Yearly Archives

193 Articles

dziennik pesymistyczny

Za nowoczesne żeby poprawnie zadziałało

Obublikował pavvel dnia Komentarzy: 2

Jest takie prowincjonalne miasto, które zamierza promować się hasłem: siła w precyzji. I zapewne właśnie ta mityczna siła pchnęła władze miejskie do specyficznie precyzyjnej przebudowy pewnego ronda. Zamontowano tam nowoczesną sygnalizację świetlną, którą po kilku tygodniach wyłączono. Była tak nowoczesna, że się na skrzyżowaniu korkował ruch, prawie całkowicie uniemożliwiając przejazd samochodów przez skrzyżowanie.  Więc jakiś geniusz urzędniczy wymyślił, że światła należy wyłączyć. I po sprawie. O dziwo zadziałało. Teraz można w miarę płynnie pokonać to ruchliwe rondo.  Ale przecież nie można zostawić w spokoju świateł sygnalizacyjnych za kilkaset tysięcy złotych, które tylko dla ozdoby skrzyżowania, mrugają sobie zalotnie na pomarańczowo. Drogowcy muszą je włączyć by nie dopuścić do oddania pieniędzy, które miasto dostało na przebudowę ronda. Więc żeby nie marnować pieniędzy podatników zadziałają światła, co spowoduje znowu gigantyczne korki. Tak, zdecydowanie takie działanie miejskich władz zasługuje na miano siły precyzji.

 

Magistrat zdobył na przebudowę skrzyżowania pieniądze z funduszu, którymi dysponuje krajowa rada bezpieczeństwa drogowego. Modernizacja ronda i zainstalowanie tam nowoczesnej sygnalizacji akomodacyjnej kosztowało mieszkańców milion trzysta tysięcy złotych. Drogowcy opuścili skrzyżowanie w ubiegłym roku. Natychmiast na nowo oddanym do użytku rondzie pojawiły się problemy z płynnością ruchu. Samochody skręcające w prawo musiały stać, nie mogąc włączyć się do ruchu, mimo że miały zielone światło. Rondo było stale zakorkowane. Po głębokiej analizie problemu urzędnicy miejscy postanowili dokonać planowanej awarii. Czyli zaplanować i dokonać czegoś, co z założenia jest sytuacją nagłą. W tym czasie w jednym z lokalnych tygodników można było przeczytać jak jeden z urzędników chyba w przypływie skruchy pisał w liście do redakcji: „to jest zwykłe wyłączenie świateł pod pretekstem awarii, żeby nie przyznać się do błędu, czyli fatalnego projektu i wydanych setek tysięcy na coś bzdurnego”. Nie można tym słowom odmówić siły precyzji.

 

Nowoczesna sygnalizacja na rondzie kosztowała kilkaset tysięcy złotych. Od maja ubiegłego roku światła są wyłączone. Czy to znaczy, że pieniądze mieszkańców po prostu zmarnowano? Przecież mamy tak nowoczesne i bezpieczne światła i skrzyżowanie. Jak dowiedziałem się z dobrze poinformowanych źródeł, okazało się, że światła są tak bardzo nowoczesne, że nijak nie przystają do zdecydowanie zbyt nowocześnie przebudowanego ronda. Czyli plany były ambitne a wyszło jak zawsze. Jak to bywa u nas najczęściej, na początku zbierano pieniądze na drogi i skrzyżowanie i zaprojektowano je tak żeby było jak najbardziej bezpieczne i umożliwiające płynny ruch aut. Wykonawca wykonał rondo tak jak w stało w planach. Potem okazało się, że można dodatkowo zdobyć pieniądze na nowoczesną sygnalizację akomodacyjną. Nikt jednak nie sprawdził czy skrzyżowanie jest dostosowane do świateł. Okazało się, że nie. Ale jak przekonuje mój rozmówca nikt nie ma ochoty się teraz do tego przyznać do błędów. Czyli jeśli połączymy doskonałe skrzyżowanie, ale nieprzystosowane to sygnalizacji świetnej, z doskonałą i bardzo nowoczesną sygnalizacją świetlną to jedynym efektem takiej symbiozy będą zakorkowane drogi dojazdowe do ronda.   

 

Teraz przy wyłączonych światłach sygnalizacyjnych nie trzeba stać w długim sznurze aut. Ruch przebiega płynnie. Jednak jak już wspominałem magistrat dostał pieniądze na światła od krajowej rady bezpieczeństwa ruchu drogowego. I teraz, gdy urzędnicy z Warszawy dowiedzieli się, że sygnalizacja na rodzie nie działa zażądali jej włączenia lub zwrotu pieniędzy. Czyli teraz na pewno światła zostaną włączone. A że pojawią się znów korki na drogach dojazdowych do ronda? Trudno. Przecież nikt w tym moim prowincjonalnym mieście nie przyzna się do błędnych decyzji z tak marnego powodu jak nerwy kierowców i pieszych.  

dziennik pesymistyczny

Klub mamusi i tatusia

Obublikował pavvel dnia Komentarzy: 4

Poranki w biurze są zawsze takie same. Smutne i zaspane postacie powłócząc nogami i ziewając zmierzają do jednego pomieszczenia gdzie czeka na nich dawka energii. Tym pomieszczeniem jest zaplecze socjalnie zwane po prostu kuchnią. Tam ludzie pracy zażywają w znacznych ilościach dozwolony prawem środek pobudzający, jakim jest kawa. Bo jak tu przeżyć biurowy poranek bez kubka kawy. Trzeba zebrać siły do wytężonej pracy przez najbliższe osiem godzin. Oczywiście są w kuchni też tacy, co bardziej preferują herbatę, ale są to najczęściej odludki, co to nie należą do wielkiego kręgu przyjaciół kofeiny. Jak już po całym pomieszczeniu rozniesie się zapach kawy to oczywiście nie może się obyć bez porannych rozmów. I tak towarzystwo kawoszy zacieśnia się do wewnętrznego kręgu, jakim jest klub mamusi i tatusia. Panie, i co ciekawe naprawdę nieliczni panowie, z wielką pasją opowiadają sobie historie z życia rodzinnego, okraszone opowieściami o nadzwyczajnych osiągnięciami własnych dzieci.

