Yearly Archives

193 Articles

dziennik pesymistyczny

To jest kiosk Ruchu, ja tu bilety na pociąg mam!

Obublikował pavvel dnia Komentarzy: 4

Tak to już jest, że czasami coś, co wydaje nam się minione, odległe nadal trwa obok nas. Przy okazji prawie każdej emisji polskich komedii z okresu PRLu na ekranie pojawia się jakaś mądra postać objaśniająca widzom, że zobaczą za chwilę w swych telewizorach odległe już i mroczne czasy i ogólnie to se ne wrati jak mawiają nasi bracia Czesi. Ale tak z pewnością nie jest. Zdecydowanie nie ma wokół nas tamtej rzeczywistości w sensie fizycznym, ale duchowym to jak najbardziej jest tak samo, no może tylko podobnie. Pamiętasz drogi Czytelniku scenę z filmu Stanisława Barei Miś, w której pani kioskarka wykrzykuje do niezadowolonych klientów: Cholera jasna! Won mi tu stąd, jeden z drugim! Będzie mi tu kłaki rozrzucał! Panie! Tu nie jest salon damsko – męski! Tu jest kiosk RUCH-u! Ja… Ja tu mięso mam!

 

W tamtych czasach nie było niczym dziwnym to, że w kiosku z gazetami można było dostać mięso. Gazeta Politechnik była kryptonimem schabiku, a Przegląd Speleologiczny zaszyfrowanym hasłem, po którym na ladzie kiosku można było zobaczyć wątróbkę. I choć to tylko filmowa fikcja to jednak w pewnych aspektach zdecydowanie naśladowała życie w Polsce Ludowej. Teraz nie jest inaczej, tylko, że nie potrzeba sięgać po aluzyjną fikcję. Teraz wystarczy obejrzeć wiadomości w telewizji czy przeczytać gazety, żeby się przekonać, że polska rzeczywistość jest nadal dość dziwaczna. Z hal dworcowych mogą zniknąć tradycyjne kasy biletowe. Przewozy Regionalne nie podjęły jeszcze ostatecznej decyzji, co je zastąpi, ale jednym z pomysłów jest, by bilety można było kupić w kioskach – donosi gazeta Rzeczpospolita. Więc niewątpliwie zmieni się niebawem wygląd polskich dworców kolejowych. Pierwsza linia kolejowa na terenie Polski została otwarta dwudziestego drugiego maja tysiąc osiemset czterdziestego drugiego roku. Linia ta połączyła Wrocław z Oławą. Była to pierwsza linia kolejowa w obecnych granicach Polski. I zapewne wtedy powstały pierwsze dworce kolejowe i zapewne wtedy też pojawiły się tam kasy biletowe. Więc tradycja jest. Czy pierwsi pasażerowie żelaznej kolei kupowali bilety w jatkach z mięsem czy może u pobliskiego szewca? Pewnie nie.

To śmiała i rewolucyjna idea, a jednak tak jakby z minionych czasów. Przewoźnik kolejowy Przewozy Regionalne miesięcznie sprzedaje ponad trzysta tysięcy biletów, z tego prawie dziewięćdziesiąt procent w dworcowych kasach. Teraz spółki nie stać już na wynajmowanie i opłacanie powierzchni na dworcach w dużych miastach od jej właściciela, czyli Polskich Kolei Państwowych. Nie płaciła ona za wynajem i teraz winna jest PKP prawie pięćdziesiąt sześć milionów złotych. Dla mniej zorientowanych wyjaśniam, że PKP to nie to samo, co kiedyś. Teraz polskie koleje podzielono na mniejsze firmy, które ze sobą konkurują i wzajemnie sobie płacą. Ktoś inny teraz sprzedaje bilety, ktoś inny jest właścicielem dworca, a czasami ktoś inny jest właścicielem pociągu. Zapewne, dlatego żeby było prościej. Dobrze, że nie doszło jeszcze do tego, że w pociągach, kto inny odpowiada za drzwi do wagonu, ktoś inny za przedziały, inna spółka za lustra, inna za fotele, a kolejna za stan kibelka. Natomiast za dostarczenie wody do umywalki już ktoś zgoła inny. Następnie całkowicie inna niezależna spółka będzie odpowiadała za dostarczenie papieru toaletowego, a inna za mydełko. A kto będzie odpowiadał za koła pociągu? Chyba nie ten wybrany w drodze przetargu, który odpowiada za okna? I tak dalej i dalej. Szczyt dywersyfikacji! I każda spółka niezależna będzie miała własny dział księgowy, prezesów, dyrektorów, managerów i tak dalej. I każda każdej będzie coś winna.  Więc jak na przykład ci od wagonów będą zalegać z opłatami tym od kół, to łatwo przewidzieć ze daleko nie pojedziemy.

 

Przewozy Regionalne, jako niewypłacalny dłużnik PKP mają opuścić wynajmowane dotąd lokale do kwietnia. A kasy biletowe będą likwidowane. Tak oto po wielu, wielu latach nie kupimy biletu na pociąg w miejscu, w którym byśmy się go naturalnie spodziewali. Ale za to dostaniemy go w pobliskim kiosku z gazetami. A może w tym pomyśle pójść dalej. Może na ulicach pojawią się gazeciarze, o przepraszam bileciarze zachwalający głośno swój towar: Bileteeeetyyy do Krakowa! Ostatnie wydanie!!! Nie chce pan do Krakowa, więc ja radzę niech pan bierze do Torunia… to bardzo rzadki bilet… jeszcze aktualny… pociąg odleciał trzy dni temu… nawet jeszcze nie wrócił.

 

dziennik pesymistyczny

Przedwyborcza gra pozorów.

Obublikował pavvel dnia Komentarzy: 0

Oglądałem w telewizji debatę dwóch kandydatów z jednej partii, na pojedyncze stanowisko, jakim jest urząd prezydenta naszej odrodzonej ojczyzny. Zasypiałem prawie, bo dramatyzm tego spektaklu był tak wielki, że tylko sen był na niego lekarstwem i ucieczką. Kontemplowałem sobie znudzony piękno nóg prowadzącej to przedwyborcze spotkanie posłanki, i rozmarzyłem się. Myślałem sobie o prawdziwych przywódcach. Takich, co jednym słowem, jednym gestem potrafią pociągnąć za sobą tłumy. A oglądałem w telewizji starcie, o przepraszam rozmowę o niczym. Bez wyraźnych przywódców. Ot, było to po prostu przyjacielskie spotkanie dwóch panów rozmawiających ze sobą o polityce. Nudnawo panowie kandydaci odpowiadali na zadawane im przez parę prowadzących pytania. Takie tam gadanie. Pytanko, a w odpowiedzi paplanko. Jedno pytanie i jeszcze jedna pogadanka. Przystojny prowadzący i przystojna prowadząca to najjaśniejszy i najbardziej przykuwający uwagę element spotkania.

