Yearly Archives

193 Articles

dziennik pesymistyczny

Trzydzieści lat to za mało?

Obublikował pavvel dnia Komentarzy: 1

Trzydzieści lat to bardzo dużo. Uważam, że nawet bardzo wiele, jeśli patrzy się wstecz na swoje własne życie. Ale inaczej to wygląda jeśli spojrzeć na te trzydzieści lat jako na czas, potrzebny państwu na reakcję postulatów obywateli. Wtedy wydaje się, że minęła dopiero chwilka. Bo przecież nie wszystko w państwie dzieje się szybko. Szybko to można podnieść podatki, co najwyżej. Ja wiem! Ja wszystko rozumiem! Była wojna! Kilka miesięcy wojny. Czy jak kto woli stanu wojennego. Potem jeszcze lata zastoju gospodarczego schyłku PRL-u. Wiele filmów o tym widziałem i wiele na ten temat przeczytałem. Już z samych filmów i książek wiem jak było. Było ciężko. Wiem. A przed grudniem? W tamtych latach proszę szanownego Czytelnika było jeszcze gorzej. Co ja tu się będę rozpisywał. Wszystkim było ciężko. Ojciec bracie… No, tak! Ale potem nastały czasy wolności, równości, niezawisłości… i niektórym zrobiło się znacznie lepiej. I teraz w naszej odrodzonej Rzeczpospolitej będziemy obchodzić trzydziestą rocznicę podpisania Porozumień Sierpniowych i powstania Niezależnego Samorządnego Związku Zawodowego Solidarność. Pomijając sam fakt, że czym innym była Solidarność lat osiemdziesiątych ubiegłego wieku, a czym innym jest teraz, to warto przypomnieć sobie niektóre z postulatów zapisanych na słynnej tablicy.

Minęło tyle lat a ja mam ciągle wrażenie, że jeszcze bardzo daleko do realizacji tego, czego żądali od ówczesnego rządu robotnicy ze stoczni. Łatwiej bym zrozumiał gdyby podpisanych trzydzieści lat temu ustaleń nie przestrzegał PRLowski rząd. Ale od dwudziestu lat u steru państwa są ci, którzy bardzo wiele zawdzięczają robotnikom z wybrzeża. Dlaczego więc nie zrealizowano wszystkiego tego o co ci ludzie walczyli? W punkcie ósmym Porozumień Sierpniowych zapisano: podnieść zasadnicze uposażenie każdego pracownika o dwa tysiące złotych na miesiąc, jako rekompensatę dotychczasowego wzrostu cen. W punkcie dziewiątym czytamy: zagwarantować automatyczny wzrost płac równolegle do wzrostu cen i spadku wartości pieniądza. Wiem, że to inne czasy i inne pieniądze. Nawet ustrój jest inny. Ale miło by było aby ktoś z rządzących zauważył potrzebę wzrostu przynajmniej pensji minimalnej przy rosnących cenach żywności. – Grupa postulatów ekonomicznych powstała w oparciu o postrzeganie gospodarki w jej wydaniu socjalistycznym, nieodwołującym się do gry rynkowej, która była ludziom wychowanym w PRL zwyczajnie obca – mówi przewodniczący współczesnego związku zawodowego Solidarność. Czy naprawdę jak jest, że postulat gwarantujący przez państwo automatyczny wzrost płac realnych równolegle do wzrostu cen żywności jest przypisany tylko do gospodarki socjalistycznej? Nie da się tego zrobić w gospodarce wolnorynkowej?

Punkt dwunasty jest w znacznej mierze historyczny i nie przystający do współczesności. Ale słowa: wprowadzić zasady doboru kadry kierowniczej na zasadach kwalifikacji, a nie przynależności partyjnej brzmią całkiem współcześnie. Czytając dalej postulaty sierpniowe można dojść do wniosku, że napisano je wczoraj. Takie żądania robotników jak obniżenie wieku emerytalnego dla kobiet do pięćdziesięciu pięciu lat, a dla mężczyzn do lat sześćdziesięciu czy skrócenie czasu oczekiwania na mieszkanie pozostały do dzisiaj niezrealizowane. Czy punkt szesnasty nie brzmi znajomo?: poprawić warunki pracy służby zdrowia, co zapewni pełną opiekę medyczną osobom pracującym. Przecież to jakby napisane współcześnie żądanie, a minęło już trzydzieści lat! Przy całej tej prorodzinnej gadaninie obecnie rządzących sił politycznych, postulat osiemnasty brzmi ironicznie po tylu latach: wprowadzić urlop macierzyński płatny przez okres trzech lat na wychowanie dziecka. A postulat numer sześć – dialog przy wprowadzaniu reform? Przecież dzisiaj wszelkie konsultacje są tylko pozorowanym działaniem jak nie zwykłą fikcją. Czy to wszystko co wypisywali robotnicy w sierpniu roku siedemdziesiątego ubiegłego wieku na słynnej tablicy wpisanej na Światową Listę Dziedzictwa Kulturowego UNESCO jest już tylko odległą historią? Bez szansy na realizację? Czy taka ma być nowa Polska? Daleka od realizacji postulatów z pamiętnego sierpnia?

