Yearly Archives

193 Articles

dziennik pesymistyczny

Rok ciszy wyborczej

Obublikował pavvel dnia Komentarzy: 0

Jaka teraz cisza panuje w naszej ojczyźnie. Dziesięciu ofiarnie stających w boje o zaszczyty, zniknęło na pewien czas z radia i telewizji. Co za ulga. Teraz można spokojnie otworzyć lodówkę i mieć pewność, że nie wyskoczy z niej z ulotką jakiś nowy – i w swej nadziei, przyszły – ojciec narodu. Kocham te dwa dni ciszy. I naprawdę jestem wdzięczny, że nie muszę już wysłuchiwać o wyższości cnót przepisywanych jednemu z kandydatów nad zaletami umysłu innego. Jak dobrze jest poczytać w gazetach o czymś normalniejszym dla zwykłego obywatela szaraka. O czymś zwykłym, przyziemnym, mniej patriotycznym, mniej abstrakcyjnym. To chyba jest w tym najpiękniejsze, że w politycznym państwie, tuż przed tym jak zamierza ono legalizować swoją władzę na następne kilka lat, postanawia ono nagrodzić obywateli ciszą polityczną. Takim odpoczynkiem od siebie. Co prawda w sferze duchowej bardziej niż w materialnej, ale zawsze to jakiś odpoczynek od wszechobecności politycznej. Nadchodzą dni spokoju. Odpoczynku od wrzasków i przekonywań o tym kogo prawda jest najbardziej prawdziwa. Jak nie lubię ludzi polityki i polityków, to ciszę wyborczą zdecydowanie uznaję za największe dobrodziejstwo tej naszej upaństwowionej demokracji. Dla mnie to mogłoby być odwrotnie. Dwa dni kampanii wyborczej i potem reszta roku w wyborczej ciszy. Jeśli to za radykalne posunięcie to może tak: tydzień w miesiącu na polityczne obiecywanki a potem trzy tygodnie w spokoju i ciszy. Lub może jeszcze inne rozwiązanie. Jeden dzień w tygodniu na polityczne wojny, waśnie i spory i potem sześć dni spokoju.

Pamiętam z podstawówki, że był tam ze mną kolega który nie dawał się przekonać co do tego, że nie jest najważniejszy w naszej klasie i szkole. Przekonany był o swej wyjątkowości tak dalece, że skacząc po ławkach, krzycząc i ciągnąc dziewczynki za włosy, nie spodziewał się za to kary jaka spotkałaby zwyczajnego ucznia. Był on bowiem synem dyrektorki szkoły więc miał że tak powiem, umocowanie we władzy. A jak wiadomo duży i silniejszy oraz ten, za kim stoi realna władza może więcej. Mógł więc czynić znacznie więcej niż my maluczcy. I czynił to. Oj, jak to czynił. Było to nawet czasem śmieszne ale i czasami meczące. Tak czy inaczej doszło do tego, że młodzieniec ten zapanował tak dalece nad nauczycielami, że ci nie chcąc walczyć i z nim samym, i jego mamusią dyrektorką, postanowili dać mu pięć minut z czasu lekcji na wybrykanie się. On zaś zobowiązał się po upływie tego czasu do ciszy i spokoju. Dając im czterdzieści minut wolności od swych wybryków tak, aby mogli spokojnie prowadzić nauczanie, wywalczył pięć minut dla siebie. Wiem, że to co piszę wydaje się niemożliwe, ale jest jak najbardziej prawdziwe. Mam na to kilku świadków. Piszę o tym, by pokazać że się da. Że jeśli nie można nad czymś zapanować, to po prostu warto temu czemuś dać pięć minut na wygłupy ,aby potem mieć czas, na zajęcie się czymś poważnym i normalnym.

Może wprowadzenie zasady że rząd rządzi, a nie prowadzi wiecznej kampanii wyborczej byłoby dobrym posunięciem. Może zdecydowanie potrzebny jest nam czas ciszy wyborczej, wolnej od tego, że każda administracyjna decyzja jest od razu zbijana przez polityczną opozycję etykietką prowadzenia przez rząd kampanii wyborczej. Jak ja tęsknie do czasów – jeśli można tęsknić do czegoś czego się nie zaznało oczywiście – w których nie będę wiedział kto jest ministrem finansów, bo nasze państwo będzie tak dobrze zarządzane, że nie będę miał potrzeby oglądanie co chwila w telewizji ministra. Chcę do czasów w których nie będę kojarzył kto jest ministrem od dróg bo one – te drogi – po prostu będą i to w doskonałym stanie. Nie będę musiał się opowiadać po stronie jednego polityka, bo przecież będę miał pewność że wszyscy oni i tak pracują dla mojego dobra. Chcę czasów, w których będę co najwyżej mgliście kojarzył kto jest premierem, bo znać go będę z tego, że jest dobrym administratorem i gospodarzem. Bo państwo będzie sobie trwało bez sporów, waśni i bez angażowania mnie w swe walki wewnętrzne. Będzie moim opiekunem i doradcą . A ja stanę się podmiotem w państwie, a nie przedmiotem do zarabiania na jego utrzymanie.

Niech będzie teraz tak, że raz w tygodniu będzie można sobie walczyć politycznie do woli, a potem nastąpi cisza, w której pod groźbą kary, zabroniony będzie jakikolwiek sposób agitacji politycznej. Wprowadźmy zasady, że rząd administruje w ciszy bez medialnej wojny. Niech zakazem będą objęte przez większość roku wszelkie wystąpienia polityczne, manifestacje, audycje radiowe i telewizyjne z udziałem urzędników państwowych obecnie urzędujących, publikacje na ich temat, czy naklejanie ich plakatów. Nich przez większość roku będzie cisza wyborcza.

dziennik pesymistyczny

Mój głos to mój wybór

Obublikował pavvel dnia Komentarzy: 0

Ile razy wam się zdarzyło że ktoś was namawiał do picia alkoholu wtedy właśni,e gdy nie mieliście na to najmniejszej nawet ochoty. – No napij się …. Ze mną się nie napijesz? – słyszeliście zapewne wielokrotnie gdy ktoś wmawiał wam, że powinniście z nim wypić choć wam się nie chciało. – No, jednego się napij… na co masz ochotę? Na piwko? Na wódeczkę? – wciąż i na nowo ponawiano natrętne pytania. A przecież od razu zapowiedzieliście, że na żaden alkohol w tym dniu nie macie ochoty. A tu stawiają przed wami wybór. Jakby nie docierało do nich że nie macie na to ochoty. Że już postanowiliście. Że dziś waszym wyborem jest nie picie. I już. I nic więcej się nie liczy. A jednak zawsze znajdzie się ktoś ,kto docieka, dlaczego wasz wybór jest taki a nie inny. – Nie pije więc pewnie donosi – usłyszałem kiedyś. A ja po prostu uważałem, że nie powinienem zażywać alkoholu, bo jutro mam coś ważnego do zrobienia i muszę wcześnie wstać. Przecież mam wolną wolę i mogę postąpić tak jak mi się chce i zgodnie z moimi przekonaniami, i nikt nie powinien mnie na siłę przekonywać że postępuję źle. To co piszę ma być przykładem. Przykładem, który ma pokazać, że czasami wszyscy wokół chcą nas przekonać do swoich racji. Ma być przykładem ilustrującym denerwujące i usilne namawianie mnie do czynów, których z racji moich przekonań i tak nie dokonam. Ale często jest tak, że inni widocznie uznali, że powinienem wybierać mimo tego, że nie ma we woli wybierania. Wielu jest takich co nie szczędzą sił i środków na triki marketingowe które mają mnie przekonać, że moje poglądy nic nie znaczą. Ważne że inni myślą, że powinienem coś zrobić więc mam to zrobić i już. Po prostu ich prawda jest „najsza” bardziej niż moja prawda i moje przekonania.

