Yearly Archives

193 Articles

dziennik pesymistyczny

Nierówności w wieczności

Obublikował pavvel dnia Komentarzy: 2

Jest taka ogólnie znana zasada przyjęta przez prawie wszystkich, że o zmarłych mówi się dobrze, albo wcale się nie mówi.  A jeśli ten, który odszedł w zaświaty był kimś ważnym, w sensie państwowym, to już absolutnie nie wolno o nim powiedzieć nic złego. Jeśli mamy jakieś podejrzenia czy wątpliwości, to i tak lepiej zachować je dla siebie. Trzeba siedzieć cicho, bo przecież nie wolno szargać pamięci osoby trzymającej kiedyś władzę. Nie wolno się zastanawiać nad przyczynami tragicznej śmierci możnowładcy, bo przecież on przez tę nagłą utratę życia natychmiast osiąga stan męczeństwa. Nie ma to znaczenia, że nie oddał życia za ojczyznę na polu bitwy. Nie ma znaczenia, że nie stawał bohatersko w jej obronie. On, jako ważny dla państwa, nawet, jeśli zginął w wypadku komunikacyjnym, to jednak natychmiast staje się nietykalnym symbolem. Takim, co to mówić można o nim dobrze tylko, albo wcale.  Na konferencji prasowej w Lublinie, poseł Janusz Palikot powiedział, że „trzeba wyraźnie przypomnieć, że najbardziej prawdopodobną hipotezą dotyczącą tragedii smoleńskiej jest hipoteza współwiny Lecha Kaczyńskiego za tę tragedię”. No i się zaczęło. Bo jakżeż można tak o kimś, kto spoczywa na Wawelu. Taki wstyd. Taka hańba. Ta kolejna hipoteza dotycząca tej katastrofy lotniczej nie jest przecież bardziej abstrakcyjna, niż ta, o której kiedyś czytałem w całkiem poważnej gazecie, dotycząca ściągnięcia rządowego samolotu przez wielkie rosyjskie magnesy.  Ale różnica jest taka, że w swej teorii poseł pozwolił sobie na szukanie personalnej winy u kogoś, kto powinien być nietykalny, jako nowy, narodowy symbol wszelkich cnót.  I to wywołało tak wielkie oburzenie posła prawego i sprawiedliwego, że zaczął się on zastanawiać, co jeszcze jego kolega poseł musi powiedzieć, żeby można się go było pozbyć z polityki.

 

Kilka lat temu zginął w wypadku samochodowym pewien biskup.  Zaraz potem zaczął się w moim mieście prawdziwy festiwal nadawania imienia wszystkiemu, co by tylko mogło nosić imię tragicznie zmarłego duchownego. A może ulica? Proszę bardzo. Może most? Ależ oczywiście? I nikt nie powiedział nawet słowa o tym, co prawie wszyscy wiedzieli. Kiedyś zupełnie przypadkowo usłyszałem od mojego dobrze poinformowanego kolegi, że ten duchowny podczas wypadku był pod wpływem – jak to pięknie określają mundurowi.  Zapytałem kilku znanych w moim mieście dziennikarzy o to, dlaczego o tym nie przeczytałem w prasie. – A po co? Co to zmieni? Po co szargać pamięć tego człowieka – zawsze padała ta sama odpowiedź. Każdy prawie wie, że tak było, ale oficjalnie wszyscy udają, że jest inaczej. Choć nazwanie wiaduktu imieniem biskupa w tej sytuacji uważam za dość dziwne, to jednak jest to zrozumiałe, bo przecież nikt oficjalnie nie wie jak było naprawdę. Poseł Palikom szukając odpowiedzi dotyczących przyczyn smoleńskiej tragedii zadaje szereg pytań: Czy zostały pobrane próbki krwi z ciała Lecha Kaczyńskiego? Czy w dniu katastrofy prezydent znajdował się pod wpływem alkoholu? Dlaczego Lech Kaczyński spóźnił się o 25 minut na samolot? I to wszystko zdaniem jego partyjnego kolegi łamie statut platformy obywatelskiej i tym samym jej szkodzi. – Ostatnie wypowiedzi posła Palikota są nieetyczne i hańbiące – mówił poseł, zbulwersowany wypowiedziami Palikota.

 

A czy ja, pytając znajomych dziennikarzy o to czy biskup był pod wpływem alkoholu podczas tragicznego wypadku, dokonałem czynów nieetycznych i hańbiących. Czy dociekanie prawdy jest tak bardzo naganne? Czy są u nas osoby, które nie mogą być narażone na zniesławienie, bo zajmują ważne stanowiska państwowe lub duchowne? Co powstrzymuje dziennikarza od powiedzenia prawdy o biskupie? Co wywołuje taką reakcję polityków na pytania dotyczące przyczyn katastrofy lotniczej?   – Brak zdrowego rozsądku oraz prawdopodobnie wypity wcześniej alkohol stały się przyczyną tragedii na zalewie – mówiła dziennikarzowi lokalnej gazety nadkomisarz, rzecznik prasowy komendy miejskiej policji. Czyli zwykły człowiek może być posądzony o „ brak zdrowego rozsądku” i o stan wskazujący w godzinie śmierci, a człowiek ze szczytów władzy już nie?

dziennik pesymistyczny

Brak dobrego czasu na pracę

Obublikował pavvel dnia Komentarzy: 7

Zupełnie nie chciało mi się dziś rano wstać z łóżka i iść do pracy. Każdy ma chyba takie chwile, że prawie natychmiast, tuż po przebudzeniu wie już doskonale, że mu się nic a nic nie chce. A już pracować to w szczególności. Za oknem słoneczko przygrzewa. Ptaszki śpiewają. Wieje łagodny wietrzyk. Na niebie żadnej chmurki – a ja mam wstać i iść do biura? Przecież to jakiś sadyzm! W telewizji już od rana denerwują mnie optymistycznymi prognozami pogody i pięknymi widoczkami znad morza. Uśmiechnięci i radośni prowadzący poranny program informacyjny, co pewien czas uparcie przypominają mi, że są wakacje. No przecież wiem, że są, ale dlaczego nie dla mnie? Pewnie przy ich zarobkach też bym się radował, mając nadzieję, że wyjadę na spokojne wakacje. Poza tym siedzą sobie w klimatyzowanym pomieszczeniu, więc mogą być radośni. A ja wiem, że czeka mnie podróż samochodem bez klimatyzacji i pobyt przez następne kilka godzin w dusznym biurze. Więc nie mam powodów do aż tak wielkiej radości. No może poza tym, że przecież mam pracę. Bo jak powszechnie wiadomo, praca jest – poza Polską oczywiście – najważniejsze.  Więc ta radość z posiadania zajęcia przynoszącego dochód – na moje miesięczne przeżycie – jest tak wielka, że mnie dostatecznie, co rano, motywuje do zwleczenia się z łóżka i udania się do pracy na godzinę ósmą. Choć wolałbym zasiąść na trawie i poczytać książkę.

