Yearly Archives

193 Articles

dziennik pesymistyczny

Polityczni męczennicy

Obublikował pavvel dnia Komentarzy: 2

Z pewnym niedowierzaniem obserwuję ostatnio, coraz u nas powszechniejsze symptomy sakralizacji polityki. Nie chodzi mi o to, że ksiądz proboszcz z mojej parafii przy każdej nadarzającej się miejskiej czy państwowej uroczystości zawsze jest blisko lokalnych polityków.  Raz przed nimi a raz za nimi. Ale zawsze w pobliżu. Ostatnio odnoszę wrażenie, że w polityce dokonało się coś, co na lata ją odmieni. W smoleńskiej tragedii zginęło wielu wybitnych polityków i to, że ich już nie ma zdecydowanie zmieniło naszą scenę polityczną. Ale niedobrym objawem tego, co się stało po tym wypadku lotniczym jest to, że pojawia się w wielu Polakach i Polkach wielka potrzeba szukania w tych, co tam zginęli, nowych męczenników. Przez ostatnie dwadzieścia lat mieliśmy w polityce wzorce ideowe, dawnych bohaterów bardzo od nas czasowo odległych. Gdzieś tam daleko od nas, zagubionych w naszej historii. Patrioci, dzielni wodzowie, wielcy myśliciele, bohaterowie idei. Wszyscy oni to pomnikowe postacie nadające się, jako przykłady dla ludu, ale jednocześnie tak bardzo od nas dalecy, bo żyjących przed laty.  Dziadkowie pamiętają tylko marszałka na kasztance, polityków drugiej Rzeczpospolitej i o tym opowiadali dzieciom. Z tego było tylko tyle, albo aż tyle. Ale chyba od zawsze we współczesnej naszej polityce istniało zapotrzebowania na nowe wzorce bohaterów. A tak, to dostaliśmy przez tragiczny los, nowych męczenników współczesnej polityki.

 

W wielu wypowiedziach przeważa ton, który wskazuje na tych, co zginęli w tragicznym locie, jako na męczenników. Politycznych męczenników za naszą ojczyźnianą, polską, patriotyczną, biało- czerwoną wiarę. Wielokrotnie słyszałem i w mediach i na ulicy słowa o tych, co zginęli w lotniczej katastrofie, że oto oni tam polegli. Do tej pory wydawało mi się, że słowo te zarezerwowane było dla tych, co ponieśli chwalebną śmierć w walce z wrogiem a nie w wypadku komunikacyjnym. Ale może jest w nas tak wielka potrzeba przykładów męczeńskiej śmierci, że nie dało się o tym mówić inaczej niż używając słowa polegli. Ile to razy słyszałem, że oni tam oddali życie za Polskę, czyli całkiem tak jak chrześcijański męczennik, który oddał życie za wiarę. Jadąc dziś do biura wiedziałem wielki plakat w żałobnych barwach gdzie obok daty 1944 umieszczono rok 2010. Dla mnie stawianie znaku równości między żołnierską śmiercią a katastrofą komunikacyjną jest sporym nadużyciem.  Wielokrotnie padały w mediach słowa, które w sposób znaczący zacierały istotną różnicę między stalinowskim mordem na niewinnych żołnierzach jeńcach, a dramatem katastrofy, który się tam zdarzył. To jednak nie to samo. Oba wydarzenia są dramatyczne, ale nie takie same. W tym samym miejscu prawie się dokonały, ale jednak nie tak samo.

 

Jeśli ktoś potrzebuje przykładów takich słów, o których piszę powyżej proszę bardzo. Nie tak dawno biskup łomżyński Stanisław Stefanek o tragiczne zmarłych pasażerach samolotu prezydenckiego mówił w wywiadzie dla radia: „zginęli męczennicy, których Bóg dopuścił na drogę Golgoty jego Syna. Złożyli największy dar własnego życia dla sprawy katyńskiej”. I stało się. Oto mamy nowych męczenników. I to naznaczonych przez dostojnika kościoła. Znów nam się tak jakby pokryła polityka z kościołem.Każdy niech będzie poddany władzom, sprawującym rządy nad innymi. Nie ma, bowiem władzy, która by nie pochodziła od Boga, a te, które są, zostały ustanowione przez Boga. Kto więc przeciwstawia się władzy – przeciwstawia się porządkowi Bożemu – pisał święty Paweł do chrześcijan w Rzymie. Dobrze, jest taka od wieków u nas i nie tylko u nas, wielka tradycja w tym, że polityk u władzy jest od razu prawie namaszczany boskim dotykiem. Ale może czas zmienić tę automatyczność w opromienianiu władzy przez boską światłość. Tak samo jak jest już najwyższa pora skończyć z twierdzeniem o tym, że wszelka władza pochodzi od Boga, tak czas powiedział jasno, że ważniejsze są dla polityka u władzy jego czyny za życia. Bo sama śmierć nie czyni nikogo wielkim. Wielkość buduje się zdecydowanie za życia.

Mam nadzieję, choć nikłą przyznaję, że ci, co zginęli w Smoleńsku nie staną się jednak męczennikami polskiej polityki. Że nie będą teraz podczas wyborów ich imiona obnoszone na plakatach i bilbordach.  Że ich pamięć o nich nie będzie zawłaszczana tylko dla jednej opcji politycznej. Niech nikt nas nie dzieli na tych prawdziwych patriotów i na tych, co już tak prawdziwi nie są, bo pozwalają sobie na krytykę dokonań tych, co zginęli w Smoleńsku. I niech nikt nikogo nie uszlachetnia na siłę. Bo jeszcze raz powtórzę: ważniejsze jest to, co dokonał polityk za życia.  Śmierć nie jest dla niego początkiem, lecz końcem drogi. I błędem jest czynienie z ofiar tragedii świeckich, politycznych czy państwowych męczenników.

dziennik pesymistyczny

Po co nam jest prezydent?

Obublikował pavvel dnia Komentarzy: 4

Od samego rana w radiu i w telewizji słyszę ciągle powtarzające się pytania: czy w wyborach na nowego prezydenta wystartować powinien marszałek? A może głową naszego państwa powinna zostać osoba z lewicy? A jak tak… to która? Czy godnym będzie najwyższego urzędu pan reprezentujący polską prawicę polityczną? A może nikomu nieznana osoba, która nagle sobie ubzdurała, że to właśnie ona stanie się najważniejszą osobą w kraju? I tak w kółko. I znów…I od nowa…I po raz kolejny… i zastanawiają się wszyscy w gazetach, telewizji i w radiu, kto dziś zdąży zarejestrować komitet wyborczy. A potem jak, będzie wyglądała gra wyborcza? Jak krwawa i czy uczciwa będzie walka o pałac prezydencki? A mnie się wydaje, że najważniejsze jest zadanie sobie dziś pytania: po co nam jest prezydent? Czy jest nam potrzebny taki urząd? Taka jednoosobowa najwyższa władza w państwie?