 

– Mój Wojtuś to dziś zrobił piękna kupkę – oświadczyła przyjaciółkom koleżanka z księgowości, chwaląc się tym niesłychanym wyczynem własnej pociechy.  A mnie, gdy to usłyszałem wypadł z rąk czekoladowy batonik. Pewnie nie muszę opisywać, dlaczego tak się stało i gdzie powędrowały moje skojarzenia. – A co? Miał jakieś kłopoty z kupką? – dopytywały wyraźnie zaintrygowane koleżanki. I oczywiście dostały w odpowiedzi szczegółowy opis tego, co Wojtuś wydalił. – Dziewczyny! Na Jezusa Nazaretańskiego! Czy wy nie macie litości? Ja tu batonik chciałem… a wy o kupie – wyraziłem swoje wątpliwości, co do tematu porannych rozważań w biurowej kuchni. – A co? Przeszkadza ci? Przecież nawet w reklamie występuje teraz kupa – usłyszałem w odpowiedzi od jednej z mamuś. – To takie ludzkie – dodały chóralnie.  I przeszły płynnie do rozważań na temat wyżynania się ząbków u maluchów oraz tego, co też Krysia, Jasio oraz Gabrysia powiedziały albo zrobiły. Ileż to można się dowiedzieć z takich opowieści. Że Krzysio to już czyta w wieku kilku lat. Że mała Moniczka to już jest taka dorosła, że potrafi samodzielnie siusiać do sedesu i nie korzysta już z nocniczka. Że Michałek to nie chce nic jeść, ale za to Jasio wszystko zjada z talerzyka. Siedzą sobie przy stoliczku każda z kawusią i rozprawiają z wielka pasją o swych milusińskich. I tak trwa w najlepsze poranne spotkanie w klubie mamusi i tatusia.

 

Przynależność do klubu jest oczywiście ściśle selekcjonowana. Na początku jest okres kandydacki. W nim są panie i panowie, co to starają się mieć dzieci. Im udziela się wielu szczegółowych rad. Otacza opieką w trudnych chwilach. Wspiera i zachęca do dalszych prób. Drugim stopniem wtajemniczenia jest ciąża. A jak wiadomo w ciąży są już nie tylko kobiety, ale pary. Więc to nie tylko paniom się radzi jak przejść przez kolejne trymestry. Można się dowiedzieć z tych porannych opowieści jak rozpoznać stan błogosławiony. Jak para przyszłych rodziców ma przejść przez okres pierwszych porannych mdłości oraz zmiennych nastrojów przyszłej mamy. Ileż to się można nasłuchać porad wszelkiej maści. Ile to opowieści snują panie o urokach stanu zaciążenia. Tylu szczegółów nie poznałem nawet w szkole na biologii. Takich ciekawych rzeczy mogę dowiedzieć się o poranku w biurowej kuchni.  I w końcu pani lub pan zostaje pełnoprawnym członkiem klubu. Gdy na świat przyjdzie niemowlak. Już od powrotu do pracy po urlopie macierzyńskim można opowiadać i opowiadać jak to pięknie być tatusiem lub mamusią.

 

Szczególnie o tym, że nie można spać. O tym, że dziecko płacze po całych dniach. O tym, że maleństwo jest po prostu cudowne. Ja wiem, że niektórzy mają wielką chęć podzielenia się swoją radością z faktu przedłużenia gatunku. Ale czy ja muszę wysłuchiwać tych szczegółów? Czy ja muszę wiedzieć o tym, że Kasia oraz Jasio, a także Michałek, robią już kupkę o właściwej konsystencji i w przewidzianym wszelkimi normami kolorze? Wiem, że dla wielu najważniejsza jest prokreacja, że to niemal całkowity sens ich życia. Ale może watro by zauważyć, że istnieje jeszcze maleńka grupa tych, co nie chcą mieć i nie mają dzieci. I że te wieczne opowieści o wyczynach milusińskich doprowadzają ich do stanu furii. W końcu biuro nie jest najlepszym miejscem do rozważań na temat laktacji, a kuchnia nie jest najodpowiedniejszym miejscem do opowieści o wyżynaniu się ząbków i konsystencji kupy. Zwracam się do was członkowie i członkinie klubu mamusi i tatusia – miejcie umiar w tych opowieściach z życia własnych pociech.  Tylko o to was pokornie proszę.

 

dziennik pesymistyczny

Katolickie akty odwagi wśród katolików

Obublikował pavvel dnia Komentarzy: 0

Odwróćcie się rodzice chrzestni do wiernych w tym kościele! – grzmiał ksiądz z ambony –  Popatrzcie na nich, moi mili… To naprawdę odważni ludzi – zwrócił się do zgromadzonych w kościele kapłan. Tak jakoś się złożyło, że trochę z potrzeby serca, ale bardziej niesiony na fali tradycji, znalazłem się w świątyni rzymsko – katolickiej w to największe chrześcijańskie święto. I do tego jeszcze trafiłem akurat na mszę połączoną z sakramentem chrztu nowo narodzonej dzieciny. Stałem sobie skromniutko za ostatnim rzędem ławek jak zawsze w takich razach związanych z wizytą w domu bożym. Starałem się być niewidzialny i nikogo nie widzieć. Pogrążyłem się w rozmyślaniach o wieczności, z których wyrwały mnie słowa: – Jak wielką trzeba mieć odwagę, aby zanieść tę dziecinę do kościoła! Bo taka deklaracja wiary jest w naszym kraju czymś wyjątkowym, odosobnionym i szczególnym! – Mówił ksiądz nawiedzonym głosem, co w tym miejscu zdecydowanie można było zrozumieć. Wychyliłem się ze swego oddalonego od ołtarza miejsca w kościele, aby zobaczyć tych, co tak wielką wykazali się odwagą. Zobaczyłem całkiem zwyczajną parę młodych ludzi, może tylko trochę zmieszanych tym wyróżnieniem ich odwagi przez księdza.

 

– Nasze nadmiernie zlaicyzowane społeczeństwo potrzebuje takich postaw, jakie prezentują ci odważni młodzi ludzie! Bo dziś przyznanie się do wiary, manifestowanie jej, jest wyjątkowym bohaterstwem – mówił ksiądz w uniesieniu.  A ci stojący przed ołtarzem tak jakby coraz bardziej zapadali się w sobie. Widocznie speszeni tym nadmiernym wyróżnieniem ich przed zgromadzonym w kościele tłumem wiernych. – Katolicy są w naszej ojczyźnie prześladowali! Więc wielkie trzeba mieć i waleczne serce, aby trwać niezłomnie przy wierze ojców naszych! – grzmiały wielkie słowa z ambony odbijając się echem od sklepienia ogromnej świątyni. Stałem w nieprzebranym tłumie w ogromnym kościele. Jednej z kilkudziesięciu takich budowli w najbliższej okolicy. Był dzień wolny od pracy, bo przecież tak stanowi prawo boże poparte prawami ludzkimi, czyli państwowymi. Jadąc do kościoła widziałem przy prawie każdym skrzyżowaniu kapliczki oraz krzyże, jako symbole wiary tego ludu. W samochodzie jedyną stacją radiową, która miała najsilniejszy sygnał była rozgłośnia z Torunia, która, jak przecież każde dziecko wie, jest katolickim głosem w naszych domach. W telewizji była o poranku transmisja mszy świętej. Potem jeszcze katolicki program dla milusińskich. I to wszystko w kraju, gdzie szczególnym i wyjątkowym aktem odwagi jest uczestnictwo w życiu katolickiej wspólnoty poprzez deklarację chęci zostania rodzicami chrzestnymi? Ależ odważnych ludzi mam zaszczyt oglądać! Warto było odwiedzić świątynię.