A tam w pracy niezmiernie mnie drażni panujące w Polsce zjawisko takiej gospodarczej sjesty wakacyjnej. Gdzie bym nie zadzwonił, z kim bym się nie starał umówić w sprawach biznesowych, to wszędzie słyszę, że wybrałem zły czas. Że oni to owszem, jak najbardziej są zainteresowani moją ofertą. Chcą się oczywiście spotkać, ale… po wakacjach. We wrześniu. Bo teraz to przecież nie, bo są wakacje. Tak jakby cała nasza gospodarka popadła w takie zawieszenie na dwa miesiące. Pytam zawsze przy okazji takich rozmów, czy oni, ci moi potencjalni kontrahenci, idą zbiorowo na urlop? Czy ich nie będzie? Czy zamykają firmę na wakacje? I zawsze słyszę w odpowiedzi oburzone: Nie! Pracujemy! Ale są wakacje, więc spotkajmy się po ich zakończeniu. Pytam: czy jak pan Janek jest na urlopie to może spotkam się z jego zastępcą? Odpowiedź jest prawie zawsze taka sama: Nieeee, nie warto… nie teraz… po wakacjach. Teraz bardzo zły czas pan wybrał. Ja wiem, że się wszystkim nie chce pracować, tak jak mnie się nie chce prawie, co rano w te letnie dni. Ale jak już wstanę i się wybiorę do pracy, to niech też inni nie udają, że pracują przez te dwa miesiące. Niech solidarnie jak już są w pracy, to niech naprawę pracują a nie udają. Przecież wakacje to nie jakoś tragedia narodowa. Nie kataklizm. Nie trzeba każdej nawet minimalnej decyzji biznesowej odkładać za dwa miesiące. – Eeeee, panie. Nie ma sensu się spotykać teraz. Przecież są wakacje. Nic się nie dzieje. Żadnych klientów – słyszę, prawie przy okazji każdej rozmowy telefonicznej. – Przecież właśnie teraz powinniśmy się bardziej postarać, bo jak nie, to klient i tak się nie pojawi – argumentuje. Odpowiedź jest zawsze taka samo: – Nieeee, nie ma sensu. Po wakacjach. Bo teraz to taki marazm jest, że nic się nie chce.

 Mnie też się nie chce, ale jak już zmuszę się do pracy, to jednak pracuję, a nie zawieszam się nad komputerem na osiem godzin wypowiadając tylko: Eeeee, nie teraz…. we wrześniu. Czy to jakiś sen letni? Jakiś narodowy letarg? Sam już nie wiem skąd się bierze u nas taka niechęć i niewiara w to, że nie wszyscy klienci wyjechali na wakacje.  Jeśli ponad sześćdziesiąt trzy procent Polaków nie stać na wakacyjny wyjazd, to może przynajmniej dla nich warto się poświęcić i coś zrobić. A nie tylko wszystko odkładać dwa miesiące. Choć właściwie po latach pracy dochodzę do wniosku, że w Polsce nie ma dobrego czasu na pracę. Początek roku jest nie najlepszy, bo nie ustalono jeszcze budżetów. Więc potem. Ale na wiosnę też nie bardzo, bo przed świętami. Po świętach, więc mam zadzwonić. Gdy już kwiecie na drzewach, to też nie jest najlepszy czas, bo przed długim weekendem. Więc po nim może zadzwonię? Po nim już nie bardzo, bo wakacje się zbliżają. W lecie… to już opisywałem. Po wakacjach jeszcze nic się nie ruszyło, więc czas nadal nie najlepszy. Potem jesień, więc też się nie chce.  Potem święta, więc… po świętach. I znów nowy rok. Nigdy nie ma dobrego czasu. Zawsze nam coś przeszkadza. A może ja się męczę bez potrzeby? Może powinienem się udać na wakacje, tak na trzy miesiące i mieć do wszystko w… No tak, ale tu właśnie wracamy do podstawowego pytania: za co mam pojechać na wakacje?

 

dziennik pesymistyczny

To wszystko jest nieważne

Obublikował pavvel dnia Komentarzy: 0

Najważniejszy jest spokój. Nieważne są dla mnie wybory bogatych, którzy bawiąc się w upaństwowioną demokrację, zwyciężają lub przegrywają, co kilka lat swą władzę nad państwem i obywatelami. Nieważne są dla mnie zapewnienia i obietnice polityków składane w kolejnych kampaniach, bo i tak wiem, że nigdy nie będą spełnione. Nieważne jest, kto zasiądzie w pałacu, bo ja i tak nigdy tam nie zostanę zaproszony. Nieważne staje się to wszystko, gdy nie ma się pieniędzy na przeżycie kolejnego miesiąca. Choć codziennie wychodzisz wcześnie rano do pracy, by tam tyrać za grosze, to i tak ma się świadomość, że nic z tego, co oglądasz w reklamach nie będzie nigdy twoje, bo zarabiasz tyle, że starczy ci tylko na rachunki. I to nie na wszystkie. Co zmieni się od dzisiaj, gdy już wiemy, że mamy nowego prezydenta? Zapewne niewiele. Może ktoś z głosujących będzie zawiedziony, a ktoś inny radosny. Może, choć przez chwilę, w telewizji będzie mniej zapewnień o naszej świetlanej przyszłości. Ale tak dla zwykłego, szarego, przeciętnego człowieka nie zmieni się nic. Tak samo będzie trwał ten pospolity, nieważny dla twojego państwa dzień pracy na podatki. Najważniejszy jest dla mnie spokój, a ja go nigdy przez te ostatnie dwadzieścia jeden lat, niby wolności, nie zaznałem. Nauczyłem się tylko jednego, że liczą się tylko i wyłącznie pieniądze. Że wolność to pieniądze. Że zdrowie to pieniądze. Że przede wszystkim władza to pieniądze. A jak nie ma się w sobie kapitalistycznej krwiożerczości, to nie jest łatwo je zdobywać.