 

Teraz mamy tak, że zgodnie z zapisami konstytucji władza wykonawcza sprawowana jest w zasadzie przez radę ministrów, ze stojącym na jej czele premierem oraz przez prezydenta Rzeczypospolitej. Władzę polityczną stanowi u nas faktycznie rada ministrów. Zaś prezydent ma bardzo ograniczoną zdolność wpływania na decyzje aparatu władzy. Ja wiem, że historycznie jest to wszystko bardzo uzasadnione. Że w dawnych wiekach mieliśmy króla. Teraz mamy prezydenta.   Mamy kogoś osobowego, pojedynczego, człowieka po prostu, kogoś, z kim się łatwiej nam identyfikować, jeśli myślimy o sobie, jako państwie.  Urząd Prezydenta Rzeczypospolitej Polskiej istnieje od tysiąc dziewięćset dwudziestego drugiego roku. Czyli upłynęło już trochę czasu. Może właśnie teraz jest dobry moment na refleksje nad tym, czy taki urząd jest w Polsce potrzebny. Po trzydziestym dziewiątym roku depozytariuszami tego urzędu byli prezydenci Polski na Uchodźstwie. W czasach Polski Ludowej urząd ten powołano w roku czterdziestym siódmym ubiegłego wieku i przetrwał tylko pięć lat. Do pomysłu powoływania prezydenta w naszym kraju wrócono w tysiąc dziewięćset osiemdziesiątym dziewiątym roku na skutek ustaleń Okrągłego Stołu. Oczywiście ten pierwszy prezydent od wielu lat był też ostatnim w PRLu. Potem mieliśmy prezydentów nowej Polski: Lecha Wałęsę, Aleksandra Kwaśniewskiego i Lecha Kaczyńskiego.

 

Ci ostatni wybrani w powszechnych wyborach prezydenci najczęściej pozostawali w stałym konflikcie z władzą wykonawczą. Czy taka dwugłowość władzy sprzyja naszemu państwu? Doświadczenia ostatnich lat nie skłaniają do takich wniosków.  Czy naprawdę w imię tradycji potrzebna jest nam jednoosobowa instytucja władzy, praktycznie bez żadnej możliwości sprawnego rządzenia? Czy potrzebny jest nam symbol, jako taki? Czy pojedyncza osoba, na tyle nas jednoczy w poczuciu ciągłości państwa, że naprawdę warto, co pewien czas wybierać spośród polityków jednego polityka, który już w dniu wyborów nie tyle nas połączy, co podzieli. Nie wierzę i nie wierzyłem nigdy w szumne deklaracje wstępujących na urząd kolejnych prezydentów o tym, że każdy z nich od razu zapomina o tym, z jakiego kręgu politycznego się wywodzi i z dnia na dzień stanie się prezydentem wszystkich Polaków.

 

Może czas powrócić do starych, starożytnych w zasadzie wzorców. Może czas na republikę! Na państwo, w którym rządy sprawują wybierani na krótkie kadencje urzędnicy. Może jeden ośrodek władzy na jedno państwo wystarczy. Może wystarczy nam jak tylko rządzić będzie nami premier ze swą radą ministrów. A ustawodawczo sejm jedynie. Tak wiem… Nie może być tak prosto. Nie po to kilkaset tysięcy ludzi żyje z istnienia instytucji państwowych, aby je na swoją zgubę ograniczać. Ale może jednak warto się opamiętać? Czy nie możemy, choć sam nie wiem, dlaczego rządzić się sami? Bez pośredników. Potrzebna jest nam prawdziwa armia urzędników, którzy tworzą wrażenie, że zrobią to lepiej niż my sami. Los sprawił, że w tragiczny sposób zostaliśmy pozbawieni wielu ludzi z najwyższych kręgów władzy. Wielu wydawało się, że już po nas, po państwie, że ta tragedia zachwieje jego strukturami tak bardzo, że wszystko rozpadnie się w proch i pył, a nas pochłonie rumowisko. Tak się nie stało. Choć zabrzmi to strasznie… To jednak używając słów samych urzędników państwowych: „państwo sobie poradziło”.  Więc może naprawdę nie jest nam potrzebne stanowisko prezydenta. Może warto to zakończyć. Pewnie będzie wiele głosów za tym żeby jednak wybierać kolejnego prezydenta. Ale pewnie też jest przynajmniej kilka osób, które się z tym nie zgodzą.  Może w sytuacji zagrożenia, wzorem starożytnych, wybierajmy czasowo jednego urzędnika na prezydenta. W Rzymie był to urząd dyktatora, ale chyba nie mam odwagi na taką nazwę. Może jak będzie taka potrzeba to niech wybrany przez nas prezydent sprawuje władzę najwyższą w naszym imieniu, władzę prawie niczym nieograniczoną, ale, przez co najwyżej sześć miesięcy.

 

dziennik pesymistyczny

Tęsknota za dobrym słowem

Obublikował pavvel dnia Komentarzy: 71

Dowiedziałem się od mojego przyjaciela, na stałe mieszkającego w zachodniej Europie, że ten szczęściarz tak właściwie bez powodu ma dziś w pracy kolejną imprezę z okazji zbliżającego się weekendu. Nie żadne tam spotkanie we własnym gronie zorganizowane prywatnie przez pracowników po skończonej pracy. O, nie. To takie specjalnie przygotowane przez szefostwo firmy spotkanie pracowników. Choć w zasadzie nie ma w tym nic nadzwyczajnego, bo takie spotkania w gronie współpracowników należą do tradycji tej firmy. Taki to zwyczajnie nadzwyczajny grill i piwko po skończonym tygodniu pracy.  Do tego, co ma być na ruszcie i tego, co będzie do picia dorzucił się finansowo w znacznej części szef firmy.  I tak sobie wszyscy pracownicy i szefostwo razem zaczną przyjemnie weekend. Boże, jakie to odległe od naszej rzeczywistości.

 

U nas jest zdecydowanie inaczej. Nie wszędzie pewnie jest tak dobrze, ale chodzi o jakieś zachowania, które tu i tam są normą.  To, co na zachodzie czasem jest normą, u nas jest jakimś nadzwyczajnym działaniem. U nas pracownik, już na dzień dobry w ramach motywacji dowiaduje się najczęściej od przełożonych, że nie jest zbyt wydajny i że powinien więcej jeszcze pracować. No i pewnie dowie się na dokładkę, że weekend też mam zajęty. Bo jest jeszcze tyle do zrobienia, że nie starczyło dzisiejszego dnia. Nie starczyło poprzedniego tygodnia.  A nawet następnego tygodnia nie starczy. I do tego wypadnie jeszcze pilna robota, która wymaga od pracownika pracowniczej aktywności w sobotę i niedzielę. Niektórym to nie przeszkadza. Ja to jestem nawet przyzwyczajony. Traktuję już od dawna firmy w których pracuję jako najemnik, całkiem tak jakby były moje. Taka niezbyt dobra cecha charakteru. Więc nie jest dla mnie niczym nowym, że poświęcam dla pracy więcej, niż można by tego się spodziewać po tym ile w niej zarabiam. Ale pieniądze nie są dla mnie najważniejsze. Nie można bez nich żyć, to prawda, ale czasami nie tylko to się w życiu liczy. Ja już taki jestem, że jak coś robię to zdecydowanie za bardzo się z tym identyfikuję.  Wiem, że to źle, ale co tam… Już taki jestem. Jednak ani ja, ani nikt z moich znajomych nie chce być traktowany przez zwierzchników nie jak współpracownik, ale jak zasób ludzki. Całkiem tak jakoś bezosobowo.