 

Tak, zdecydowanie po tym spotkaniu kandydatów na kandydatów, wiem, że może i następna prezydentura jednego z nich nie będzie lepsza, ale nudniejsza to zdecydowanie tak. Oczywiście, jeśli któryś z nich przekona do siebie aż tylu wyborców żeby w wyborach jednak zwyciężyć. Teraz te przedwyborcze starcia przypominają wybory najlepszego filmu. To takie nasze maluteńkie Oskary. Tam też, na nominowane do nagrody obrazy filmowe, głosują członkowie akademii filmowej, choć do kin chodzą wszyscy. Jeden z bohaterów tego starcia zostanie wybrańcem i kandydatem na kandydata. Czyli otrzyma Oskara za widowisko, gdzie jedynymi uprawnionymi do głosowania są członkowie czterdziestopięciotysięcznej partii politycznej. A potem w nagrodę będzie mógł ubiegać się o zaszczyty prezydentury. A kandydatów do prawdziwych wyborów jest już kilku. Choć ciekawe jest to, że jest wśród nich jeden, który, mimo że nie ogłosił jeszcze chęci bycia ponownie naszym prezydentem to nie ma dnia, aby wszyscy nie odnosili się właśnie do niego w krytycznych opiniach. A może on nie będzie chciał? Może nam oszczędzi? Może tym razem nie będzie meldunku o wykonaniu zadania wśród partii prawych i sprawiedliwych? Oby tak właśnie się stało.  Choć wszystko wskazuje, że takiego szczęścia to my mieć nie będziemy.

 

Pozory rządzą światem, a sprawiedliwość jest tylko na scenie – powiedział kiedyś Friedrich Schiller. I właśnie podczas tej debaty zobaczyłem prawdę. Sprawiedliwość była obecna na scenie w bibliotece uniwersytetu warszawskiego. Najbardziej wyrazistymi postaciami w debacie byli, co tu ukrywać ci, co ją prowadzili i zadawali pytania. Kolejny z aktorów sobotniego przedwyborczego starcia ma już mocną i nienaruszalną pozycję w platformie obywatelskiej. I czasami miałem takie wrażenie, że jest on wielkim nauczycielem, a przynajmniej gra taką rolę. Że tak w zasadzie, to już jest prezydentem, premierem i marszałkiem sejmu w jednym. Tłumaczył on swemu padawanowi – temu z mniejszym stażem w partii – zawiłości politycznej gry. Takie miałem wrażenie. Bo wielki mistrz nie szczędził uczniowi wielu złośliwości i pouczeń. Padało w tej wewnątrz partyjnej niby walce wiele słów. Najdziwniejsze z tego, co usłyszałem ze sceny, było przypomnienie przez jednego z kandydatów czegoś, co jak myślałem nigdy już z ust polityka w Polsce nie usłyszę. A tu proszę znów słyszę, o czym co blisko przypomina mi eugenikę.

Ale to tylko scena, a na niej aktorzy. Nie mogłem wyzbyć się wrażenie, że oglądam wymyśloną i w pewnym stopniu oderwaną od rzeczywiści sztukę teatralną. Kiepskie dialogi. Nie najlepsza gra aktorów. Ogólnie wiało ze sceny nudą.  Najciekawsza była rola kobieca, bo to zawsze miło popatrzeć na kobiece piękno. I te słowa, słowa, i nic tylko słowa. Mikołaj Gogol powiedział: Żyjemy w czasach, w których bardziej wierzy się pozorom niż prawdzie uczuć duszy ludzkiej. Chciałbym wierzyć w prawdziwość uczuć duszy kandydatów na kandydatów. Lecz na razie oglądam tylko spektakle pozorów nic więcej. Chyba, że bardzo, bardzo się mylę.

 

dziennik pesymistyczny

Radośniej! Nie żyjesz jedynie dla siebie…

Obublikował pavvel dnia Komentarzy: 3

Od rana przyjaźnie do otoczenia nastrajał mnie pan z telewizji. A to zażartował rubasznie i razem z koleżanką redakcyjną zaśmiewał się z żartu, który chyba tylko im wydawał się zabawny. A to wspólnie z milutką panieneczką od pogody, oznajmili radośnie, że idzie wiosna. A że śmiech i radosny nastrój bywa zaraźliwy, to i mnie zrobiło się tak jakby weselej na duszy. Nie zawsze tak radośnie smakuje poranek, kiedy trzeba zwlec się z łóżka i poczłapać do łazienki gdzie dopiero woda przywraca do życia. Potem w kuchni trzeba przygotować i zjeść śniadanie. Bo jak powszechnie wiadomo śniadanie jest najważniejszym posiłkiem dnia. Potem jeszcze należy się ubrać stosownie. Bo przecież w biurze nie należy się wyróżniać. Garnitur jest jak strój roboczy. Koszula plus krawat. Dreskody są najważniejsze tak twierdzi nie tylko twój boss, ale też pan z telewizji. Może jeszcze w klapę marynarki korporacyjny znaczek? Bez przesady przecież to tak jakbyś przypinał więzienny numerek. Butki, teczka, laptop, kluczyki i już jesteś gotowy wyruszyć do pracy. Praca jest przecież najwyższym dobrem człowieka. Nie jest źle. Masz pracę. I nawet ci za tę pracę płacą. Szczęśliwiec – myślisz o sobie. Jest przecież tak wielu, którzy właśnie tobie zazdroszczą. I ciągle masz wrażenie, że nie jesteś sam. Że jest jeszcze ktoś, kto liczy na twój codzienny trud i na twoje pieniądze.

 

Samochód. Ulica. Droga do biura. Tak samo. Co dnia tak samo. Zawsze tak samo. Tylko dla urozmaicenia codziennych podroży zmieniasz trasy. Może dziś obok stacji benzynowej? A może tak zaparkować troszeczkę dalej samochód? I do pracy przejść się spacerkiem przez park?  Ach te małe radości. Chwileczkę? Zaraz. Dlaczego coraz częściej myślisz o sobie w trzeciej osobie? Czy dlatego żeby twoje życie nabrało bardziej filozoficznej barwy – jak mawiał pewien dwudziestowieczny pisarz, którego książki tak lubisz? Pewnie tak. Ale pewnie też, dlatego że czasami myślisz, że nie jesteś prawdziwy. Że jesteś tylko swoim własnym awatarem. Automatycznie powtarzasz czynności. To samo każdego dnia. Tak samo każdego dnia. Tu radością jest każdy weekend. A nagrodą są zakupy. Nowa koszulka? Sweterek? Ale nawet jak kupujesz sobie prezent to jednocześnie robisz prezent komuś innemu. No tak, ale na zakupy możesz sobie pozwolić nie za często przecież. Ty jesteś tylko pracownikiem najemnym. Żaden z ciebie rekin biznesu. Wiesz dobrze, że to tylko twoja wina, nie chcesz być przecież krwawym drapieżnikiem. Ty bardziej tak łagodnie, więc sam jesteś sobie winny. Żal jednak, że nowy świat ten nie socjalistycznie zniewolony zniewoli cię szczurzą gonitwą i pieniędzmi.  Żal, że nie żyjesz w krainie łagodności.

