Yearly Archives

193 Articles

dziennik pesymistyczny

Jak Hiob?

Obublikował pavvel dnia Komentarzy: 0

Powódź. Właściwie nie ma dnia żebym nie oglądał na ekranie mojego telewizora informacji o tej wielkiej tragedii. Nie słyszał strasznych opowieści znajomych na temat tego nieszczęścia. Nawet jakbym nie chciał tego wiedzieć, to nie żyję przecież w pustce, więc nie mogę nie zauważyć tego, że w Polsce jest wielka woda. A w niej, w tej wodzie, tysiące ludzi z nią się zmagających. Doświadczam tego tylko poprzez empatię z tymi, których dotknęły fizycznie skutki tego kataklizmu. Mieszkam tam gdzie nie ma wielkiej rzeki. Nie ma u mnie zagrożenia, ale zagrożenie jednak odczuwam. Wiem, że jak inni cierpią to ja nie mogę być obojętny na to cierpienie. Jednak potrafię sobie wytłumaczyć, że natura jest nieprzewidywalna. Że można tylko starać się załagodzić skutki tego, co ona w swoim szale zniszczyła. Przyjmuję z pokorą to, że pada wielki deszcz. Że wybuchają wulkany. Że obsuwa się ziemia.  Że wylewają rzeki. Wiem, że tak było przez wieki, nim pojawiłem się na tym świecie i tak też będzie jak mnie już na nim nie będzie. Wiem, że jestem tylko małą cząstką tej planety. I przy tym mało ważną częścią.  Przyjmuję to z pokorą. Ale przecież nie żyję jak już wspominałem na początku w pustce, w próżni. Odczuwam i słyszę to, co mówią inni. A że jest u nas dziewięćdziesiąt osiem procent katolików to znaczy tych, co się za takich uważają to nie jest trudno wpaść na ludzi, którzy w swej wierze w swojego Boga szukają odpowiedzi, dlaczego tak nas doświadczają nieszczęścia.

 

Wczoraj słyszałem rozmowę dwóch pań odświętnie ubranych z gałązkami brzozy w rękach. Wczoraj był czwartek, a tego dnia – jak mawia mój przyjaciel – tradycyjnie i całkowicie wyjątkowo zarazem, przypada wielkie katolickie święto. Więc zapewne te dwie panie rozprawiające głośno na ulicy nie były przypadkowo tam, gdzie mogłem je usłyszeć, lecz z nakazu ich wiary. – Zobacz pani, jakie nieszczęście nas spotkało z tą powodzą – rzekła jedna. – Ano tak, wielkie nieszczęście. Tyle domów zalanych, tyle zwierząt się potopiło…Oj, wielkie nieszczęście – potwierdziła druga. – I jak pani myśli, dlaczego tak jest? – Zapytała ta pierwsza.  – Nie wiem – odpowiedziała druga.- Może Bóg chce nam coś przez to powiedzieć. Coś przekazać – dodała po chwili. I tyle tylko usłyszałem. I nie mogę zapomnieć tych prostych pytań o przyczynę. Ciągle o tym myślę i ciągle analizuję. Czy Bóg tych dziewięćdziesięciu ośmiu procent polskich katolików przez takie ich doświadczanie stara im się coś przekazać? Mnie człowiekowi małej wiary nie jest dane tego zrozumieć. Ale chętnie bym się dowiedział, co też takiego chce nam ten miłosierny pan wszelkiego stworzenia przekazać. Ja jestem niegodny i pewnie nieprzygotowany. Ale przecież mamy tylu księży, tylu kapłanów, tylu kardynałów i biskupów. Może oni z racji bliskości z bóstwem coś mieliby do powiedzenia w tej sprawie? Wczoraj z okazji święta wsłuchiwałem się w głos kleru. Czekałem na wskazówkę. Na potwierdzenie przynajmniej, że niezbadane są ścieżki Pana. I nic nie usłyszałem oprócz tradycyjnego apelu o jedność w obliczu tragedii. A spodziewałem się jakichś wskazówek. Jakiegoś wytłumaczenia. Ale nic takiego nie było. Więcej było słów o przyszłych wyborach prezydenckich niż o tym, dlaczego Bóg zsyła na nas powódź. A przecież ludzie wierzący powinni sobie zadawać takie pytanie? Czyż nie?   A może tylko tak mi się wydaje?

 

Pamiętam z lektury pewnej księgi, że jest coś takiego jak cierpienie hiobowe. Takie cierpienie niezawinione. Do którego osoby pokrzywdzone się nie przyczyniły bezpośrednio, nie zawiniły niczym, a mimo to zostały dotkliwie doświadczone. Czy tak właśnie nie jest w tym przypadku? Czy to jakiś zamysł? Jeśli nic nie dzieje się bez przyczyny, to może warto żeby kler wytłumaczył ludowi i przy okazji mojej skromnej osobie przyczyny Bożego gniewu? Czy może tak jak w przypadku Hioba jesteśmy wystawiani na próbę? Ja nie wiem, nie mam prawa wiedzieć, jako ktoś, kto dopiero szuka a nie święcie wierzy. Ale ta pani pytająca swoją znajomą – jaka jest przyczyna cierpienia – powinna znaleźć odpowiedź u duchowych przewodników. A mam takie wrażenie, że oni milczą. Może ja, tej odpowiedzi, szukam w niewłaściwym miejscu? Zapytałem, więc znajomych, który przyznają się do głębokiej wiary. Ale i oni nie znaleźli odpowiedzi na moje pytania. Tam w świątyniach, które odwiedzają, też nie ma odpowiedzi. Więc gdzie? Dlaczego mam wrażenie, i nie tylko ja, że ci, co prowadzą duchowo ten naród w dziewięćdziesięciu ośmiu procentach katolicki, nie tłumaczą przyczyny takiego stanu rzeczy. Bo jeśli od niego wszystko zależy to, dlaczego nas tak doświadcza – pytam wraz innymi- i chętnie usłyszałbym odpowiedź od tych, co to z racji zawodu lub powołania są jakby bliżej Niego.

 

dziennik pesymistyczny

Wybory między hasłami

Obublikował pavvel dnia Komentarzy: 0

Jak są wybory to i wyborcze hasło kandydat na urząd prezydenta bezwzględnie mieć musi. Bo jak każdej szanującej się firmie niezbędne jest logo, slogan reklamowy, piękne opakowanie ich produktów, tak kandydatowi na prezydenta najjaśniejszej rzeczpospolitej potrzebne jest chwytliwe hasło wyborcze. Bo można nie kojarzyć, kim jest smutny starszy pan, co to go czasami pokazują w telewizji. Można nie wiedzieć, kim jest ten pan, co tak patrzy na mnie takim melancholijnym wzrokiem. Ale hasło kojarzą wszyscy. Oczywiście ja wiem, że ten pan w czarnym żałobnym garniturze, co to jego podobizna patrzy na mnie z gazety, jest byłym premierem. Ale że się tak strasznie ostatnimi czasy zmienił! Stał się taki milczący, że za jego wypowiedzi na temat tego jak chce rządzić, musi mi wystarczyć jego wyborcze hasło. On taki odmieniony. Taki wycofany. Zawsze w tle. Bo na pierwszym planie inni polityczni działacze, którzy jako ta tarcza przed obliczem chmurnego rycerza. A na tej tarczy jego hasło wyborcze. Coś tam powie do swoich potencjalnych wyborców ów kandydat z chmurnym obliczem, ale nie za dużo. Z umiarem. Żadnych wywiadów na żywo. Tylko dokładnie wyreżyserowane tyrady o tym, że Polska jest najważniejsza. Bo takie ma hasło wyborcze. Polska jest najważniejsza. Też mi odkrycie. No niby, jaka miałaby być? Nieważna? I co ja mam z tego wynieść czy zrozumieć? Że najważniejsza jest dla niego Polska? No pewnie, przecież nie kandyduje na prezydenta Gabonu tylko Polski, więc siłą rzeczy powinno to dla niego być ważne. Najważniejsza jest Polska. Ale co się pod tym kryje? Czy ta najważniejsza Polska to Polska tych, którzy stali tam gdzie stała Solidarność, czy raczej tych, którzy stoli tam gdzie stało ZOMO – że zacytuję tu słowa tego kandydata sprzed duchowej przemiany. Czym bardziej przyglądam się nowemu politycznemu wizerunkowi tego posępnego starszego pana, czym bardziej wsłuchuję się w tych niewiele wypowiadanych przez tego kandydata na prezydenta słów, tym bardziej mam wrażenie, że to hasło mówiące o tym, że najważniejsza jest Polska jest dla tych prawych i sprawiedliwych ludzi wszystkim, co mają mi do przekazania. I nic więcej. To taka ładnie opakowana pustka. A może z okazji ten politycznej miłości do wszystkich i ogólnego nakazu przebaczania wszystkim oraz proszenia o przebaczenie, warto by zastosować sprawdzone już w telewizji hasło: kocham cię Polsko?