Jeśli przykład z alkoholem jest za mocny i niewłaściwy, zbyt procentowy, i za bardzo niepoprawny politycznie, to odniosę się do czasów niewinności. Pamiętacie z dzieciństwa jak to było, gdy wam ktoś usilnie wmawiał, że powinniście zjeść obiadek z talerzyka, a wy wcale nie byliście wtedy głodni? Pamiętam też, że wtedy często słyszałem pytanie: no to co chcesz zjeść? Jakby to było najważniejsze. A przecież nie było kwestią to co chcę zjeść konkretnie, ale bardziej to, że mnie się po prostu absolutnie jeść nie chciało. Jednak podsuwano mi pod nos kolejne smakołyki, bo przecież tak czy inaczej powinienem coś zjeść, i przy tym nie liczono się zupełnie z tym, że jest przecież u mnie opcja nic nie jedzenia. Przynajmniej w tej chwili. Bo potem, za kilka godzin to już mogło być całkiem inaczej. Pewnie jest jeszcze wiele takich przykładów ,gdzie ktoś skłania nas do wyborów których dokonywać nie chcemy. I to wcale nie dlatego że tak zwyczajnie nam się nie chce. To jeszcze można zrozumieć. Ale czasem mamy stuprocentową pewność, że nie możemy uczestniczyć w czymś co tak naprawdę do niczego nie prowadzi. A jednak wciąż i znów słyszymy głosy ludzi, którzy nakazują nam wybór tylko dla samego aktu wyboru. Nie jest ważne że my świadomie nie chcemy dokonywać wyboru. Ważne jest to że powinnyśmy wybierać, bo tak nakazują nam inni. Nawet jeśli nasz wybór z dziesięciu możliwości jest niemożliwy. Nawet jeśli poprzez działania mediów i ogromne pieniądze wybór został ograniczony do dwóch możliwości, a żadna nie jest tą naszą, to i tak powinniśmy wybrać. Bo obowiązkiem patriotycznym stało się wybieranie dla samego wybierania. Jak w sporcie, mniej się liczy wynik- bardziej uczestnictwo.

Dziś z okienka telewizyjnego piękna panienka namawiała mnie do głosowania. Twarz jej kojarzę, dokonań jednak, mimo znacznych wysiłków, nie pamiętam. Ale panieneczka z okieneczka z karteczką w ręce ośmiela się mnie przekonywać że powinienem coś wybrać. A właściwie kogoś wybrać. Czyli tylko wybierać dla samego aktu wyborczego jak rozumiem. Należy koniecznie iść i wrzucić do urny karteczkę wyborczą. Nawet oddać głos nieważny, bo on frekwencyjnie i tak jest bardzo ważny jak się okazuje. Byle tylko zagłosować. – Wybory to nie małżeństwo – przekonuje mnie pani z telewizora. – Nie musisz kandydata kochać. Musisz go przynajmniej troszeczkę lubić – słyszę głos który ma mnie przekonać do udziału w wyborach. Pewnie że nie muszę go kochać – kandydata znaczy się – mogę go tylko ociupinkę polubić. Tak jak się lubi smak oranżady, dropsy czy wygodne buty! I już się czuję przekonany! Przecież nawet jak żaden kandydat nie jest mój, w sensie takim, że nie zakochałem się w jego poglądach politycznych, to i tak mam pobiec na wybory. Bo przecież frekwencja jest najważniejsza. Inny pan – o którym mówi moja mama że jest aktorem serialowym -a dla mnie podobny on jest zupełnie do nikogo, zarzuca mi nawet, że jak nie udam się do urn i nie zagłosuję to okażę się tchórzem. Pomijając brak autorytetu tego pana, ważniejsze jest to, że naprawdę nie wiem czy większym tchórzostwem jest to, że wybiera się najmniejsze zło licząc na to że jakoś to będzie, czy może to, że się jawnie i głośno mówi, że nie będzie się legitymizować tego w co się nie wierzy. Co jest bardziej uczciwsze: wybranie na siłę pośród tych których poglądów nie podzielam czy świadome pozostawienie tej zabawy tym, którzy jeszcze wierzą ,że to ma coś wspólnego w prawdziwym, takim klasycznie demokratycznym wyborem, gdzie ważniejszy jest człowiek, jego poglądy, przekonania, osobowość a nie pieniądze i medialny cyrk. I nikt nie musi mnie na siłę przekonywać i nazywać tchórzem, bo przecież mój głos, to mój wybór.

dziennik pesymistyczny

Między wyrokiem, a przekonaniem o winie

Obublikował pavvel dnia Komentarzy: 1

Po północy są w moim prowincjonalnym mieście takie ulice, na których ruch kołowy całkowicie zamiera. Nie tylko nie widać żadnych samochodów na drogach, ale też po chodnikach w nocy nie spacerują tłumnie mieszkańcy miasta. Po prostu po zmroku na ulicach nic się nie dzieje. Klasyczna pustka. I tak się zdarzyło, że w tej nocnej porze, przymusiła mojego kolegę podczas jego powrotu do domu samochodem, nagła potrzeba zawrócenia. Czyli postanowił on, na całkowicie pustej o tej porze drodze, zawrócić samochodem i zmienić radykalnie kierunek ruchu. Zatrzymał się. Dokładnie rozejrzał i gdy nie dostrzegł żadnych samochodów postanowił wykonać manewr. I jak już to zrobił… jego tylna szyba w aucie rozświetliła się nagle na niebiesko. Jak się pewnie wszyscy domyślają, doznał mój kolega tej nocy bliskiego spotkania z władzą. Panowie funkcjonariusze z drogówki poinformowali przyjaciela, że dokonał on straszliwego wykroczenia przeciw przepisom drogowym. Pozwolił sobie – jak panowie władza domniemywali – zawrócić na pustej drodze w miejscu gdzie na jezdni namalowany został znak P-4 czyli linia podwójna ciągła rozdzielającą pasy ruchu o kierunkach przeciwnych i oznaczającą zakaz przejeżdżania przez tę linię i najeżdżania na nią. Że tak dokładnie zacytuję opis znaku drogowego. Mój kolega co do tego zdarzenia miał zdecydowanie inne zdanie. On był święcie przekonany, że swym autem zawrócił w miejscu gdzie kończy się właśnie podwójna ciągła linia na drodze, a zaczyna linia przerywana. Czyli w miejscu dozwolonym. Ale przyjmując nawet teoretycznie, że jednak kolega się myli, a funkcjonariusze mają nocną porą tak sokoli wzrok, że wypatrzyli jego wykroczenie przeciw znakowi P-4, to w jego przekonaniu był on nadal niewinny. I potem tłumaczył mi, że to skandal z tym zatrzymaniem go do kontroli. Bo choć nawet złamał przepisy, to przecież w nocy, i tym samym jego wina okazała się mała. Więc jak oni mogli – ci mundurowi – mu ten mandat zaproponować. Bo choćby nawet był winny to i tak czuł się niewinny, bo to dziwne są te przepisy.