 Nie mam spokoju i pewnie nie zaznam go w najbliższym czasie. I naprawdę nie mam już siły wysłuchiwać o „zwycięstwie demokracji”, gdy przy uranach była pięćdziesięcioprocentowa absencja. Nie mam zamiaru cieszyć się ze zwycięstwa Bronka nad Jarkiem, gdy spotkany dziś rano przyjaciel opowiadał mi ze smutkiem w głosie, że pewnie nie dostanie w terminie pensji. Nie ma dla mnie znaczenia, kto zasiada w pałacu – bo ja z góry zakładam – a właściwie to mam pewność, że ci, co u władzy i tak dostrzegą mnie, maluczkiego wtedy tylko, gdy będę im znów potrzebny przy głosowaniach.  Do tej pory muszę sobie radzić sam i płacić podatki nie oczekując niczego w zamian. Co zmienią dla mnie obiecane przez kandydata na prezydenta podwyżki dla nauczycieli? Dla kilku moich znajomych tak, ale dla mnie nic. Co da obietnica przedwyborcza zwycięzcy, że powstrzyma się od reformy emerytur mundurowych? Mnie nic, choć pewnemu mojemu znajomemu zapewni wolność od pracy w dość młodym jeszcze wieku.  To, że studenci dostaną pięćdziesiąt procent zniżki na przejazdy też mnie nie dotyczy, choć to przecież dobra wiadomość. Podobnie sprawa się ma z refundacją zapłodnienia in vitro. Co się zaś tyczy reformy służby zdrowia to jestem przyzwyczajony, że nic się nie zmieni, bo trawa ona, ta reforma, odkąd sięgam pamięcią. A zadowalających rezultatów jakoś nie widać. Nie mam już nawet nadziei, że będzie lepiej, bo wiem, że to tylko obietnice. Że teraz będzie normalnie. Bo obiecany internet dla każdego obywatela raczej się nie ziści, a i nowych dróg też nie przybędzie nawet, gdy dać prezydentowi tysiąc, a nie pięćset dni spokoju, który potrzebny mu jest dla realizacji obietnic. Na pewno wydarzy się coś, co da usprawiedliwienie dla niedotrzymania zobowiązań.

Jak daleko jest z pałacu do tego mojego spotkania z przyjacielem, obawiającym się o swoją przyszłość? Dla niego nieważne było to, kto stanie się głową państwa, które i tak go w żaden sposób nie chroni przed pazernością i wykorzystywaniem kapitalistycznej gospodarki. – Nie, nie jadę na wakacje, bo mnie na nie stać – to mi między innymi powiedział. I zrozumiałem jak mało znaczyłoby pytanie, na kogo głosował, gdybym go o to zapytał. Ja nie mogę już znieść tego ciągłego gadania polityków o przeszłości i przyszłości. Ja żyję tu i teraz. I teraz chce mieć spokój. Nie chce czekać, bo już czekałem. Nie chcę mieć nadziei, na lepszą przyszłość, bo chyba jej jednak nie doczekam. Nie chcę słyszeć, że coś tam ktoś zawinił czterdzieści lat temu, bo dla mnie to już historia. Chcę zmian teraz. W tej chwili. W perspektywie lat, nie dekad. Bo ja już nie mam czasu. Ja potrzebuję stabilizacji i spokoju teraz. W tej chwili. A wiem, że dostanę teraz kolejną kampanię wyborczą. Że znów będę wysłuchiwał o winach tych, co rządzili. Słuchał obietnic, że jeśli wytrzymam półtora roku to będzie lepiej. Ja już teraz wiem, że tak nie będzie. Bo moje doświadczenie wskazuje, że nic się nie zmieni.

dziennik pesymistyczny

Tchórzliwa niedziela

Obublikował pavvel dnia Komentarzy: 2

– Przybędzie nam w niedzielę tchórzy – rzekł na powitanie mój znajomy, czyniąc tym samym aluzję do emitowanej przez wszystkie prawie stacje telewizyjne aż do znudzenia reklamy, nakłaniającej obywateli naszej ukochanej ojczyzny do głosowania. Faktycznie, zapewne w znacznej swej części, nie uda się tłumnie nasz lud roboczy miast, wsi i miasteczek do urn wyborczych. Nie spodziewałbym się jakiejś zastraszająco wielkiej frekwencji. I nie dlatego, że słoneczko pięknie świeci i wielu z nas po prostu uda się na łono natury, a nie na głosowanie. Przyczyna tego, niegłosowania tkwi raczej w tym, że wielu tych, którzy do tej pory aktywnie uczestniczyli w obywatelskim obowiązku, teraz po prostu nie ma swojego kandydata. Trudno jest wybierać mniejsze zło. Więc wielu zwyczajnie zagłosuje…nie głosując. Przyłączając się tym samym do tego tłumu, który nie wybrał się do komisji wyborczej już wcześniej. Poprzednio prawie pięćdziesiąt procent naszego społeczeństwa uznało, że nie interesuje ich ta państwowa forma demokracji. Ci właśnie, którzy nie zagłosowali, których „propaganda profrekwecyjna” nazywa tchórzami, są prawdziwymi zwycięzcami tej pierwszej tury wyborów. I to właśnie ich, obydwaj kandydaci konsekwentnie nie zauważali, prowadząc kampanię przed drugą turą wyborów.  Nikt nie zadawał sobie nawet trudu analizowania, dlaczego ludzie nie chcą głosować. Obydwaj, pozostali na placu boju o prezydenturę kandydaci, skupili się bardziej na tych kilkunastu procentach elektoratu, który zagłosował na lewicę, co też okazało się bardzo ciekawe, bo mogliśmy obserwować prawdziwy festiwal przemian prawicowych polityków w lewaków, tak po prostu, z potrzeby chwili.

 

– Ty nie głosujesz – przypomniał sobie mój znajomy. Potwierdziłem. Ale zapytałem też, dlaczego to on, ten, który tak usilnie od lat namawiał mnie do wypełnienia obywatelskiego obowiązku głosowania teraz nagle zmienił zdanie. – Wiesz, te wybory przypominają sytuację, gdy ktoś cię zapyta czy bardziej wolałbyś mieć kiłę czy rzeżączkę – odpowiedział. Faktycznie, ma chłop rację. W tej naszej obecnej sytuacji politycznej, jakiego by nie dokonać wyboru to zawsze okazuje się on nie najlepszy. A nie każdy chce wybierać coś, co ma być tylko mniejszym złem. Czy nie jest tak, że przez to umacnianie naszej sceny politycznej poprzez państwowe pieniądze dla partii politycznych, wytworzyło się u nas coś, co pozwolę sobie nazwać państwową demokracją. Mamy dwie silne naszymi pieniędzmi partie polityczne i prawie pięćdziesięcioprocentową absencję przy urnach wyborczych. Czy tylko ja tu widzę, że coś jest nie tak? U nas liczą się pieniądze, a takie dostają tylko takie partie, które są już przy państwowym korytku.  Czy jest u nas możliwe przy tej ordynacji wyborczej wygranie wyborów tak od zera w sensie finansowym? Nie, nie jest do możliwe. Inny mój kolega z pracy, które też od lat wypełniał ten obywatelski obowiązek głosując, powiedział mi, że tym razem tego nie zrobi. – To jak wybieranie jabłek z koszyka, gdy wiemy, że każde jabłko jest tam albo zgniłe albo robaczywe – tłumaczył.