 

Opowiadał mi inny mój znajomy pracujący od dawna na Wyspach Brytyjskich, że za nic nie mógł się przyzwyczaić do tego, że jego szef podchodził do niego na ulicy podczas przypadkowego spotkania na niedzielnym spacerze i zawsze znajdował chwilę, aby z nim porozmawiać.  W Polsce przyzwyczajony był mój przyjaciel, co najwyżej do burkliwego: dzień dobry. A tu tyle życzliwej wylewności ze strony przełożonego wraz z niezobowiązującym pytaniem o jego życie prywatne. Takie to było przecież inne i podległe od standardów w polskich firmach. Jednak ja nadal bym tak nie generalizował, że u nas jest wszędzie źle. Ale faktycznie jest tak, że w Polsce rzadko można się spodziewać od przełożonego (Polaka) kilku słów zachęty do pracy. Oczywiście nie mówię tu o słowach: bierz się do roboty, bo jak nie to cię zwolnię. Chodzi mi tu bardziej o to, żeby można było usłyszeć coś naprawdę motywującego. Może pochwałę? Jakieś wsparcie słowne? – Dobra robota, pracuj tak dalej – mogą naprawdę pomóc, a nic nie kosztują. Naprawdę trudno u nas o takie motywacyjne słowa zachęty ze strony przełożonego.

 

To, co napisałem do tej pory i co napiszę poniżej to nie jest żadne narzekanie. Albo jest, tylko w małym stopniu. Wiem, że pewne zachowania są wspólne bez względu na to, w jakim kraju pracujemy. Wyzysk i brak poszanowania dla pracowników pewnie zdarzają się wszędzie bez względu na położenie geograficzne firmy, w której przyszło nam pracować. Pewnie jest wiele miejsc gdzie jest jeszcze gorzej. Ale zapewne jest wiele miejsc gdzie jest lepiej. Ten tekst to taki apel o to, żeby czasem pracodawcy dostrzegali w nas ludzi, nie tylko siłę roboczą. Niech dostrzegą, że oprócz tego, że dostajemy za pracę pieniądze, czasami oczekujemy też za nasz wysiłek włożony w rozwój firmy innej formy uznania. Innej niż finansowa. Niech to będzie przynajmniej kilka słów zachęty. Zmotywowania. Pewnie nikt z polskich pracowników tak jak i ja nie oczekuje jakichś dramatycznych gestów ze strony szefów. Ale przecież jest wiele okazji do zmotywowania pracownika.  Może warto czasem wykonać niewielki gest. Może koniec tygodnia i spotkania w pubie to dobry moment do podsumowania tygodnia pracy. Przecież motywacja pracownika niekoniecznie wiąże się z kosztami, a bezkosztowe metody, jeśli się ich dobrze użyje, dadzą lepszy skutek niż pieniężne. Pracodawco! Dostrzegaj, że pracują dla ciebie ludzie, a nie zasoby ludzkie!

 

dziennik pesymistyczny

Zwykły niezwykle drogi list

Obublikował pavvel dnia Komentarzy: 2

W tych czasach zaglądając do skrzynki na listy nie spodziewam się raczej listów od przyjaciół czy znajomych. Jeśli zbliżają się kolejne święta to możliwa jest kartka pocztowa z życzeniami. I jak już jest tam jakiś list, to mam przepuszczenie graniczące z pewnością, że koperta znajdująca się w mojej przegródce zawiera jakiś rachunek, ponaglenie do spłaty kredytu lub w najlepszym razie reklamę. Zdecydowanie banki to firmy, które chyba najbardziej wytrwale kultywują sztukę epistolarną w naszym współczesnym świecie. Teraz to nie ludzie listy piszą. Teraz to raczej instytucje piszą listy do nas. I co ciekawe przeważnie nie oczekują odpowiedzi, ale innego działania, które pociąga za sobą sięgniecie głęboko do portfela.  Dostałem wczoraj list! Na półeczce w skrzynce na listy oznaczonej numerem mojego mieszkania leżała biała zwykła koperta, nie posiadająca nawet znaczka pocztowego. W jego miejscu znajdował się tylko czerwony stempel. Było też oczywiście logo mojego banku. A więc znów do mnie napisali. Ciekawe, kto tym razem? Jakaś pani z biura kontaktów z klientem? A może pan z departamentu do spraw bardzo ważnych informował mnie listownie o zmianie jakiegoś numeru telefonu w centrali banku? Może to kierowniczka referatu specjalnie do mnie wysłała tabele z nowym kursem franka szwajcarskiego? Ach… to napięcie! Ta niepewność! To nie to samo, co kliknięcie na nowego maila w komputerze.

 

I oto jest! Po otwarciu koperty dowiedziałem się, że bank wzywa mnie do zapłaty kolejnej raty kredytu hipotecznego.  No tak zapomniałem zapłacić. Moja wina…Moja wielka…wielka wina. To znaczy zapłaciłem to, co byłem winien bankowi w tym miesiącu, ale z opóźnieniem. Czyli już zapłaciłem uff… ulga. Wszystko dobrze. Patrzę na datę w nagłówku listu. Czternasty kwietnia. Czyli zdążyłem zapłacić wcześniej niż ten list dotarł do mnie. Jeden dzień wcześniej… ale co tam przecież mój a właściwie wszystkie banki chwalą się, że księgują wpływy na bieżąco, więc ten wpływ na ich konto, co to jest datą spłaty mojego zadłużenia jest pewnie tego samego dnia albo najdalej dnia następnego. Bardzo grzecznie pani kierowniczka od windykacji z centrali mojego banku informuje mnie, że pewnie zapomniałem o nich w tym miesiącu i ona mi tym listem przypomina, że zobowiązałem się to terminowych wpłat rat za kredyt. I słusznie. Ma pani kierowniczka z windykacji rację. Jestem jakiś taki zapominalski ostatnio. Na nic nie mam czasu. Niech może wytłumaczeniem będzie to, że jestem zapracowany ponad miarę i właśnie przez to zarobienie na śmierć zapomniałem im zapłacić tę kolejną ratę. No, ale pracuję też dla nich bo przecież zarabiam aby spłacać kredyt. Może wybaczą? Zapomną mi to spóźnienie? Napisać do nich? Napiszę i przeproszę postanowiłem.