Gdy już przestał kolega z funkcjonariuszami dyskutować nad tym czy powinno się w tym miejscu zawracać samochodem czy raczej nie, i gdy już razem jechaliśmy do domu, postanowiłem posłuchać radia. U mnie w mieście są takie miejsca, w których jedyna stacja, którą można usłyszeć z przyczyn technicznych to stacja prawdziwych Polaków nadająca z miasta na Wisłą. A że właśnie były wiadomości, to powstrzymałem naturalny dla mnie odruch wyłączenia odbiornika. Postanowiłem posłuchać co tam ciekawego na świecie i w naszym powiecie w ujęciu duszpasterskim. I usłyszałem że Trybunał Praw Człowieka w Strasburgu uznał, że brak możliwości wyboru etyki dla uczniów, którzy nie chcą uczęszczać na religię, narusza Europejską Konwencję Praw Człowieka i Podstawowych Wolności. Trybunał uznał, że doszło do naruszenia artykułu 14 Konwencji, zakazującego dyskryminacji w związku z artykułem 9, gwarantującym wolność myśli, sumienia i wyznania. Ja to na pewno nie pójdę walczyć o prawdę, co do złamania przepisów czy do ich nie złamania do Trybunału w Strasburgu. Ale że było to radio docierające prawdziwym katolickim głosem do naszych domów i samochodów, to i nie zdziwiłem się, że po tej informacji był też odpowiedni komentarz. Pewna pani katechetka z wieloletnim stażem – jak przekonywała osoba zapowiadająca jej wypowiedź – informowała słuchaczy radia, że to przesada z tą dyskryminacją w polskich szkołach, bo ona w swej wieloletniej pracy edukacyjnej nigdy nie spotkała się z takim przypadkiem. Pani katechetka mówiła, że choć faktycznie, w wielu szkołach religia jest, a etyki nie ma na lekcjach, to nie jest to przecież przejaw dyskryminacji. Bo ani uczniowie, ani ich rodzice, no nikt zupełnie, nigdy się nie skarżył. A tu proszę jakąś dyskryminację się zarzuca w tym Strasburgu. Potem jeszcze pewien duchowny, w tym samym tonie przekonywał, że Trybunał Praw Człowieka to może sobie wydawać wyroki jakie chce, bo i tak w Polsce to jest prawo nasze i nikomu do tego co się w katolickiej Polsce dzieje.

Nie wytrzymałem i wyłączyłem radio. I tylko tak rozmyślałem w dalszej drodze do domu o tym, że u nas jest zawsze tak, że nieważne jest prawo. Ważne jest to co kto myśli na temat prawa. Najważniejsza jest własna interpretacja. Przejechaliśmy na czerwonym świetle, ale przecież nie było zagrożenia. Zawrócił ktoś przejeżdżając podwójną linię na jezdni, ale to nic… przecież przy takim ruchu w nocy to bez znaczenia. Trybunał Praw Człowieka w Strasburgu uznał, że syn małżeństwa z Ostrowa Wielkopolskiego był dyskryminowany w szkole. Wyrok wyraźnie mówi, że prześladowanie miało charakter religijny, bowiem ich syn Mateusz jako ateista nie uczęszczał na lekcje religii. Ale to nie jest, jak widać z komentarzy w katolickim radiu, ważne. Ważne jest to, że prawo prawem, a sprawiedliwość ma być po ich stronie. Oni tam lepiej wiedzą niż sędziowie. I nikt z ateistycznej Europy, nie będzie uczył katolika w Polsce jak i kogo ma nauczać w szkołach. Katolickie media nie czują że dyskryminują i już. Bo choć jest wyrok Trybunału, to przecież i tak oni wiedzą lepiej.

dziennik pesymistyczny

Wilki i owce

Obublikował pavvel dnia Komentarzy: 1

Co oni tak tym wilkiem w owczej skórze określają naszego prezesa – spytała moja koleżanka biurowa inną moją koleżankę z biura. A że one obie z opcji prawdziwych Polek, dla których – Polska jest najważniejsza – wiedziałem że znów usłyszę szeptaną, czy też głośniej wyrażaną agitację o przymiotach ciała i ducha kandydata na prezydenta o smutnym i zatroskanym o przyszłość kraju obliczu. Bo tak się ostatnio zdarzyło, że wilk w owczej skórze, który znany mi był przede wszystkim z bajek Ezopa, czy Krasickiego trafił do polityki. I teraz mniej ważne jest w słowach polityków i ich zwolenników to, kto jakie poglądy ma na swą przyszłą opcjonalnie prezydenturę. Teraz ważniejsze jest to, aby oskarżyć przeciwnika o to kto jest lepiej przebranym wilkiem. Umiejętniej przyodzianym w owcze skóry, czyli bardziej fałszywym i podstępnym. A przecież niedobrze jest być wilkiem i to przebranym. To już lepiej być owieczką. Bo takiego puszystego zwierzaka to kochają wszyscy. Taki symbol zbawienia dobrze się powinien sprzedawać w czas wyborów. W sensie łagodności, ale też prawdziwego ocalenia ludzkości oczywiście. Wilk to się znacznie gorzej kojarzy wyborcom. A ja jednak, tak prywatnie, wolałby być wilkiem niż owcą bo tak w ujęciu biblijnym, niezbyt dobrze to sympatyczne zwierzę wypada. Można być owieczką, – bezcennym dobrem – ale też niestety ofiarą składaną na ołtarzu. Więc polityk to raczej do owiec jako wilk powinien przemawiać, że chce z nimi w przyjaźni żyć, a nie się za nie przebierać. Tu się z koleżankami biurowymi zgadzam w zupełności. Ich kandydat to żadna tam owca. On raczej chyba uważa, że naród do którego przemawia to owce! Takie z pastwiska Pańskiego. I jak tak słucham kandydata smutnego, ale też tego wąsatego, to mam wrażenie, że naród nasz to jakieś rozproszone stado owiec. Że prawie każdy wyborca to zbłąkana, zagubiona owieczka odłączona od stada. I tylko właściwe decyzje nad urną pozwolą każdemu z nas, kto zszedł nieświadomie z właściwej drogi, czyli zgrzeszył, powrócić do właściwego stada.

Ja tam zawsze traktowałem to, co mówią politycy jak bajki dla dzieci, więc chyba nikt nie będzie miał nic przeciwko temu, że się bajką Ignacego Krasickiego tu posłużę w rozważaniach na temat domniemanych przebieranek polityków w wilki i owce. „Wilk, chociaż to ostrożny, przecie że żarłoczny, Postrzegł ścierwo, chciał dostać i wpadł w dół poboczny. Siedzi w jamie a wzdycha; wtem owieczki słyszy.” No, ja bym władzy nie nazwał ścierwem… ale że wielu chce ją za wszelką cenę dostać na własność, to już analogię do współczesnej polityki w bajce widzę. „Patrzą w dół, aż wilk w jamie siedzi, ledwo dyszy. Odezwał się na koniec, rzekł do nich powolnie:ŤNie wpadłem, za pokutę siedzę dobrowolnie” Nie ma co się wdawać w wyjaśnienia. Nie ma co przyrównywać do współczesności politycznej. Czasem my, wyborcze barany i owce, dajemy się nabrać na słowa: Nie chcę, ale muszę kandydować. „Trzeba czynić pokutę za boje, za groźby, Za to, żem was pożerał…” jak to czytam i porównań szukam, to oczami wyobraźni widzę przecież nie tak odlegle od autentyczności polityczne przemówienie: tak, byłem złym gospodarzem w tym kraju wraz z innymi wilkami politykami z mojej partii, ale teraz pokutuję tym kandydowaniem przed wami owcami. Więc mi zaufajcie owieczki moje. „ Owce zatem w prośby: ŤWynidź z dołu!…ť ŤNie wyjdę!…ť ŤMy będziem podnosić…ť Droży się wilk, na koniec dał się im uprosić.” ileż to razy słyszałem, że w jednych i drugi kandydatach nie ma chęci do władzy, lecz wola narodu ich do tego zmusza. „ Jęły się więc roboty i tak pracowały, Że go ze dna samego jamy wydostały. Wyszedł, a zawdzięczając nierozumnej kupie, pojadł, pogryzł, podusił wszystkie owce głupie.” Pewnie w naszym przypadku nie będzie aż tak źle, tragicznie i ostatecznie, ale że „głupie” i że w „ nierozumnej kupie” to już na pewno.