 

Dla mnie pocieszające jest to, że jutro nastąpi cisza wyborcza i nie będę już musiał wysłuchiwać tych obietnic wyborczych, o których i tak wiem, że nie zostaną nigdy spełnione.  Jakie to szczęście jednak, że już od poniedziałku czarne będzie czarne, a białe będzie białe – jak mawiał klasyk. Już nie będzie się trzeba tak bardzo zmieniać, aby się przypodobać wyborcom. I znów prawica będzie prawicą, liberalizm liberalizmem a lewica… ta pewnie będzie taką lewicą, jaką była dotychczas. Czyli nijaką. Ale jednak żal trochę takich zaskakujących zwrotów akcji, jak u smutnego kandydata w żałobnym wdzianku. Czy nie będzie jednak nam brakowało takich światłych odkryć lewicowości u tych, co to, do tej pory byli raczej za jej delegalizacją? Nie będzie nam brakowało takich słów kandydata prawego i sprawiedliwego o tym, że Edward Gierek był komunistą, ale jednak patriotą? Mnie właśnie tego najbardziej będzie w poniedziałek brakować. Bo wiem, że wszystko wróci do normy aż do następnych wyborów. Do czasu, aż znów będą potrzebni ci, co głosują. Bo przecież nie głosują tylko tchórze. Prawda?

dziennik pesymistyczny

Nocne i proste Polaków rozmowy

Obublikował pavvel dnia Komentarzy: 0

Jak można tak brutalnie przerywać mi sen?! Rozumiem, jest lato, więc nie chce się chłopaczkom i dziewczątkom wracać wcześnie do domu. Szczególnie jak się wlało w siebie po kilka piw i młodzieńczy wiek powoduje, że wakacje kojarzą się w głównie z wolnością, to noc zawsze wydaje się za młoda na powrót do domu. Ja pewnie nie byłem inny. Więc rozumiem, że niektórych ponosi tak bardzo, że nawet o trzeciej nad ranem roznosi ich energia.  Los sprawił, że moja kamienica leży na trasie nocnych przemarszów okolicznej ludność między dużym osiedlem mieszkaniowym, a sklepem monopolowym czynnym całą dobę. Nocne marsze na orientację tych, co im „pić się chce” nie są dla mnie niczym niezwykłym. Latem jest to jednak bardziej dokuczliwe. Przy otwartych oknach bardziej słychać osoby, co to z pieśnią na ustach idą do wodopoju, a potem od niego wracają upojeni. I właśnie to głośne nawoływanie, rozmowy i pieśni najbardziej mnie denerwują po nocy. I nie inaczej było dziś. No, bo trzecia nad ranem to jednak… dziś. Radosne towarzystwo widocznie nie dało rady dojść do miejsca spoczynku i postanowiło się uraczyć tym, co zakupiło w sklepie, na schodkach prowadzących z ulicy na chodnik, a znajdujących się bezpośrednio pod moim oknem. Zasiedli i radośnie zaczęli spożywać. Gdyby tylko wypili w ciszy i spokoju to, co ze sobą przynieśli pewnie bym tego nawet nie zauważył. Ale chłopcy i dziewczęta rozpoczęli dyskusje. Bo jak Polak zasiądzie do biesiadowania to nie może tego robić w ciszy, albo szepcząc przynajmniej. On musi, bo pewnie inaczej się udusi, tak na całe gardło przekonywać sąsiada, że jego racja jest najważniejsza. Temat jest mniej ważny. A w zasadzie nie jest absolutnie ważny, bo biesiadnicy spod mojego okna ograniczyli polszczyznę do kilku słów. Więc temat też się zdecydowanie ograniczył.

 

Nawet nie przepuszczałem, że można tyle wyrazić, używając tylko słów: kurwa i pierdolić, we wszelkich odmianach. – Beku – rzekł jeden z ucztujących – kurwa, ty to pierdolisz, że będziesz napierdalał do domu na tym kurewskim skuterze tak napierdolony. – Kurwa, a co mam kurwa zrobić z tym jebanym skuterem teraz jak jestem najebany – odpowiedział Beku. Dziewczęta swoim zwyczajem raczej nie brały udziału w podokiennych dialogach, ograniczając się jedynie do popiskiwania i nerwowych śmiechów. Choć muszę przyznać, że dość często dolatywały do mnie damskie okrzyki takie jak: no, weź kurwa przestań. Co pewne odnosiło się do zbytniej gestykulacji w wykonaniu płci brzydszej, która to zdecydowanie parła do bliższych kontaktów z płcią przeciwną. Leżałem sobie w łóżku kilka pięter wyżej nad biesiadująca młodzieżą i myślałem nad uniwersalnością języka. O tym, że w zasadzie wszystko można wyrazić przy pomocy kilku prostych słów. Ale dlaczego czynić to tak głośno i pod oknami tych, którzy chcą spać. – Beku, kurwa weź nie jedź skuterem jak piłeś, jeszcze cię psy pierdolną – usłyszałem. – Zostaw tu. Może ci go nikt nie zapierdoli – dodał ktoś inny. – Eeeee, nie kurwa… ja nie pojadę!? Ja nie pojadę!? Wiecie, co oni mi mogą…? – odparł Beku. A ja miałem fleszową wizję sceny z pewnej polskiej komedii Stanisława Barei, gdzie pewien pan Wacek w stanie wskazującym na spożycie, wybierając się po kolejną flaszeczkę zapewniał kolegów od kieliszka słowami: No i co!? Ja nie dostanę!? Ja nie dostanę!?. Po czym wsiadł w samochód i pojechał. Całkiem jak Beku. Tylko, że tamto to tylko film, a Beku to naprawdę pojechał na swym skuterku jak usłyszałem. Aż szkoda, że nie miał wizji jak pan Wacek – bohater komedii, który rzekł do kompanów od kieliszka: Panowie! Pijcie dalej sami! Ja widzę białe samochody!

 

Gdy już miałem wstać, udać się na balkon i poprosić uprzejmie o spokój wesołą kompanię, nagle… coś się zmieniło. Usłyszałem zbliżający się samochód i w kilka chwil wszystko ucichło. W sensie gwaru i wesołej zabawy. Zapewne ktoś z moich sąsiadów był mniej tolerancyjny i zadzwonił po mundurowych. Co niewątpliwie wprowadziło chłopców i dziewczynki w stan chęci szybkiego powrotu do domu. I jakoś tym razem bez tych krzyków i bez pieśni na ustach. Poczułem ulgę, że mogę teraz spokojnie zasnąć. Naprawdę wdzięczny byłem sąsiadom, że zadzwonili z interwencją. I oczywiście interweniującym, że przegonili wesołe towarzystwo. Gdy tak sobie leżałem w łóżku nie mogąc zasnąć rozmyślałem o tym, jak prosty jednak potrafi być język polski. Jak wiele emocji można wyrazić używając tylko kilku słów. Od razu poczułem, że są wakacje, bo to w tym czasie młodzież szkolna ma więcej czasu na nocne Polaków rozmowy, których ja niestety muszę wysłuchiwać.