 

Spacer. To szybki spacer przez park. Bo przecież na ósmą masz być w fabryce. Dobra w biurze. Kiosk z prasą. Spotykasz kolegę. Idziecie razem. W stadzie raźniej. Podtyka kolega biurowy pod nos swoją gazetę. Fakt, że tam w niej mało faktów. Ale kolega jest wyraźnie podekscytowany tym, co wyczytał. Wyczytał i chce się podzielić z tobą faktami. I już wiesz, że, choć cieplej i że wiosna to już nic nie będzie z radosnego poranka. Przecież nawet ta radosna gazetka opowiadająca o świecie bogatych i sławnych postanowiła przypomnieć czytelnikom, że ktoś od ich pobiera haracz. I bez tej gazety pełnej faktów wiedziałeś, że masz jedną z najniższych pensji w unii europejskiej i jednocześnie płacisz jedne z najwyższych podatków. Taka specyfika. Przecież nie żyjesz sam.  To przecież nasz wspólny dom. Masz na utrzymaniu jeszcze całą armię urzędników. Możesz być znów radosny! Nie jesteś sam! Jest przy tobie jeszcze i pani Henia z urzędu do spraw jakichś tam i pan Jan z urzędu, o którym nigdy nie słyszałeś. Ale oni tam wszyscy są. Tak jak ty, co rano wyruszają do swoich zajęć. Z tą tylko różnicą, że w tej naszej wielkiej polskiej rodzinie to ty pracujesz na ich pensję płacąc rodzinne z podatków.

 

Jak to poprawia humor… Bo przecież wiesz, że nawet pies nigdy nie jest sam mając swoje pchły. Tak ty nigdy już nie będziesz sam, bo masz swoje państwo, które jest z tobą od dzieciństwa aż po grób. Jakże inaczej wyglądają twoje poranne czynności, gdy masz świadomość, że masz na utrzymaniu tak wielu. I pana lotnika, co broni polskich granic. I pana wojskowego na wojnie w odległych krajach. I panią w urzędzie. I pana posła w sejmie. I wielu, wielu innych. Przy każdej wypłacie fiskus zabiera nam krocie, ale potem codziennie płacimy nowe podatki! Gdy coś kupimy, znów płacimy kolejny haracz. To są tak zwane podatki pośrednie, czyli zawarte w cenach produktów i usług. Jak to przyjemnie pomyśleć, że jak kupujesz bułkę to żywisz nie tylko siebie? Urzędnika też!

 

dziennik pesymistyczny

Po prostu nauczycielka

Obublikował pavvel dnia Komentarzy: 28

– Postanowiłam się zarejestrować w urzędzie pracy, jako bezrobotna – wyznała mi moja koleżanka, gdy spotkałem ją na ulicy i zagaiłem rozmowę tradycyjnymi dla Polaków słowami: co u Ciebie? Okazało się, że zrezygnowała z zatrudnienia, bo dość miała pracy za minimalną płacę. Postanowiła, że znajdzie zajęcie, które poza płynącym z niego zadowoleniem dałoby jej i finansową satysfakcję. Czyli podjęła walkę z pracodawcami, dla których, jak często się zdarza jesteśmy jedynie zasobem ludzkim.  Ale że nic na świecie nie przychodzi łatwo, tak i jej droga do osiągnięcia wymarzonej pracy już na wstępie okazała się niełatwa. Jak każdy bezrobotny z nadzieją udała się do urzędu, który miał jak sądziła pomóc jej w znalezieniu zajęcia na miarę jej możliwości i za rozsądna płacę – Przecież płaciłam przez tyle lat podatki to chyba mam prawo oczekiwać teraz pomocy od urzędników – szukała u mnie zrozumienia i zdecydowanie takie znalazła. Przecież jak przez tyle lat opłacamy z podatków pracowników państwowych, to potem możemy i nawet powinniśmy oczekiwać, że w zamian oni udzielą nam wsparcia jak znajdziemy się w sytuacji, w której tej pomocy sobie zażyczymy.

 

Ale świat urzędniczych gmachów nie jest tak doskonały i tak dla nas przyjazny jak nam się wydaje, gdy rozpatrujemy tą sprawę ściśle teoretycznie. Rzeczywistość jest inna. Kiedy już moja koleżanka skompletowałam wymagane dokumenty udała się do urzędu pracy celem zarejestrowania się, jako bezrobotna. Jak wiadomo pełnowartościowym bezrobotnym jest się wtedy, gdy się posiada na to odpowiedni urzędowy dokument. Jak już moja znajoma odstała swoje w gigantycznej kolejce z odpowiednim numerkiem, udała się do odpowiedniego stanowiska, gdzie odpowiednia pani urzędniczka odpowiednio ją poinstruowała, że nie ma jednak wszelkich wymaganych dokumentów. To znaczy ma wszelkie oryginały, ale nie ma kopii, a kopie można zrobić na innym piętrze biurowca w płatnej samoobsługowej kserokopiarce. Więc udała się koleżanka do kopiarki i z powrotem do urzędniczki już z kopiami dokumentów wymaganymi przy rejestracji. –  Nauczycielka? – spytała starsza referent, czyli pani z okienka. – Tak?! A to źle czy dobrze? – odpowiedziała pytaniem moja koleżanka. – Nie, dlaczego – usłyszała od pani referent – jest nawet dla pani praca. Oblicze mojej znajomej pojaśniało. Co za sprawność! Pierwsza wizyta i już praca! Co za operatywność! – Jest praca nauczycielki przyrody, chce pani? – padła atrakcyjna oferta.