 

Wolność i Praworządność – z takim hasłem wyborczym powalczy o głosy Polaków inny kandydat na najwyższy urząd. Gdybym miał zagłosować w zbliżających się wyborach tylko na podstawie tego hasła, to uważam, że ten kandydat miałby o wiele większe szanse na mój głos. Ja tam zawsze chciałem być wolny. A żyć w kraju praworządnym? Czemu nie? Dlaczego więc nie zagłosować na tego, co chce tylko żeby kraj za jego rządów był wolny i praworządny? Ale niestety wiem, że to nie wszystko, co ma mi do zaoferowania ten kandydat z elegancką muszką pod szyją, więc nie zagłosuję na niego. Weźmy kolejne hasło kolejnego kandydata. Ten kandydat, ten wysoki i dystyngowany pan, ogłosił podczas spotkania z dziennikarzami hasło swojej kampanii. Zaprezentował billboard wyborczy, który ma się pojawić na ulicach w czerwcu. Hasło tego najwyższego wśród kandydatów kandydata na prezydenta to: Wybierz swój dobrobyt. I jak tu się z nim nie zgodzić. Chętnie wybiorę dobrobyt. Czemu nie? Już ponad dwadzieścia lat czekam w wolnej Polsce na mój dobrobyt, ale jak na razie, to nie starcza mi do pierwszego z tego, co zarabiam. Więc jak najbardziej wybiorę dobrobyt! Tym bardziej, że jak słyszałem sam kandydat już wybrał dla siebie dobrobyt i się w nim zasmakował, więc wie, co mówi.  Jest też inny kandydat, co to cudem prawie został kandydatem. Bo już miał nim nie być za jakieś ciążące na nim wyroki sądowe, a tu nagle znów się objawił jako kandydat. Opalony kandydat przedstawił swoje hasło wyborcze. Brzmi ono: Ja nie jestem jednym z nich, ja jestem jednym z was. Za przeproszeniem szanownego kandydata, to nie chciałbym wyglądać, czy być, jak on. Nie wyglądam jak żaden polityk i z całym szacunkiem nie stawiałbym się w jednym rzędzie z tym kandydatem na najwyższy urząd. Ja się cieszę, że nie jest on jednym z nich, bo jak jeszcze byłby jednym z nich, to byłoby to niebezpieczne dla Polaków i zabawne jednocześnie. Sam już nie wiem, co bardziej. Ale jak nie jest jednym z nich a chce być jednym z nas to, po co mam go wybierać żeby na nowo stał się tym jednym z nich. Prawdziwa zagadka wyborcza.

 

Ten kandydat, ten zielony też ma swoje hasło. Sztab ludowego kandydata na prezydenta zaprezentował plakat wyborczy. Działacze, a zapewne i sam kandydat planują, że w całej Polsce zawiśnie około tysiąca billboardów. Plakat przedstawia lidera z dopisanym hasłem: Dialog i Porozumienie. Tło zdjęcia i hasło wyborcze kandydata są w różnych odcieniach zieleni. Na dole plakatu białymi literami na zielonym tle napisane jest imię i nazwisko ludowego kandydata. I jak tu się nie zgodzić. Jakiś dialog tam jest, ale ja nie mogę sobie przypomnieć żeby ludowcy prowadzili z wyborcami jakiś dialog. No może, jako mieszczuch po prostu nie spotkałem ich zbyt wielu. Może oni tak raczej z naturą i tymi, co bliżej natury prowadzą ten dialog. I tam mają jakieś porozumienie, które pozwala im utrzymywanie się u władzy koalicyjnej tyle lat. Wszystko się zmienia.  W kraju następują po sobie rządy lewicy i prawicy a oni wciąż rządzą jako koalicjant. Fakt, jak na to spojrzeć to jak nic mają ludowcy talent do dialogu i porozumienia. A jakby tak wybrać ich wszystkich naraz i niech rządzą kolegialnie. Mielibyśmy w Polsce poczucie, że jest ona najważniejsza, że jest wolna, praworządna, pełna dobrobytu, gdzie prowadzi się dialog prowadzący do porozumienia. Więc kandydaci! Od haseł – do czynów!

 

dziennik pesymistyczny

Czynią miłość w miejscu publicznym

Obublikował pavvel dnia Komentarzy: 83

Czy się to komuś podoba czy nie podoba, czasem tak bywa, że jeśli ktoś musi… To najwidoczniej musi, bo inaczej… No nie wiem, się udusi? Jak przyjdzie człowiekowi ochota na miłość to nie ma znaczenia miejsce i czas. Przecież każdy wie, że najważniejsze jest, żeby dwie osoby miały ochotę jednocześnie, a takie sytuacje nie zdarzają się często. I jak kobieta i mężczyzna, chłopak i dziewczyna nie mogą wytrzymać napięcia, a do domu daleko, to czasem może się zdarzyć, że nie wytrzymają właśnie tego napięcia i zaczynają robić miłość w miejscu publicznym. Bo jeśli w domu nie mogą? Jeśli tam nie ma warunków? Jeśli tata i mama zabraniają się całować i pieścić, bo wiara zabrania im nawet o tym myśleć a co dopiero czynić? To właśnie, co ma czynić taka para, co to ma wielką i niepohamowaną chęć na miłość, a miejsca, w sensie czterech ścian, nie ma do ustronnego czynienia tej miłości? Taka para przymuszona przez naturę robi to tam gdzie ich ta chęć na miłość zaskoczy. – Jak spółdzielnia reaguje na „miłość”, która odbywa się przy zamkniętej kładce na skarpie w biały dzień? – Pyta redakcję biuletynu spółdzielni mieszkaniowej Ustronie pani Wanda. Warto nadmienić, że osiedle to jest gigantycznym blokowiskiem a problemy, o który zapytuje gazetkę pani Wanda, nie jest jak mi się wydaje najważniejszym problemem tego osiedla. Nie dalej jak wczoraj powiesiłem tam reklamę mojej firmy, a wytrzymała ona w stanie nienaruszonym i to w biały dzień tylko dwie godziny. Dlaczego ta uważna i spostrzegawcza pani Wandzia nie wyglądała wtedy przez okno lustrując okolicę? Może zobaczyłaby wandala, który zniszczył moją własność? Ale los chciał, że co innego zobaczyła ta pani i jak się domyślam o innej porze dnia. I inne zasady moralne zostały tu naruszone.

 

Czytelnikowi nieznającemu topografii mojego prowincjonalnego miasta a tym bardziej tego osiedla, o którym mowa w liście do biuletynu wyjaśniam uprzejmie, że zamknięta kładka to mostek przeznaczony dla ruchu pieszego łączący dwie skarpy, między którymi w dole biegnie osiedlowa droga. A zamknięte jest to przejście dla pieszych, bo nieremontowane od dwudziestu przeszło lat po prostu rozpada się ze starości. I korzystanie z tej konstrukcji groziło nieszczęściem znacznie większym niż to opisywane przez panią Wandę. Jak jest pytanie to i jest też odpowiedź. Więc dziennikarz z biuletynu osiedlowego odpowiada: – Pani Wando, swoim pytaniem odpowiedziała sobie pani na nie sama. Spółdzielnia to pani, pani sąsiedzi, – czyli my wszyscy mieszkańcy osiedla. Fakt. Nie można się nie zgodzić z przedstawicielem redakcji. Zasady spółdzielczości są jasne. Wszyscy mieszkańcy to wielka rodzina a jak to w rodzinie, zdarzają się rożne skandale. I nawet te obyczajowe nie są jej obce. –  Domyślam się, że sugestie były skierowane pod adresem administracji czy samego zarządu – odpowiada dalej pani Wandzie pan redaktor biuletynu. – Z moich informacji, które posiadam, gospodarz osiedla w osobie administratora czy też prezes, nie mają uprawnień do wystawiania mandatów osobom „miłującym się” w biały dzień – choćby w okolicach zamkniętej kładki. Mieszkańcy widząc takie sytuacje powinni reagować wzywając na pomoc policję czy straż miejską, celem ochłodzenia temperamentu młodych ludzi – radzi redakcja.