 

– Przyznawanie się to wiary katolickiej jest prawdziwym aktem odwagi! – prawie wykrzyczał ksiądz z ambony. A mnie się przypomniało, że ten duchowny oraz ja żyjemy w tym samym kraju, gdzie badania instytutu statystyki kościoła pokazują, iż ponad dziewięćdziesiąt dwa procent badanych deklaruje się, jako katolicy. Gdzieś czytałem, że nawet dziewięćdziesiąt osiem procent naszych rodaków to katolicy. Więc jak to jest, że te marne dwa procent społeczeństwa prześladuje tą przytłaczającą większość. I to w ten sposób, że nawet katolicki ksiądz w katolickim kościele wśród tłumu wyznawców rzymsko – katolickiej wiary musi pokazywać przed wiernymi tych, co to mieli odwagę przyznać się do wiary. Jak wielką moc mają ci nieliczni, że tak paskudnie prześladują te miliony?! Tak ich gnębią ci niegodziwcy ateistyczni, że prawdziwym i niebywałym aktem odwagi – według księdza proboszcza – jest przyznanie się do wiary w Boga. Tak prawdziwie odważani są ci, co manifestują swą wiarę wśród nieprzebranego tłumu wiernych.

Choć jeśli według instytutu statystyki kościoła, na dziewięćdziesiąt dwa procent deklarujących wiarę Polaków, tylko jeden procent mniej z nich wierzy w istnienie Boga, a tylko sześćdziesiąt dziewięć procent uznaje życie wieczne, to możliwe, że sami siebie prześladują. Faktycznie, ma ksiądz rację. Niełatwo jest być tym prawdziwym katolikiem w tłumie tych, co tylko deklarują katolicyzm. Ale czy Ci pseudo katolicy zwalczają tych prawdziwie i szczerze wierzących? Nie wiem, możliwe. Na pewno jest o tym przekonany ten kapłan, którego cytowałem.

 

dziennik pesymistyczny

Antybocian

Obublikował pavvel dnia Komentarzy: 1

W ten piękny kwietniowy poranek do biura wpadł jak wiosenna burza nasz pryncypał i już od progu zawołał gromkim i władczym głosem: – Jest Malinowski!? No jasne, że go nie ma. Głupie pytanie. Jakby nie widział, że go nie ma. Bo przecież pokój, w którym pracuję wraz z kolegami i koleżankami oraz nieobecnym Malinowskim, to nie żadna hala fabryczna o powierzchni kilkuset tysięcy metrów kwadratowych. To pokoik maciupci, na którym nic ani nie da się ukryć ani nikogo schować. Faktycznie dziewiąta godzina, a Malinowskiego nadal nie było. Co prawda nikt z nas jeszcze nie wpadł w wir morderczej pracy. Choć zasadniczo to od ósmej dane nam jest pracować dla dobra firmy. A jego, Malinowskiego jak nie było, tak nie było. Szef wyszedł zawiedziony i zły najwyraźniej, na tę lekceważącą go, poranną nieobecność naszego współpracownika. A my jak to każdy pracownik z rana oddaliśmy się porannej ciężkiej i wytężonej pracy. Czyli przeglądaniu gazet i serwisów internetowych przy przyjemnym aromacie porannej kawy. A Malinowskiego nadal nie było.

 

Po porannym herbaciano – kawowym rytuale biurowym zabraliśmy się do pracy, która miała naszej ukochanej firmie przynieść krociowe zyski. Nagle wpadł do biura ten, na którego wszyscy czekaliśmy obstawiając zakłady, co do długości jego spóźnienia do pracy. Padł na fotel przy biurku zdyszany i wysapał tylko do nas: – Był? Widział, że mnie nie ma? Mówił coś? Trzykrotnie przytaknęliśmy, co wzbudziło w nim prawdziwą rozpacz. Zaczął się zwyczajny dzień w pracy. Zapomnieliśmy szybko o rozterkach Malinowskiego, bo rozdzwoniły się telefony. Znów zaczęło się codzienne życie biurowe w firmie średniej wielkości z wielkimi ambicjami biznesowymi. I tak dzień płynął sobie swoim zwykłym pracowitym rytmem aż tu nagle… – Malinowski! Natychmiast do mnie! – to nasz boss przywoływał do swojego gabinetu, naszego szanownego kolegę. Nieszczęśnik zerwał się na równe nogi i blady jak ściana pobiegł na dywanik do szefa. A my jak nas było w pokoju kilkoro cichuteńko pobiegliśmy jego śladem, aby zająć dogodne miejsce do podsłuchiwania. W biurze panuje zwyczaj otwartych drzwi, więc nie musieliśmy zbytnio wsłuchiwać się w słowa płynące z gabinetu pryncypała.  – Malinowski, do nagłej i nieprzymuszonej…O której to się przychodzi do pracy?! – Ryknął nasz przełożony – to już trzeci raz w tym tygodniu. Masz coś na swoje usprawiedliwienie! – mam – odparł dziwnie spokojnie Malinowski – To wszystko przez bociany – dodał w drodze wyjaśnienia.

 

Jakie bociany? – Zapytał równie jak my, zaintrygowany pryncypał. A i my też chętnie dowiedzielibyśmy się, co z tymi bocianami. – Ano, panie szefie – rozpoczął opowieść Malinowski – jechałam sobie dziś rano do pracy a tu, co widzę?… Na drodze pełno ludzi. Samochody popakowane gdzie popadnie. Przejechać nie ma jak. Tłumy, ścisk, pisk, człowiek na człowieku. Wysiadłem i zaczynam wypytywać ludzi, co się stało? I okazało się, że na polu przy drodze leży krowa. To znaczy same szczątki krowy. Skóra tylko i kości zostały z biednego zwierzęcia. Krwi nawet nie bardzo dużo było. Ot, same kości. Chłop, pewnie właściciel krowy, rozpacza. Baba jego płacze. Ludziska ich pocieszają. Istna sodoma i gomora.  Starałem się dowiedzieć, co się stało. Ale wszyscy tylko kręcili głowami i mówili: jak to, co, to te cholerne bociany! Bociany? – jakie bociany myślę sobie. Ano bociany mówią mi ludzie. Podobno – kontynuował opowieść Malinowski – bociany zaatakowały krowę na pastwisku. Całe stado ich się zleciało. I tak ją w kilka minut rozdziobały do kości. Żab nie ma. Zimno jeszcze. To i nie dziwota, że takie wygłodniałe. Nadleciały i w kilka minut całą krowinę opędzlowały na miejscu…i odleciały. Takie to krwawe bestie!  I dlatego się spóźniłem – zakończył swą mrożącą krew w żyłach opowieść kolega Malinowski.