 

Moja koleżanka jest z wykształcenia nauczycielką plastyki, o czym zaświadczały liczne dokumenty w oryginale i w kopiach leżące przed urzędniczką. Bardzo się więc zdziwiła tą propozycją. Nawet miała wizje pracy w szkole, gdzie z racji zdolności świetnie mogłaby przedstawić graficzne wyobrażenia rożnych bakterii, skorupiaków, myszy, zajączków, wszelkich owadów a nawet kwiatów i drzew. Już sobie wyobrażała jak z masy papierowej wykonują wielką w skali jeden do jednego makietę wieloryba. Ale chyba nie dałaby rady przekazać konkretnej wiedzy uczniom z powodu tego, że jest jednak różnica między nauczycielką przyrody a nauczycielką plastyki. Ale widocznie pani starszej referent nie wydawało się to aż tak odległe. Przecież, jeśli w zakładzie ubezpieczeń społecznych lekarz okulista może, jako orzecznik wydać opinię o chorym z zakresu psychiatrii, to przecież nauczycielka plastyki może śmiało nauczać przyrody.  – To, co chce pani? – spytała urzędniczka. – Niestety nie mam odpowiednich kwalifikacji – odpowiedziała koleżanka zgodnie ze swym przekonaniem. – Przecież pani jest nauczycielką – namawiała pani starsza referent. – Ale nauczycielką plastyki – rzecze na to moja koleżanka, ale nadal nie widzi zrozumienia w oczach urzędniczki.

 

Mój mąż z zawodu jest dyrektorem – mówi w pewnej polskiej komedii aktorka Barbara Rylska do aktora Wojciecha Pokory. Tam też nieważne było, jakim dyrektorem jest rzeczony mąż. Czy jest się dyrektorem w muzeum czy w mieszkalnictwie to przecież nie jest najważniejsze? Jest się przecież dyrektorem zawodowym. Czy inżynier od dróg i mostów wie coś o silnikach lotniczych? Przecież jest inżynierem, więc pewnie spokojnie może odpowiadać za samoloty.  – Z zawodu jestem nauczycielką – może śmiało powiedzieć moja koleżanka. Po prostu nauczycielką – nieważne, jakiego przedmiotu nauczam. Przecież nawet urzędnicy tak twierdzą.

dziennik pesymistyczny

Więcej przedwyborczego umiaru

Obublikował pavvel dnia Komentarzy: 0

Boję się otworzyć lodówkę, bo tam może na mnie czyhać kampania przedwyborcza Platformy Obywatelskiej. Mam wrażenie, że gdy sięgnę po karton z mlekiem, na pewno znajdę tam podobiznę marszałka sejmu, plus wiele, wiele słów zachwalających przymioty tego polityka w roli kandydata na prezydenta. Czy po otwarciu słoika z dżemem znajdę Pana Radka naszego ministra spraw zagranicznych, który przekonywać mnie będzie do wspólnych okrzyków o tym, że obecny prezydent będzie byłym prezydentem? Jeszcze nie zaczęła się prawdziwa kampania wyborcza a ja już teraz mam dość. To przerażające, jak wiele miejsca w serwisach informacyjnych zajmuje sprawa wyborów kandydata na kandydata. W każdej gazecie, w każdym radiu, w każdej telewizji wszędzie pełno informacji o tych, przecież tylko wewnątrzpartyjnych, wyborach przed wyborami.

 

W moim prowincjonalnym mieście jest spółdzielnia mieszkaniowa licząca około trzydzieści tysięcy członków. Gdy odbywały się tam wybory do władz spółdzielni to prawie nikt ich nie zauważył. Nikt też nie prowadził tamtej kampanii z takim entuzjazmem jak nasi politycy. A przecież żyje tam i mieszka tysiące ludzi. Sprawy administrowania osiedlem powinny im, więc być bardzo bliskie. Przecież nie dotyczy to spraw dalekich. Mówi się, że koszula bliższa ciału, a jednak tak nie jest. Każdy zna polityków nazwijmy ich ogólnopolskimi, ale nikt prawie nie wie, kto rządzi na ich osiedlu. A tylko nieliczni wiedzą, kto rządzi w mieście. Najważniejsza miała być w nowej Polsce samorządność a kompletnie jej nie zauważamy. Ważniejsze są dla nas wybory wewnątrz kilkutysięcznej partii niż wybory samorządu osiedla, na którym mieszkamy.  Prawie nikogo nie obchodzi, kto zarządza ich najbliższą okolicą. Lokalne gazety z wielkim zacięciem relacjonują przedwyborcze starcia kandydatów na kandydatów z partyjnych wyżyn, jednak milczą o tym, co dotyczy samorządności mieszkańców. Wiem, że bardziej jaśnieje to, co jest na wyżynach. Ale mam takie wrażenie, że dla wielu z nas władza zaczyna się i kończy w Warszawie. A to, co jest na prowincji jest tylko, jakąś polityczną poczekalnią dla skoku na stanowiska w stolicy. A przecież nasze życie nie toczy się w sejmie. Ono jest tu, obok nas, na mojej ulicy. W mojej dzielnicy. Na moim osiedlu. W moim mieście. A jednak to najmniej nas obchodzi. Nas, oraz media, najbardziej interesuje starcie między panem marszałkiem a panem ministrem.

 

Jak pisałem powyżej, na wspomnianym osiedlu mieszka ponad trzydzieści tysięcy ludzi i zapewne dziewięćdziesiąt dziewięć procent nie miało i mieć nie chciało najmniejszej świadomości, że ktoś tam kogoś wybierał do władz spółdzielni mieszkaniowej, która administruje ich domami. Za to zapewne większość może wskazać minimalne różnice między kandydatami na kandydatów na prezydenta w przedwyborczej kampanii Platformy Obywatelskiej. A przecież nie my będziemy decydować o tym, kto zostanie kandydatem na prezydenta w tej partii. To tylko i wyłącznie działacze partyjni o tym zdecydują. Niewielka, jak na polską skalę, grupa uprawnionych posiadających legitymację partyjną. Członkowie tego ugrupowania będą wybierać, kogo zechcą wystawić, jako swojego reprezentanta w zbliżających się wyborach na prezydenta. A przecież partia ta liczy tylko, a może aż, czterdzieści pięć tysięcy członków! Czyli tylko o dziesięć tysięcy więcej niż wynosi liczba mieszkańców osiedla w grodzie na prowincji.  I pięć razy mniej, niż liczba mieszkańców całego przecież i tak nie największego miasta. Dlaczego więc to, co dotyczy tylko tak niewielkiej liczby partyjnych działaczy atakuje nas z każdej strony? Rozumiem, że ten, kto teraz wygra w prawyborach potem znów będzie walczył o moje głosy. Ale jeśli ja już nie mogę wytrzymać tej natrętnej wszechobecności kandydatów to, co się stanie jak zacznie się prawdziwa wojna o prezydenturę?