dziennik pesymistyczny

Polityczna loteria

Obublikował pavvel dnia Komentarzy: 0

Mój kolega trzy razy w tygodniu opłaca podatek. Od razu wyjaśnię, że nie jest on bynajmniej tak dobrym obywatelem naszej ojczyzny, która zawsze jest w potrzebie obywatelskich pieniędzy, że płaci daninę nawet jak nie musi. O nie. On po prostu opłaca w kolekturze podatek od marzeń. We wtorek, czwartek oraz w sobotę, dobrowolnie płaci kilka złotych by mieć nadzieję na swój dobrobyt. Pośrednio wspiera – oczywiście patriotycznie – własne państwo, bo przecież totalizator to instytucja państwowa, więc jego pieniądze z zakładów idą na szczytne państwowe cele. On wierzy, ma głębokie przekonanie, że kiedyś wygra.  Bo w zasadzie to jedyny sposób dojścia do dużych pieniędzy jak się nie urodziło z zamiłowaniem do kapitalistycznego wyzysku człowieka przez człowieka. On nie mówi o sobie, że jest hazardzistą, ale jakoś tak zawsze znajdzie czas i kilka złotych na ten zakład w grze losowej. Ostatnio zainspirowani doniesieniami prasowymi o tym, że w zakładach bukmacherskich można obstawić ewentualną wygraną jednego z kandydatów na prezydenta wpadliśmy na pewien pomysł. Może tak wykorzystać naszą narodową żyłkę hazardową w pożyteczny sposób. Jeśli frekwencja w pierwszej turze wyborów prezydenckich wyniosła niewiele ponad pięćdziesiąt procent to znaczy, że połowa z nas nie miała odpowiedniej motywacji do uczestnictwa w wyborach. A może właśnie wykorzystać to, że tak chętnie bierzemy udział w tak wielu loteriach? Może oprócz niewątpliwego szczęścia z wyboru prezydenta wszystkich Polaków, można by było wygrać w głosowaniu dodatkowo z kilka milionów złotych? Niech każda karta do głosowania stanie się też dodatkowo kuponem konkursowym! Zapewne wtedy znacznie więcej osób stanie przy urnach!

 

Co za szczęście niepojęte spotkałoby naszych obywateli? Nie dość, że frekwencja prawie stuprocentowa, to jeszcze prezydent wybrany! Nie dość, że tak wielu oddało swój głos, to jeszcze wielu zdobyło cenne nagrody! A ten najszczęśliwszy, co dobrze wytypował, kto zasiądzie w pałacu i miał jeszcze szczęście w losowaniu zdobyłby główną nagrodę. Że przesadzam? Nie wydaje mi się. Przecież już od dawna można w zakładach bukmacherskich obstawić czy kandydat prawy i sprawiedliwy stanie się naszym nowym przywódcą narodu, czy też może na platformie władzy stanie kandydat hrabia Bronisław. Czy dla podniesienia frekwencji wyborczej nie warto urządzić loterii? Przecież od dawna namawiają nas do głosowania różni aktorzy, wmawiając, że to tylko takie skreślanie i to takie proste, że jak nic trzeba się wybrać i kogoś tam – obojętnie, kogo – skreślić. Bo nieskreślenie to tchórzostwo. A tak, jak lud prosty mógłby wygrać telewizor plazmowy – na przykład – głosując na Bronka czy Jarka, to gwarantuję, że wielu by się zdecydowało na udział w wyborach, mimo, że nie ma swojego kandydata.

Niech w zakładach wyborczych można by było nie tylko typować, kto wygra czwartego lipca, ale także założyć się o przewidywaną frekwencję wyborczą. Można by było wygrać na przykład samochód, jeśli przewidzielibyśmy ile procent wyborców pójdzie w najbliższą niedzielę do urn z dokładnością do trzeciego miejsca po przecinku. U bukmacherów już dziś można obstawić też wiele nietypowych zakładów. Możemy się założyć o kolory krawatów, jakie będą mieli na sobie kandydaci podczas drugiej – zaplanowanej na środę – debaty telewizyjnej. A może tak zakładać się o wszystko, co ważne w polityce i gospodarce? Nie tylko zastosowanie zakładów podczas głosowania zwiększyłoby zainteresowanie wyborami, ale też możliwość zdobycia wymiernej nagrody mogłoby ogólnie poprawić zainteresowanie Polaków polityką. Obstawialibyśmy na przykład ile szpitali możne upaść w tym roku? Kto będzie najdłużej czekał w kolejce do lekarza specjalisty? Czy paliwo będzie kosztować pięć złotych za litr? Czy emerytury w dwa tysiące czterdziestym, będą wynosiły sto złotych? Możnaby sporo wygrać. A i świadomość polityczna Polaków znacznie by się zwiększyła. Wyobraźmy sobie sytuację, w której premier rządu zakłada się z ludem pracującym miast i wsi, że za trzy lata wybuduje sieć autostrad. Jeśli przegra i nie zbuduje to wypłaci po stówie wszystkim, którzy przystąpili do zakładu. Jeśli wygra to oczywiste, że dla wszystkich jest korzyść z tych nowoczesnych dróg. A on, premier wygrywa kolejną kadencję. W loteriach jest zdecydowanie przyszłość. 

dziennik pesymistyczny

Słowa na wietrze

Obublikował pavvel dnia Komentarzy: 1

Musiałem poczekać na kolegę. Stałem przed zamkniętymi drzwiami jego firmy, w centrum mojego prowincjonalnego miasta i czekałem. A on się niemiłosiernie spóźniał. Stałem na pustej prawie ulicy, jak to zwyczajowo bywa rankiem. Prawie nikogo. Słoneczko pięknie świeciło. Był lekki wietrzyk. A ja usiadłem na murku  i czekam na tego, co miał tu być już od prawie trzydziestu minut, a nadal go nie było. Tak tu się umawiać z baranami. Nie byłem zły, bo okoliczności przyrody były takie piękne, że to przymusowe oczekiwanie stało się nawet dla mnie przyjemnością. Postanowiłem poczytać gazetę, ale już okładka zapowiadała, że nie mam co liczyć na ucieczkę od polityki. Schowałem więc pismo do torby i postanowiłem zająć się czymś ciekawszym w odróżnieniu od wyborczych obietnic kandydatów, czyli obserwacją ulotki która fruwała sobie zalotnie przede mną, pchana z jednego końca ulicy na drugi. Raz była po prawej stronie jezdni, a raz po drugiej. Raz wzlatywała do góry, aby już za chwilę spaść i walać się wraz z innymi śmieciami w kurzu chodnika. Gdy przez zrządzenie sił natury ulotka wylądowała pod moimi nogami, mogłem zobaczyć na niej poważną twarz kandydata Jarosława. Kilka dni temu zawitał do mojego prowincjonalnego miasta wyborczy autobus. Bez kandydata na pokładzie, ale zawsze to ten słynny jarosławobus do nas zawitał! I to nie tylko jeden, ale nawet dwa autokary. Piękne i wielkie jak wielki jest urząd, do którego pretendują kandydaci. Autobusy przywiozły ulotki, a dzielni głosiciele dobrej nowiny kandydata, roznosili je wręczając przechodniom. Ale jak widać nie wszystkie ulotki trafiły do mieszkań wraz z potencjalnymi wyborcami. Portret smutnego kandydata okraszony jego ideami nie trafił do serc i umysłów mieszkańców mojego miasta. Trafił za to w znacznej ilości wprost na ulice. Powtarzając za Norwidem można by rzecz, że: ideał sięgnął bruku.