 

– I tak całą ją zjadły? – zapytał szef zadając pytanie, które i nas bardzo dręczyło. – Całą, tylko kości i skórę zostawiły – odparł nasz kolega.  – Straszne – odparł boss. I w jego głosie słychać było… czy aby na pewno? Tak, słychać było zrozumienie. – Wracaj do pracy Malinowski – rzekł tylko. A swoją drogą jakie te bociany? Zastanawialiśmy się w biurze. Niby takie ptaki sympatyczne. Pod ochroną. Ogólnie takie wrażenie niewinnych ptaszorów robią. Spacerują sobie po polach. Żabki niby jedzą. Trawki jakieś. Na tych swoich gniazdach stoją. Bestie jedne. Na czerwonych nogach chodzą po polach. A dzioby? Okazało się, że już wiadomo, od czego są takie czerwone. Takie nieszczęście. A krowa może mleczna była. A swoją drogą temu Malinowskiemu to się zawsze coś ciekawego przydarzy w drodze do pracy.  A nam to nigdy…nic.

 

dziennik pesymistyczny

Buttle zamiast Tuttle

Obublikował pavvel dnia Komentarzy: 23

Widziałem w telewizji reportaż o pewnym panu, który za niewinność trafił do więzienia na całe piętnaście dni. Pan Andrzej został zatrzymany w czerwcu ubiegłego roku we własnym domu na podstawie listu gończego wystawionego przez sąd w Toruniu. Policjanci wyprowadzili go skutego z domu na wsi i zawieźli do więzienia.  Pan Andrzej twierdzi, że cały czas starał się przekonać policjantów, że jest niewinny. Że nic a nic nie rozumie z zaistniałej sytuacji.  Że nie wie, o co chodzi z tym jego aresztowaniem. Że faktycznie tak, nosi takie samo imię i nazwisko jak poszukiwany przez sąd listem gończym przestępca, ale to zdecydowanie nie on. Głośno i stanowczo zapewniał o tym, że to straszna pomyłka… Ale nikt go nie słuchał. Zawieźli go do więzienia. Tam znów nikt go nikt nie wysłuchał, i tak sobie odsiedział te piętnaście dni za kogoś innego kto się za pana Andrzeja podawał. U nas nie wystarczy być niewinnym trzeba to dopiero udowodnić. Nie wystarczy zapewnienie niewinnego. Ważniejszy jest papier i wyrok niż opinia. No i wszystko zależy też od tego, kto jest godny zaufania. Złodziej kradnący tożsamość, czy poszkodowany i pomówiony o złodziejstwo, ale niewinny.

 

Wynika z tego, że w państwie prawa, prawna pomyłka może człowieka zaprowadzić do więzienia. I Na nic się zdają tłumaczenia, że się jest nie tym, kto do celi ma trafić zasłużenie, ale kimś zupełnie innym. Jest taki brytyjski film zatytułowany Brazil. Ukazana tam fikcyjna sytuacja bardzo pasuje do realnego przypadku pana Andrzeja. W filmie pewien pan w wyniku banalnej pomyłki wadliwego sprzętu staje się nagle i niespodziewanie wrogiem systemu. Komputer drukując nazwisko Buttle zamiast Tuttle doprowadził do serii nieszczęśliwych i przykrych dla pana Buttla zdarzeń. Niby nic a znaczy wiele. U nas nie komputer zawinił, ale system. Na początku bezsprzecznie był złodziej. I to jego schwytano na gorącym uczynku, w sklepie sieci Biedronka. Mężczyzna usiłował wynieść ze sklepu artykuły spożywcze warte około 16 złotych. Ten zabór mienia na tak wielką skalę udaremnili funkcjonariusze policji. Zatrzymany przestępca nie miał żadnych dokumentów, ale z własnej i nieprzymuszonej woli podał policjantom imię, nazwisko, imiona rodziców, numer PESEL oraz adres zamieszkania. Informacje zgadzały się z bazą danych i to wystarczyło policji do skierowania sprawy do sądu. Nikt jednak nie zadał sobie trudu, aby sprawdzić czy podający dane mężczyzna jest naprawdę tym, za kogo się podaje. Policja okazała się ufna w stosunku do złodzieja.

Sąd skazał zaocznie domniemanego złodzieja na piętnaście dni prac społecznych, ale ponieważ ten nie stawił się do ich odbycia, zamieniono mu to na areszt. Tu nadal nikt nie sprawdził poprawności danych ze stanem faktycznym. Następnie za uchylającym się od kary wystawiono list gończy, z którym po dwóch latach trafili do domu pana Andrzeja policjanci, by zatrzymać domniemanego uciekiniera. I przez cały ten czas nikt nie sprawdził czy ten, wokół którego kręcił się system sprawiedliwości jest tym, o kogo prawu właśnie chodzi. Pan Andrzej nie zdołał przekonać nikogo, że to pomyłka i odsiedział cały wyrok. Po wyjściu na wolność wynajął prawnika, który udowodnił w sądzie, że nie popełnił on zarzucanego mu czynu, a wyrok na niego wydano bezpodstawnie. Przez cały czas nikt nie słuchał głosu osoby niewinnej i nikt mu nie chciał pomóc.

 

No i jest jeszcze jedno, chyba najważniejsze. W całym tym reportażu nikt z urzędników i funkcjonariuszy państwowych nie poczuwał się do winy. Co prawda widzieli ewidentną pomyłkę, ale nie ich, tylko?… No właśnie, kogo? Bo na pewno nie ich. Wymiar sprawiedliwości nie poczuwa się do winy w tej sprawie. Podobno sprawa została rozpatrzona zaocznie zgodnie z procedurą, na podstawie materiałów dowodowych dostarczonych przez policję. Okazało się, że najważniejsze dla systemu są dokumenty nie człowiek. Nikt się żywego nie będzie pytał o jego niewinność. Jeśli na gościa papier jest, to się człowieka skazuje na jego podstawie. A urzędnicy? Im nic się za to nie stanie. Oni niewinni. Oni nie wiedzieli. Oni mają procedury. Nie czują się winni. A że człowiek siedział za niewinność, bo się nikomu nie chciało za przeproszeniem siedzenia ruszyć i sprawdzić poprawności podanych przez złodzieja danych? No cóż, miał gość pecha. A sprawiedliwość? A prawo? A przyzwoitość? A zwykłe przepraszam? Jak to mówił w Misiu pan szatniarz: Cham się uprze i mu daj! No skąd ja wezmę, jak nie mam?!