– Gdzież tu porównanie do naszej ojczyzny – usłyszałem od koleżanek gdy przeczytałem im bajkę Wilk i owce Ignacego Krasickiego. – Nasz kandydat (…) to wcale nie jest wilkiem, a my to już z pewnością nie owce – dodały urażone! Fakt ,na owce nie wyglądają ale czasem stadnie działają – to owszem. Więc jeśli w kandydacie z wąsem czy w kandydacie o chmurnym obliczu widzisz jednak wilka w owczej skórze, to może nie bierz przykładu z bajkowego owczego działania. Już wolę być tym, kto to jeszcze dziedziczy po czasach rozbiorów poczucie obcości państwa połączone ze skrajnym indywidualizmem. – Być takim, którego interesuje bardziej to, co dzieje się w jego życiu u rodziny i przyjaciół, niż to, co będzie z państwem które już wiele lat temu stało się mu obcym- że tak lekko przerobię to, co mówił o słabej, na tle innych państw, frekwencji wyborczej profesor Markowski w Gazecie Wyborczej.

dziennik pesymistyczny

Bieda wybory

Obublikował pavvel dnia Komentarzy: 2

Od pewnego czasu słyszę, że ja stoję tu, a inni, ci ważniejsi, lepsi stoją w innym miejscu. To znów ustawia mnie ktoś na siłę w szeregu, a innym razem mam przyklejoną łatkę z napisem wyborca taki to a taki. I do tego muszę się zawsze określać ze swoim światopoglądem jakby to była sprawa życia i śmierci. Mam wybrać gdzie chcę stać, kogo popierać, na kogo zagłosować. Bo najważniejszy jest przecież sam akt wyboru. Mam wybierać między tymi samymi politykami, bo jak mnie zapewniają od dwudziestu przeszło lat, gdy im zaufam to już na pewno w najbliższych kilku latach zapewnią mi dobrobyt tak wielki, że wprost niewyobrażalny. Ale wcześniej muszę iść na wybory i wybrać. Bo jako obywatel mam taki obowiązek. Obserwując nasz świat polityki dochodzę do wniosku, że zdecydowanie żyjemy w dwóch oddzielnych rzeczywistościach. Odnoszę wrażenie, że taki normalny, zwykły szary człowiek mieszkający na prowincji, przygląda się polityce i politykom tak jakby oglądał serial w telewizji. A teraz to już w okresie przedwyborczym, z racji potrzeby spełnienia obywatelskiego obowiązku, tak bardziej interaktywnie będzie Polak szarak, uczestniczył w polityce. Teraz to już dokładnie będzie jak w tańcu z gwiazdami. Będzie można zagłosować na faworyta, który ma szanse zostać naszym ojcem narodu. Gdyby to jeszcze można było wysłać esemesa, a nie iść do lokalu wyborczego, to już byłaby pełnia szczęścia.

I tak żyjemy sobie od jednych zapewnień wyborczych do następnych. I wybieramy, ufając że może tym razem się uda. Ale zaraz po wyborach słyszę od polityków i urzędników państwowych że nadchodzą czasy przejściowych trudności. A warto je przetrzymać, bo już za chwilę nowe wybory i znów można będzie zaufać tym kolejnym, którzy mają lepszą receptę na nasz dobrobyt. Wszystko to przypomina sytuację, o której mój przyjaciel zwykł mówić: chcieliśmy dobrze, a wyszło jak zawsze. Od tak wielu lat wdrażamy w gospodarce to, co ma być receptą na narodowe życie w dobrobycie, że czasami zapominamy że nie wszyscy mają lepiej. Bo coś jest jednak nie tak z naszym politycznym kierownictwem, jeśli następujące po sobie rządy, zafundowały nam ceny jak w bogatej Europie, a zarobki jak w najbiedniejszych częściach naszego kontynentu. I tu warto zadać sobie pytanie o kierunek marszu czy jest on słuszny, jeśli prawie siedemnaście procent Polaków jest zagrożonych ubóstwem jak wynika z raportu Głównego Urzędu Statystycznego. I choć każdy z kandydatów na ojca narodu ma tysiące światłych rad i tysiące recept na usprawnienie mi i innym Polakom życia, to raczej nie słyszałem, żeby ktoś wiedział jak przeciwdziałać rozrastającej się polskiej biedzie. I chyba nikt z polityków nie wie, co zrobić, by ten problem rozwiązać. Gorzej jest tylko w Rumunii i Grecji.

Z badań Eurostatu – Europejskiego Urzędu Statystycznego wynika, że Polska jest wciąż jednym z najbiedniejszych krajów Europy. Nasz kraj sklasyfikowano na jedenastym miejscu wśród europejskich państw pod względem panującej w nich biedy. Według danych Eurostatu jedna trzecia Polaków żyje na skraju nędzy. I naprawdę ciekawe jest to, że tym ludziom wmawia się, że choć nie stać ich na nowe buty, to przecież mogą swobodnie wybierać za jakiego prezydenta mają klepać swoją biedę. Co piątemu obywatelowi naszego kraju nie wystarcza pieniędzy na ogrzanie domu. Dwadzieścia jeden procent ludzi nie może sobie pozwolić na mięsny obiad co drugi dzień. Siedemnaście procent ludzi może tylko pomarzyć o kupnie samochodu. Ale wybrać prezydenta może każdy, a nawet powinien! Tylko jak tu wybierać jeśli ma się do wyboru zło i mniejsze zło. I tylko jedna pewność że nic się nie zmieni, bo każda ekipa polityków już przez te dwadzieścia lat rządziła, a bieda u nas tylko tylko rosła. Jest coraz więcej takich co mają dość obiecywań. Mają dość tylko wiary i nadziei. I tu przebiegają prawdziwe podziały. Dla tych, którzy nie mają za co żyć, nie jest ważne gdzie stało ZOMO, a gdzie stoją prawdziwi Polacy . Nie jest ważne, czy Bronek czy Jarek zasiądzie w pałacu. Nie obchodzi ich czy w kraju jest wojna polsko – polska. Czy może trwa polityczny festiwal miłości. To wszystko jest mniej ważne gdy trzeba zapłacić zaległy rachunek za prąd. A prawdziwe wybory są wtedy gdy do końca miesiąca zostało w portfelu dziesięć złotych i nie bardzo wiadomo na co to wydać, żeby przetrwać do następnej pensji. To są prawdziwe wybory. Reszta jest nierzeczywista.