 

Oni tam pewnie w tym banku tak to mnie osobiście, w nagłówku przecież moje imię i nazwisko. Szanowny Panie… Pełna personalizacja. Więc może im odpiszę, bo oni do mnie tak z troską z tak osobistym listem się zwracają. I naprawdę postanowiłem odpisać do nich. Tym bardziej, że bank ma w zwyczaju do upadłego niepokoić mnie telefonami jak tylko spóźnię się z płatnością. Nie dość, że dzwonią i przypominają mi o tym moim roztargnieniu to jeszcze i specjalnie do mnie napisali. Telefonicznie umówiłem się z panem z banku na datę spłaty, więc nie powinni być zaskoczeni tym, że zapłaciłem trzynastego kwietnia. List jest z czternastego, ale może to jakiś duży budynek i ta pani kierowniczka z windykacji urzęduje w innej jego części niż ten miły pan, co dzwonił do mnie. Pewnie się jeszcze nie dogadali stąd to przypomnienie o tym, czego dokonałem i tak dzień wcześniej. A tu nagle wzrok mój pada na kolejny akapit listu. O proszę!  Nie tak znów bezinteresownie do mnie napisali ten list!

 

Koszt wysłania tego listu zwykłego do mnie, mój bank wycenił na osiem franków szwajcarskich i dodatkowo pięćdziesiąt centymów. Sporo jak na list zwykły wysłany zwykłą pocztą. Żaden tam polecony. No i po magii. Teraz dopiero zobaczyłem, że list to zwykły lekko wyblakły wydruk. Nawet znaczka nie nakleili. Pożałowali mi znaczka?  Nie żebym jakoś go szczególnie potrzebował, ale za tyle pieniędzy to mógłby być jakiś piękny znaczek.  Za tyle pieniędzy to może tak osobiście by się pani kierowniczka podpisała. A nie tak z drukarki do mnie. Za co tyle pieniędzy oni ode mnie chcą. Przecież nawet jakby zatrudnić specjalnie dla mnie osobnego pracownika do korespondencji ze mną to ten list nie kosztowałby tyle pieniędzy. Nawet jakby go ręcznie napisać. Wykaligrafować pięknie wiecznym piórem.  Na czerpanym papierze i w ozdobnej kopercie. To i tak nie byłoby to warte tyle pieniędzy. No i już w zasadzie wolę żeby do mnie mailem wysyłali, niż tak za tyle pieniędzy pocztą zwykłą. Choć w zasadzie nie zwykłą. Bo przeraźliwie drogą.

 

dziennik pesymistyczny

Teorie spiskowe pana posła

Obublikował pavvel dnia Komentarzy: 3

Bo w życiu to już jakoś tak jest, że najprędzej zwraca na siebie uwagę idiota – takie wypowiedziane przez gefrajtra Kanię zadanie pochodzące z komedii CK Dezerterzy przypomniało mi się dziś, gdy usłyszałem w telewizji kilka cytatów z wypowiedzi pewnego posła prawa i sprawiedliwości. Ten osobnik, którego specjalnie nie wymieniam z nazwiska, aby nie promować go zbytnio wypowiedział się w sprawie katastrofy rządowego samolotu pod Smoleńskiem. I tylko dla pewnej jasności zacytuję tu słowa posła: – „Nie tylko ja odnoszę wrażenie, że nawet gdyby prezydencki samolot został zestrzelony ogniem artylerii przeciwlotniczej, to i tak byśmy się dowiedzieli, że to była wina pilotów” – twierdzi parlamentarzysta prawy i sprawiedliwy, który snuje swoje przepuszczenia, co do przyczyn tragedii, w gazecie Nasz Dziennik. Odnoszę włażenie po przeczytaniu tych słów, że poseł zapewne myśli, że władze Rosji, a właściwie cały ten kraj powstał tylko po to, aby gnębić Polaków. W udzielonym Naszemu Dziennikowi wywiadzie parlamentarzysta mówi, że: „Każdy ma prawo dzielić się swoimi wątpliwościami”. Zdecydowanie się z tym zgadzam, ale uważam też, że sugerowanie tego, że samolot prezydencki mógł być zestrzelony jest przynajmniej grubą przesadą. Jeśli nie zwykłą głupotą.

 

Sprawiedliwy i prawy poseł jest od lat znany z tego, że to, co mówi jest kontrowersyjne żeby nie użyć słów idiotyczne. On właściwie niewiele się odzywa, ale jak już coś powie… to klękajcie narody. Prawie nikt go też nie cytuje, a ja to robię tylko, jako studium przypadku. Nie można jego wypowiedzi znaleźć z wielu gazetach czy usłyszeć jego opinii w radio czy w telewizji. Ale jest jedna gazeta, w której dość często można znaleźć wypowiedź posła. Jest nim Nasz Dziennik. Polecam, jeśli ktoś uwielbia teorie spiskowe, które w żaden sposób nie trzymają się sensu. Tam czytelnik znajdzie odpowiedzi na wszelkie wątpliwości i wytłumaczenie wszelkich tajemnic naszego doczesnego życia. I to, jakie oryginalne wytłumaczenie! Zapewne jest tak, dlatego że dziennik, jako pismo katolickie doskonale zna słowa ósmego przykazania: Nie mów fałszywego świadectwa przeciw bliźniemu swemu. I jak widać stara się to wcielać każdego dnia w życie. – Dziwiło nas też to, że jako przyczynę katastrofy podano zachmurzenie – przecież rano widoczność była idealna – mówi poseł. I w dzienniku można przeczytać notatkę o tym jak to łatwo jest wywołać sztuczną mgłę. I mamy nową teorię spiskową.

 

Nasz parlamentarzysta już wcześniej nie ustawał w poszukiwaniu ukrytej prawdy. Pamiętne jest jego wystąpienie w sejmie gdzie zaraz po wyborze Obamy na prezydenta stanów zjednoczonych głosił upadek cywilizacji białego człowieka. Potem zaatakował z werwą, godną lepszej sprawy dmuchany balonik. A właściwie duży balon i to niebieski. Gdy ten został ustawiony w sejmie, aby promować wybory do Parlamentu europejskiego. Nie spodobał się panu posłowi. Ale nasz sprawiedliwy i prawy parlamentarzysta nie poprzestał na balonikach. Zaatakował też, w trosce o nas maluczkich, „urągającą prawdziwej sztuce” wystawę Ars Homo Erotica planowaną na lipiec tego roku w Muzeum Narodowym w Warszawie.  Ale i jego zaatakowano. W związku z otrzymywanymi od kilku tygodni od homoseksualnych aktywistów pogróżkami poseł wysłał do Prokuratury Rejonowej w Bielsku – Białej zawiadomienie o podejrzeniu popełnienia przestępstwa. Początkowo zamierzał sprawę zbagatelizować, ale jego niepokój wzbudziły liczne SMS-y z groźbami karalnymi.  Ale poczucie prawa i sprawiedliwości posła nie pozwoliły mu się ugiąć przed zagrożeniem i mimo wszystko nie zamierza zrezygnować ze swojego protestu przeciwko wystawie.