 

I przyglądałem się z zaciekawieniem wirującym na wietrze ulotkom reklamującym kandydata na prezydenta. I myślałem o tym, że można to zdecydowanie uznać za analogię do naszej polityki. Te wzloty i upadki. Te zmiany od prawa do lewa. Ustawianie się tak jak zawieje wiatr wyborczych oczekiwań. Raz się jest lewakiem a raz konserwatywnym katolikiem. Ale zawsze chce się wzlecieć jak najwyżej. Choć czasami wiatr przyciska do ziemi, jak tę ulotkę spoczywającą przez chwilę przede mną na chodniku. Co ciekawsze, dla mnie to, co obiecują obydwaj kandydaci ma takie znaczenia, jak ten świstek wyborczo – propagandowego papieru, unoszony przez wiatr. Ja wiem, że czy w pałacu zasiądzie Bronek czy Jarek to, i tak dla mnie będzie to miało niewielkie znaczenia. Ja wiem, że w poniedziałek i tak pójdę do pracy, tak samo pchany tam obowiązkiem przeżycia kolejnego miesiąca. Nie będzie miało dla mnie znaczenia, kto zasiądzie pod kryształowym żyrandolem, jeśli na stacji paliw znów mniej zatankuję za tę samą, co zawsze, dokładnie odliczoną sumę pieniędzy. Nie będzie dla mnie ważne, kto z nich jest bardziej lewicowy w znaczeniu socjalnym nawet, bo i tak wiem, że obaj zrobią dla mnie niewiele. Ja jestem im tylko potrzebny do głosowania. Do tego, żeby swoim głosem wrzuconym do urny zalegalizować trwanie państwa, jako zbiorowego pracodawcy urzędniczej armii. Po wyborach znów będę się tylko nadawał do płacenia w spokoju podatków.

 

Ja już w nic nie wierzę. Za dużo było zawiedzionych nadziei. Wiem, że kogo bym nie wybrał to i tak wybieram mniejsze zło. Wiem, że i tak bez znaczenia będzie to, kto będzie prezydentem tego kraju, jeśli ja i tak będę się zastanawiał, jak przeżyć za to, co uczciwie zarabiam przez najbliższy miesiąc. Nie zmieni się nic. Mam wrażenie, że podczas ostatniej debaty telewizyjnej słuchałem nie dwóch kandydatów a jednego. Bo obiecywania nie było końca i zapewnień o świetlanej przyszłości nie było końca. A przecież każdy wie, kto choć raz słyszał aktora z pewnej reklamy, że: tylko to mamy za darmo, co zrobimy sami. Tak oto myślałem o wielkiej polityce obserwując nieważną i teraz śmieszną tylko ulotkę wyborczą tańczącą na wietrze. Czy ona tym tańcem też coś obiecywała? Czy to kolejny przejaw kampanii wyborczej? Najważniejsze, że doczekałem się na kolegę. Przyszedł mój przyjaciel spóźnialski i udaliśmy się razem na spotkanie w jego firmie. Po drodze minęliśmy na ulicy sprzątacza, który wielką miotłą zamiatał na swą szuflę ulotki smutnego kandydata, aby potem wrzucić je do wielkiego wora ze śmieciami. Gdy go mijaliśmy usłyszałem jak sprzątacz mruczy pod nosem z wyrzutem nie wiadomo, do kogo: przyjechali, naśmiecili – a ty człowieku teraz po nich sprzątaj. 

dziennik pesymistyczny

Miękkie wycofanie

Obublikował pavvel dnia Komentarzy: 0

– Jeśli wygram wybory prezydenckie, to moim zamiarem będzie ograniczenie i wycofanie polskich wojsk z Afganistanu – powiedział pełniący obowiązki prezydenta Bronisław Komorowski, który odwiedził ostatnio polskich żołnierzy w Afganistanie. I teraz to już naprawdę nie wiem i niczego nie rozumiem w sprawie tej naszej afgańskiej wojny. Co prawda, w sprawie operacji wojskowych w Iraku i Afganistanie nigdy do końca nie rozumiałem, po co to nam jest potrzebne? Ale jak już tam pojechaliśmy, to uznałem jak pewnie wielu innych, że pewnie mieliśmy dobry i bardzo ważny powód.  A teraz po kilku latach naszej obecności wojskowej w tym obszarze świata, to naprawdę straciłem zupełnie rozeznanie, co do celów naszej wojennej polityki i przestałem cokolwiek z tego rozumieć. My tę wojnę wygraliśmy czy przegraliśmy? Nie wiem, bo już się w tym pogubiłem. Zawsze myślałem, że ten, kto prowadzi wojny robi to, w jakimś ściśle określonym celu. Że jak ktoś z tych, którzy są u władzy, wysyła gdzieś wojsko to ma ono coś do wygrania dla tych, co je tam wysłali. Mają wojskowi, którzy jadą na wojnę, przynajmniej teoretycznie odnieść jakieś zwycięstwo. Zdawało mi się, że cel misji wojskowych jest jasno określony i jest nim zwycięstwo. A nie prowadzenie okupacji dla samej okupacji. Sądziłem, pewnie naiwnie, że jak zwycięstwo w wojnie jest niemożliwe do wypełnienia, to należy to uznać i się z wojny szybko wycofać. Tylko, że ja nie słyszę od naszych oficjeli, że w Afganistanie przegraliśmy. My się po prostu miękko wycofujemy. Tak po prostu. Powalczyliśmy i teraz już nie chcemy walczyć i się wycofujemy. Pojechaliśmy, powalczyliśmy, a teraz wracamy.