 

dziennik pesymistyczny

Ślub z rozwodem w pakiecie

Obublikował pavvel dnia Komentarzy: 1

– Odbierz mój polecony na poczcie – usłyszałem wychodząc z domu. Odpowiedziałem, że oczywiście chętnie to zrobię, ale wiedziałem też, że nie będzie to proste zadanie. Nie będzie proste, bo z moją dziewczyną, choć mieszkamy razem już dobrych kilka lat, to nadal nie mamy ślubu. Jakoś tak nie czuliśmy nigdy takiej potrzeby żeby przysięgać przed kimś to, co i tak sobie codziennie wyznajemy i w czym się spełniamy. Żadne dodatkowe urzędowe potwierdzenie jest nam niepotrzebne. Jednak państwo nie lubi takiej sytuacji. Choć nie tylko ono. Społeczeństwo w Polsce też nie bardzo akceptuje, że ktoś woli żyć razem bez potwierdzenia swej woli powagą kościoła katolickiego. Związków partnerskich nie akceptują urzędnicy pocztowi. Nie znosi ich pani w urzędzie. Nie lubi pani rejestratorka w przychodni. Dalej nie ma co wymieniać. Jak nie masz dokumentu na żonę czy męża to jesteś sam, mimo, że od lat jesteś w związku. Dla urzędniczej braci najważniejsze jest nie to, kto kim jest, dla kogo, lecz kto i na kogo posiada odpowiedni papier. Związek bez papierka to żaden związek.

 

– Kim pan jest dla tej pani – słyszę na poczcie czy w urzędzie. – Przecież tu jest inne nazwisko – głośno dziwi się pani urzędniczka a z nią wszyscy, którzy aktualnie stoją za mną w kolejce. – To moja dziewczyna – odpowiadam czasami zgodnie z prawdą. – Adres jest ten sam – odpowiadam – i to od wielu lat.  Choć bardziej lubię określenie konkubinat. – To moja konkubina! –  Mówię. Jednak dzięki mediom i służbom mundurowym ma to słowo tak bardzo pejoratywne znaczenie, że jak tylko je wypowiadam to od razu widzę oczami wyobraźni siebie, jako Zdzisława D. który wraz ze swą konkubiną Krystyną W. oddają się libacji alkoholowej w jakieś melinie. To istna policyjno – medialna nowomowa, która dokonała na tym niewinnym przecież słowie prawdziwej rzezi. Doprowadzając do tego, że w zasadzie zawsze i wszędzie przypisywane mu jest kryminalne znaczenie. A przecież zgodnie z opinią sądu najwyższego RP konkubinat to wspólne pożycie analogiczne do małżeńskiego. Tyle tylko, że pozbawione legalności państwowej lub kościelnej przypisanej do podstawowej komórki społecznej. Konkubinat nie odnosi się do związków osób tej samej płci, choć istnieje wielkie zapotrzebowanie wśród środowisk katolickich na właśnie takie postrzeganie związków partnerskich. Wiem, że w kościele ślub to sakrament, ale mimo że nominalnie jest nas katolików w tym kraju prawie dziewięćdziesiąt pięć procent, to w praktyce nie wszyscy są skłonni do wypowiadania słowa „tak” przed ołtarzem.

 

Jak wynika z sondażu GfK Polonia dokonanego na zlecenie gazety Rzeczpospolita, czterech na pięciu młodych Polaków uważa, że ślub kościelny jest potrzebny i nawet ważniejszy od cywilnego. Co ciekawsze jednocześnie dziewięćdziesiąt cztery procent respondentów akceptuje rozwód, jako zakończenie nieudanego związku. Czyli po polsku. Ślub plus rozwód w pakiecie. Tak klasycznie. Ten nasz swojski katolicyzm wybiórczy. Jestem katolikiem, ale co do zasad wiary to już sam sobie jestem papieżem. I zadecyduję, co tam mi się będzie podobać z zasad, które nominalnie wyznaję. Mentalność wyznaniową Polaków najlepiej ilustrują słowa wypowiedziane przez jednego z bohaterów powieści Ziemia Obiecana Władysława Reymonta: „Ja bardzo lubię te ceremonie wasze, w nich jest i piękny kolor, i ładny zapach, i dzwonienie, i światła, i śpiewy. A przy tym jak ja już muszę słuchać kazania, to niech ono będzie nienudne, niech ja słucham delikatnego mówienia o wyższych rzeczach, to jest bardzo nobl i to dodaje człowiekowi humoru i ochoty do życia!” Nic dodać i nic ująć. Kochamy śluby kościelne. Białe suknie, garnitury i wesela. Ale rozwody zdecydowanie też.

 

Nie chodzi mi o to żeby kogoś przekonywać do tego żeby nie brał ślubu kościelnego. To jego własne sumienie o tym decyduje. Wskazuję tylko na konsekwencję katolickiej przysięgi. Chciałbym też większej akceptacji dla związków partnerskich wśród urzędników i zwykłych ludzi.  Konkubinat to takie samo domowe ognisko jak to ze stosownym kościelno – państwowym papierkiem. Tu też jest obecna duchowa, fizyczna i ekonomiczna więź, łączącą kobietę i mężczyznę.  Konkubinat to małżeństwo przy braku cech sformalizowania woli wzajemnego pożycia. Niech ja już więcej nie czuję wzroku na plecach wytykającego mi, że nie przysięgałem w kościele. Bo jak wynika z sondaży nie to decyduje o trwałości związku. Ale zdecydowanie coś innego, czego nie da się sformalizować ani zalegalizować.


dziennik pesymistyczny

Partia czterdziestu siedmiu procent, jedynie

Obublikował pavvel dnia Komentarzy: 0

Normalnie jest tak, że jak ktoś uwielbia tańczyć to zapisuje się do klubu tańca. Jak ktoś pragnie poświęcić się modelarstwu dla przykładu, to znajduje sobie takich znajomych, którzy podzielają jego zainteresowania. Jak ktoś zbiera znaczki to można mieć przekonanie graniczące z pewnością, że się w to swoje hobby angażuje bezgranicznie albo przynajmniej bardzo. Jak ktoś uwielbia biegać, to wstępuje do jakieś sekcji i ten sport sobie trenuje? Lub przynajmniej jak to bieganie deklaruje to biega od czasu do czasu. Albo przynajmniej interesuje się sportem, jako kibic. Ale jest jedna dziedzina życia społecznego gdzie niewymagana jest żadna aktywność u tych, którzy się nią kiedyś zainteresowali. Jak ktoś z własnej i nieprzymuszonej woli zapisał się do partii politycznej, to pewnie zainteresowany był polityką. Ale jak widać po frekwencji w prawyborach prezydenckich w Platformie Obywatelskiej, takie zainteresowanie polityką nie jest u członków tej partii najważniejsze.