 

dziennik pesymistyczny

Jogurtowa polityka

Obublikował pavvel dnia Komentarzy: 4

Gdy siedzisz na kanapie przed telewizorem pochłaniając kolejne reklamy poutykane między dawki twojego ulubionego serialu, nawet nie przepuszczasz, że właśnie zostałeś zaprogramowany na zakup kolejnego super produktu, którego nie potrzebujesz. Pewnie nawet nie wiesz, że chcesz go mieć, że Twój mózg zapamiętał informację, którą ci przypomni, gdy staniesz przed sklepowymi półkami. Gdyby ktoś zadał Ci pytanie, dlaczego właśnie kupujesz to, a nie coś innego? Co byś odpowiedział? Że to twoja przemyślana, głęboka analiza potrzeb? Czy jest to Twoja całkowicie neutralna, prywatna i niezależna decyzja? Dlaczego ta decyzja jest właśnie taka, a nie inna? Pewnie zdecydowanie zaprzeczyłbyś, że cokolwiek miało wpływ na to, że akurat ten a nie inny jogurcik wkładasz do koszyka podczas zakupów. Ale reklama ma na Ciebie wpływ. Temu nie da się zaprzeczyć. Czy na tej samej zasadzie ufasz politykom, którzy po raz kolejny wmawiają ci, że za ich rządów nastanie raj na ziemi? Czy jesteś bezwolnym narzędziem do głosowania, przekonanym, że bez Twojego głosu cały system się zawali?

 

Pewnie masz przekonanie, że tak właśnie jest? Że Twój głos jest ważny. Że wybór, którego dokonujesz jest jedynie słuszny. Że spełniasz jakiś mistyczny demokratyczny obowiązek. Że jako obywatel świadomie podejmujesz decyzje dla dobra ukochanej ojczyzny. Ale odnieśmy to do jogurtów. Masz wybór między jogurtem A i jogurtem B. Jest nawet jogurt C, D i Z ale one nie mają dostatecznej reklamy, więc nie liczą się w Twoim wyborze. Ba, nawet produkowane są przez firmy, o których nie słyszałeś. Co dnia oglądasz spoty, w których ich twórcy przekonują Cię, że A jest lepsze od B, a inne literki to się już absolutnie nie liczą na jogurtowym rynku. I nastaje czas wyborów. Wybierasz z tego, co jest dostępne na półkach sklepowych.  Ponieważ znasz konkurentów z telewizyjnych reklam, nawet nie pomyślisz, że gdzieś tam istnieje jogurt N, który jest dla Ciebie najzdrowszy. Ale jeśli go nie ma w reklamie i nie jest obecny w sklepie to nie ma go w Twoim życiu.

 

Politycy są jak jogurty. Sklepy to sejm. Reklama to nadal tylko reklama. Zawsze o każdej porze dnia i nocy trwa nieprzerwana reklama politycznych przywódców. A Ty to oglądasz przygotowując się do wyborczych zakupów. Jesteś potrzebny, bo bez Ciebie wszystko nie miałoby sensu. Nie, dlatego że coś odbywa się dla Ciebie, dla Twojego dobra. To wszystko odbywa się jedynie przy Twoim udziale. Jesteś potrzebny, bo do Ciebie można się odwołać, jeśli ktoś spyta polityka gdzie jest zakorzeniana jego władza. Masz wybór. Czy na pewno wybierasz to, co chcesz, czy to, co musisz wybrać? Jeśli wybór ogranicza się do kilku partyjnych działaczy z kilku dotowanych przez państwo partii to czy nasz prawdziwy wybór? Czy przypadkiem nie wybierasz kogoś, kto za Twoje własne pieniądze pochodzące z Twoich podatków lansuje się po to, żeby Cię przekonać o potrzebie zatrudniania go przez kilka lat? Zapytaj sam siebie, kiedy ostatnio rozmawiałeś twarzą w twarz z politykiem, którego przecież dobrze znasz, bo widzisz go codziennie w telewizji lub czytasz o nim w prasie? Pewnie, nie może on dotrzeć do wszystkich, ale czy jego przedstawiciel zapytał Cię kiedykolwiek w jego imieniu jak Ci się żyje? Odwiedził Cię w domu? Nie. Ty masz uwierzyć w jego telewizyjne przemówienia o tym, że będzie Ci lepiej jak przedłużysz jego sejmową kadencję głosując właśnie na niego w następnych wyborach.

 

Na tej politycznej sklepowej półce stoją tylko takie jogurty, które już sprawdziłeś i Ci nie smakują. Jaką szansę przebicia się ma produkt, który nie podpiera się Twoją dotacją? Żadnej. To nie chodzi już o to, że jeśli masz dobry pomysł to idziesz na ulicę, aby głosić dobrą nowinę, by w ten sposób zyskiwać sympatyków Swojej idei. Gdy nie stoją za Tobą duże pieniądze, nawet najlepsze pomysły na poprawienie dobrobytu współobywateli, są znane tylko tym, do których docierasz bezpośrednio. Czy nie masz wrażenia, że płacisz za produkcję jogurtu, który Ci nie smakuje, ale za to jest on świetnie opakowany i wypromowany? Tak właśnie jest z państwowymi dotacjami dla partii politycznych. Dostają je tylko te partie, które są już na sejmowej półce. W myśl zasady wybieramy tylko tych, których już znamy. I choć czasami pojawia się jak meteor ktoś inny to szybko zanika, bo wybór zawsze musi być ograniczony do kilku produktów. Tych najbardziej znanych z reklamy. A ja mam już dość wybierania. Chcę nie tylko móc zamienić jeden jogurt na inny. Chcę zamienić całe sklepy. Bo chyba najwyższy czas na prawdziwe zmiany a nie na reklamę zmian.  A jakby tak zabronić jakiejkolwiek politycznej reklamy? Postawić na bezpośredni kontakt z wyborcą? Trudniej?- Zapewne. Sprawiedliwiej?- Zdecydowanie!

dziennik pesymistyczny

Nowe zabytki na starym mieście

Obublikował pavvel dnia Komentarzy: 2

W moim prowincjonalnym mieście od lat obowiązuje niepisana, ale nader chętnie stosowana zasada, iż władze miejskie nie zniżają się do rzeczy przyziemnych, nijakich i nieciekawych. Dziurawa droga, zaśmiecone i brudne chodniki, to nie jest najważniejsza sprawa dla włodarzy miasta. Nasza prowincjonalna władza chce sięgać wyżej. Robić to, czego nikt jeszcze nie robił ani w kraju, ani za granicą ani nawet w Ameryce. Są może miasta piękniejsze, takie, co to kuszą turystów zabytkami oraz starożytnymi budowlami. Na mojej prowincji jest, co prawda wiele zabytkowych budowli, ale magistrat najwyraźniej uznał, że to, co pozostawili nam przodkowie nie spełnia ich oczekiwań. U mnie na prowincji z woli władzy powstaną zabytki na miarę urzędniczych marzeń. Magistrat chce odbudować bramę miejską stanowiącą kiedyś część murów miejskich, które nie dotrwały do naszych czasów. I nie jest ważne, że nikt nie wie nawet w przybliżeniu, jak ona wyglądała. Jest pomysł żeby odbudować to się wybuduje bramę do miasta, i nie jest ważne, że to nie będzie rekonstrukcja, lecz zwykła dowolna interpretacja w temacie zabytkowej bramy.