dziennik pesymistyczny

Na trawie i przy wodzie, ale w mieście

Obublikował pavvel dnia Komentarzy: 2

W czas wyborczy, w taki czas, gdy państwo namawia nas, obywateli, do do dokonania wyboru między panem z wąsem, a panem o smutnym obliczu, czasem warto zatrzymać się w tych wyborach… przysiąść na trawie w parku i wystawić twarz do słoneczka. Do wczoraj było to nielegalne. Bo przecież w naszym uporządkowanym kraju gdzie na wszystko jest odpowiedni przepis, zapisany w odpowiednim kodeksie, i na tę zieloną trawę był odpowiedni paragraf. Nie chodzi mi o taką trawę naprawdę nielegalną, co to palą ją niegodziwcy o radosnych obliczach, ale o tę zwykłą zieloną trawkę rosnącą nam w parku. Strzegła ją do tej pory tabliczka: nie deptać trawników. I wejście na tę zieleń było zakazane. Ale od czego mamy sejm i senat. Oni te trawę uwolnili! Znieśli zakazy! Deptanie trawników w parkach, czy innych miejscach przeznaczonych do rekreacji nie będzie już karane! Tak przewiduje przyjęta przez sejm nowelizacja kodeksu wykroczeń. I jak tu się nie radować. Ludzką twarz ma nasza władza. Nie dość, że możemy sobie wybrać kogoś na prezydenta, choć wybór jest raczej ograniczony przepisami, to jeszcze władza uznała że można na trawie siadać, a nawet się na niej legalnie położyć. Łzy szczęścia napłynęły mi do oczu, jak tylko telewizja podała, że już można… że już naprawdę można… siadać na trawie. To cudowne uczucie wiedzieć że gdzieś tam w sejmie jest wielu takich, co to dbają o to i obradują nad tym bym ja legalnie mógł przejść przez trawnik, lub na trawniku zasiąść.

Nie wiem czy w Polsce oddychanie jest legalne czy nielegalne. Jeśli legalność siedzenia na trawie musiał zatwierdzić sejm, ta najwyższa władza Rzeczpospolitej, to nie zdziwiłbym się, gdyby były odpowiednie przepisy regulujące sprawę obywatelskiego oddychania. Nie dałbym się przekonać, że nie istnieje gdzieś jakiś kodeks postępowania cywilnego wykładający nieprzystępnym prawniczym językiem poprawność idei oddychania. Pewnie tak, jak było zabronione wchodzenie na trawę, są Polsce z pewnością jakieś specjalne strefy gdzie oddychanie jest zakazane. Ale i pewnie jest też jakaś ważna komisja, która aby uczynić to nasze państwo przyjaznym zmieni te przepisy i już wszędzie będzie można swobodnie oddychać pełną piersią. Posłowie skończyli z zakazem chodzenia po trawniku. Tak zamarzyło się komisji sejmowej przyjazne państwo i tak zdecydował sejm. Bez tego nie dało się przecież wejść na trawniki. Rozłożenie koca na miejskim trawniku przestanie być karane. Jestem szczęśliwy, naprawdę szczęśliwy, że ktoś dostrzega to że trawa rośnie dla nas. Klasyk myśli politycznej mawiał, że są pewne oczywiste oczywistości i mnie się wydawało, że takim jest to, że nie niszcząc trawy mogę na niej przysiąść w letniej porze. Wiedziałem, że taki piknik może zakończyć się nieprzyjemną wizytą straży miejskiej i nawet tysiącem złotych grzywny. Bo to w końcu bezprawne wkroczenie na pas miejskiej zieleni do wczoraj było karane. Więc naprawdę dziękuję posłom, że mi prawnie tę możliwość zagwarantowali. Ja tylko zwracam uwagę, że chyba za mało w naszym państwie jest zdrowego rozsądku, a za dużo przepisów. I uważam że zmiana kretyńskiego przepisu nie jest żadnym powodem do radości. To tylko powinno być poczucie ulgi, że jeszcze jeden z przepisów regulujących na siłę nasze życie przestał istnieć. Bardziej powinniśmy ufać własnemu zdrowemu rozsądkowi niż na wszystko wymyślać odpowiedni przepis.

U mnie w mieście jest fontanna gdzie na marmurowych (chyba?) płytach ktoś umieścił namalowane farbą wielkie litery: zakaz kąpieli. Pewnie to władza uczyniła, no bo kto by się ośmielił. Jest tam też odpowiedni cytat z kodeksu wykroczeń i odpowiedni paragraf wymalowany jako ostrzeżenie przed tymi, co to się ośmielą na kąpiel w fontannie. Tak jakby fontanna była wymarzonym miejscem do sportów wodnych i bez tego zakazu pełno byłoby takich amatorów kąpieli. Pewnie że nie wolno się kąpać w fontannach miejskich. Ale jak jest za gorąco, to może można tam wejść na chwilę? No można i nie można jednocześnie. Jest paragraf że nie można, ale i tak jest tam pełno dzieciarni, bo w mym dużym choć prowincjonalnym mieście nie ma gdzie się ochłodzić gdy na dworze ponad trzydzieści stopni ciepła. Może więc w miastach jest większa potrzeba takiej fontanny co to pozwoli się chwilę ochłodzić w strumieniach wody, niż na taką, co to tylko pięknie wygląda, a wejść do niej nie można? Piszę o tym, bo właśnie moje miasto zamierza przebudować fontannę miejską zamieniając ją w kolejne monstrualne nic, co tylko ładnie ma wyglądać. I to będzie takie coś, co kusi wodą w upalne dni ,a zbliżyć się do tego czegoś nie można bo zakaz jest przecież. Mnie się marzy fontanna, która pozwoli na bliski kontakt z wodą. Coś, co ładnie wygląda i do tego pomaga w upalne letnie dni mieszczuchom. Jak już mogę dzięki uprzejmości polskiego prawa usiąść na trawie to może będę mógł też w przyszłości zbliżyć się do wody z miejskiej fontanny?

dziennik pesymistyczny

Pan władza

Obublikował pavvel dnia Komentarzy: 0

Mój dziadek miał zawsze jakiś dziwny sentyment do munduru. Można to było zrozumieć bo przez wiele lat sam, jako wojskowy, z mundurem się nie rozstawał. Ale chyba takie też było to pokolenie, które w oficjalnym uniformie widziało porządek i władzę. I nieważne czy to był kolejarz, pracownik wodociągów, policjant, tramwajarz, wojskowy. Ważne że jako posiadacz munduru jego właściciel kojarzył się wszystkim z władzą. – Dzień dobry panie władzo – usłyszałem jak starszy pan zwracał się do umundurowanego policjanta. Zastanowiło mnie to, że faktycznie ten starszy pan, mój sąsiad, zawsze pierwszy wybiega z tymi pozdrowieniami do tych co w mundurach. Pewnie z szacunku do tych, co na czapce noszą państwowego orzełka w koronie. Pewnie mniejszy szacunek lub jego całkowity brak, prezentują młodzieńcy i dziewczęta, którzy chóralnie wykrzykują powracając z nocnych eskapad co to by zrobili policjantom seksualnego, gdyby ich zaszli od tyłu. I to akurat pod moimi oknami. Dlaczego? Powodem jest to, że moja kamienica sąsiaduje z komendą policji. Dzieli nasze budynki spory kawałek zieleni oraz ulica, więc nocne marki mogą sobie spokojnie wyśpiewywać co też by tym policjantom uczynili, bo czują się bezkarni. Ale dla mnie dziwne jest to, że oni tak zupełnie tych stróżów prawa nie szanują. Ja to nawet jak mijam patrol policji, to czuję jakiś irracjonalny niepokój. A przecież ja, taki niespotykanie spokojny człowiek, który żadnego zagrożenia czuć nie powinienem ze strony policjantów, to jednak gdy widzę mundur to czuję respekt.