 

Bardzo słusznie! Jak tylko zobaczymy całującą się namiętnie parę to od razu należy chwytać za telefon i informować, alarmować, wzywać na pomoc służby mundurowe. Jak tylko ktoś okazuje sobie trochę namiętności, no dobrze, nie w miejscu do tego przeznaczonym, ale jednak namiętności…To, co? To należy natychmiast wezwać strażaków z sikawką żeby ostudzić ich żądze. Ci młodzi to się tam raczej całowali, a nie bili po mordach. Nie wyładowywali agresji na cudzej własności niszcząc ją. Jakby się nakładali pięściami po twarzach i kopali po tyłkach, to raczej należałoby wezwać policję, straż miejską, wojsko, strażaków i kogo się tam jeszcze da. A jak tylko robili „ miłość” – używając słów z osiedlowego biuletynu – niech tak dalej robią w spokoju. Bo może to lepiej, że ktoś czyni miłość nie wojnę. Że ktoś się całuje namiętnie w miejscu publicznym, a nie wyładowuje fizycznie na wiacie przystankowej. –  Kilka lat temu byłem świadkiem podobnego wydarzenia – zwierza się redaktor biuletynu pani Wandzie oraz czytelnikom – które miało miejsce na ławce obok stawu przy (…). Oburzenie osób przebywających nad stawem było oczywiste. Służby mundurowe po przybyciu na miejsce zaprosiły „kochanków” do radiowozu. W jakim celu? Ważny jest fakt, że mieszkańcy osiedla interweniowali błyskawicznie by zapobiec zgorszeniu. No i zapobieżono zgorszeniu! Ów tysiące mogą spokojnie spać czy raczej spoglądać przez okna. Pani Wanda i pan Redaktor stoją na straży moralności. Ciekawe jest tez to, że ta zapomniana przez Boga i urzędników okolica skłania do takich namiętności. Nie żaden tam park. Nie łąka, wonnym kwieciem umajona. A osiedlowa kładka i brzeg mulistej sadzawki są miejscem do okazywania sobie gorącej – jak wynika ze zgorszenia pani Wandy i interwencji policji – miłości. I jeszcze ta interwencja służb! Nie dość, że młodzież niewyedukowana, seksualnie, to jeszcze ma wrażenie, że robi coś złego. Bo na ich namiętność reagują czujne służby. Tak mi się przypomniały słowa piosenki: Moja pierwsza wielka miłość. Zaczęła się i nagle skończyła boleśnie…

 

dziennik pesymistyczny

Wróg publiczny numer jeden

Obublikował pavvel dnia Komentarzy: 1

Jest w Polsce taka zadziwiająca mnie nieodmiennie prawidłowość. Jak tylko w naszym, targam od czasu do czasu nieszczęściami, kraju wydarzy się coś nieprzewidywalnie tragicznego to od razu zaczynamy wielkie poszukiwanie osób lub rzeczy, które nas w ten stan wpędziły. Jak tylko nie możemy, sami sobie, wytłumaczyć przyczyn tragicznych losów naszej umiłowanej ojczyzny to od razu rozpoczynamy wielkie polowanie z naganką na wroga, który jest lub powinien za te nasze zbiorowe cierpienie być odpowiedzialny. Potrzebne jest nam to widocznie, aby ten tragizm przeżytych dni sensownie sobie wytłumaczyć i zrozumieć. Jak tylko coś przerazi miliony naszych obywateli to prawie natychmiast pojawia się w nas, no może tylko w niektórych w nas, taka wielka, natychmiastowa potrzeba stworzenia dobrze widocznego i jasno określonego wroga. Wroga, który za to, co nas spotkało poniesie zasłużoną karę. I spotkało nas znów nieszczęście. I przyszła do nas wielka woda. Jak nie wytrzymały wały przeciwpowodziowe to od razu potrzebny był nam wróg. Taki który za to nieszczęście powinien odpowiedzieć. Nasze społeczeństwo, wierne religii ojców, nie mogło winić przecież tego, co w niebiesiech. Przyjąć z pokorom wyroki najwyższego owszem, ale winić – nigdy! A wroga bezwzględnie mieć musieliśmy.  

 

Standardowo można by za winnych zaniedbań, które doprowadziły do powodzi wskazać polityków. Ale jak tu naród za namową polityka może oskarżyć polityka innej opcji, gdy doskonale wie, że z żywiołem nie da się wygrać. Więc po co robić sobie kłopot na przyszłość. Gdy się będzie samemu rządziło i znów przyjdzie wielka woda ktoś może zapamiętać, że się wyrzekało na tych, którzy wcześniej rządzili i to przypomnieć dawne słowa. Więc mino pewnych złośliwości i drobnych uszczypliwości opozycja nie bardzo chce, aby winni byli ci, co u władzy. Wychodząc słusznie z założenia, że przecież, gdy sami staną za sterami rządów też mogą być narażeni na kłopoty z siłami natury. Po co więc samemu pchać się w kłopoty. Podobnie pewnie myśli i sam elektorat podzielony przed wyborami prezydenckimi. Po co kłopot w przypadku wygranej. Wszystkim, przydałby się, więc wróg bardziej namacalny i bardziej neutralny światopoglądowo. Taki, co to go może uznać za plagę prawdziwą oraz taki, co to działa podstępnie. Jak na porządnego wroga przystało.

 

No i się znalazł wróg! Namaszczono na niego poczciwego bobra.  Nagle i pewnie również dla niego niespodziewanie stał on się naszym nowym wrogiem. Tym, który od lat robił nam krecią prawdziwie robotę dosłownie i w przenośni. Kopał w wałach powodziowych dziury. Podgryzał. Niszczył. Robił, co mógł byle tylko jak najbardziej zniszczyć nasze z takim trudem i w takim znoju wybudowane wały powodziowe. Bobry zostały w ostatnich dniach ogłoszone prawdziwym wrogiem ludzkości. Te sympatyczne gryzonie oskarżane są powszechnie o rozkopywanie wałów przeciwpowodziowych, co w rezultacie prowadzi do ich przerywania. – Panie kochany, tysiące bobrów tu do wałów napłynęły w nocy i kopały! – żalił się w telewizji pewien pan. – Tylko mój dzielny piesek na nich szczekał i je gonił – opowiadał z przejęciem dziennikarzowi. I już wiadomo, kto odpowiada! Ustalono wroga! Pokazano go w telewizji! Wypowiedziało się w sprawie tego szkodnika wiele bardzo, bardzo mądrych fachowców. Co więcej wezwano na pomoc myśliwych, którzy tego bobrzego wroga publicznego numer jeden celnym strzałem poślą w trybie przyspieszonym do bobrzego raju. W niektórych powiatach wydano już zresztą pozwolenia na odstrzał zamieszkujących okolice wałów gryzoni.

 

Woda przelewa się przez wały przeciwpowodziowe. Tysiące ludzi usypuje zapory. Ruch tam jak w Rzymie w godzinach szczytu komunikacyjnego. A ten dziki potwór z głębin zaatakował podstępnie I rył swe nory nie przejmując się obecnością swojego odwiecznego zagrożenia, jakim jest człowiek. Prawdziwy fenomen natury! Pewnie z zemsty za te rzeki zanieczyszczone tak czynił? – Jesteśmy na wale, a godzinę później już są dziury do zasypania – żali się reporterowi pan, co to już dobrze wie, kto jest jego wrogiem. Już znalazł odpowiedzialnego. I one, te bobry pewnie tak w godzinę przy pełnym obstawieniu wałów przez ludzi tak podstępnie te dziury kopały.