Jak informowała Hanna Gronkiewicz-Waltz, kierująca komisją prawyborczą, frekwencja wyniosła prawie czterdzieści siedem – osiem procent. Czyli przerażająco mało. To mniej więcej tak jakby na jedenastu zawodników amatorskiej drużyny piłkarskiej sześciu nagle straciło zainteresowanie najważniejszym w sezonie meczem. Sami chcieli grać w piłkę. Sami stworzyli drużynę. Trenowali. Ale jak przyszło do najważniejszego w sezonie spotkania to im się jakoś nie chciało. Uznali, że nie wyjdą na boisko, bo… Bo nie i już.  I choć trener namawiał, kibice zachęcali to oni jakoś nie wykazali zainteresowania meczem. Tak samo jest w członkami PO. Zapisali się do partii z własnej woli. Nikt ich nie zmuszał. Nikt końmi nie zaciągał do siedziby by tam wypełnili deklarację członkowską. Wszystko jest dobrowolne i poniekąd bardzo elitarne, bo jak na prawie czterdziesto milionowy naród to te czterdzieści kilka tysięcy członków praformy nie robi na nikim wrażenia. To taka kadrowa partia. A jednak nawet ci, co bardzo chcieli i zapisali się do tej elitarnej organizacji i tak nie byli zainteresowani najważniejszymi sprawami dla partii. W prawyborach zagłosowało ponad dwadzieścia jeden tysięcy członków Platformy. Czyli połowa prawie. To przerażająco mało.

Dziwią mnie bardzo słowa pani Gronkiewicz-Waltz, która powiedziała, że ten wynik jest lepszy niż się spodziewała, choć sama przyznała, że nie jest to powód do triumfu. Czyżby pani prezydent myślała ze zagłosuje tylko dziesięć procent członków partii? Jeśli tak, to prościej było do każdego z nich zadzwonić i zapytać, kogo chcą na kandydata na prezydenta RP. Taniej i prościej! Jak to jest, że ktoś będąc członkiem partii politycznej nie interesuje się polityką? To nie jest ogół społeczeństwa w Polsce. To ludzie, którzy wyrazili wolę uczestnictwa w działalności partyjnej wstępując do organizacji, ale jak przyszło do sprawdzianu ich zaangażowania, to okazało się, że ich to nic a nic nie obchodzi. Oczywiście istnieje jeszcze jedno wytłumaczenie tej prawie pięćdziesięcioprocentowej bierności wśród członków PO. Możliwe, że ci, co nie głosowali uznali, że nie po to się zapisali do partii żeby głosować na innych. Oni po to są w Platformie Obywatelskiej żeby być wybieranym i żeby na nich głosowano.

Jak się okazało wszyscy są strasznie zadowoleni w PO z przeprowadzonych prawyborów. A ja mam wrażenie, że to jedna wielka porażka. Bo jeśli w tak nielicznej partii tak nieliczni głosują, to ilu jest, zainteresowanych prawdziwie polityką, członków w mniejszych partiach? Jeśli koszt całej tej imprezy z prawyborami to ponad pięćset tysięcy złotych z funduszu partii, czyli naturalnie z pieniędzy nas podatników, to ile trzeba kasy, aby przekonać wszystkich Polaków? Jeśli przekonanie dwudziestu tysięcy członków platformy kosztowało pół miliona, to koszty przekonania tych z założenia niezainteresowanych polityką będą przeogromne. Czy takie są koszty demokracji? Czy to tylko przykład, że coś w tym wszystkim nie jest doskonałe?

 

dziennik pesymistyczny

Życie w nędzy za prawie dziewięć tysięcy

Obublikował pavvel dnia Komentarzy: 1

Senator w Polsce to ma straszne życie.  Bo jak powszechnie wiadomo tylko Cysorz ma klawe życie. Więc może tak nie robić sobie więcej żartów z senatorów i ogłosić, że każdy taki wybraniec narodu stanie się na okres swej kadencji, no może nie cesarzem od razu, ale na przykład księciem. Niech dostanie od narodu zamek warowny czy pałac przynajmniej. Może by tak podatek na utrzymanie jego książęcej mości wprowadzić, na wzór dziesięciny. Niech ma książę senator dwór i służbę. Plus dodatkową straż przyboczną. No i może dobra lenne. I pańszczyznę może wprowadzić na jego włościach senatorskich. Bo przecież senator Rzeczpospolitej nie może żyć w nędzy. Bo on za chwilę nie będzie miał na kampanię wyborczą pieniędzy. – Bo z tych, co dostaję z senatu, to jest k… psie pieniądze – żali się przedstawiciel narodu a my możemy to przeczytać między innymi w Tygodniku Podhalańskim, który jako pierwszy zamieścił stenogramy z wynurzeń senatora. Pan senator narzeka na zarobki, które mu fundujemy z naszych podatków. – Na ubranie k… dziewięć tysięcy, a teraz to nawet zaczęli mi płacić osiem i pół. Straszne pieniądze. Przeżyj se za to. A za trzy roki to auto zajeździsz. To jest urągające dla parlamentarzysty. Takie moje zdanie jest – narzeka pan senator. Chciałbym tylko tak na marginesie wspomnieć nieśmiało, że od stycznia dwa tysiące dziesiątego roku płaca minimalna wynosi w Polsce tysiąc trzysta siedemnaście złotych brutto. To są dopiero straszne pieniądze! –  Przeżyj se za to – jak mówi senator.

 

Faktycznie, wielkie jest poświęcenie senatora dla nas maluczkich. Jakże on się musi za te osiem i pół tysiąca złotych namęczyć. Jak on tam w tym parlamencie cierpi za miliony oczywiście w sensie nas, Polaków. Nie za te pieniężne przecież. Bo on żyje w nędzy prawie za dziewięć tysięcy.  A jakby tak do godności książęcych senatorów wynosić przy każdych wyborach? Miałby on wyżywienie klawe. Przede wszystkim już o świcie daliby mu do łóżka kawę. A do kawy jajecznicę… I miałby książę senator klawe życie. Że tak strawestuję słowa piosenki Andrzeja Waligórskiego. A tak mu płacą te marne osiem i pół tysiąca. Straszne pieniądze. Jak tu żyć? Nie tylko zarabia strasznie senator. On też mieszka strasznie! – A jaki k… pokój mamy. W jakich warunkach trzeba mieszkać. To k… bezdomni w Niemczech mają lepsze warunki – narzeka parlamentarzysta. Kiedyś był taki śmiały pomysł pewnego rzecznika rządu, żeby wysyłać śpiwory bezdomnym do Ameryki.  Podobno wielu chciało przenieść się tam razem z tymi śpiworami. Widzę tu rozwinięcie tego starego pomysłu. Może teraz należałoby w ramach pomocy przenieść senatora do noclegowni w Niemczech. W końcu sam twierdzi, że tam mają zdecydowanie lepiej. Niech się chłop nie męczy w sejmowym hotelu.

