej u Niemców. I dlatego u nas dziura w jezdni musi bezwzględnie występować znacznie częściej niż na zachodzie Europy.

 

Co z tego, że szacunkowy koszt budowy drogi asfaltowej jest o około dwadzieścia procent niższy niż drogi betonowej, jeśli już po dziesięciu latach droga o nawierzchni asfaltowej najczęściej wymaga gruntownego remontu? Droga betonowa może być eksploatowana nawet przez czterdzieści lat. Więc tylko hodowlą dziur w drogach można tłumaczyć to powszechne zamiłowanie drogowców do technologii, zapewniającej im stałą i nieprzerwaną pracę. Czyli wieczny remont i łatanie asfaltowych nawierzchni.

W moim mieście panuje obiegowa opinia, że powodem występowania wiecznych dziur w jezdniach jest to, że do budowy ulic użyto złej jakości materiałów. Sprawa w przekonaniu mieszkańców jest prosta. Jeśli po kilku miesiącach na nowo remontowanych ulicach pojawiły się dziury i pęknięcia, to nie jest to wina ogólnie złej sytuacji, ale właśnie złej technologii. Czy dobrze, że przetargi na budowę dróg wygrywają firmy, które składają najtańsze oferty w przetargach, a nie te, które oferują najwyższą jakość i najwyższą trwałość nawierzchni. 

Ale to tylko opinia ludu ciemnego, bo światli urzędnicy magistratu od dróg miejskich nie podzielają tej opinii. Oni twierdzą, że do budowy ulic muszą być wykorzystywane materiały, które spełniają określone przepisami normy. Czyli norma jest właściwa tylko, że na drodze już się nie sprawdza. Mamy tu odwieczny konflikt między teorią a praktyką. Urzędnicy twierdzą, że skład warstwy bitumicznej jest zawsze przed odbiorem inwestycji przebadany w laboratorium. A jak nawierzchnia nie spełnia tych wyśrubowanych norm, to wykonawca musi zerwać to, co ułożył i wykonać pracę od nowa. Tyle teorii. Jak jest naprawdę wystarczy udać się samochodem na wycieczkę po drogach mojego miasta. Normę nawierzchnia spełniła, ale i tak się rozleciała. Ciekawe czy są jakieś normy zadziurzenia na metr kwadratowy nawierzchni.

 

dziennik pesymistyczny

Dożywocie u władzy

Obublikował pavvel dnia Komentarzy: 1

Kiedyś na studiach, podczas wykładów traktujących o zasadach demokracji usłyszałem, że politykiem się tylko bywa. To znaczy, że czasami naród w procesie wyborczym powierza pewnym osobom funkcje polityczne, by ci ludzie reprezentowali w parlamencie interesy tych, którzy nie chcą, nie mogą lub nie potrafią zajmować się polityką. Nie pamiętam już, kto to powiedział. Ale zapamiętałem zasadę, że jedną z podstawowych cech demokracji jest wymienialność rządów. Że bardzo ważną rzeczą jest to, że posłem, senatorem, ministrem, premierem i prezydentem tylko się bywa. Bo po to ustalono system kadencyjny, i po to dano nam prawo wyboru, żebyśmy mogli, jeśli tego zapragniemy, wymienić aktualnie rządzących na innych. Bo tylko naród jest suwerenem w państwie demokratycznym i tylko on ma prawo wyznaczać tych, których pragnie widzieć na najwyższych stanowiskach. Dlatego właśnie kadencyjność, jest według mnie jednym z filarów demokracji.