 

Całe szczęście, że znalazł się jeden sprawiedliwy, która wziął w obronę gryzonia. Bo ja nic w walce o utrzymanie wałów powodziowych zastrzelono by je wszystkie. – Wałów nie podkopują bobry, lecz piżmaki. To gryzonie przywiezione do Europy w dziewiętnastym wieku – wyjaśniał ludowi marszałek sejmu Stefan Niesiołowskiemu. I z pewnością wie, co mówi, bo ma tytuł naukowy profesora biologii. Czyli jest jednak podejrzenie, że wrogiem publicznym jest inny gryzoń! Uciekinier z hodowli w Czechach. Obecnie to on sieje największe spustoszenie stając się, jeśli nie nowym to przynajmniej równoprawnym, co bóbr wrogiem publicznym. A może to bociany? Może to one zlatują stadami na wały i wielkimi czerwonymi dziobami robią tam dziury. Czerwonymi dziobami! A wszyscy wiemy czyj to kolor! Ja rozumiem, że ktoś musi być winny, ale dlaczego bóbr? Dlaczego nie możemy poszukać winy w nas ludziach bezmyślnie ingerujących w przyrodę? Czy budując dom na terenach zalewowych nie powinniśmy spodziewać się zalania? Czy to bobry zabraniały nam napraw i budowy wałów przeciwpowodziowych? Chyba nie, więc może niepotrzebnie giną tylko, dlatego że nam ludziom dotkniętym niepojętym nieszczęściem potrzebny był natychmiast wróg do potępiania.  

 

dziennik pesymistyczny

Bank biurokracji

Obublikował pavvel dnia Komentarzy: 0

Zawsze narzekam i pewnie będę narzekać jeszcze przez wiele lat na to, że w urzędach jest biurokracja. Przerost formalistyki nad treścią pracy będzie tam zawsze, bo przecież gdzieś te tysiące ludzi, którzy wybrali dla siebie karierę urzędniczą i żyją z dobroci państwa musi zarabiać na swoje utrzymanie. A jeśli kolega pracuje w urzędzie, i ciocia pracuje w urzędzie, i wujek jest tam dyrektorem to, dlaczego i ja nie miałbym pracować dla dobra ogółu społeczeństwa, na państwowej lub samorządowej posadzie. Pewnie wielu tak myśli i pewnie nadal biurokracja będzie się rozwijać w najlepsze. Urzędnicy w obronie swoich miejsc pracy stworzyli tyle przepisów, że sami już się w nich pogubili. Ale i tak tylko oni mogą uważać się za przewodników w tym lesie kodeksów, zakazów i nakazów. Ja rozumiem, jest państwo, więc biurokracja jest do niego przypisana jak pies do swej budy. Taki podstawowy elementem istnienia państwowości. I już mnie to przestało dziwić, choć nie przestało denerwować, że w prostej wydawałoby się sprawie decyzje podejmuje prawdziwa armia urzędników i trwa to miesiące. Widocznie tak już musi być. Ale nie przestaje mnie zadziwiać, że istnieją instytucje, które mienią się awangardą kapitalizmu a jednocześnie ich biurokracja jest rodem z najlepszych czasów urzędniczego rozpasania. Instytucja współczesna, a aparat administracyjny jak z lat osiemdziesiątych ubiegłego wieku.

 

Jest taki bank, który musi używać skrótowej nazwy, bo jest ona tak rozbudowana i długa, że pewnie nawet pracownicy nie bardzo pamiętają z ilu członów się składa. Bank jak bank. Nie wiem jak on się zachowuje, jeśli chodzi o obsługę klienta detalicznego. Nie wiem i już nie chcę wiedzieć. Los zetknął mnie z tą instytucją w sensie służbowych relacji. Miałem do nich prostą wydawało mi się sprawę. Nawet, jeśli mi się to tylko wydawało to i tak była ona na tyle mało skomplikowana, że wydawało mi się, że zgodę na współpracę lub na jej brak usłyszę, że tak powiem z marszu. Ale nie było to takie proste. Oj nie. Na początku umówiłem się z pracownikiem, który mnie wysłuchał i odesłał do następnego pracownika. Ten poprosił o przesłanie mailem tego, co tam chciałem od banku i po kilkunastu telefonach otrzymałem od niego informację, że… On nie jest władny podjęcia decyzji i muszę się spotkać z jego przełożonym. Spotkałem się w przyjemnej atmosferze i dowiedziałem się ze muszę poczekać na odpowiedź przez tydzień. Po dwóch tygodniach ten urzędnik bankowy odesłał mnie do kolejnego dyrektora, któremu przedstawiłem to, co tam do banku miałem. Po trzech tygodniach miałem spotkanie z kilkoma dyrektorami oraz z pewnym kierownikiem od ważnych spraw i znów kazali mi czekać. Potem jeszcze odbyłem serię spotkań z każdym z tych dyrektorów oddzielnie. Ale żaden nie mógł podjąć wiążącej decyzji. Byli żywo zainteresowani, ale czekali na decyzję rewizora z centrali. Gdy przyjechał i wysłuchał mojej opowieści wierzyłem, że koniec mojej bankowej odysei jest już bliski. Bo przecież ci wszyscy, z którymi się spotykałem do tej pory uważali, że ten urzędnik z centrali banku jest najważniejszy i tylko on ma moc decyzji. I żyłem w tym przekonaniu do dziś. Bo rano dostałem maila od rewizora, który informował mnie, że muszę uzbroić się w cierpliwość.

 

Bo okazało się, że choć rewizor w tym banku jest ważny, ważniejszy od prowincjonalnych dyrektorów i kierowników, to nie jest on na tyle ważny żeby wydać jednoznaczną i wiążącą decyzję w mojej sprawie. Potrzebna była opinia jeszcze jednego działu. Potrzebne jest jeszcze kolejne konsylium nad moją sprawą w dziale marketingu w centrali banku. I po tej opinii ważnego gremium bankowych decydentów i jeszcze po pewnym jeszcze kolejnym spotkaniu Pan z centrali wyda możliwie jak najszybciej tę dla mnie upragnioną decyzję. Ale czy to na pewno się stanie? Tego nie wie nikt. Ale nie tracę nadziei, że tak właśnie będzie. Właśnie spojrzałem na mój klaser na wizytówki. Kilka pierwszych stron zajmują same tylko wizytówki ludzi z banku, z którymi się spotkałem. A ileż tam funkcji. Dyrektorzy departamentów, kierownicy, menadżerowie, piony kontaktów, specjaliści…Ileż nazw i ileż to ludzi.  A jedna tylko sprawa. Jak to jest, że instytucja finansowa zatrudnia tyle osób na kierowniczych zdawałoby się stanowiskach, a żadna z nich nie potrafi wydać decyzji? Ja już nie dziwię się, że są tam takie wielkie odsetki od kredytów, gdy trzeba tylu ludzi utrzymać.  Wielu ludzi, żadnych decyzji- to jest prawdziwa biurokracja!

 

dziennik pesymistyczny

Kara boska

Obublikował pavvel dnia Komentarzy: 0

Deszcz złapał mnie na ulicy. A ja bez parasola na tej ulicy i w deszczu. I do tego jeszcze tylko w dżinsach i koszulce. W trampkach. Żadnych kaloszy, kurtki przeciwdeszczowej czy parasola. Powinienem być przygotowany na to, że będzie padać. Przecież zawsze pada. Taka pogoda u nas w Polsce od kilku tygodni, więc powinienem być przygotowany na deszcz a nie byłem. Postanowiłem się schować przed ulewą w bramie. I jak się okazało na ten pomysł schronienia się w bramie kamienicy wpadło jeszcze kilka osób. Deszcz sobie padał i padał. Kałuże rosły, a ja z moimi współtowarzyszami niedoli zatrzymania w drodze, staliśmy sobie w tym naszym bezpiecznym i suchym schronieniu. Nie zapowiadało się, że przestanie padać w przeciągu minuty, więc rozejrzałem się po osobach, które wraz ze mną schroniły się przed deszczem. A że nie miałem nic innego do roboty poza obserwacją jak pada, co zresztą szybko mi się znudziło, z nudów przysłuchiwałem się para teologicznej dyskusji, która zaczęła się wśród osób uwięzionych przez deszcze niespokojne, wraz ze mną w tej bramie. 