Pewien teoretyk wojny, pruski generał Carl von Clausewitz twierdził, że istotą wojny ma być pokonanie przeciwnika i skłonienie go do realizacji naszej woli. A tam w tym dalekim kraju raczej – opieram się tylko na doniesieniach medialnych – walczyliśmy w obronie i tak bardziej dla samej idei walki niż dla zwycięstwa. Bo chyba nawet najbardziej optymistycznie nastawieni generałowie nie wierzyli, że uda się tam wygrać wojnę i zaprowadzić prozachodni pokój. I teraz żebyśmy nie utknęli z armią na kolejne kilka lata, to mamy się wycofywać. Nie bardzo tam kogoś pokonaliśmy i na pewno nie zmusiliśmy przeciwnika do realizacji naszej woli – więc się wycofamy. Powstaje więc całkiem zasadne pytanie: po co tam pojechaliśmy? Po co tam walczyliśmy? Zobowiązania sojusznicze? Powinności wobec NATO? Jeśli tak, to pewnie wszystkie kraje sojuszu atlantyckiego wysłałyby tam swoje wojska. A tak nie było i nie jest. Clausewitz pisał, że środkiem wojny jest walka. I my tam na pewno walczyliśmy. I do tego ofiarnie. Tylko jakoś nie widać celu w tym wojennym działaniu. Albo może ja jestem tak pacyfistycznie nastawiony, że nie widzę sensu w walce dla samej walki. W wojnie prowadzonej dla samej wojny. Aby pokonać wroga należy rozbić jego armię, zająć terytorium i złamać wolę kontynuowania oporu – pisał Clausewitz. I w Afganistanie koalicja pokonała wroga.  Zajęła terytorium. Ale zdecydowanie nie złamała woli walki w talibach. A mam takie wrażenie, że czym dłużej trwa obecność wojsk zachodu w tym kraju, tym w bojownikach afgańskich zwiększa się wola walki. Wszystko powinno mieć jakiś cel. A już wojna, na pewno powinna być prowadzona w jakimś ściśle określonym celu. A tam walczyliśmy by walczyć? Bo jak się mamy wycofać to z jakiegoś powodu. A ja słyszę tylko, że się wycofujemy bez podania przyczyn.

Po ostatnich zamachach na polskich żołnierzy, coraz głośniej zaczęło być powtarzane w Polsce z wielu stron pytanie o dalszy sens obecności polskich wojsk w Afganistanie. Tak jakby taki sens kiedykolwiek istniał. Nie ulega wątpliwości, że duża w tym zasługa toczącej się w Polsce kampanii wyborczej o najwyższy urząd w państwie. Kwestia wyjścia z Afganistanu nieoczekiwanie stała się jednym z najważniejszych elementów przedwyborczej walki o prezydenturę. Jeśli przez wiele lat angażowaliśmy się w wojnę to pewnie miało to coś na celu. Jakieś ściśle określone i wymierne korzyści zamierzaliśmy tam osiągnąć. Dlaczego teraz mówi się tyle o wycofaniu się z Afganistanu, a nic się nie mówi, co tam wygraliśmy? Bo jeśli jest wojna, to kończy się ona zwycięstwem lub przegraną, albo przynajmniej rozejmem. A czym kończy się ta wojna dla polskiego wojska?

dziennik pesymistyczny

Polska Zjednoczona Partia… Lewicy

Obublikował pavvel dnia Komentarzy: 3

– My się nie boimy żadnych zarzutów. Niech nam mówią, że jesteśmy lewicowi – może i po trosze jesteśmy. Dzisiaj zresztą warto używać tego słowa – lewica, a nie postkomunizm – usłyszałem wczoraj w telewizji taką wypowiedź pana prawego i sprawiedliwego i naprawdę mało brakowało abym zakrztusił się kanapką. Tak być nie może! Takie rzeczy powinny być poprzedzane stosowną zapowiedzią o tym, że widzowie o słabych nerwach powinni odejść od telewizora. To był zwykły program informacyjny i przecież nie mogłem się spodziewać, że zobaczę coś tak spektakularnego i zaskakującego. Że nagle pan smutny, kandydat prawych i sprawiedliwych przemieni się na moich oczach w lewaka. Pewnie ta blokującą dopływ tlenu kanapka, oraz nadmierny wysiłek związany z moim wyjściem ze stanu zakrztuszenia spowodował, że przez chwilę widziałem smutnego kandydata w telewizji w otoczeniu czerwonych sztandarów, a w uszach szumiała mi międzynarodówka. No byłby mnie zabił… nieświadomie pewnie, ale jednak. Gdy już doprowadziłem do porządku ciało i umysł dotarło do mnie, że faktycznie ten facet który do mnie przemawia z ekranu zmienił się zdecydowanie. A może przemienił? On już prawie jak komendant Ernesto Cze Gewara mnie się jawił. Już mu nie moherowy beret bardziej pasuje, ale taki z gwiazdką czerwoną. Jak mawiali w pewnym polskim filmie: zmiany, zmiany, zmiany. I doczekałem się prawicowego lewaka. A myślałem, że wyrażenie: ni pies ni wydra, to tylko taka figura stylistyczna. Przenośnia taka… a tu proszę… na własne oczy – choć przez telewizję – widziałem jak się gość zaczerwienił na wyborcze zamówienie.

Pamiętam, że kilka lat temu ten sam człowiek, jeszcze przed swą przemianą mówił: – Wniosek PiS do sądu rejestrowego w sprawie delegalizacji SLD będzie gotowy za kilka tygodni. To niesamowite jak wiele może się zmienić w człowieku, który prze do władzy za wszelką cenę. Tylko krowa nie zmienia poglądów – pewnie wielu tak powie. Ale nawet ona nie przemalowałaby się w pasy i nie nazywałaby się zebrą. Ten prawicowy polityk, który kilka lat temu chciał delegalizacji partii lewicowej teraz zmienił zdanie tak bardzo, że mówi o sobie i o swoich zwolennikach: jesteśmy lewicowi. Kilka lat temu ten lewicowy neofita mówił o partii do której się teraz przymila: jest w bardzo wielu miejscach związany (Sojusz Lewicy Demokratycznej) z działalnością nielegalną, albo zgoła po prostu przestępczą. – Mamy do czynienia z taką ilością tych związków, iż możemy mówić o sytuacji, która ma charakter strukturalny – mówił też obecny kandydat gdy był jeszcze prawicowym politykiem – To nie jest szereg występków poszczególnych działaczy, a sytuacja związana z istotą tej partii – takimi to słowami zapowiadał wniosek Prawa i Sprawiedliwości o delegalizację Sojuszu Lewicy Demokratycznej. Ale słowa to tylko słowa więc teraz prawi ludowi inaczej.