 

Jeśli przyjmiemy za prawdziwe słowa Winstona Churchilla, że demokracja jest najgorszą formą rządu, jeśli nie liczyć wszystkich innych form, których próbowano od czasu do czasu, to warto też przyjąć, że w tym „najlepszym” systemie sprawowania władzy ważne jest to, że każdy rządzący musi się liczyć z tym, że za jakiś czas rządzić już nie będzie. Jedna z telewizji informacyjnych dotarła do założeń projektu nowej konstytucji, autorstwa platformy obywatelskiej. Na szczęście dziennikarze z TV nie zatrzymali tej wiedzy tylko dla siebie. Dzięki temu i ja mogłem się dowiedzieć, że jedna z ustaw towarzyszących projektowi nowej konstytucji, zakłada między innymi zagwarantowanie miejsca w Senacie dla każdego byłego prezydenta, oraz wprowadza zasadę dożywotniej państwowej pensji dla każdego byłego premiera.

 

Zasada dożywotności sprawowania funkcji w państwie kojarzy mi się raczej z monarchią niż z demokracją. I mam prawo do takich skojarzeń mimo tego, że pewnie wielu z moich współobywateli uważa, że jak taki zwyczaj jest stosowany w innych krajach to i u nas jak nic można go wprowadzić od zaraz. Projekt ustawy lansowanej przez Platformę Obywatelską zakłada, że każdy, kto przez ostatnie dwadzieścia lat, choć przez chwilę stał na czele rządu, dostanie specjalne, dożywotne uposażenie w wysokości pensji urzędującego premiera. Bo choć premierem się bywa, to pensja już jest dożywotnia jak wynika z projektu. Podobnie, dożywotnie uposażenie dostawaliby także byli prezydenci. Czyli w naszej demokracji będą takie urzędy, które jak już ktoś obejmie, to już na lata stanie się stałym kosztem w państwowym budżecie.  Może by tak pójść z tym pomysłem szerzej? A dlaczego dożywotnio nie opłacać ministrów, dyrektorów departamentów, podsekretarzy stanu? Przecież nie warto tracić tak zacnych ludzi i ich wiedzy, jeśli tylko zmienia się rząd. Nawet, jeśli narodowi rządy się nie podobały i je zmienił w wyborach, to nadal warto opłacić tych, co odchodzą z woli wyborców, bo jeszcze umrą z głodu jak im państwo nie zapewni pensji. Genialny pomysł, jeśli przyjmiemy założenie, że oni nic już innego nie potrafią robić jak tylko rządzić. Jednak jak widać z doświadczenia, byli premierzy i prezydenci świetnie sobie dają radę w życiu, po upływie swoich kadencji. Więc, po co ten dziwaczny pomysł?  Takie uszczęśliwianie na siłę, czy raczej pomysł na zapewnienie sobie dożywotniej posady? Bo a nuż zastanie ktoś z twórców ustawy premierem.

 

Dodatkowo nowa konstytucja gwarantowałaby prezydentowi dożywotni mandat senatora. I tu widzę kolejną niedorzeczność.  Rozważny to zagadnienie teoretycznie. Nadchodzą demokratyczne wybory. Naród pokłada zaufanie w pewnym polityku. Wyborcy wierząc w obietnice kandydata sprawiają, głosując właśnie na niego, że obejmuje on najwyższą funkcje w państwie. Mija kadencja. Większość obietnic przedwyborczych okazuje się jednak bez pokrycia.  Więc naród, rozczarowany politykiem odwołuje go ze stanowiska wybierając innego polityka na prezydenta. Zasady są proste. Podoba się, więc rządzi. Nie podoba się nie narodowi musi odejść. Dla ochrony standardów demokratycznych wprowadzono w konstytucji obecnie obowiązującej zasadę, że nie może on rządzić nawet jak się bardzo podoba więcej niż dwie kadencje. I słusznie.