 

– Skaranie boskie z tym deszczem – rzekła trochę w pustkę i trochę, jako zachętę do konwersacji starsza pani. – A żeby pani wiedziała, że to taka kara boska – odpowiedziała druga pani w nieokreślonym wieku. – Ludzie się od wiary i od Boga odwrócili. To i nie dziwne, że Pan Bóg karze – dodała. I tak się rozkręciła dyskusja teologiczna na temat przewinień Polaków i kar, jakie na nich siła wyższa nakłada. – W modlitwie tylko nadzieja – dodała trzecia pani. A poparł ją w tym jeszcze jeden jegomość, który nie wyglądał na takiego, co to by się tylko modlitwą i postem umartwiał. – Potopimy się jak nic – rzekł z przekonaniem i poparł swą wypowiedź donośnym beknięciem. Panie dyskutantki spojrzały na niego wymownie.  Ale jak widać jego wypowiedź uznane została przez to bramowe małe kółko adoracji za przejaw skruchy i przejaw nawrócenia, bo przyjęły ze zrozumieniem i potakiwaniem słowa szanownego pana. Panie rozpoczęły następnie dokładny opis stanu głównych rzek Polski. Biadoliły na nieszczęście, jakie spotkało ludność naszej ojczyzny. Szczegółowo opisywały, co tam ostatnio dowiedziały się z telewizji oraz od rodziny i znajomych na temat straszliwego losu powodzian. – Istna kara boska – padało raz za razem z ust którejś z dyskutantek.

 

Deszcz padał, a w branie odbywała się w najlepsze dyskusja na temat przyczyn ostatnio dotykających nas, jako naród, tragedii. Jak pewnie każdy z czytelników się łatwo domyśli, nie obyło się bez głębokiej analizy wszelkich czynników dotyczących katastrofy rządowego samolotu pod spod Smoleńskiem. – Dlaczego nas tak Bóg ukarał – padło pytanie. I pozostało bez odpowiedzi. Tylko deszcz jakoś jakby silniej zaczął padać. – Pewnie ma jakiś swój plan wobec nas– nagle odezwał się pan, którego do tej pory nawet nie zauważyłem. Oj tak – poparły go chóralnie panie toczące teologiczny dyskurs. A mnie przypomniały się słowa z Dekalogu. Oczywiście to, co tu przytaczam nie tak do końca sobie przypominałem. Ale cytuję dokładnie jak tam stoi: Ja Pan, twój Bóg, jestem Bogiem zazdrosnym, który karze występek ojców na synach do trzeciego i czwartego pokolenia względem tych, którzy Mnie nienawidzą. Okazuję zaś łaskę aż do tysięcznego pokolenia tym, którzy Mnie miłują i przestrzegają moich przykazań. Więc pewnie nie wszyscy są narażeni na niechybna zgubę. Panie, które z tak wielką werwą dyskutowały o tragedii smoleńskiej i o tej nowej powodziowej, tak mi się wydaje, widziały się raczej w tym milionie ocalałych z potopu. Choć deszcz padał nieprzerwanie.

 

Przestało padać na tyle, że mogłem już opuścić bramę, która dała mi oraz innym schronienie przed deszczem. Jeszcze tylko odprowadziłem wzrokiem panie, które udały się wspólnie w dalszą drogę. Najwyraźniej podbudowane dyskusją i wymianą podnoszących na duchu słów.  Wiem, że to tylko takie gadanie. A może jednak nie? Jeśli taka wielka jest w naszym narodzie wiara, to może coś w tym jest? Może wisi nad nami jakaś kara, jeśli kilkoro przedstawicieli tej wiary praojców, chroniąc się w tej bramie przed deszczem z niebiesiech miało takie spójne poglądy na ten temat. Znalazłem kiedyś takie zdanie: Nieszczęścia, potop, rozproszenie, nieprzyjaciele, piekło, wojna, śmierć, cierpienie – wszystkie te kary ukazują człowiekowi trzy rzeczy: stan, w którym znajduje się grzesznik; logikę koniecznego przejścia od grzechu do kary; osobowe oblicze Boga, który sądzi i zbawia. Czy możliwe, że te panie mogły mieć rację?

 

dziennik pesymistyczny

Zimna woda

Obublikował pavvel dnia Komentarzy: 2

Zmroziła mnie kartka naklejona na drzwiach wejściowych klatki schodowej mojej kamienicy. Zrobiło mi się zimno. Jakby mnie tam już na dole, pod tymi drzwiami, ktoś oblał zimną wodą.  Bo jak wszyscy wiemy człowiek się przyzwyczaja do dobrego. A jak ma to coś, co jest dobrem człowieczym od dzieciństwa, i to tak na wyciągniecie ręki, tak dostępne w każdej chwili, to nie ma w tym nic dziwnego, że się człowiek do tego przyzwyczaja. Jak coś się ma przez całe niemal życie, tylko z krótkimi przerwami, to zdecydowanie jest mu się trudno odzwyczaić, gdy mu ten przywilej i radość ucywilizowanego człowieka ktoś zabierze. Nawet, jeśli to znika z naszego życia tylko na pewien czas. Jeśli koniec niedogodności, która nas spotkała jest ściśle określony. To tak czy inaczej jest to bardzo dotkliwa strata. Kilka dni temu na drzwiach wejściowych do mojej klatki schodowej pojawiła się oficjalna karteczka z licznymi pieczątkami podnoszącymi jej rangę, informująca mieszkaniowców mojej kamienicy, czyli moją skromną osobę również, że od dnia takiego i takiego przez tydzień nie będzie u mnie w kranie ciepłej wody. Z druczku naklejonego na drzwiach dowiedziałem się, że firma dostarczająca tą płynną i ciepłą zdobycz cywilizacyjną do mojego domu postanowiła przeprowadzić skomplikowaną operację ułożenia rur pod nowo planowaną ulicą. I tym samym, tą planowaną awarią, firma ta pozbawiła ciepłej wody kilka osiedli mieszkaniowych w południowej cześć mojego miasta.

 

Ogłoszenie o awarii nie wzbudziło u mnie zdziwienia, bo spodziewałem się takiego obrotu sprawy. Robotnicy już od dawna grzebali w ziemi i od dawna czytałem w gazetach lokalnych, że coś tam będą działać. Więc powinienem się psychicznie przygotować na brak ciepłej wody. Ale gdy o poranku stanąłem pod prysznicem z dłonią na kranie z zimna wodą, to sam nie wierzyłem, że za chwilę lunie na mnie zimna ulewa. I gdy poczułem na sobie pierwsze lodowate krople to przed oczami stanął mi obraz górskiego potoku. I mnie w nim. To straszna tortura. Ale dzielnie ją znosiłem w imię czystości. Choć nie ukrywam, że już sama świadomość, że rano będę musiał stanąć pod zimnym prysznicem powodowała, że trudno mi się zasypiało wieczorem. No tak, mogłem oczywiście zrezygnować z porannych wizyt w łazience, ale przecież poprawność polityczna nie pozwala na takie zachowanie. No i zdecydowanie byłoby to dla mnie mało niekomfortowe. Nie bardzo jestem zwolennikiem mocnych męskich zapachów. Wszystko, co niosło za sobą radość z posiadania ciepłej wody teraz stało się przez zimną wodę prawdziwą mordęgą. Wiem, są ludzie, którzy nawet zimą z ochotą wskakują w lodowate odmęty. Ale ja do nich nie należę. Takie ekstremalne przeżycia w kontaktach z mokrym zimnem są nie dla mnie. I do tego za oknem kolejny jesienny dzień tej wiosny. Pada deszcze, a w kranie zimna woda. Zimny prysznic jest zdecydowanie nie dla mnie. I tak ma być przez najbliższy tydzień. Przez siedem dni mam zażywać uroków kąpieli w zimnej wodzie.