 

– Jeszcze raz powtarzam – jest duża sfera niejasności. Historia uczy nas podchodzić z dużą dozą ostrożności do tego, co twierdzą rosyjskie władze – dzieli się swymi wątpliwościami z czytelnikami Dziennika pan poseł. A mnie się wydaje, że duża „sfera niejasności” znajduje się w słowach pana posła. I chyba jest zasadne zadanie publicznie pytania, jaka jest tego przyczyna. I mówię to tylko i wyłącznie z troski o zdrowie parlamentarzysty. Bo te historie spiskowe o katastrofie samolotu rządowego, czy głoszenie przez niego końca cywilizacji, przypominają mi znów komedię cytowaną na wstępie. Tam pewna postać grająca lekarza mówi o pewnym oberlejtnancie: Nie zdziwię się, jeśli dziś będzie twierdził, że napadła go załoga angielskiej łodzi podwodnej, która jakimś cudem ominęła blokady na Morzu Czarnym, wpłynęła do Dunaju, jakimś dopływem dostała się do nas, potem rurami kanalizacyjnymi podjechała do sracza i zakotwiczyła w oczekiwaniu pana Oberlejtnanta

dziennik pesymistyczny

Jak Bambi

Obublikował pavvel dnia Komentarzy: 101

Zaparkowałem samochód na parkingu przy firmie. Gdy wysiadałem usłyszałem za sobą znajomy głos: Proszę pana, przepraszam… Mogę podejść na chwilę? Chciałam o coś zapytać. Odwróciłem się i zobaczyłem młodą kobietę, dziewczynę właściwie, która wpatrywała się we mnie z nadzieją. I strachem. – Proszę bardzo – odpowiedziałem i jak zawsze, gdy to do niej mówiłem, gdy ją tak zapraszałem do podejścia do mnie, miałem dziwne uczucie zmieszania. Bo jakoś tak dziwnie jest udzielać zezwolenia na zbliżenie się do siebie. Co ja jestem jakiś władca, udzielny książę? A dziewczyna w tym czasie zbliżyła się do mnie na odległość wyciągniętej ręki. I po raz kolejny zobaczyłem ten jej wyraz twarzy. Te jej ostrożne ruchy. Każdy, kto choć raz starał się pogłaskać dzikie i nieufnie zwierzę wie jak to wygląda. Ona podchodziła do mnie w taki specyficzny sposób, że miałem wrażenie, że od razu ucieknie gdyby, choć przez chwilę wyczuła zagrożenie. Nie wiem, dlaczego ale przypomina mi ta kobieta…no nie wiem płochliwą sarenkę, która skuszona czymś smacznym chciałaby podejść i jednocześnie śmiertelnie się boi czyhającego na nią niewidocznego jeszcze zagrożenia.  Już wiem gdzie widziałem taką minę. Taką napięta do granic możliwości sylwetkę. Taką wielką czujność. Takie oczy. To Bambi z tej starej wzruszającej kreskówki o jelonku, któremu myśliwi zabili mamę.

 

– Ja pamiętam… Pan mi już pomógł kilka razy. Ale wie pan ja mam taką trudną sytuację…Czy może mi pan jeszcze raz pomóc – zapytała, gdy już stanęła w bliżej, ale nadal w bezpiecznej odległości. Spoglądała na mnie wielkimi oczami spod spuszczonej, w jakimś dziwnym przestrachu, głowy. Mogłem i pomogłem. Wyszukałem w kieszeni trochę pieniędzy i podałem na wyciągniętej dłoni. Złapała monety tak jak to robią nieufne pieski z podawanym im smakołykiem. Zabrała i lekko odskoczyła. Potem bardzo grzeczne podziękowała. Dodała kilka słów o swoim ciężkim losie. I poszła do następnej osoby. Taka scena rozgrywa się na parkingu, co pewien czas. Nie tylko do mnie podchodzi dziewczyna prosząc o wsparcie. Różnie też ludzie na nią reagują. Ale jej skuteczność jest zadziwiająco dobra. Czy to wynik techniki proszenia o wsparcie? Może. Ale jest coś w tej dziewczynie takiego, co nie pozwala przejść obok niej obojętnie. Ma w sobie coś takiego, co mają też zwierzęta. To, co sprawia, że nie możemy przejść obojętnie obok rannego pieska, sprawia też, że nie możemy odmówić tej proszącej o wsparcie dziewczynie. I jeszcze jedno. Mam nieodparte wrażenie, że ona się przez cały czas boi. To tak jakby strach był widoczny. Jakby ją otaczał i stanowił z nią integralną całość. Z góry przepraszam za porównanie, ale jej zachowanie przypomina mi psa, który był bity przez ludzi. On już nigdy nie obdarzy człowieka zaufaniem. Zawsze, choć nawet będziemy go kochać coś w jego zachowaniu sprawi, że będziemy czuć wielką nieufność ukrytą gdzieś na dnie. I tak właśnie się czuję w obecności tej dziewczyny.

 

Wiem, że jest wiele technik żebrania. I że z pewnością bardzo dużo osób zajmuje się tym zawodowo. Ale wolę o tym nie myśleć. Za każdym razem jak udzielam wsparcia, mam nadzieje, że ten, kto prosi mnie na ulicy o finansowe wsparcie to nie jest właśnie ten ktoś, kto zawodowo zajmuje się tym procederem. Że ten, komu daję pieniądze naprawdę potrzebuje mojej i innych pomocy. Że to bieda zmusiła tych ludzi do takich zachowań. Bo jakże wielką trzeba mieć siłę charakteru. Ile samozaparcia i ile odwagi, aby w taki sposób szukać pomocy w nieczułym przecież w swej przerażającej większości społeczeństwie. Trzeba dużej wytrwałości, aby szukać wsparcia wśród ludzkiej obojętności i szyderstwa. Nie jest łatwo żebrać. Nie jest łatwo prosić o wsparcie na ulicy. Każdy, kto próbował coś w życiu sprzedać wie, że najtrudniej jest sprzedawać coś, co nie ma dla drugiej osoby wartości. A w naszym egoistycznym społeczeństwie krzywda i bieda innych nie ma za dużej wartości.

 

Jeśli to tylko technika wyłudzenia ode mnie pieniędzy to też warto to nagrodzić. Bo naprawdę wśród wielu żebraków w moim mieście ta dziewczyna wyróżnia się zdecydowanie. Nie epatuje swoim kalectwem. Nie jest nachalna. Nie wykorzystuje dzieci. Nie narzuca się, ale też nie jest bierna. Jeśli to tylko aktorstwo to naprawdę wielkie. Choć mam prawie pewność, że tak nie jest. Jest taki mój osobisty test na prawdomówność tych, którzy proszą mnie o wsparcie. Proponuję, że kupię im jedzenie. Wielu odmawia. Ta dziewczyna z ochotą przyjęła propozycję.  Więc jednak potrzebuje naprawdę pomocy. Chciałem się dowiedzieć, dlaczego tak się boi. Ale ona tylko opowiada, że boi się, że nie będzie miała nic do jedzenia. I szybko ucieka. Jak zwierzę. I to jest właśnie w niej najbardziej przerażające. 