Mundur daje władzę i powinien być szanowany nie tylko przez nas obywateli, ale przede wszystkim przez tych co taki mundur noszą. Zdarzyło się w moim prowincjonalnym mieście tak, że pewien strażnik miejski, czyli człowiek w mundurze, został zwolniony z pracy przez swojego komendanta, też mundurowego, ze względu na pogorszenie stanu zdrowia przez tego drugiego. Zdarzyło się też, że prasa wykryła, że komendant strażników bierze jakąś tajną rentę. Ma taką wpisaną w oświadczenie majątkowe. Mimo trzech oficjalnych pism od prezydenta miasta nie uzupełnił on swojego oświadczenia majątkowego i teraz to już zupełnie nie wiadomo czy ta renta mu się należy czy nie. I za co ją dostaje. A przecież to umundurowany pracownik publiczny opłacany z naszych pieniędzy. A mój dziadek zawsze powtarzał, że mundur to honor i do zachowań honorowych zobowiązuje. A tu nie dość, że zwolnił podwładnego, gdy ten podupadł na zdrowiu, to jeszcze bierze podobno świadczenia które też wskazują na niezupełnie dobry stan zdrowia. I to wszystko nosząc mundur. Sprawa cięgnie się już dwa miesiące. Komendant straży miejskiej wręczył wypowiedzenie strażnikowi jeszcze przed Wielkanocą. Mężczyzna przeszedł zabieg medyczny. Jego lekarz stwierdził, że musi się on przez pewien czas oszczędzać i nie może pracować w nocy. I to właśnie stało się powodem do zwolnienia strażnika z pracy. Teraz sytuacja jest taka, że większość prominentnych urzędników magistratu uważa, że decyzja komendanta o zwolnieniu strażnika była niehumanitarna i jak najbardziej nieracjonalna, ale to komendanta nie przekonuje.
Prezydent miasta na łamach prasy obiecywał, że przeprowadzi z komendantem męską rozmowę. Do spotkania podobno nawet doszło, ale wypowiedzenie z pracy dla strażnika nie zostało cofnięte, a prezydent przez dwa miesiące nie wypowiadał się na ten temat do mediów. Strażnik w końcu znalazł zatrudnienie w miejskim monitoringu.

Coś tu nie jest normalnie. Strażnik zwolniony za to, że zachorował znalazł nową pracę. Komendant straży miejskiej nie musiał zmieniać zdania. Prezydent po męskiej rozmowie z komendantem poczuł się pewnie znacznie lepiej i co ważne lepiej wygląda w oczach przyszłych wyborców. Ale pewnie nie o taką władzę chodziło mojemu sąsiadowi, który z szacunkiem pozdrawia jako pierwszy mundurowych. Jak widać mundur komendanta daje taką władzę, że można zwolnić pracownika z piętnastoletnim stażem, który był dotąd bardzo sprawny fizycznie. A jego winą stało się to, że zachorował. Mundur dał komendantowi taką władzę, że ignoruje on zupełnie prezydenta miasta, urzędników magistratu, dwustu przeszło urzędników i pracowników, którzy podpisali petycję w obronie miejsca pracy strażnika. Ignoruje on zupełnie opinię publiczną. Nie odpowiada na pytania mediów w sprawie pobierane renty, a przecież jest pracownikiem publicznym. Mimo trzech oficjalnych pism od prezydenta nie uzupełnił swojego oświadczenia majątkowego. Dlaczego? Bo nosi mundur? Właśnie dlatego, że nosi mundur powinien być bardziej skłonny do tego, żeby wyjaśnić wszystkie wątpliwości jakie gromadzą się wokół jego osoby . Czy jako Pan Władza jest kimś inny? Jakimś nadurzędnikiem? Pewnie tak myśli, ale na szacunek to on nie zasługuje.

dziennik pesymistyczny

Cudów nie ma

Obublikował pavvel dnia Komentarzy: 1

Mam przepuszczenie graniczące z pewnością, że raczej nigdy nie wystąpię w tańcu z gwiazdami. Nie dla mnie takie programy telewizyjne gdzie trzeba tańczyć. Nie dlatego nie wystąpię przed kamerami, że ze mnie żadna taka wielka gwiazdą ekranu małego czy dużego. Bo przecież nie raz słyszałem, że ze mnie niezła gwiazda. Więc dlaczego, ktoś zapyta? Ano dlatego nie wystąpię w takich ju ken densach za nic na świecie, bo po prostu nie posiadam żadnych umiejętności tanecznych. I choćbym się nawet bardzo starał to i tak wiem, że nic z tego nie będzie. Już dawno się pogodziłem z faktem, że nie dla mnie stworzono taniec. Tak już jest i nic na to nie poradzę. Ale przyznam, że czasami jak przesadzę z rozluźnieniem mięśni ciała przy pomocy legalnych środków odurzających, to tak mnie jakoś nachodzi ochota na pląsy, że nie mogę się powstrzymać i jednak tańczę. Ale przecież stan upojenia w jakim oddaję się czynnościom tanecznym nie jest dla mnie żadnym usprawiedliwieniem aby nazywać się zawodowym tancerzem. A to co wyprawiam z rękoma i nogami w żadnym wypadku nie nazwałbym profesjonalnym tańcem. To, że w stanie wskazującym czasem wywijam chołupce, nie jest też dla mnie pretekstem, żeby zebrać jedenastu takich do mnie podobnych nastajaszczych dansorów i stworzyć z nich drużynę zawodową. Nie żądam dla mnie od razu budowy wielkich sal tanecznych. Nie chciałbym też bezpośrednich transmisji telewizyjnych moich popisów w najlepszym czasie antenowym. Jestem tylko amatorem i na wieki takim pozostanę. No chyba, że nagle spłynie na mnie łaska boża w postaci talentu, to może wtedy po wielu próbach i po wielu latach mozolnych treningów zdecydowałbym się na nazwanie się kandydatem na kandydata na zawodowego tancerza.

Ale tak mam ja. Bo w naszym pięknym kraju – gdzie każdy poranek przynosi mi nowe zadziwienie otaczającym mnie światem – niczego nie można być na sto procent pewnym. W Polsce każdy może być kim tylko chce, jeśli jest o tym święcie przekonany. Bo często z braku profesjonalistów ludzie głębokiej wiary w swoje umiejętności, zastępują amatorami tych którzy coś jednak potrafią. To znaczy jest w naszym narodzie wielu, no przynajmniej jedenastu takich, którym wydaje się że są tymi za kogo się pewnie uważają. I nawet znajdzie się w nas bardzo wielu takich ludzi, którzy w to, że amator jest zawodowcem na światowym poziomie, uwierzą i nawet mu będą temu – przeświadczeniu – kibicować. Ja wiem, chcieć to móc. Słyszałem też, że tylko chęć szczera jest ważna. Że nie umiejętności, a wola walki to jest to właśnie, co nas wyróżnia. Że ważne jest uczestnictwo, a wynik już mniej ważny. I tak zapewne jest. Ale czy rzeczywiście potrzebna jest nam taka wiara w to, że mamy w Polsce zawodowych piłkarzy. I zawodowstwo traktuję tu jako umiejętność na takim poziomie, który nie jest tylko amatorskim staraniem się o to żeby nie być śmiesznym, ale coś prawdziwego co połączy talent z zapałem. Od lat słyszę że tym razem… że jak się zbierzemy… że jak się zaprzemy… że jak przyjedzie ktoś ważny i nas nauczy…że jak stadiony sobie pobudujemy na światową skalę, to od razu w tych, co na zielonej murawie piłkę kopią, taki duch wstąpi, że mistrzem świata zostaniemy w dwa lata. Czy w cztery – zależy od okoliczności.