 

Wiem, są teraz miejsca w Polsce, w których jest zdecydowanie więcej wody niżby tego oczekiwali tamtejsi mieszkańcy. Powódź jest czymś strasznym. I mój problem z zimną wodą w kranie jest przy problemach z wielką wodą – niczym. Jest straszliwie nieważny. Ale to jest taki mój maleńki problem. Mój osobisty. Mieszkając tu gdzie mieszkam, nie jestem na szczęście narażony na wystąpienie podtopień. Do najbliższej rzeki jest daleko. Więc moje problemy z wodą są mniejsze, maleńkie można by nawet powiedzieć i pewnie dla wielu nie miałyby żadnego znaczenia. Ale ja tu nie piszę o wszystkich tylko o mnie. Dla mnie zamarzanie pod zimnym prysznicem przez tydzień jest męczarnią. Dotykają mnie personalnie i mam prawo do narzekania. Nie narzekam na sam stan rzeczy, ale na to, że jestem taki nieprzygotowany do tego braku ciepłej wody. Wkurza mnie, że taki jestem miejski. Sam nie wiem jak to nazwać, więc z góry przepraszam tych, co się poczują obrażeniu, że ja miejski – a ci na wsi to w zimnej wodzie tylko. Ale ja to mam przez to ciągłe udowadnianie mi przez media, że nie ma to jak powrót do natury. Że kwiatuszki, pszczółki, drzewka… Że czerstwi i silni faceci to tylko ci, co to nie zaznali nigdy ciepłej wody. Jak jeść to tylko, co natura daje. Że najlepiej to bez chemii. Że taki powinienem być… bliżej naturalny. Ale ja nie mogę w takiej zimnej wodzie, co rano zażywać kąpieli. No, co ja zrobię, że ta cywilizacja jest dla mnie tak ważna. Mała rzecz a tak potrafi zepsuć humor. A jakby mi tak na tydzień prąd wyłączyli? Brak ciepłej wody to maja mała – głośna, bo krzyczę pod prysznicem – tragedia. I od tygodnia mam swoją małą nieważną, ale dla mnie bolesną tragedię. Na koniec tylko dodam, że na tej karteczce, co na drzwiach wisi jest napisane, że jak będą złe warunki atmosferyczne to firma zastrzega sobie możliwości przedłużenia czasu, w którym nie będzie dostarczać ciepłej wody do mieszkań. 

 

dziennik pesymistyczny

Czas pracy

Obublikował pavvel dnia Komentarzy: 0

Nie wiem dlaczego tak jest, ale jak się wydaje nie możne być inaczej. Widocznie, jak to w Polsce bywa, normą są na takie rozwiązania jakieś szczegółowe przepisy. Przepisy, regulacje, kodeksy, zapisy prawne. Możliwe, że jest to nawet zapisane w jakiejś ustawie? Z pewnością jakaś bardzo ważna komisja zbierała się w tej sprawie przez kilka lat i dlatego fakty mają się tak jak się mają. Można mieć też przypuszczenie graniczące z pewnością, że za taki stan odpowiada z dziesięciu dyrektorów i z trzynastu kierowników oraz niezliczona liczba urzędników. I nie chodzi tu o budowę stacji kosmicznej. Nie jest to skomplikowana operacja na miarę lądowania aliantów na plażach Normandii. Tu chodzi o rzecz prozaiczną. Wydawałoby się, że prostą. Ale u nas nie może być tak po prostu. Idzie mi w tej mojej opowieści o zwykłe remonty dróg w moim mieście. Zwykłe, bo wykonywane w zwykłych, jak Pan Bóg przykazał, godzinach pracy.  Drogowcy w moim mieście za najlepszą porę na remontowanie szos uznają poranne godziny szczytu komunikacyjnego. Zaczynają się rozkładać z barierkami i pachołkami ochronnymi o ósmej i kończą tak mniej więcej po szesnastej. Wielkie machiny do zrywania asfaltu. Ogromne ciężarówki. Ubrani w odblaskowe uniformy robotnicy. Wszyscy oni w swej mnogości wychodzą tłumnie na drogi, gdy ja, oraz setki mieszkańców mojego miasta spieszą do pracy lub usiłują z niej powrócić. Wiem, oni są w pracy, ale czy naprawdę muszą zabierać się za ta pożyteczną robotę właśnie wtedy, gdy ja oraz podobni do mnie starają się dostać do biur, urzędów, sklepów i fabryk.

 

Przyzwyczaiłem się, że poruszanie się po moim mieście przypomina bieg czy raczej jazdę na orientację. Nie pomaga nawigacja. Żadne tam GPS-y. Nic nie pomoże. Bo tam gdzie wczoraj była droga dziś może być już plac budowy.  Dzisiejszego ranka mój znajomy z innego miasta powiadomił mnie, że właśnie mija tablicę z nazwą mojej miejscowości i że, zgodnie ze wskazaniem nawigacji, będzie za cztery minuty. Za dwadzieścia sześć minut zadzwonił do mnie zrozpaczony, że się zgubił, bo był jakiś objazd, który zaprowadził go do drugiego objazdu, który zakończył się zamkniętym dla ruchu kołowego odcinkiem drogi. Stanął ten mój znajomy pod znakiem zakazu i kompletnie nie wiedział, co dalej. A nawigacja wskazywała, że do mojego biura zostało mu kilka minut drogi. Właśnie tej zamkniętej dla ruchu a więc i dla niego. Pojechałem go uratować i zaprowadziłem pod firmę. Jak nam powiedział, nigdy nie wpadł na to, że właśnie tędy można dojechać. Tak więc moje prowincjonalne miasto stało się teraz pewnie o wiele większym miastem w sensie mieszkańców, bo pewnie wielu przyjezdnych utknęło w nim na dłużej. Gubiąc się w objazdach lub stojąc w wielkich korkach spowodowanych tymi właśnie objazdami. Uprzedzając tych wszystkich, który już zabierali się za pisanie komentarzy w stylu: Baranie! Przeszkadza ci to, że remontują drogi! Odpowiadam wyprzedzająco: Nie, nie przeszkadza mi to! Ba, ja jestem wręcz szczęśliwy! Bardzo jestem zadowolony. Popieram i jestem wdzięczny. Ale mam jedną prośbę.

 

Gdy jadę do pracy muszę, przez objazdy, wybrać taką drogę, bo inną po prostu nie mogę dojechać. Trasa ta to dwa pasy jednej z najważniejszych arterii komunikacyjnych mojego miasta. Przez pozamykane inne drogi ruch jak w Rzymie. A tu nagle… Jeden z pasów zamknięty dla ruchu. A na nim, na drodze, za barierką ochronną kilku robotników przygląda się pracy machiny, która z wielką gracją zrywa asfalt, pozostawiając w jezdni przepiękne prostokątne wycinanki. Asfaltowy urobek zabiera ciężarówka manewrując z wysiłkiem między setkami samochodów osobowych. I tak w najlepsze trwają prace drogowców całkowicie paraliżując ruch na drodze. I to wszystko między ósmą a, szesnastą. Rozumiem, że jest większość z nas pracuje między tymi godzinami. Że wielu tak właśnie chce pracować. Ale są chyba sytuacje gdzie można pracować w innych godzinach niż te tradycyjne. Bo praca na jedynej jeszcze przejezdnej drodze w godzinach, gdy są tam setki samochodów nie jest najlepszym pomysłem. Drogowcy! Taki mały, niewinny apel do was. Dziękuję za wasz trud. Za wasze zaangażowanie. Za to, że staracie się jak możecie utrzymać poziom na naszych drogach. Ale może róbcie to wtedy, gdy mnie tam nie ma. Mnie i większości zmotoryzowanych. Może pracujcie w nocy. Taka mnie naszła myśl. Wiem jest to rewolucyjna i radykalna myśl. Ja wiem, w nocy trudniej, bo spać się chce. Ale może jest to jakiś pomysł na doraźne remontowanie ulic. Nie w dzień, a w nocy. Gdy ruch na drogach miejskich jest minimalny. Wiem, noc jest od spania. Ale są takie zawody, które wymagają nocnego zaangażowania. I do takich właśnie powinien należeć zawód doraźnie remontującego drogi drogowca.