 

dziennik pesymistyczny

Czarna chmura nad Europą

Obublikował pavvel dnia Komentarzy: 5

Chmura pyłów wulkanicznych znad Islandii sparaliżowała Europę tak skutecznie, że miliony ludzi utknęło na lotniskach czy w swoich domach. Nie odlecieli maluczcy, ale też i najważniejsi politycy. Okazało się, że chmura pyłu w pewnym sensie zdemokratyzowała tak skutecznie Europę, że nie tylko przeciętniacy, ale nawet najwyżsi dostojnicy kościoła czy państwa zostali uziemieni w swoich rezydencjach. Niby człowiek potrafi latać dopiero od niedawna, ale jak się okazało, bez tej umiejętności, bez maszyn w powietrzu, nie potrafimy sobie w żaden sposób poradzić z podróżowaniem. Jak widać, bez połączeń lotniczych nasza planeta nie tylko nie jest już globalną wioską. Nawet nasz kontynent stał się tak wielki i nieprzebyty, że podróż z jednego końca Europy na drugi okazała się dla wielu niemożliwa. Ostatni raz chmury pyłu wulkanicznego zasnuły niebo nad Europą prawie sto lat temu. Wtedy niewielu, a w zasadzie prawie nikt nie podróżował samolotami.  Ale jakoś się ci ludzie przemieszczali z miejsca na miejsce. A teraz bez samolotów prawie nikt nie może podróżować. Rozumiem, że jak nie ma połączeń lotniczych to trudniej jest też dostać się na pociąg, czy podróżować po Europie samochodem. Ale dla wielu okazało się to tak bardzo niemożliwe i niewyobrażalne, że nawet udział w pogrzebie naszej Pary Prezydenckiej nie zmusił ich do wybrania innego środka transportu niż samolot.

 

Dziś przy innej okazji słyszałem opinie, że: do dobrego łatwo się przyzwyczaić. Racja. Zdecydowanie się z tym zgadzam. Jeśli mamy do dyspozycji samochód to po pewnym czasie wydaje nam się, że nie możemy bez niego żyć. Jeśli codziennie i bez problemu mamy dostęp do telewizji to kilkudniowy jej brak doprowadza wielu do rozpaczy. Podobnie jest z internetem. Dziś przez kilka godzin nie mogłem się połączyć z siecią. Nawet nie przepuszczałem jak wielką to u mnie wywoła frustrację. Ale przecież jeszcze kilkadziesiąt lat temu nie było telefonów komórkowych i powszechnego dostępu do Internetu, mimo to jakoś ludziom udawało się komunikować ze sobą i ze światem. Teraz, gdy na kilka dni zamknięto w Europie lotniska okazało się, że część z nas w żaden sposób nie może się wydostać ze swojego kraju. Ja rozumiem przypadek, w którym przeciętny pan Smith nie może się wydostać z Londynu do Paryża, bo oprócz nie możliwości podroży samolotem nie może też skorzystać z połączeń kolejowych z powodu braku miejsc w pociągach.  Mogę zrozumieć, że Pan Smith nie pojedzie samochodem, bo i tak nie dostanie się na przeładowane promy. Ale jeśli już Pan przeciętniak Smith znajduje się w Paryżu a chciałby się dostać do Krakowa to zdecydowanie może skorzystać z możliwości podroży samochodem.

 

Dobrze, Pan Smith nie ruszy się z miejsca w Paryżu czy Rzymie, bo jest przeciętniakiem i nie chce mu się jechać, a może stać właściwie w korkach na autostradach. Ale gdy nie może podróżować z powodu odwołania lotów ktoś ważny – z racji pełnionych funkcji państwowych – to już mniej to mogę zrozumieć. Chmura pyłów wulkanicznych znad Islandii dokonała tego, co wydawało nam się niemożliwe. Wydłużyła w Europie odległości tak bardzo, że dla niektórych stały się one wręcz dystansem nie do przebycia. I jak to czasami bywa w takich przypadkach to, co dla jednych stało się przeszkodą dla innych już taką przeszkodą nie było. Jedni mogli pokonać dystans z Rzymu do Krakowa a inni, choć mieli za sobą duchowe wsparcie jakoś tak nie bardzo mogli. Ta sama odległość dla jednych okazała się niemożliwa do przebycia a dla innych już nie. Tym bardziej należy docenić tych, co przesiedli się z samolotów do samochodów i pociągów, aby w dniach tragicznych dla naszego narodu być z nami. Nikogo nie oceniam, ale trudno mi zrozumieć, dlaczego mimo zapowiedzi przyjazdu, dla niektórych to, że nie mogą podróżować samolotem okazało się tak wielką przeszkodą, że nie mogli w żaden sposób spełnić swoich poprzednich obietnic. Należy mieć tylko nadzieję, że chmury wulkanicznego pyłu nie utrzymają się nad naszym kontynentem tak długo jak poprzednim razem. Bo mogłoby dojść do całkowitego zatrzymania życia politycznego w Europie. Czy wyobrażacie sobie brak możliwości podróżowania polityków przez rok? Bo bez samolotów jak widać było ostatnio, część z nich nie dałaby rady.

 

dziennik pesymistyczny

Nie jesteśmy monolitem

Obublikował pavvel dnia Komentarzy: 206

Niezmiernie mnie męczy i denerwuje maniera niektórych dziennikarzy, komentatorów życia społecznego i oczywiście polityków, którzy przy okazji wielkich narodowych tragedii doszukują się jakichś objawów narodowego odrodzenia. Tak jakby w obliczu śmierci ci, co przeżyli automatycznie powinni się zmienić i to na lepsze. Tak było po śmierci polskiego papieża i tak jest teraz po katastrofie rządowego samolotu w Smoleńsku. Śmierć i tragiczne wydarzenia mają stanowić katalizator dla narodu, który natychmiast miałby się przerodzić w jeden monolityczny organizm. W społeczeństwo idealne. Społeczeństwo pozbawione zawiści, sporów, zgodne i zjednoczone w walce o szczęśliwe jutro ojczyzny. Idea piękna, ale wielce utopijna. Dziwi mnie to niezwykłe poszukiwanie zmian w mentalności Polaków. Wielokrotnie słyszę głosy, że już nigdy nie będzie tak samo. Że coś się w Polakach zmieniło. Że naród się zjednoczy i tragedia wstrząśnie na tyle społeczeństwem, że to stanie się ideałem demokracji i poszanowania wszelkich praw. I tak się dziwię, że jeszcze nikt nie szuka jakiegoś specjalnego pokolenia, co to miałoby się narodzić po tej tragedii wzorem pokolenia JPII, które medialne stworzone, pojawiło się i jeszcze szybciej zaniknęło. Bardzo bym chciał żeby ofiara ludzi, którzy zginęli w katastrofie w Smoleńsku nie poszła na marne, ale nie doszukiwałbym się w niej jakiegoś początku niesamowitej zmiany w naszym narodzie. Mam wręcz wrażenie, że nie zmieni się nic. Wiem, to smutne, ale chyba prawdziwe.