 

Nie zachowały się mury miejskie? Nic nie szkodzi. Odbudujemy! Nie mamy bramy do miasta? Nikt nie wie jak ona wyglądała? Co z tego? Przecież brama to brama. Coś się tam wybuduje bramopodobnego. Ważne, że przybędzie miastu nowy zabytek. Starożytna brama w nowym wcieleniu. I oczywiście niemniej ważne jest to, że ten śmiały plan wybudowania zabytku od nowa powstał za tej, a nie innej władzy. To bardzo ważne. W czasie zbliżających się wyborów chyba nawet najważniejsze. Obok bramy na zachowanych i odkopanych przez archeologów pozostałościach oryginalnych murów miejskich ma stanąć hotel. Po co staroć ma szpecić okolice. Ma hotel mieć trzy kondygnacje i parking podziemny. Magistrat wydał już decyzję o warunkach zabudowy. Więc sprawa zdaje się być przesądzona. Czyli będziemy mieli nie dość, że nową, czyli starą bramę do miasta to jeszcze przybędzie nam hotel.  Same plusy! A może władze mojego miasta nie powinny się zatrzymywać w swych genialnych pomysłach tylko na bramie miejskiej w nowym wcieleniu. Można przecież odbudować całe mury miejskie i opleść nimi całe miasto. Można też odbudować czy nawet wybudować dowolny zamek w miejscu gdzie stał ten niezachowany do naszych czasów zamek. A może odkopać fosę, co to zasypano ją jeszcze za cara? Można w duchu budowy zabytków wybudować średniowieczne siedlisko miejskie w całości? Jeśli nawet nie zachowała się żadna ikonografia dotycząca zabytków to przecież można dokonać dowolnej interpretacji i wybudować to, co się nie zachowało, od nowa. Bo przecież i tak nikt nie wie jak to wyglądało, więc nikt nie powinien mieć pretensji.

 

Rodzi się, więc pytanie, po co nam mieszkańcom prowincji ta brama do miasta? Otóż to! Nikt nie wie, po co, więc nie muszą się władze miasta obawiać, że ktoś zapyta. Wiecie, co robi ta brama do miasta? Ona odpowiada żywotnym potrzebom całego społeczeństwa mojej prowincji. To jest brama miejska na skalę urzędniczych możliwości. Co magistrat chce osiągnąć odbudową tej bramy? Otworzyć oczy niedowiarkom. Już słyszę głosy miejskich urzędników, którzy mówią: Patrzcie to nasze, przez nas wykonane i to nie jest nasze ostatnie słowo i nikt nie ma prawa się przyczepić, bo to jest brama społeczna, w oparciu o sześć instytucji, która to brama się rozpadnie za kilka lat na świeżym powietrzu. I co się wtedy zrobi? Protokół zniszczenia…Mam nadzieję, że wybaczą mi wszyscy wielbiciele komedii Stanisława Barei tę śmiałą, a nieporadną trawestację znanego przemówienia prezesa klubu Tęcza. Ale ten fragment z Misia tak dobrze pasuje do sytuacji z odbudową bramy, o której nikt nie wie jak wyglądała, że aż przykro było tego nie wykorzystać.

Co roku władze mojego prowincjonalnego miasta stawiają na jednej z uliczek prowadzących do rynku bramę z drewna i słomy. Ma to na celu… no właśnie nie bardzo wiadomo, co ma ta budowla na celu. Ale jeśli ta budowla pojawia się rokrocznie z okazji święta miasta to pewnie komuś z włodarzy miejskich wydaje się, że jest to rodzaj odświętnego udekorowania miasta i przywoływania historii jednocześnie. Ale mnie się bardziej to kojarzy z wiejska chatą a nie z bramą do miasta kazimierzowskiego. No i teraz będę miał bramę do miasta nie z drewna i słomy a z betonu. Czyli będzie niewątpliwy postęp, choć styl zapewne się nie zmieni. Król Kazimierz zastał moje miasto drewniana a zostawił murowane. I choć niewiele z tych budowli dotrwało do naszych czasów to magistrat ma rozwiązanie. Pozostawi potomnym nową wersję średniowiecznych zabytków.   

dziennik pesymistyczny

Policjant wie lepiej, zawsze wie lepiej…

Obublikował pavvel dnia Komentarzy: 172

Ostatnimi czasy nie miałem przyjemności, czy nieprzyjemności spotkania twarzą w twarz z funkcjonariuszami naszej policji państwowej. Ale znam kogoś, kto miał taką okazje. I jak się okazało z relacji znajomej znajomego, była to raczej nieprzyjemność niż przyjemność. Wiadomo, że przeważnie taka styczność obywatela z organem porządkowym nie jest dla tego pierwszego czymś radosnym. No chyba, że sam w nagłych przypadkach poszukuje natychmiastowej pomocy od mundurowych.  Ale wtedy najczęściej nad wyraz dobrze sprawdza się stare ludowe powiedzonko o tym, że jak występuje potrzeba obecności policjanta to nigdy go nie ma w pobliżu. I zadziwiające jest to, że równie często jak nie potrzebujemy mundurowych oni jak na złość są i dają nam dobitnie znać o tej swojej obecności i swoich szczególnych uprawnieniach.

 

Jechała sobie pewna pani swym malutkim samochodzikiem – relacjonował mi to zdarzenie mój znajomy – po drodze położonej w starej, poprzemysłowej części mojego miasta. Przed nią toczył się wolniuteńko policyjny radiowóz. Droga wąska, a funkcjonariusze wybrali się widać, na niespieszne patrolowanie terenu. Słusznie, że patrolują – pomyślała pani – ale dlaczego tak samochodem i do tego tak wolniuteńko? I tak sobie jechali, czy raczej wlekli się drogą. Radiowóz pierwszy, za nim moja znajoma swym pojazdem. A za nimi jeszcze kilka samochodów. I nastąpił klasyczny drogowy pat. Nikt nie miał odwagi wyprzedzić samochodu mundurowych. A oni jakby czekali na tego odważnego, który nie wytrzyma presji jazdy z prędkością dziesięciu kilometrów na godzinę i wyprzedzi. A jak wyprzedzi to… No wiadomo, co. I właśnie jak pewnie wielu się domyśla tą, która nie wytrzymała denerwującej jazdy z minimalną prędkością była moja znajoma. I jak tylko wyprzedziła radiowóz, panowie u mundurach nagle ocknęli się z letargu i w asyście migających świateł i sygnałów dźwiękowych ruszyli w pogoń by zatrzymać tą, co to wyprzedza ich pojazd patrolowy, z większa od ich powolnej jazdy prędkością. Zatrzymali panią i od razu przeszli do konkretów, czyli do wypisywania mandatu za jazdę zbyt szybką i zbyt niebezpieczną. Tak przynajmniej relacjonowała zdarzenie pewna pani mojemu koledze, a on przekazał to mnie. Ale że osoby to poważne, to raczej nie mam powodu wątpić w to, co usłyszałem.