 

dziennik pesymistyczny

Liczy się udział, czyli wybory marionetek

Obublikował pavvel dnia Komentarzy: 0

Przypomniało mi się pewne wydarzenie z dzieciństwa, o którym nie myślałem całe lata. Pojawiło się w mojej głowie to skojarzenie do czasów minionych i bardzo odległych, gdy rozmawiałem dziś rano z kolegami z pracy o zbliżających się wyborach prezydenckich. A właściwie rozmawialiśmy o manipulacji. O tym jak czasami media i politycy nami manipulują, gdy wmawiają nam jak ważne jest to żebyśmy uczestniczyli w wyborach.  Jak dajemy się wmanewrować w dokonywanie politycznych wyborów, których nie dokonalibyśmy tak na zimno bez emocji. Jak wszyscy podgrzewamy się do czerwoności lub jak kto woli do wrzenia tym, co politycy dążący do legitymizacji swojej władzy nam sprzedają poprzez media. Jak wmówiono nam, że wszystko zależy od nas. A oni specjaliści od sprzedaży politycznych emocji tylko wskazują nam cel – głosowanie mimo wszystko. Niby jest tak, że ta moja kartka do głosowania wrzucona do urny może zmienić coś na lepsze. Czyli zmiany zgodnie z doktryną demokratyczną należą do mnie. Zmieniamy wyborami politycznymi rzeczywistość. Tak nam wmawiają i do takich decyzji nad urną nas przedstawiciele państwa namawiają. A czy na pewno ode mnie, od mojego kolegi siedzącego przy biurku obok, od tego pana, co to dziś do nas przyszedł z wizytą, i od może jeszcze dla przykładu pani Zosi z księgowości wszystko zależy?  Taki maluczki pojedynczy obywatel ma przemożny wpływ na kierunek rozwoju naszego państwa? Od dzieciństwa wiemy, że jak nie zagłosujemy to jak nic państwo się obrazi. Że to nasz najświetniejszy obowiązek wobec naszej ojczyzny. Że jak my w tych nadchodzących wyborach nie staniemy na wysokości zadania i nie zagłosujemy to państwo nasze ukochane strzeli focha z przytupem – jak mówi moja przyjaciółka – zwinie ten cały państwowy interes i … no i właśnie, co. Co takiego zrobi moje państwo, gdy na przykład siedemdziesiąt procent jego własnych obywateli uzna, że nie znajduje w obecnej tak zwanej elicie politycznej godnego siebie przedstawiciela? Nie znajdzie kogoś, kogo uzna za swojego. Godnego tego żeby na niego zagłosować. I nie pójdzie na wybory. Czy państwo sobie poradzi przy siedemdziesięcioprocentowej absencji przy urnach? Z pewnością tak. Obrazi się zdecydowanie, ale przeżyje. Bo za wielu żyje z polityki i państwa żeby zrozumieć, że to jest jakiś sygnał od społeczeństwa, że nie ma dla nich wśród obecnych polityków tego, kto może ich reprezentować

 

A gdzie tu jest manipulacja? No właśnie jest ona w tym, jak usłyszałem od kolegi, który to przeczytał w gazecie, że nieważne jest to, na kogo się głosuje. Ważne jest samo uczestnictwo w wyborach. Bo to jest obywatelski obowiązek. Czyli nawet jak nie znajdujesz wśród kandydatów tego kogoś, kto jest ci bliski ideami to i tak musisz się dopasować. I zagłosować tak czy inaczej na tego, który ma największe szanse. Bo taka jest twoja powinność wobec państwa i ojczyzny. Mam takie wrażenie, że od pewnego czasu przestrzeń polityczna jest jakby zawłaszczona przez dwie partie. Ciągle słyszę, że zgodnie z sondażami przeprowadzonymi na reprezentatywnej grupie respondentów tylko dwóch kandydatów liczy się w wyścigu do pałacu prezydenckiego. Czyli tak w zasadzie to wybór już i tak ograniczył się do tych dwóch. Ale nawet jakbyśmy chcieli zagłosować na jakiegoś innego z tych kandydatów, co to i tak się nie liczą to dobrze, bo zagłosujemy spełniając nasz obowiązek. Słyszałem kiedyś od pewnego polityka, że nawet oddanie w wyborach głosu nieważnego ma znaczenie, bo samo uczestnictwo jest świętym przywilejem i obowiązkiem obywatelskim. Czy nie jest to manipulacją? Czy to jakiś sport jest czy realna rywalizacja? Jeszcze nie wiadomo było, kto będzie kandydatem w wyborach u tych prawych i sprawiedliwych a już był on najpoważniejszym kandydatem i rywalizował z tym wystawionym przez platformę.

 

I właśnie przy okazji tej rozmowy o obowiązkach politycznych wyborów przypomniałem sobie pewne wydarzenia z dzieciństwa. Gdy byłem kilkulatkiem przyjechała do mojego przedszkola grupa teatralna z przedstawieniem kukiełkowym. Było to moje pierwsze zetknięcie się z teatrem i może, dlatego właśnie zapamiętałem to wydarzenie na tak długo.  Aktorzy ustawili scenę i rozpoczęło się przedstawienie. Najciekawsze w tym jest to, że absolutnie nie pamiętam treści przedstawienia. Pamiętam za to, że przed moimi dziecięcymi oczami rozgrywało się przedstawienie gdzie na scenie swoje przygody przeżywał dzielny rycerzyk. I tyle. Najbardziej jednak zapamiętałem to, że po skończonym przedstawieniu zza kurtyny wyszli ubrani na czarno aktorzy trzymający w dłoniach uczepione na linkach lalki. I to najbardziej zszokowało moje małe dziecięce serduszko. Nie mogłem za nic zrozumieć, że to, co brałem za prawdziwie żyjące stworzenia i postaci, tak naprawdę były tylko lalkami uwieszonymi na linkach. I że każdy ich ruch i ich życie, że tak powiem, uzależnione było od woli pana lub pani w czerni, która nimi poruszała. Przypominam, że byłem dzieckiem i czasem zacierała mi się rzeczywistości z tym, co sobie wyobrażałem. Ale to, że można dać życie lalce i następnie nią kierować jakoś nie mieściło się w umyśle kilkulatka, jakim byłem. Mój dzielny rycerzyk, który tak mnie zachwycał na scenie okazał się zabawką i do tego pozbawioną własnej woli. Był całkowicie zależny od tych aktorów, co to linkami marionetki poruszali. Wiem, że to naiwne, ale pamiętam swoje rozczarowanie. 

 

Potem, gdy już pozwoliłem poznać przyczynę mojego spazmatycznego szlochu, wszystko mi wyjaśniono dokładnie. Już wiedziałem, że to tylko laleczki i że tak właśnie ma być, że wiszą one u krzyżaka lalkarza podwieszone tam linkami. I że wola i ręka autora jest dla nich wyznacznikiem działania. Niby wszystko wiedziałem dokładnie. Mogłem nawet samodzielnie, dzięki miłym aktorom, spróbować poruszyć marionetką. Czyli wiedziałem, że to tylko taka zabawa.  Ale jeszcze długo pozostała we mnie jakaś dziwna obawa, że takie same linki są uwiązane i do moich rąk i nóg. I tak mam dotychczas. I jak ci aktorzy manipulowali rycerzykiem na scenie tak mną manipulują ci wszyscy, którzy wmawiają mi, że coś znaczy mój wybór nawet jak oddam głos go na kogoś, kto nie jest moim kandydatem. Niby słowo manipulacja jest tu za mocne, ale tak właśnie czuję i dlatego go używam. Nie chcę być marionetką do głosowania. Chcę być wolny i mieć prawo do wolnego wyboru bez poczucia winy. Dla mnie nie głosowanie to wybór i nie chcę, aby mi ktoś odmawiał prawa do niegłosowania oraz nazywał mnie niedobrym obywatelem tylko, dlatego że odważyłem się nie głosować. Nie znalazłem godnego reprezentanta, więc nie głosuję. Nie będę legitymizował swym uczestnictwem w wyborach tych, którzy nie są dla mnie dostatecznie dobrzy by rządzić. Bo jeśli mam świadomie wybierać to właśnie nie głosowanie, gdy nie mam na kogo zagłosować, jest jedynie dobrym wyborem.