 

Więc, po co w nowej konstytucji ma być zapis o tym, że jak nawet prezydent narodowi nie przypadł do gustu i go ten naród w wyborach odwołał z prezydentury, to i tak go będzie utrzymywał, bo zostanie on dożywotnio zatrudniony, jako senator. Czyli trzeba przyjąć, że jak raz już ktoś zostanie prezydentem to już na zawsze pewną władzę sprawować będzie. Pewnie, że senator to nie prezydent. Ale jak coś ma być na stałe i nieodwołalne, to raczej dalekie jest od demokracji moim zdaniem. A jeśli polityk odwołany z prezydentury okaże się być jeszcze gorszym senatorem? Oba te pomysły, ten z pensjami i senatorstwem dożywotnim, mają doprowadzić do tego, że najważniejsze osoby w państwie nie będą znikać z życia publicznego. Nawet jak się nie sprawdziły? To nader ciekawe podejście do demokracji, do kadencyjności władzy oraz do wybieralności przedstawicieli w wolnych wyborach. Bo przecież wybierając obecnego czy poprzedniego prezydenta nie wiedzieliśmy o tym, że ma on być dożywotnio senatorem, a projekt zakłada właśnie takie rozwiązanie dla naszych byłych głów państwa. Warto się nad tym zastanowić, bo nadejdą jeszcze takie czasy, że każdy prezydent miasta, burmistrz czy wójt będzie chciał zostać po odwołaniu z funkcji dożywotnim radnym, w myśl tak pojętych zasad demokracji.

dziennik pesymistyczny

(….) ocenzurowano zgodnie z ustawą

Obublikował pavvel dnia Komentarzy: 1

Przesłuchanie premiera naszego rządu przed komisją sejmową, powołaną do zbadania afery hazardowej trwało trzynaście godzin. Jednak żadne z pytań nie dotyczyło próby wprowadzenia przez rząd cenzury Internetu, przy okazji nowelizacji ustaw dotyczących hazardu. Tak mi się przynajmniej wydaje, bo nie wytrzymałem. I nie przysłuchiwałem się stale i bez przerwy przepytywaniu premiera przez posłów. Wszystko przez zmęczenie i nudę tym wielogodzinnym ględzeniu w kółko, o tym samym. Ale mam przypuszczenie graniczące z pewnością, że właśnie tak było. Nikt o zamiarze cenzurowania internetu nie wspominał nawet słowem. A moim zdaniem tu jest właśnie prawdziwa afera! Ale nie spodziewam się w tej sprawie powołania specjalnej komisji sejmowej, która przed kamerami, przez wiele miesięcy, będzie wyjaśniać, kto wpadł na taki pomysł. Bo po jednej i po drugiej stronie, czyli w komisji i za stołem dla świadków, często zasiadają ludzie, którzy są powiązani z państwem a więc zainteresowani cenzurowaniem na potęgę. Bo państwo uwielbia kontrolować tych, z których się utrzymuje. Czym większa wiedza o poddanym państwu człowieczku, tym bardziej jest on posłuszny. I tym bardziej jest on pracowity. A jak mu nikt nie mówi, że ma na rękach państwowe kajdany to on w swej nieświadomości płaci w podatkach na państwowych nadzorców coraz więcej i więcej. A żeby się nie domyślił człowieczek swej roli wielkiego utrzymywacza urzędniczej państwowości najlepiej żeby nic nie wiedział, albo wiedział niewiele o swym losie. I do tego jest właśnie potrzebna cenzura.

 

Każdy urzędnik państwowy wie, że nie można tak oficjalnie powiedzieć, że chce on wprowadzić cenzurę. Po co ludzi denerwować takimi wielkimi słowami? Ale też wie, że państwu do kontroli obywateli potrzebna jest cenzura. Ale może jej tak nie nazywać? Kiedyś przecież wmówiono Polakom, że poprzedni ich właściciele cenzurowali ich nielegalnie. Nowi właściciele ich od tego wyzwolili. Każdy wie, że niedoinformowanym jest łatwiej rządzić, więc cenzura państwu jest potrzebna. A przy okazji słusznej walki z hazardowym wrogiem można przeszmuglować cenzurę. Może nikt nie zauważy. Warto taki zamiar okrasić wielkimi słowami walki o moralność… I już. I po sprawie. I jeszcze tak dla uspokojenia tak zwanej opinii publicznej, zrobi się „konsultacje społeczne”. Tam sobie krzykacze niepokorni pogadają, wykrzyczą się, wyżalą i potem się odpowiednią cenzorską ustawę wprowadzi jak to zamierzono. Bo to przecież dla dobra ich, ludzi zwykłych, nie państwa. Nawet można zrobić dwugodzinne spotkanie z premierem w tej sprawie, bo jak mówi pewien klasyk z telewizji: warto rozmawiać. A że pewnie nic z tego nie wyniknie? To nieważne. Ważne, że rozmowy się odbyły. Pozory utrzymane. To najważniejsze.