Wiadomość o śmierci Prezydenckiej pary dotarła do mnie w czasie podroży na targi odbywające się w pewnym jeszcze bardziej prowincjonalnym mieście niż moje. Gdy usłyszałem, co się stało zatrzymałem się na poboczu drogi nie wiedząc, co dalej mam począć w obliczu tak wielkiej tragedii. Po chwili pojechałem dalej, bo nie przyszło mi nic rozsądniejszego do głowy. Jechałem na targi, aby zamknąć stoisko mojej firmy i wrócić do domu. Byłem pewien, że impreza handlowa ze względu na tragedię została odwołana. Jakież było moje zdziwienie, gdy zobaczyłem, że w zasadzie nie ma wielkich zmian. Targi odbywały się w najlepsze. Życie toczy się dalej jakby nigdy nic się nie wydarzyło. Jak widać nikt nie uznał za stosowne zamykać targów? Przyciszono muzykę. Odwołano imprezy towarzyszące, ale handel trwał w dalej. A co ze mną? Co miałem zrobić? Zostawić wszystko samemu sobie? Zostałem na targach i odpowiadałem na tysiące pytań zadawanych przez potencjalnych klientów mojej firmy tak, jak to zawsze czynię podczas takich okazji. I miałem poczucie, że nie powinienem tam być. Ale byłem. Więc może nie zaklinajmy rzeczywistości, która i tak nie podda się naszych pragnieniom. Przyjmijmy do wiadomości to, że nie jesteśmy jednością. Że każdy z nas reaguje inaczej. Inaczej przeżywa. Każdy jest innym człowiekiem i ma prawo do własnych emocji.


Faktycznie Polacy mają dziwną słabość do jednoczenia się w obliczu tragedii. Wielu z nas nigdy nie wywiesiło flagi narodowej w żadne państwowe święto. A teraz i owszem wieszamy. Stajemy się jednością prawie wyłącznie w rozpaczy. Poza nią nie mamy takich zapędów do bratania się i jednoczenia. Może dlatego, że ze śmiercią trudno dyskutować. Ona łączy i zrównuje wszystkich. Nie da się przed nią uciec ani jej oszukać. Wobec śmierci jesteśmy tacy sami. Jest taka wielce demokratyczna. Ale jak szybko się jednoczymy, tak równie szybko nam to przechodzi. I następuje wzajemne oskarżanie się o to, że ten i ów nie przeżywa dostatecznie smoleńskiej tragedii. Widziałem wczoraj polityka, który komentując protesty w prawie pochówku pary Prezydenckiej na Wawelu nazwał tych, co ośmielili się mieć inne zdanie, ludźmi nie godnymi miana patriotów. Tak jakby patriotyzm był jakoś specjalnie zapisany w sposobie przeżywania narodowych dramatów. Jakby był uzależniony od poglądów na Wawel.


To, co się zdarzyło w Smoleńsku jest straszne, tragiczne i smutne. Ale każdy ma prawo do własnego przeżywania tego, co się stało. Nie można też zapomnieć, że Prezydent miał za życia prawie siedemdziesięcioprocentowy negatywny elektorat. Był przedmiotem niewybrednej krytyki mediów i nie tylko ich. A teraz dochodzi do tego, że po śmierci stara się Go prawie całkowicie wpasować w ramy herosa z narodowego panteonu. Po co tworzone są takie mity? Komu to jest potrzebne? Czy w ten sposób media nie leczą swojego poczucia winy? Wczoraj widziałem w telewizji demonstracje przeciwników pochowania pary Prezydenckiej na Wawelu. Wśród wielu transparentów wyrażających sprzeciw wobec takiej decyzji, był jeden, chyba najdokładniej i jednoznacznie najbrutalniej opisujący to, co teraz w Polsce się dzieje wśród przeciwników pochówku na Wawelu. Napis na transparencie głosił: Santo subito.

dziennik pesymistyczny

Czy na pewno godzien królów?

Obublikował pavvel dnia Komentarzy: 16

Czasem lepiej przemyśleć czyn, który tylko nam wydaje się właściwy, ale dla innych już taki być nie musi. Czasem lepiej jest nie składać propozycji, które mogą przyczynić się do podziałów w społeczeństwie w chwili, gdy tych podziałów nie powinno być wcale. Nie wiem, od kogo wyszła propozycja pochowania pary Prezydenckiej na Wawelu. Nie chcę wiedzieć. I wcale nie jest to najważniejsze. Ale wydaje mi się ta decyzja co najmniej niewłaściwa. Wielka tragedia jest momentem, w którym zrozumiałe są propozycje czy działania, które podyktowane są emocjami. Ale trzeba pamiętać, że w obliczu tej tragedii nie staliśmy się monolitem. Jednym umysłem pogrążonym w smutku. Każdy z nas przeżywa to, co się stało inaczej i nadal każdy ma prawo do własnego zdania. Do własnych poglądów. Nie rozumiem jak można było dopuścić do dyskusji nad miejscem wiecznego spoczynku Prezydenckiej pary w chwili narodowej żałoby. Takiej propozycji po prostu nie powinno być. Ale jeśli już jest, to należy zrobić wszystko, aby ograniczyć skutki podziałów, których dokonała. Może, więc dla dobra wszystkich, dla spokoju tych, co umarli i tych, co żyją, pochowajmy jednak prezydenta na Wawelu, jeśli taka jest wola rodziny i kleru. I choć wydaje mi się to niewłaściwe to już lepiej nic nie robić, niż narazić się na wstyd przed tymi z zagranicznych żałobników, którzy naszych argumentów przeciw pochowaniu głowy państwa w tym właśnie miejscu nie zrozumieją.


Jeśli, jak mówi wielu komentatorów, w obliczu tej tragedii nasze społeczeństwo w jakiś niewyobrażalny sposób się zjednoczyło, to jak mam odczytać głosy osób, które w ostatni wtorek wieczorem w Krakowie protestowały przeciwko pochówkowi Lecha Kaczyńskiego na Wawelu. To przykład tego, jak jedna nieodpowiedzialna decyzja może doprowadzić do wielkich podziałów w społeczeństwie. I nic już nie pomogą wypowiedzi ludzi zaklinających rzeczywistość, którzy widzą w tych protestujących tylko garstkę frustratów na tle monolitycznej rzeszy zwolenników pochówku Prezydenta w Krakowie. Ale ja widzę Tych, co stali i stać pewnie będą na ulicach Krakowa z transparentami: Czy na pewno godzien królów? Oraz – Kraków mówi nie – zadają tylko pytania, które chce zadać wielu, ale nie wszyscy mają tyle odwagi. Bo wielką trzeba wykazać się odwagą, aby stanąć w tych dniach przeciw zbiorowej żałobie i zadać uzasadnione przecież pytanie.