 

dziennik pesymistyczny

Różnice w angielskim

Obublikował pavvel dnia Komentarzy: 2

Choć wielu czytającym te słowa wyda się to czymś dziwnym, a niektórym wręcz nagannym, to jednak nic nie zmieni faktu, że nie każdy Polak porozumiewa się płynnie w języku Szekspira.  Wielu z nas nie mówi w języku angielskim, bo w szkole, gdy pobierali nauki, nie nauczali tej nowej łaciny.  Wielu też nie spikuje, bo nie ma takiej potrzeby i nie spotyka się z tym językiem, na co dzień, a jedynie od wielkiego dzwonu, więc nic i nikt ich zmusza to nauki. Jest też wielu takich, którzy nie potrzebują i wręcz nie chcą się nauczyć tego języka. Tak po prostu… Nie chcą i już. I co im pan zrobisz? Na szczęście dla tych nieznających, jest też dostatecznie wielu takich ludzi w naszym społeczeństwie, którzy perfekcyjnie porozumiewają się po zagranicznemu, więc jak jest taka potrzeba to zawsze można skorzystać z ich pomocy. I wydawałoby się, że prosta zasada o tym, że tam gdzie mieszkają Anglicy, wysyła się osobę, która coś w ich języku powie i zrozumie jest prosta i dla wszystkim zrozumiała. Tak się wydaje pewnie wielu, ale niektórym polskim pracodawcom już nie. Ja tam nie mieszkam wśród Brytyjczyków, ale znam kogoś, kto tam mieszka od wielu lat i coś mi o tym opowiedział.

 

Po przyjeździe do pracy – opowiadał mi mój przyjaciel zza granicy – zobaczyłem zaparkowanego na przeciwko naszego biura dużego Vana na polskich, podwarszawskich numerach rejestracyjnych. Z samochodu dostawczego wysiadł wymemłany, nieogolony, tak na oko, pięćdziesięcioletni facet. Zobaczył mnie, po czym podbiegł do mnie z kawałkiem papieru w ręku. Z błaganiem w oczach zaczął mówić: „Mister, mister! Company?” I zataczał ręką koło wskazując najbliższą okolicę. Starał się usilnie coś mi przekazać w języku, którego zdecydowanie nie znał. Podtykał mi, przez cały czas tej niby rozmowy po angielsku, pod mój nos ten swój świstek papieru.  Na moje pytanie po polsku:, „O co ci chodzi, kolego?” – Relacjonował dalej mój kolega – w oczach tego osobnika pojawiły się prawdziwe łzy szczęścia. Spotkał kogoś, kto nie tylko rozumiał jego słowa, ale nawet mówił w języku, który jest jego ojczystym językiem. Spotkał na tej angielskojęzycznej pustyni niezrozumienia swojego rodaka. Jak się okazało, na tej wyrwanej z zeszytu kartce papieru podstawianej usilnie pod nos mojego kolegi przez tego zagubionego w angielskiej rzeczywistości pana w średnim wieku, była jedynie napisana odręcznie nazwa firmy: DELTA SERVICE plus kod pocztowy. Dosłownie, tylko tyle. Nic więcej. I to miało temu polskiemu kierowcy, nieznającemu języka angielskiego, wystarczyć za wszelkie wskazówki prowadzące go do celu w jego wyprawy na wyspy brytyjskie.   

 

Nie było tam na tej karteczce nic więcej. Z firmy tej miał ten zaginiony kierowca odebrać chińskie tonery do drukarek(!?). A jak opowiadał mojemu przyjacielowi koczował na parkingu przez cały weekend starając się tę firmę znaleźć. Dopiero w poniedziałek rano znalazł kogoś, w osobie mojego kolegi, kto go zrozumiał i mu pomógł. Sprawdzili wspólnie okoliczne budynki. Ale jak się okazało firmy o takiej nazwie nigdzie nie było w pobliżu. Choć kod pocztowy wypisany na karteczce wskazywałby na to, że właśnie w tym miejscu powinna się znajdować. Mój przyjaciel oraz jego angielscy koledzy z pracy poważnie przejęli się losem Polaka zaginionego w obcojęzycznej angielskiej rzeczywistości. Rozpoczęli wspólne szukanie firmy o tej nazwie w internecie. Ale to też nie przyniosło zadowalających rezultatów. Doprowadzony do rozpaczy polski kierowca wysłał smsa do swojej firmy w Nadarzynie z prośbą o kontakt z firmą DELTA SERVICE w celu identyfikacji jej położenia. W odpowiedzi przysłali mu polscy, podwarszawscy pracodawcy numer telefonu i kazali zadzwonić osobiście. Czyli miał poradzić sobie sam. – „Przecież ja nie znam angielskiego!” – Prawie rozpłakał się kierowca. – „I jak ja mam z mojej prywatnej komórki dzwonić. Przecież to majątek kosztuje!” – rozpaczał.

 

Mój przyjaciel przetłumaczył swoim angielskim współpracownikom na ich język, wyrazy i gesty, wielkiego nieszczęścia i rozpaczy Polaka. Zrobiło się im wszystkim bardzo żal tego zaginionego w akcji kierowcy. Postanowili wspólnie, że zadzwonią pod wysłany mu przez jego pracodawcę numer telefonu. Okazało się – relacjonował mi przyjaciel – że firma DELTA SERVISES to nie DELTA a DATA SERVISES. Niby brzmi podobnie po angielsku, ale jaka różnica! A co najważniejsze dla tego niemówiącego po angielsku, budynek tej firmy, znajdował się niecałe dwieście metrów od przedsiębiorstwa, w którym znalazł tyle zrozumienia i pomocy. Wdzięczności tego kierowcy nie było końca. – Po tym wszystkim odszedłem z nim na bok na papierosa – powiadał dalej mój kolega – i tam pogadaliśmy trochę. Okazało się, że jego szefostwo wysłało go do UK już w piątek. – „To za wcześnie na wyjazd!” – Mówił w pracy nasz dzielny kierowca. – „Panie Areczku, masz pan jechać, bo tam na pana będą czekać cały czas, nawet w niedzielę. No, chyba, że pan nie chcesz, to wtedy, kto inny będzie wykonywał pana robotę – zwierzył się mojemu koledze kierowca. Miał jechać nie, gadać. Dostał nazwę firmy zapisaną na kartce z zeszytu. Kod pocztowy do nawigacji. I w drogę, do Wyspy Brytyjskie! A na miejscu okazało się, że oczywiście na niego nikt nie czekał. Przecież od załatwiania takich spraw jest okres od poniedziałku do piątku. A nawet gdyby czekał w tej firmie ktoś na niego to nikt nawet się nie wysilił żeby temu biednemu człowiekowi dać porządne dane o celu podroży. I jeszcze nikt wśród pracodawców naszego pana Arkadiusza nie zastanowił się na tym, że nie zna on nawet słowa w obcych językach, więc pewnie w kraju gdzie mieszkają Anglicy na pewno sobie nie poradzi.

 

Jak widać nikogo to z pracodawców pana Arkadiusza to obchodziło – Po prostu żal serce ściska jak się czasami pomyśli o głupocie niektórych pracodawców w Polsce – mówi mi mój przyjaciel. To wszystko pokazuje, e nasz biznes czasami rządzi się prawami: żeby taniej, żeby jakoś do przodu, żeby jakoś tam było. I tak oto do Anglii wysyła się kierowcę, który nie mówi słowa po angielsku. I na dodatek bez dokładnych wskazówek, co do celu podroży. Wszystko w myśl zasady – jak najtaniej oraz – jakoś to będzie. Bo pewnie pan Arek sobie jakoś da radę I to nie pan Arkadiusz jest winny takiej sytuacji, ale głupota jego szefów oraz ich pazerność i krótkowzroczność. Ich totalna i bezgraniczna głupota. Przypomniało mi się z twórczości polskiego punk rocka takie zdanie z pewnej piosenki: niepokój jakiś w Tobie się budzi czyżby we Francji mieszkali Francuzi? Jak widać nie wszyscy zdają sobie sprawę, że w Polsce mieszkają Polacy, a w Anglii mieszkają Anglicy. I do tego głównie mówią po angielsku.