 

Zatrzymali tą panią i chcieli wręczyć jej mandat. Bo prędkość jej autka była nadmierna jak twierdzili. I pewnie by wręczyliby gdyby nie to, że trafili na osobę, która wiedziała więcej od nich na temat przepisów obowiązujących na tej właśnie drodze. Moja znajoma z wrodzoną sobie delikatnością pouczyła funkcjonariuszy, że zasady i przepisy kodeksu drogowego nie mają zastosowania do dróg wewnętrznych. Z pewnymi wyjątkami, które w tym przypadku nie mały jednak zastosowania w jej przypadku. Ale policjanci upierali się, że wiedzą lepiej i nie chcieli odstąpić od czynności. Nawet przybycie właściciela pobliskiej firmy, do którego należy droga nie wzbudziła zainteresowania funkcjonariuszy. Oni wiedzieli lepiej i na nic się zdało cytowanie dosłowne przepisów, a nawet pokazanie aktów notarialnych poświadczających, że droga jest wewnętrzna, i jest własnością tego pana, a on zezwala tej pani na jazdę po swojej drodze nawet z prędkością stu pięćdziesięciu kilometrów na godzinę. Funkcjonariusze stali twardo na stanowisku, że jak już są przepisy ruchu drogowego, to obowiązują wszędzie. Nawet na podwórku u Kowalskiego i nawet w przypadku, gdy Kowalski podwórka nie ma.  

 

A tu, w tym przypadku nie jest to droga publiczna. Nie jest to droga w strefie zamieszkania. Jest to wewnętrzna droga na prywatnym terenie, który dawniej był terenem fabryki. Nie ma, co tu cytować szczegółowych przepisów, ale chyba każdy wie, że na takich drogach nie mają zastosowania przepisy kodeksu drogowego. A funkcjonariusze postanowili najwidoczniej za wszelka cenę udowodnić, że jest inaczej. Że to właśnie oni maja rację. I nic, nawet dokładne cytaty z przepisów, akty notarialne oraz oświadczenia licznych świadków nie mogły ich przekonać, że się mylą. I dopiero interwencja mojej znajomej u komendanta sprawiła, że odstąpili od czynności. Ale pewnie nadal nieprzekonani o swej pomyłce. Nie wiem, co sprawia, że jak się mundurowy zafiksuje na przekonaniu o swojej racji, to nie ma siły żeby go przekonać. Gdy policjanci z brygadą antyterrorystyczną pomyłkowo zjawiają się o piątej rano pod niewłaściwym adresem, to nie jest to wina źle przeprowadzonego wywiadu policyjnego.  To oczywiście wina tych, co to leżą pomyłkowo na podłodze skuci w kajdanki pod lufami policyjnych funkcjonariuszy. Zawsze jest winny ktoś inny. I nawet jak udowodnisz ponad wszelką wątpliwość, że ty masz rację, to i tak zawsze masz takie uczucie, że nie dałeś rady przekonać. Bo to zawsze policjant ma rację. I nawet jak popełni błąd to nigdy nie przeprasza, bo przecież on nawet jak nie ma racji to ma rację.

dziennik pesymistyczny

Szczególna ochrona prawna dla wszystkich

Obublikował pavvel dnia Komentarzy: 0

Często jest tak, że gdy rozpatrujemy coś w teorii, to wszystko wygląda dobrze a nawet rewelacyjnie. Ale równie często, co jest zadziwiające przynajmniej dla mnie, gdy zaczynamy teorię dopasowywać na siłę do rzeczywistości, nasze założenia ulegają znacznej modyfikacji. I dokładnie taki problem mam z nowelizacją kodeksu karnego przygotowaną przez polskie Ministerstwo Sprawiedliwości. Zmiany proponowane przez urzędników mają dotyczyć między innymi zwiększenia kary za napaść na policjanta. I w teorii wszystko jest jak najbardziej poprawne oraz godne pochwał i poparcia. Ale jak zaczynam to przykładać do praktyki, to sprawa wygląda zupełnie inaczej.

 

Po ostatnich tragicznych wydarzeniach bardzo wielu z nas zdecydowało się poprzeć rozwiązania prawne, w których kary za napaść na policjanta powinny być zdecydowanie surowsze. Takie propozycje to reakcja na śmierć policjanta z Warszawy. Zginął on od ciosów nożem. Młodociani chuligani zabili go za to, że zwrócił uwagę, na ich agresywnie zachowanie na przystanku. U nas w Polsce często jest tak, że jak wydarzy się coś tragicznego, władza natychmiast pochyla się z troską nad problemem i w przyspieszonym tempie wprowadza rozwiązania, które uspokoją opinię publiczną. Mają też wzbudzić w nas przekonanie, że urzędnicy państwowi nad wszystkim panują. Przez lata nie było dotacji do pogotowia gazowego, ale wystarczyła seria tragicznych wypadków z wybuchem gazu w tle, aby ta służba natychmiast dostała dotacje na zakup nowoczesnego sprzętu. I w tym przypadku jest podobnie. U nas nie występuje zasada prewencji. A wręcz odnoszę wrażenie, że tylko wstrząs w postaci tragedii, lub czyjejś śmierci może doprowadzić do reakcji urzędników.

 

Służba w policji to misja – teoretycznie. Mają nas policjanci chronić i bronić – że zacytuję tu znaną, lecz zagraniczną zasadę. I dokładnie tak postrzegam tę pracę. Mają mnie policjanci obronić, gdy czuję się zagrożony i chronić mnie i moje mienie, gdy nawet tego zagrożenia nie dostrzegam. Taką pracę wybrali. Bez żadnego przymusu. Takie mieli powołanie. Z doświadczenia wiem, że z uzyskaniem pomocy nie zawsze jest tak zaraz i natychmiast. Z doświadczenia też wiem, że nie wszystko, co mi skradziono udało się nie tyle ochronić, co nawet nie udało się tego odzyskać. Nawet odniosłem wrażenie, że nikt nie próbował. Ale teoretycznie, zawsze i wszędzie będę szanował policjantów za ich trud. Ale czy mam szanować wszystkich? I tych, którzy chcieli wymusić ode mnie pieniądze w zamian za odstąpienie od ukarania mnie mandatem za wykroczenie drogowe?