Minęło kilka lat i słyszę z ust smutnego kandydata, że: – Nasi konkurenci, przy całym szacunku mówią, że to jest socjalizm, a nawet postkomunizm. W socjalizmie nie to było złe, że budowano. W socjalizmie to było złe, że ten system był skrajnie nieefektywny, że budowano dla tych tam na wschodzie (…). A myślałem, że już wszystko widziałem. Ale jak widać to nie koniec przemian prezesa partii prawych i sprawiedliwych. Zdaniem kandydata PiS, dzisiaj warto używać słowa lewica, a nie postkomunizm. Jak czytałem dziś wpisy internautów na forach i blogach, to dochodzę do wniosku, że nie tylko ja po wysłuchaniu tych słów kandydata prawych i sprawiedliwych na prezydenta, miałem skojarzenie nawiązujące do słów aktorki Joanny Szczepkowskiej wygłoszonych w TV dwadzieścia lat temu. Bo zdecydowanie warto i trzeba teraz powiedzieć na przydechu, że: dwudziestego pierwszego czerwca dwa tysiące dziesiątego roku umarł w Polsce postkomunizm. Wiem, że dziś prezes przybędzie z misja agitacyjną do Radomia. Ciekawe czy przywita go tam transparent: czerwony Radom wita czerwonego prezydenta. Pewnie nie. Bo są pewnie granice ludzkiej naiwności. Ale zastanawiam się gdzie one, są te granice? Jak bardzo trzeba oszukiwać dla politycznych celów? Jak bardzo trzeba się zmieniać żeby się dostosowywać do koniunktury panującej na politycznym rynku? Nie wiem. Ale spodziewam się dalszych przemian u prezesa. PiS, (…) w dużej mierze jest współczesną wersją narodowego socjalizmu ma z kogo brać przykład – powiedział kiedyś Leszek Miller. Boże chroń mnie przed takim kierunkiem przemian u prawych i sprawiedliwych. Bo słowa, że Polska jest najważniejsza już słyszałem… teraz słyszę, że socjalizm nie jest taki zły. W takim połączeniu nic dobrego z tego nie wyniknie. Przyznam że liberałowie z praformy też po dwudziestym czerwca miłością zapałali do lewicy. Więc może czas najwyższy zwołać kongres zjednoczeniowy. I znów powołać Polską Zjednoczoną Partie Lewicową?

dziennik pesymistyczny

Po imieniu z prezydentem

Obublikował pavvel dnia Komentarzy: 1

Aleś wybrał – zganił znajomego, czy może się w ten sposób przywitał – pewien pan z drugim panem na ulicy. – Ja? Ja to dobrze wybrałem! Ty żeś dopiero wybrał wspaniale – bronił się ten drugi. Ale obydwaj ci panowie byli zdecydowanie radośni, więc pewnie nie dzieliły ich tak wielkie spory o to kto w Polsce jest najważniejszy i bardziej godny najwyższych urzędów. – Nie wypadł ten twój Jarek najlepiej – rzekł ten pierwszy. – A ten twój Bronek też w pierwszej turze nie dał rady – ripostował drugi. O, i proszę jest jedno zwycięstwo w tej smutnej i nijakiej kampanii wyborczej. Po latach stosowania formy Pan Prezydent, teraz mamy Bronka i Jarosława. Jest też Grzesiek z lewicy – ale ten to sam chciał żeby go tak nazywać. Jaką radość sprawiło mi i jakie uczucie bliskości miałem z tymi politykami. Gdy po podaniu przez telewizję pierwszych sondażowych wyników głosowania, usłyszałem w sztabach chóralne, wyraźnie zagrzewane przez partyjnych wodzirejów okrzyki radości: Jarosław! Jarosław! To on taki mi zrobił się bliższy bo jak i oni to i ja mogę z nim być po imieniu. Tylko co nieliczni, pewnie odważniejsi, ośmielili się na formę Jarek! Jarek!. I skandowano tak imię wodza! I w sztabie zwycięzcy zapanowała też podobna nowa świecka tradycja. Okrzykom Bronek! Bronek! Bronek! Nie było końca. I tak oto mamy do wyboru kandydata na prezydenta Bronka i kandydata Jarosława. Nie żaden tam Pan kandydat. Teraz to tak po ludzku, po imieniu, jak do brata się można do kandydata zwracać. Nie chodzi mi o to, że to coś złego tak unikać formy grzecznościowej – Pan. To nawet lepiej tak być na ty z prezydentem. Miło tak się po imieniu zwracać to przyszłego prezydenta. Taka bliskość się wytworzyła. I jeśli z nim na ty jesteśmy, to już – ten kandydat – mniej niedostępny się wydaje, jak ja słyszę że on Bronek czy Jarosław. I tak jakoś po ludzku mi do niego bliżej jak wiem, że on nie Pan żaden, ale po prostu Jarosław, Jarek lub Bronek w zależności od opcji.

I to jest największe zwycięstwo tych wyborów! Polityka pokazała swą nową, bardziej ludzką twarz. Taką swojską, naszą, przyjazną. I słusznie! I oby tak dalej. Nie tylko zdanie: Pan Prezydent powiedział – niech słyszę z telewizji – ale też: prezydent Jarosław spotkał się z ludnością. Jak to brzmi, gdy z Prezydentem tak po imieniu lud jest. Lub prezydent Bronek wygłosił przemówienie… – taki niech mówią dziennikarze. Niech tak piszą gazety. Niech nam żyje prezydent Bronek! Lub Jarosław jak kto woli. Ważne, że po imieniu jesteśmy. Brudzia nie wypiliśmy, ale jeśli oni tam w sztabach wyborczych tak są po imieniu z kandydatem, to my jako lud ciemny ale przyjazny, też chyba możemy tak po imieniu się to głowy państwa zwracać? Jestem takim samym potencjalnym wyborcą jak ci, co pod sceną skandowali w dniu „tryumfu”, i tego, „prawie tryumfu” – zależy od opcji. Jeden z kandydatów, ten co to jeszcze niedawno nikt mu szans nie dawał, że przekroczy z wynikami wyborczymi błąd statystyczny, sam chciał być na ty z wyborcami. – Grzesiek mi mówcie – apelował do nas. I może to właśnie skłoniło tak wielu to poparcia właśnie tego kandydata na prezydenta. I mamy tak jak chcieliśmy nową jakość w polityce. Odniosłem wrażenie, że największym zwycięzcą wyborów jest coś co określiłbym jako: z polityką na ty! Pan z telewizji w każdym wejściu swego show wyborczego podkreślał swoje wielkie zadziwienie tym, że kandydat z lewicy ma tak dużo w tych słupkach, a przecież on taką dziwną kampanię prowadził. Śpiewały dla niego bliźniaczki, a on sam nawet zatańczył. A może on w tych wyborach ma takie wielkie poparcie bo przeszedł na ty z wyborcami? Pewnie tak, bo od razu to w sztabach innych, prawie zwycięzców doceniono. To bratanie się z ludem wyborczym. I rozległo się gromkie i chóralne: Jarosław! Jarek! Bronek! Bronek! Zwyciężymy! Zwyciężymy!

Czasem w proteście przeciwko zbytniej poufałości, której sobie nie życzymy, mówiono u nas i pewnie nieraz się mówi: świń z tobą nie pasałem. Czyli nie spoufalaj się, nie tykaj mnie, bo sobie tego nie życzę. Liczę na to, że teraz jak los im da… i Jarosław lub Bronisław zasiądą w pałacu i jak już uchwycą ster rządów to nie zapomną o tym, że się tak spoufalili. Że ich tak za namową ich sztabów wyborczych tykaliśmy. Że oni z nami wyborcami, żaden tam Pan czy Pani. Że oni dla nas to Prezydent co prawda, ale nadal też i przyjaźniej Bronek lub Jarek.