 

Specjalnie nie wymieniam z nazwiska senatora. Bo nie chcę wstydu robić większego biedakowi. I tak cierpi wystarczająco za marne pieniądze będąc parlamentarzystą. Wiem też, że istnieje nikła, ale jednak szansa, że takie wypowiedzi jak ta są tylko odosobnionym przypadkiem. Sam nie wierzę w to, co piszę, ale co tam, może i nie powinienem generalizować. Nie tak dawno dowiedziałem się od jednego z polityków, że Polska to dziki kraj. Teraz wiem, że ten senator nie chce zostać jakimś politykiem nienormalnym. Bo widać tylko on miał odwagę powiedzieć, że cierpi straszliwie.  Inni pewnie, ci bardziej nienormalni politycy też cierpią tylko, że w ciszy. Jakiż to straszny zawód ten polityk. Że płacą grosze to jedno. Najgorzej, że każą im mieszkać w slumsach prawie. – Rany boskie, czterdzieści roków temu robiona łazienka, kibel, sracz i kuchnia gotująca się – narzeka małżonka senatora. A po słowach senatora, to już tylko żałość za serce ściska.

 Woda koło kibla, wanna sto czterdzieści centymetrów, prysznica nie ma, taki Mitsubishi, że trzeba wodę w ręku trzymać i na kolanach klęknąć – opowiada senator. Straszne! Więc może jednak tak jak pisałem na wstępie podnosić senatorów do godności książęcych. Teraz tyle sprzętu i mebli wszelakich marnuje się po różnych muzeach. A tak by sobie książę senator mieszkał w pałacu. Łazienki miałby cudowne i z wygodami. I podnieść mu uposażenie do jakichś kilku milionów. Wtedy żyłby dobrze, gustownie i dostatnio. I mógłby śmiało zaśpiewać sobie przy goleniu…Dobrze, dobrze być cysorzem, Choć to świnia i krwiopijca.

 

dziennik pesymistyczny

Zlecenie na mistrzów kierownicy

Obublikował pavvel dnia Komentarzy: 4

Nie dalej jak kilka dni temu mój kolega pojawił się w pracy w bardzo podłym nastroju. Wszedł do pokoju, trzasnął drzwiami i opadł ciężko na fotel. Rzucił z nerwach teczkę na biurko i oznajmił wszystkim zgromadzonym – Znów dostałem mandat! To niesprawiedliwe… inni to ani jednego a ja już dwa! – Oni mnie chyba prześladują? Uwzięli się czy co? – Biadolił. O nie, nie uwzięli się na niego stróże prawa. Nie mam dla niego żadnego współczucia. Zdarzało mi się jechać z nim samochodem, jako pasażer i wiem dobrze, jaki ma styl jazdy.  On po prostu ma takiego pecha do radarów na drodze. A być może dla innych to niebywałe szczęście, bo istnieje znikoma, ale jednak szansa, że te mandaty dadzą mu do myślenia i skłonią go do wolniejszej jazdy. Choć jaki to pech, jeśli kolega rzeczywiście czasami traktuje drogę publiczną jak tor formuły pierwszej. Przecież jak się pędzi sto trzydzieści na godzinę tam, gdzie obowiązuje ograniczenie prędkości do pięćdziesięciu. Kolega zdecydowanie traktuje siebie jak drugiego po Robercie Kubicy na okręg naszego prowincjonalnego miasta oraz przyległych gmin, wsi i miasteczek.

 

Przypomniało mi się to wydarzenie sprzed kilku dni, kiedy wczoraj usłyszałem w telewizji o pewnym europośle, który dostał mandat za zbyt szybką jazdę a następnie oskarżył policję, że ta ze szczególnym uporem śledzi jego samochodowe eskapady. Jako żywo ten sam problem miał mój kolega z biura! On też, jak pan poseł, wietrzył spisek przeciwko sobie w tym, że stróże prawa ze szczególnym upodobaniem wlepiają mandaty właśnie jemu. A przecież jest tak wielu, którzy też pędzą drogami z prędkością odległą od tej przepisowej. To już jest dwóch tych prześladowanych przez strażników przepisów drogowych. No, dobrze. Faktycznie nie do końca istnieje tu podobieństwo. Bo ta nadmierna gorliwość policjantów wobec posła wyrażona jest tym, że oni informują nadmiernie opinię publiczną o tym, że parlamentarzysta dostaje mandat za mandatem. Setki posłów i senatorów są łapane, a tylko na niego jest jakieś mityczne zlecenie z policji, żeby o tym informować.  I to jest właśnie według posła prawdziwy skandal. Istne odstępstwo od zasad wszelkich norm prawych i sprawiedliwych.

 

– Jak się wytłumaczę żonie, że znów dostałem mandat – biadolił mój kolega z biura. Fakt, pięćset złotych drogą nie chodzi. A że to już kolejny wydatek z domowego budżetu, będzie to dotkliwe jeszcze bardziej. – Przecież muszę jej powiedzieć, że nie będzie nas stać na to, co zaplanowała, bo muszę mandat zapłacić – jęczał nam w biurze, licząc na zrozumienie, którego znikąd jakoś nie doświadczył. Pomyślałem, że on też jest prześladowany jak ten poseł. Bo się żona na niego uwzięła i za każdym razem jak policja da mu mandat ma w domu awanturę z udziałem dzieci, które pytają: tatusiu, dlaczego pan policjant dał ci mandat? A jakby tak nie informować żony – zastanawiał się kolega. Całkiem jakby nie informować obywateli, że ich europoseł dwa razy w ciągu trzech dni został uwieczniony na zdjęciach z fotoradaru. – Po co babcię denerwować niech się babcia cieszy – śpiewał Wojciech Młynarski.

 

 Dokładnie, po co społeczeństwo denerwować mandatami europosła niech się w niewiedzy cieszy. I podobną opcję niech zastosuje mój pechowy kolega. Po co on ma swą małżonkę i rodzinę denerwować. Jak nikomu nic nie powie o mandatach to uniknie awantury. Choć ja pozwolę się nie zgodzić ani z europosłem, ani z moim biurowym kolegą. Uważam, że państwowa policja powinna za każdym razem bez żadnej taryfy ulgowej informować o mandatach nałożonych na tego parlamentarzystę. Bo może to pozwoli mu opanować inklinacje do nadmiernej prędkości na publicznych drogach i skłoni do przepisowej jazdy. Może presja wyborców okaże się silniejsza niż nieskuteczne jak widać kary.  Tak samo mój znajomy powinien poinformować żonę o każdym nałożonym na niego mandacie. Bo wizja domowej awantury może powstrzymać go od nadmiernej prędkości skuteczniej niż drogie kampanie reklamy społecznej. I nikt tu nikogo nie prześladuje. Nie ma tu żadnego spisku. Chyba, że obaj panowie spiskują, aby pobić jakieś rekordy w ilości nałożonych przez stróżów prawa mandatów za nieprzepisową prędkość.