I znów oglądam w telewizji ponownie odrodzoną po kolejnej porażce drużynę marzeń. I znów wielu wierzy, że wystarczy tylko chcieć, a umiejętności wystarczy do zwycięstwa. Polacy mieli nauczyć się rywalizować z najlepszymi. Bo jakaś pokrętna logika działaczy każe wystawiać Dawida przeciw Goliatowi w nadziei, że ten, może jakimś chłopskim sprytem wiedziony, pokona tego przeciwnika z innej ligi. Jednak znów zamiast przynajmniej rywalizacji był pogrom. Oczywiście można zawołać chóralnie: chłopaki nic się nie stało. Ale po co? Przecież wiadomo że się stało. Przegraliśmy 6:0 z Hiszpanami, którzy niewątpliwie wiedzą po co wychodzą na boisko. Różnica między drugim zespołem świata w rankingu FIFA, a drużyną, która kończy to zestawienie okazała się gigantyczna. Hiszpanie zabrali Polakom piłkę i przez cały mecz nie chcieli jej oddać. No i właśnie dlatego ja nigdy nie będę tańczył z gwiazdami. Bo wiem że nie potrafię. Więc może warto jest w końcu przyznać, że nie bardzo nam, Polakom wychodzi kopanie piłki w narodowym zespole. Bo tak solo, i do tego u innych – zagranicą najlepiej – to nam się jakoś talent do gry objawia znacznie lepiej. Nie wiem? Pieniądze tam inne? Może kwestia szkolenia? Motywowania? Tylko, że tam nie spinają się tak bardzo zawodnicy pozując na gwiazdy, tylko otwarcie przyznają, że jako amatorzy zrobią wszystko co się da i co będą mogli. I takim amatorom co to przyznają że niewiele potrafią jest łatwiej. Bo nikt po nich cudów nie oczekuje. Może warto przyznać że się kocha piłkę i gra dla przyjemności, a nie oczekiwać od tych miłych amatorów, że zwyciężą z zawodowcami. A może warto wrócić do korzeni. Grać amatorsko szlifując przez najbliższe lata umiejętności. Nie napinać się na światową skalę. Może tak praca u podstaw? A potem za wiele lat… Zobaczymy. Bo teraz to raczej nie warto wystawiać drużyny amatorów na taki, na zawodowym poziomie, mundial. Ale ja się przecież nie znam, bo nawet tańczyć nie potrafię. A jak wiadomo w Polsce każdy zna się zawodowo na tańcu i na piłce nożnej. Między innymi oczywiście.

dziennik pesymistyczny

Parkowanie sprawą polityczną

Obublikował pavvel dnia Komentarzy: 77

Zaparkowałem samochód na chodniku. Na tak szerokim chodniku, że w żadnym wypadku nie tamowałem ruchu pieszym. Auto zatrzymałem zgodnie z zasadami. To znaczy zgodnie z prawem o ruchu drogowym. Ustawiłem auto tam gdzie na odcinku jezdni nie obowiązuje zakaz zatrzymania lub postoju. Tę zasadę spełniłem zdecydowanie. – Gdzie pan parkuje ?! Na chodniku! – usłyszałem jak tylko wyłączyłem silnik bo tuż przy otwartym oknie samochodu stała jakaś starsza pani wygrażając mi parasolką zadawała mi to pytania. – Uprzejmie szanowną panią informuję że mogę tu parkować bo takie są przepisy – odpowiedziałem. Na wszelki wypadek sprawdziłem czy szerokość pozostawionego dla pieszych chodnika nie utrudnia im ruchu i jest nie mniejsza niż półtora metra. – Policję na takich by trzeba było wzywać – starsza pani nie dawała się przekonać moją argumentacją, że zaparkowałem samochód zgodnie z przepisami. – Ależ ja starałem się nikomu nie utrudniać… przecież zostawiłem dobre trzy metry wolnego chodnika – dodałem. – Ależ tu nie wolno parkować! – wrzasnęła na mnie pani. – Nie widzę znaków zakazu parkowania – odpowiedziałem zgodnie z prawdą i na wszelki wypadek dokładnie sprawdziłem czy mój pojazd zaparkowany na chodniku czterema kołami nie tamuje ruchu pieszych. Nawet gdyby nagle tu, w przyszłości, tym chodnikiem przechodziła pielgrzymka na Jasną Górę to i tak pewnie nie stanowiłbym dla tłumu pątników wielkiej przeszkody. – Trzeba by straż miejską wezwać – nie dawała się przekonać moimi argumentami starsza pani. – Niech takich uczy porządku – dodała.


Chciałem umknąć zostawiając panią z jej rozterkami na temat mojego sposobu parkowania, ale traf chciał że musiałem przy tym samochodzie poczekać chwilę na kogoś, z kim miałem udać się w dalszą, pieszą tym razem drogę. W samochodzie schronić się nie mogłem bo na zewnątrz gorąco, a w aucie jeszcze bardziej. Więc stałem w tej pułapce i wysłuchiwaczem. – Jak to teraz parkują! Myślą że wszystko im wolno… no niech pani spojrzy! – starsza pani najwyraźniej nie miała nic innego do roboty jak pouczać mnie o mojej strasznej zbrodni. A że po chodniku faktycznie co pewien czas ktoś przechodził szukała ona zrozumienia i poparcia dla swojej krucjaty z mym domniemam złym parkowaniem u innych spacerowiczów. – Szanowna pani, jeszcze raz panią informuję, że zaparkowałem samochód zgodnie z przepisami – starałem się zakończyć dyskusję. Jednocześnie modliłem się w duchu o to, żeby ten na kogo czekam przy samochodzie, zjawił się w tej właśnie chwili i mnie z tego koszmaru uwolnił. – Bezczelny! – usłyszałem – oni przez te rządy platformowe to już wcale do starszych szacunku nie mają – dodała. Nie wiedziałem że moje parkowanie to sprawa polityczna oraz przejaw odwiecznego konfliktu międzypokoleniowego. Nie wiedziałem – ale jak widać z paninej wypowiedzi – w jej oczach stałem się przejawem liberalnego upadku obyczajów. Przymknąwszy na chwilę oczy starałem się nie angażować w dyskusję. – Tak to jest. Ma pani rację. Może im ten Kaczyński to ukróci – z przerażeniem usłyszałem drugi głos. A po otwarciu oczu zobaczyłem już nie jedną!… Lecz dwie panie wpatrujące się we mnie z nienawiścią i pogardą. Raczej chyba bardziej z pogardą.


– Czy szanowne panie mogą mi przystępnie wyjaśnić jak się ma to moje pakowanie na chodniku do wyborów prezydenckich? – zapytałem naprawdę zainteresowany tokiem rozumowania i dziwnym skojarzeniem u tych pań. – No widzi pani jaki typ bezczelny! – wyjaśniła jedna pani drugiej pani. Tak, tak – przyznała tamta. A mnie zaczęło to już nie tyle denerwować, co bawić. Zastanawiałem się, czy jeszcze za to, że ośmieliłem się zaparkować samochód tam, gdzie to tej pani przeszkadzało stanę się antychrystem? A może zboczeńcem lub komunistą? – Ten Kaczyński to im to rozpasanie ukryci na dobre – usłyszałem i miałem fleszową wizję, jak to ten kandydat na prezydenta w mundurze policjanta drogówki wlepia mi mandat za złe parkowanie wśród oklasków gawiedzi. – I jeszcze się śmieje – usłyszałem naprawdę rozbawiony moją wizją. Na szczęście ten na kogo czekałem przy samochodzie nadszedł więc nie musiałem się dłużej narażać na uwagi szanownych starszych pań. Odchodząc usłyszałem jeszcze głos jednej z nich: – Śmieje się taki… a w kraju powódź… tacy to niczego nie uszanują. Dobre nie? Do teraz zastanawiam się co takiego mogło powiązać moje domniemane złe parkowanie z wyborami, powodzą, liberalną polityką platformy oraz z kandydatem na prezydenta. Jaki był tok rozumowanie pań? Jak im się to skojarzyło? Może odpowiedź jest w tym co pamiętam z Przedwiośnia Stefana Żeromskiego. Tam też stawiane jest pytanie: słoń a sprawa polska. Niektórym z nas po prostu wszystko kojarzy się z polityką i we wszystkim, w każdym działaniu doszukujemy się związków z polską sprawą narodową, z naszą krajową polityką. Jak widać parkowanie to też kwestia polityczna.