 

Szczególna ochrona prawna należy się policjantom – słyszę z Ministerstwa Sprawiedliwości. I chętnie temu przyklasnę. Ale od razu budzą się we mnie wątpliwości czy ja, jako płacący w tym kraju podatki obywatel, nie mam prawa do szczególnej ochrony prawnej? Czy moje życie ma być mniej warte niż życie policjanta? Wiem, że moja praca jest mniej niebezpieczna od policyjnej, ale konstytucyjna zasada równości wobec prawa obowiązuje i mnie i osoby w mundurach. Czy jeśli strażak naraża życie to też ma być stawiany wyżej w prawie niż ja? Czy jeśli lekarz ratuje życie innym z narażeniem własnego życia, to ma też prawo do szczególnej ochrony prawnej? Zawodów takich, w których dochodzi na narażenia życia jest wiele. Mam takie ambiwalentne uczucia. Z jednej strony policjant powinien być szczególnie chroniony, bo chroni mnie, ale też chciałbym, aby szczególnie prawnie chroniono też mnie. Nie chcę czuć się gorszy.

 

Policjant to przedstawiciel państwa. To jego widoczny znak i symbol. Jeśli dochodzi do napadu na policjanta to dochodzi do napadu na państwo. Zasadne jest, więc pytanie czy to przejaw braku szacunku dla państwa? Czy ta dodatkowa, szczególna ochrona prawna, nie jest przypadkiem przejawem zaklinania rzeczywistości? Pokazania, że państwo nie tylko jest uzbrojone, ale i także szczególnie chronione. To jakby powiedzieć obywatelom, że choć wszyscy jesteśmy równi to są wśród nas równiejsi. A mnie się marzą czasy, w których zasłużę na taka samą ochronę prawną jak prezydent, urzędnik, policjant, i tylko dlatego, że jestem obywatelem Rzeczpospolitej.

 

dziennik pesymistyczny

Siła tradycji, czyli pomysły windykacyjne niemieckich polityków

Obublikował pavvel dnia Komentarzy: 0

Zauważyłem, że w Niemczech istnieje trend do nowatorskich i radykalnych połączeń tradycji z nowoczesnymi pomysłami na biznes, czyli na przykład na windykację długów. Może już nie władcy świata, już nie rasa panów, ale ciągotki do anektowania terytoriów innych państw zostały. Już nie wypada otwarcie mówić w Berlinie, że należy się więcej ziemi dla wielkiego narodu poetów i myślicieli. Teraz niezbyt dobrze widziane jest u sojuszników wysyłanie czołgów, gdy chce się wpływać na politykę innego kraju. No przynajmniej w Europie.  Teraz można po prostu na obcy rząd nasyłać polityków, aby ci żądali oddania części terytorium suwerennego państwa za długi. Bo nie jest konieczna potęga militarna, gdy się jest potęgą gospodarczą. Sprawne wojsko może być tylko dodatkiem. 

 

– Grecja powinna rozważyć sprzedaż kilku swoich wysp, to może być dobry sposób na zmniejszenie jej zadłużenia – stwierdzili dwaj niemieccy posłowie w rozmowie z bulwarówką Bild. Cudowne rozwiązanie prawda? Można tak uzyskać za długi z pół świata. Zadłużenie w pewnym kraju afrykańskim urosło za bardzo? Można więc zaanektować ten kraj, jeśli jego rząd i naród nie mają szans na spłatę tego, co są winni. To istny nowy kolonializm. Może i jestem przewrażliwiony, ale doświadczenia historyczne wskazują, że takie słowa z ust niemieckich polityków nie zapowiadają niczego dobrego. Zadłużenie zagraniczne Polski przypadające na koniec dwa tysiące dziewiątego roku wynosi blisko sześćdziesiąt cztery miliardy euro, wynika z szacunków Departamentu Statystyki Narodowego Banku Polskiego, do jakich dotarłem przeglądając internet. Wiem, jeszcze nie jesteśmy bankrutem, ale często słyszę, że nie jest tak daleko abyśmy popadli w taki stan. Co chwila kolejny krajowy polityk straszy nas taką apokaliptyczną wizją. Czy w takim przypadku, gdy nie będziemy mogli spłacić zadłużenia, czeka nas wielka wyprzedaż terytorium? Zapewne w naszym przypadku, też znajdą się niemieccy politycy, którzy chętnie uraczyliby nas wizją zakupu Szczecina czy wyspy Uznam za długi. 

 

– Bankrut, który jest niewypłacalny, musi sprzedawać wszystko, co tylko może, żeby spłacić swoich wierzycieli – powiedział Bildowi Josef Schlarmann, poseł chadecji. – Grecja ma budynki, firmy i wiele niezamieszkałych wysp, które mogą zostać sprzedane w celu ograniczenia zadłużenia. Wtóruje mu Frank Schäffler, ekspert do spraw finansów z partii FDP. – Grecki rząd musi podjąć radykalne kroki i zacząć sprzedawać swoje aktywa, na przykład wyspy – mówi. Wiem, że przykład, w którym odnoszę te słowa do polskiej sytuacji jest radykalny. Ale czy jest rzeczywiście niewyobrażalny? Może to mi się źle kojarzy. Może błędnie to interpretuję, ale nic na to nie poradzę, że jestem w kwestiach takich niemieckich roszczeń dość wrażliwy.

 

Szczególnie Niemcy nie powinni być tak dokładni w kwestii rozliczeń. Ale mam przekonanie, że mentalność niemieckich polityków najlepiej ilustruje dialog, z jednego z polskich filmów dotyczący tradycji.  Widać, u naszych przyjaciół zza Odry, też ta najbardziej chyba znana polska komedia jest równie popularna. – To jest tak, że jeżeliby nam ktuś, na przykład, rozumiesz, porwał naszą furę i by go złapały to nam muszą oddać samolot, rozumiesz? To jest właśnie tradycja. Że nam muszą oddać! – tłumaczy jeden w bohaterów filmu swoim towarzyszom. Zgodnie z ta logiką rząd Grecji powinien oddać za swe długi, czyli za furę samolot, czyli wyspy. Jak ja jestem winien bankowi pieniądze, to jak już kompletnie zbankrutuję, to mam mu oddać nerkę? Panom germanom coś się chyba pomyliło. 

Sprzedajcie swoje wyspy, greccy bankruci! I sprzedajcie też Akropol! – takim tytułem został opatrzony artykuł w papierowej wersji Bilda, w którym dziennikarze donosili o nowatorskich pomysłach windykacyjnych niemieckich polityków. Wystarczy wybrać się do berlińskiego muzeum, aby podziwiać tam bezcenne okazy antycznej sztuki, które zapewne nie zostały zakupione przez państwo niemieckie w Grecji. Więc raczej na miejscu niemieckich polityków starałbym się być mniej drobiazgowy we wzajemnych rozliczeniach.