 

dziennik pesymistyczny

Grubi muszą biegać…

Obublikował pavvel dnia Komentarzy: 2

Miałem jeszcze kilka minut. W mojej fabryce, to jest w biurze, pracę zaczynamy o ósmej, a tu jeszcze kwadrans. O nie, za nic nie podaruję tych kilku minut wolności. Słoneczko świeci. Leciutki wietrzyk wieje. W drodze z parkingu postanowiłem, więc przysiąść na ławeczce w parku i kilka minut poczytać gazetę. Ledwo ją rozłożyłem i zagłębiłem się z lekturze,  której autor analizował różnice między pewnym Bronkiem a pewnym Radkiem, gdy usłyszałem sapanie. Ktoś dyszał tak jakby miał za chwilę zejść z tego świata i połączyć się w niebiosach z naszym stwórcą. Pomyślałem, że to jakiś staruszek pewnie pragnie ostatkiem sił dotrzeć do ławeczki i zasiąść obok mnie. Widziałem go oczami wyobraźni. Siwiuteńki staruszek przychylony do ziemi przez lata życia. Ale nie widziałem go przecież, bo mój nos i wzrok skierowany był w płachtę gazety.  Tchsześć….heeee…heeee…heee – usłyszałem ze zdziwieniem dość młody i do tego kobiecy znajomy głos. Znad gazety zobaczyłem moją koleżankę, w modnym stroju sportowym, w naciągniętej na blond główkę czapeczce. Czerwony kolor twarzy dziewczyny oraz chrapliwe rzężenie zwiastowały jej całkowite fizyczne wyczerpanie.  Dżizas! Gonił Cię ktoś?! – zapytałem z troską, zrywając się z ławki, by ratować niewiastę w potrzebie.

 

– Nie, nikt mnie nie goni. Tak sobie biegam troszeczkę dla zdrowotności – wyjaśniła dziewczyna, gdy doszła już do siebie na tyle, że mogła wymówić kilka słów bez narażenia się na hiperwentylację – Dla zdrowia?! Przecież ty ledwo żyjesz! – wyraziłem uzasadnioną troskę. – Ale ja muszę, przecież jestem gruba – stwierdziła moja koleżanka. Zlustrowałem pobieżnie zaróżowioną z wysiłku twarzyczkę. Potem całą sylwetkę dziewczęcia i stwierdziłem, że nie jest przecież aż tak źle, aby się doprowadzać do stanu kompletnego wyczerpania organizmu w pogoni za lepszą sylwetką. Ale ona rozwinęła już swoją opowieść o tym, jaka to jest gruba jak beczka.  O tym, że z tyłu jest jak szafa gdańska trzydrzwiowa. Że z przodu też nie jest tak jak być powinno. Że w pasie to już tragedia. Że nogi to istne drewniane, grubo ciosane kloce. Mimowolnie podążałem wzrokiem tam gdzie ona tam te mankamenty urody mieć powinna i miałem zdecydowanie odmienne zdanie na ten temat. A nawet, co do tego, co jej natura dała z przodu wyraziłbym podziw gdyby nie to, że mogłoby to być źle odebrane. Ograniczyłem się, więc do stwierdzenia – nie jest tak źle, nie przesadzaj. – Ja swoje wiem, jestem grubasem i muszę biegać. Bo grubi to już tak muszą się męczyć – stwierdziła zdecydowanym tonem.

 

Żal mi się zrobiło tej filigranowej blondyneczki. Bo jak tak dalej pójdzie to ta nasza i światowa kultura dobrego i szczupłego wyglądu ją wykończy. Przecież kult wyglądu atakuje ją, codziennie z kobiecych gazet, programów telewizyjnych, reklam i wszyscy jednym głosem wmawiają jej, że najważniejsze jest być szczupłym i wyglądać jak lalka Barbie. Rozbudowują w tym malutkim ciałku ogromne przeświadczenie, że o wartości człowieka, jako takiego stanowi jego wygląd. Że jak masz parę kilo więcej ponad mityczną normę to już nie jesteś ani trochę atrakcyjny czy atrakcyjna. – Jak chcesz wyglądać? – spytałem. – Chciałabym być wyższa, szczuplejsza – rozmarzyła się koleżanka. – Ale chyba nie planujesz wydłużania kości! – przeraziłem się. Nie planowała, choć chętnie dodałaby kilka centymetrów, jeśli chodzi o wzrost, a odjęłaby kilka centymetrów od tego, co ma w talii. Kto ją tak zmusza to takich wysiłków? Kto jej wmawia, że wszystkie dziewczyny i kobiety powinny wyglądać dokładnie tak jak pani w reklamie w gazecie, którą właśnie miałem na kolanach. Kto kreuje standardy piękności i atrakcyjności, i dlaczego? Nie wiem? Ależ wiem! Tam gdzie nie wiadomo, o co chodzi, chodzi o pieniądze.

Kto usiłuje sprzedać modne kobiece ubiory wyprodukowane w standardowych rozmiarach żeby było taniej i łatwiej. Presja stereotypów jest ogromna. Ustandaryzowana dziewczyna musi być chuda i już. A żeby utrzymać taki wygląd musi kupować. Preparaty ujędrniające skórę, żele ujędrniających biust i pośladki, kremy opóźniające starzenie, samoopalacze, kremy nawilżające, natłuszczające, preparaty likwidujące skutki zmęczenia czy niewyspania, szampony, płukanki, farby… że wymienię tylko te niektóre. I jeszcze te ubrania na każdą okazje. Rozumiem, wygląd jest ważny, ale ona jeszcze przed chwilą bliska była stanu, w którym potrzebna jest natychmiastowa pomoc lekarska. Po co to wszystko? Dla mnie, w sensie mężczyzny? Pewnie tak, choć ona twierdzi, że dla siebie i dla swojego lepszego samopoczucia. – Idę biegać – stwierdziła z wysiłkiem wstając z ławki.  – Lepiej jednak idź, nie biegnij, bo się wykończysz – popatrzyłem na nią ze współczuciem i troską. – Nie mogę – odparła – grubi muszą biegać. I potruchtała ku wschodzącemu słońcu generalizacji i standaryzacji wyglądu.