dziennik pesymistyczny

Najprzyjemniejszy koncert świata

Obublikował pavvel dnia Komentarzy: 0

Właściwie nie pamiętam od kiedy czytam w gazetach i słyszę w rozmowach na ulicy, że w moim mieście nic się nie dzieje w kulturze. Że jest nuda na scenie muzycznej. Że marazm. Że nikt do nas nie przyjedzie z koncertem. Że omijają naszą prowincję wszelkie gwiazdy muzyczne. Nic się nie dzieje w tym mieście… Jak w filmie polskim – parafrazując znany dialog – proszę pana, to jest tak: nuda… Nic się nie dzieje, proszę pana. Nic. Tak, proszę pana… (…). W ogóle brak akcji jest. Nic się nie dzieje, to prawda. Bo naszym – miasta – przekleństwem jest to, że leży ono za blisko i że za daleko o naszej stolicy. Ale jak już coś się wydarzy w kulturze to i tak nikt nie ma ochoty tego zobaczyć. Bo narzekają wszyscy. Na większości imprez pojawiają się ci sami ludzie. Ale za to wszyscy, tłumnie, jak przystało na ponad dwustutysięczne miasto, chóralnie przyznają, że nic się tu nie dzieje. Taki fenomen. Słyszę, że nie ma na co iść, a jak już ktoś godny posłuchania zaszczyci nas swą obecnością to i tak nikt go nie chce oglądać. Może to przez te ceny biletów? Bo przecież kilkadziesiąt złotych to dużo. Może to przez organizatorów koncertów, którzy raczej z tego, co wynika z moich rozmów z muzykami nie są profesjonalistami. Albo właściwie są profesjonalistami w zarabianiu pieniędzy tylko dla siebie. Jak to mawia mój przyjaciel:, jakie miasto takie koncerty. I chodzi mi tu o frekwencję. 

 

A ja byłem na koncercie, bo choć mi się nie chciało, z wrodzonego lenistwa, to postanowiłem jednak się wybrać, aby sobie i innym udowodnić, że jednak coś się dzieje ciekawego w moim mieście. Że jeśli ktoś już wybrał się do nas z koncertowa wizytą, to warto się udać na jego występ a nie tylko wiecznie narzekać. A było to dla mnie szczególne wydarzenie muzyczne, jakie nie zdarza się codziennie. Nie dość, że miałem okazję zobaczyć doskonałych muzyków to jeszcze mogłem rozkoszować się tym, że byłem na bardzo, ale to bardzo kameralnym koncercie. Ale czy to źle? Nie, to dobrze, bo w takiej atmosferze nie bawiłem się dawno. Nie żałowałem, że pokonałem lenistwo. Choć jak zawsze nie chciało mi się wyjść z domu. Iść taki kawał do klubu. I jeszcze te drogie bilety! Wszystko wskazywało, że się nie wybiorę na ten koncert. Lecz z drugiej strony przecież nie widziałem ich na żywo już kilka lat. Może coś nowego usłyszę?  Dobrze by też było zobaczyć muzyków, których znam, no może nie tak osobiście na stopie przyjacielskiej, ale poznałem przed laty. Zespół, który miał dać koncert w moim prowincjonalnym mieście jest jednym z moich ulubionych na polskiej scenie muzycznej, więc miałem ambiwalentne uczucia. Walczyło we mnie wielkie lenistwo z wielkim pragnieniem usłyszenia tego, co znam od lat i co lubię od lat. Posłuchania muzyki w dobrym wykonaniu. Ale znów ta droga do klubu – marudziło moje lenistwo. Te kilkadziesiąt złotych za bilet. Byłem w połowie drogi między wybraniem się na koncert a tym żeby zostać w domu. Tak myślałem do czasu, aż postanowiłem wygrać ten bilet w konkursie lokalnej gazety. Wizja tego, że coś mam za darmo miała mnie dodatkowo zmotywować do działania. Do wybrania się na koncert.  I jak wygrałem bilet w konkursie, to już nie miałem żadnej wymówki, aby się nie udać do klubu.  Tym bardziej, że kolega zaproponował, że pojedziemy razem jego samochodem, co nie ukrywam, było dodatkowym elementem stymulującym mnie do wyjścia z domu.

 

Przyjechaliśmy pod klub punktualnie o godzinie, w której miał się koncert zaczynać. Choć obydwaj wiedzieliśmy dobrze, że nikt nigdy nie zaczyna koncertu o tej godzinie, która widnieje na plakatach. Ale przecież z kolega nie widzieliśmy się kilka miesięcy i te minuty czy nawet godziny oczekiwania na początek postanowiliśmy spożytkować na obgadanie zaległych spraw. Pierwszą niespodzianką było to, że na parkingu było tylko kilka aut a przed wejściem nikogo. To znaczy był tam przedstawiciel zespołu oraz jego lider. Z wielkim zaskoczeniem dowiedzieliśmy się od nich, że koncert jest właściwie niesprzedany. Że miał być odwołany. Bilety się nie rozeszły. A organizator okazał się, że zacytuje: kosmitą. Nie zdziwiłem się. U mnie na prowincji nie raz już słyszałem o tym, że sprzedało się kilka biletów, więc koncertu nie będzie. Ale nie tym razem. Na moje szczęście chłopaki postanowili jednak zagrać. Choć jak widać było po nas, zarobić na tym raczej nie zarobili. Bo ja z biletem wygranym w konkursie, a kolega kupił bilet po cenach przedsprzedażowych. To miłe – pomyślałem – że zespół, który co by nie mówić dużo znaczy dla polskiej scenie rockowej chce zagrać nawet dla nas dwóch. I to z radością.  I jeszcze miło zaprasza. Jak za dawnych czasów. Po godzince zaczęli grać i to, co usłyszałem było warte wiele i choć było nas pod sceną zaledwie kilka osób to przeżyłem niezapomniane chwile.

 

I teraz wiem, że źle zrobiłem. Bo powinienem jednak kupić ten bilet. Choć cieszyłem się, że wygrałem, i najważniejsze, nie przeszkadzało to zespołowi, który życzył mi przyjemnej zabawy. Ale męczyło mnie to, że oni tak za darmo dla mnie grają. Postanowiłem nawet, że nabędę ich płytę. Tak w ramach rekompensaty. Choć w zasadzie mam już jedną. Tę drugą dam komuś ze znajomych w ramach promocji zespołu, któremu chciało się przyjechać kilkaset kilometrów i zagrać dla mnie i kilku moich znajomych. I mam też wątpliwość czy to dobrze, że tak mało było widzów? Tak, to źle dla zespołu. Ale czy chciałbym przeżyć jeszcze raz to uczucie, że jestem na koncercie, który odbywa się prawie tylko dla mnie. Zdecydowanie tak.