Nie na Wawel, na Powązki – skandowali demonstranci. O decyzji o pochowaniu pary Prezydenckiej na Wawelu, w krypcie obok Józefa Piłsudskiego, poinformował kardynał Stanisław Dziwisz. I odnoszę wrażenie, że niepotrzebnie wydał na to zgodę. Można się było spodziewać, że kto sieje wiatr ten zbiera burze. I właśnie tak się stało. Wiem, że rodzina (?) Prezydenta oraz Jego bliscy współpracownicy w taki sposób chcieli go zapisać wśród wybitnych bohaterów, zaliczając go do grona najbardziej zasłużonych ludzi – używając słów kardynała. I wcale im się nie dziwię. Ale co innego wola rodziny pogrążonej w smutku, a co innego wola strażników tego świętego i bardzo znaczącego dla narodu polskiego miejsca. Czy nie można było po cichu, bez rozgłosu odmówić, aby właśnie nie siać ziarna sporów, które teraz rozlały się na cały kraj? I nie wolno odmawiać teraz możliwości wypowiedzi tym, którzy w demonstracjach chcą pokazać swój sprzeciw wobec decyzji, która została mimo wszystko podjęta wbrew woli przynajmniej część narodu. Nie wolno się też dziwić, że ktoś ma inne zdanie, bo Wawel to nie przypadkowe miejsce, to symbol. Miejsce spoczynku naszych królów i wieszczów. Tragedia nie może być powodem do gestów wobec tych, którzy za życia nie dostąpili tak wielkich zaszczytów. Śmierć nie może stać się powodem, dla którego ktoś staje się godniejszy po śmierci niż był za życia.


Może właśnie tym zaszczytem pochowania Prezydenta na Wawelu robimy temu człowiekowi wielką krzywdę. Bo na jego pamięci, na jego dokonaniach, już zawsze będzie rysa posądzenia Go o to, że nie był godzien spoczywać na Wawelu. Zgadzam się z jednym z protestujących w Krakowie, że: zaszczyt, który jest przesadny, i w tak kuriozalny sposób niezasłużony, obróci się w tej chwili w śmieszność. Choć jeśli już doszło to tego, że o takiej propozycji dyskutujemy, to może jednak dla dobra wszystkich, dla spokoju zmarłych, dla godności narodu pochowajmy Prezydenta na Wawelu. Po prostu ciszej nad ta trumną.

dziennik pesymistyczny

Memento mori

Obublikował pavvel dnia Komentarzy: 3

Nie lubiłem Pana Prezydenta. Nie zgadzałem się z Nim w prawie żadnej kwestii. Nie podzielałem Jego poglądów na państwo. Wielokrotnie Go krytykowałem. A jednak, kiedy usłyszałem w radio krótką wiadomość o katastrofie samolotu, w której zginęła para prezydencka oraz liczni przedstawiciele kierownictwa naszego państwa poczułem ogromną pustkę. Poczułem dojmującą stratę. Z politykami już tak jest, że choć nie znamy ich osobiście to stają się nam w pewien sposób bardzo bliscy. Możliwe, że dzieje się tak przez ich ciągłą obecność w naszym życiu. Każdego dnia poprzez telewizję czy internet goszczą w naszych domach. Są praktycznie wszechobecni. Poprzez to, co mówią, poprzez swoje działania wywołują u nas określone emocje, więc trudno o nich powiedzieć, że są nam kompletnie obojętni.  W końcu niechęć to też uczucie. Gdy jednocześnie odchodzi z naszej rzeczywistości tyle wyrazistych postaci to nic dziwnego, że wytwarza się pustka, którą bardzo trudno zrozumieć.  I ja tej pustki nie pojmuję, nie rozumiem i nie akceptuję. Dla mnie nie zginęli w Smoleńsku politycy, lecz po prostu ludzie. Zabrakło wśród nas istnień ludzkich, które wnosiły wiele do naszego życia. Do mojego życia. I teraz już nie jest ważne czy były to emocje pozytywne czy negatywne, bo ich już nie ma i nie będzie. Już nigdy nie będzie tak samo.

 

Śmierć wszystko równa. Przychodzi do wszystkich tak samo.  Tak samo umiera Prezydent i tak samo umiera pilot samolotu. Tak samo ich brakuje rodzinom. I choć to, że politycy są nam bliżsi, bo ich przecież sami wybraliśmy i to właśnie im zaufaliśmy, to jednak pamięć należy się wszystkim jednakowa. Połączył ich ten sam tragiczny los. Zrównała tragedia. W obliczu, której nie ma wielkich i mniejszych, bo wszyscy odchodzą tak samo. Dziewięćdziesiąt sześć istnień zostało wyrwanych brutalnie z naszej rzeczywistości i wszystkim im należy się wielki szacunek. Lecieli do Katynia też dla nas.  Aby tam reprezentować nas, mieszkańców tego skrawka naszego globu. Jesteśmy jednym narodem czy nam się to podoba czy nie. Każdy z nas ma inne poglądy polityczne. Inaczej myśli i inaczej pragnie przejść swoją ziemska drogę, ale los połączył nas w jeden organizm i nic już na to nie poradzimy. Dał nam jeden język, jedną historię. Możemy nie wierzyć instytucjom państwa. Możemy żyć poza jego strukturami, albo dotkliwie je krytykować. Ale państwo to państwo, a naród to naród. Bo zawiłości naszej polityki, spory, błędy, zwycięstwa i sukcesy tych osób, co odeszły wpisywały się w los naszego narodu. I dla naszego narodu jest to strata.

 

Wielokrotnie słyszałem przez ostatnie dni głosy polityków i komentatorów o tym, że państwo sobie poradzi. Że państwo przetrwa. Że państwo jest bezpieczne i stabilne. Tak, zdecydowanie państwo sobie poradzi. Ale czy poradzimy sobie my. Czy poradzimy sobie, jako naród? Jako jednostki, którym zabrano przewodników i przedstawicieli. A jeśli nawet tak ich nie postrzegaliśmy, to przecież każde ich słowo kształtowało nasze poglądy, więc w pewnym sensie kształtowało też naszą rzeczywistość. Prawie z każdym z tych polityków, którzy zginęli w Smoleńsku politycznie nie było mi po drodze. Ale doceniam to, że mogłem się z nimi nie zgadzać. I teraz mi tego będzie bardzo brakować. Gdzieś przeczytałem, że z człowiekiem umierają też jego idee. Nie zgadzam się. I nie chcę tego. Niech to, w co wierzyli ci ludzie przetrwa. I choć nie podzielam tych idei, wolę się z nimi spierać nadal, bo może przynajmniej w ten sposób będę miał świadomość, że ci ludzie nie umarli cali. Że coś z nich w nas będzie trwało wiecznie. Bo tak naprawdę prawdziwa śmierć przychodzi na człowieka wtedy, gdy o nim zapominamy.

 

Żegnam Pana, Panie Prezydencie. Żegnam Pana Małżonkę. Żegnam wszystkich Polityków, Senatorów, Posłów, Wojskowych i Duchownych. Żegnam załogę samolotu. Żegnam Was tak po ludzku. Będzie mi Was brakować. I choć nie znałem Was osobiście, nie spotkaliśmy się nigdy, to jednak mam wrażenie, że codziennie byliście przy mnie. Bo jak inaczej mam zrozumieć mój ból i poczucie pustki po Waszej stracie. Ta tragedia przypomniała mi, że każdy w końcu umrze bez względu na to, kim był. I nie można tego w żaden sposób zmienić, ponieważ człowiek nie ma na śmierć żadnego wpływu. Może za dużo czasu poświęcamy na nic nieznaczące w obliczu śmierci spory i waśnie? Więc memento mori.