 

Nowe przepisy ustawy o prawie telekomunikacyjnym przewidują utworzenie Rejestru Stron i Usług Niedozwolonych, który ma prowadzić prezes Urzędu Komunikacji Elektronicznej. Rejestr będzie zawierał elektroniczne adresy umożliwiające identyfikację stron internetowych lub innych usług, zawierających tak zwane treści niedozwolone. Będą tam rejestrowane na przykład strony internetowe zawierające treści pornograficzne z udziałem małoletniego, treści tworzone w celu dokonania kradzieży i oszustw finansowych, treści umożliwiające organizowanie gier hazardowych bez zezwolenia. Tyle teorii. I to jest właśnie ta marchewka, z opowiastki o kiju i marchewce. To, co ma uspokoić nasze sumienia. Pokazać słuszność walki dzielnych państwowych rycerzy z hydrą hazardu i pornografii. Ale jest też kij. Ukryty, ale jest. Projekt zawiera również przepisy, które mogą prowadzić do stosowania cenzury prewencyjnej. Jeden z artykułów nowej ustawy mówi, że na zasadach określonych przez przepisy odrębne, swoboda świadczenia usług drogą elektroniczną może zostać ograniczona, jeżeli jest to niezbędne ze względu na ochronę zdrowia i moralności publicznej, obronność, porządek publiczny lub bezpieczeństwo państwa.

 

W okresie Polski Ludowej głównym narzędziem tłumienia niezależnej od władz myśli i słowa była instytucja cenzury. W tysiąc dziewięćset czterdziestym szóstym roku ubiegłego wieku Krajowa Rada Narodowa uchwaliła dekret, na mocy, którego powołano Główny Urząd Kontroli Prasy, Publikacji i Widowisk. Przez niemal całe lata PRL-u, funkcjonariusze tego urzędu czuwali nad tym, by do publicznej wiadomości nie przedostawały się opinie i informacje, które władza uważa za niepożądane. Stosowne przepisy dekretu zakazywały upublicznienia wszelkich utworów zawierających treści „godzące w ustrój państwa polskiego, sojusze międzynarodowe, głoszące nieprawdę oraz naruszające dobre obyczaje”. Podobne do tych współczesnych sformułowań.

 

Interpretacja tych ogólnikowych sformułowań należała do cenzora. Podjęta przez niego decyzja była właściwie ostateczna, choć, teoretycznie można się było od niej odwołać do premiera. Teraz w zasadzie też jeden urzędnik podejmować ma decyzje, co będzie zakazane ze względu na ochronę zdrowia i moralności publicznej, obronności, porządku publicznego lub bezpieczeństwa państwa. Ale jest postęp. Teraz, teoretycznie, można się odwołać do sądu, nie do premiera. Ale jeśli rejestr stron zakazanych ma być tajny to jak się dowiedzieć, że coś zostało zakazane. A jak już wiemy, że jest zakazane, to przy opieszałości naszych sądów zdjęcie zakazu publikacji może potrwać tyle, że informacja z zakazanej cenzurą strony może okazać się przydatna już tylko historykom. I to jest właśnie stara cenzura prewencyjna w nowym e-wydaniu. A to, że po spotkaniu z premierem niektórzy uwierzyli, że cenzurowania nie będzie? Cóż… ja jednak pozostanę w tej sprawie pesymistą.