dziennik pesymistyczny

Kara za blaszki w kopertach

Obublikował pavvel dnia Komentarzy: 1

Jak już kiedyś pisałem, w naszym systemie, w naszym państwie, dozwolone jest tylko to co jest prawnie uregulowane. Jest ustawa, milion papierów, kodeksów, praw i rozporządzeń to wtedy jest dobrze. Jest poprawnie i jak się należy. Bo w zasadzie nic nie wolno jak się nie ma na to odpowiedniego papierka z pieczątką urzędnika. A jednocześnie setki polityków, profesorów i inne medialne tęgie głowy od dwudziestu lat wmawiają nam, że nie mamy co liczyć na innych tylko być zaradnym. Bo jak ja sobie nie pomogę, to na własne państwo też nie mam co liczyć. Ciągle, każdego dnia słyszę bredzenie o wolnym rynku. O zbawiennym wpływie wolnego biznesu na naszą krajową gospodarkę. Najlepiej charakteryzuje to hasło jednego z banków: to tylko mamy za darmo co zrobimy sami. W tej wielkiej i powszechnej wolnorynkowości naiwnie rozumowałem, że każdy może dostosowywać się do obowiązujących norm prawnych – nawet je naginając – bo przecież wolna konkurencja w biznesie jest najważniejsza. Bo po to przecież ojciec i matka strajkowali (w ujęciu bardziej ogólnym – jako przodkowie nas wszystkich) i Lechu skakał przez płot, by nikt mi już nigdy nie dyktował gdzie mam robić zakupy i po jakiej cenie kupować dany produkt. Tak mi się wydawało, ale zapomniałem, że państwo nie może pozwolić sobie na spadek własnych zysków. I na utratę firmy która daje pracę tysiąca jego urzędnikom. Z jednej strony kapitalizm ale taki z ręcznym sterowaniem.

Właśnie wyczytałem w prasie, że urząd komunikacji elektronicznej chce ścigać prywatnych operatorów pocztowych za przesyłki z doklejonym ciężarkiem. Fakt zawsze mi się wydawało dziwne, że mój bank czy firma telefoniczna – z których usług korzystam – przesyła mi co miesiąc blaszkę, kartonik czy tez zeszyt szesnastokartkowy. Ale ustaliłem metodami operacyjnymi – jakby powiedział urzędnik w mundurze – że, to taki uroczy sposób na obchodzenie przepisów. I dzięki takim niewinnym fortelom niezależni pocztowcy mogą działać taniej niż państwowa poczta. Taniej więc dobrze. – Jak ma być taniej to niech mi wysyłają ten obciążnik – pomyślałem. I okazało się, że takie myślenie jest antypaństwowe. Bo dopiero za dwa lata zniesione zostaną ograniczenia dotyczące listów do pięćdziesięciu gramów. Czyli takich które najczęściej są w pocztowym obiegu. To tej pory nie ma mowy o konkurencji na poczcie. Tylko poczta państwowa ma wyłączność na takie listy i ona kształtuje ich cenę. Bo przecież mimo tego, że jest wolność w biznesie, chronić swojego, choćby nieudolnego trzeba, bo takie jest prawo państwa. Prywatni operatorzy za przesyłki bez dociążeń musieliby wyznaczyć cenę dwa i pół razy wyższą. Gdzie tu logika wolnych usług?

Z gazety dowiedziałem się, że doklejanie ciężarków w postaci blaszek i tekturek urząd komunikacji elektronicznej traktuje jako łamanie prawa. No pięknie! Wkładasz do koperty metalową blaszkę i przez to stajesz się przestępcą. Mam nadzieję, że urzędnicy nie pójdą dalej w szukaniu takich co łamią prawo. Przecież ja wysłałem do kolegi list, a w nim dla usztywnienia dokumentów dołączyłem dwie tekturki. Jak nic złamałem prawo. A może nie. No tak! Nie! Przecież ja to wysłałem do mojego znajomego państwową polską pocztą więc zapłaciłem jak za zboże. Ale za to legalnie. Bo jakbym wysyłał prywatnie i taniej, to stałbym się prawie współodpowiedzialny za łamanie prawa. Przypomniał mi się wierszyk. Wrzuciłeś Grzesiu list do skrzynki, jak prosiłam? List, proszę cioci? List? Wrzuciłem, ciociu miła! Nie kłamiesz, Grzesiu? Lepiej przyznaj się kochanie! Teraz to pewnie nie musiałby Grześ wymieniać co tam ciekawego działo się podczas wrzucania listu do skrzynki pocztowej. Teraz ciocia miła zapytałaby pewnie, czy wysłał Grzesio ten list pocztą państwową czy prywatną. Bo państwowa to oczywiście ta dobra, a prywatna ta zła. Przecież już niebawem – jak można wyczytać w prasie – do konsultacji międzyresortowej trafi projekt nowelizacji prawa pocztowego, który przewiduje rozwiązanie tego problemu z blaszką w kopercie. Na operatorów łamiących przepisy urząd komunikacji elektronicznej będzie nakładać kary w wysokości do dwóch procent rocznych przychodów. Bo przecież taki ciężarek w kopercie to wielkie naruszenie prawa. A czy nie ma tu znaczenia fakt, że poczta niezależna od państwowej jest po prostu lepsza? Bardziej sprawna, tańsza i bardziej konkurencyjna? Wielki państwowy moloch pocztowy nie może walczyć z nimi uczciwie na cenę, więc na pomoc wzywa zawsze chętne do nakładania kar państwo. W ciągu czterech lat dwustu prywatnych operatorów odebrało poczcie blisko sześć procent rynku. I nie dlatego, że tak bardzo wszyscy pokochali ciężarki w kopertach. Ale dlatego, że przesyłki, nawet obciążone blaszkami czy zeszytami, były tańsze od tych dostarczanych przez państwowego skostniałego operatora.

dziennik pesymistyczny

My naród!

Obublikował pavvel dnia Komentarzy: 1

Czy to nie dziwne, że tak wielu Polaków, gdy ma coś do powiedzenia innym Polakom, to od razu staje się nie pojedynczą jednostką, która chce zabrać głos, ale prawie natychmiast staje się głosem całego narodu. – Naród na to nie pozwoli. Naród się zbuntuje. Naród to… naród tamto…– słyszałem przy bardzo wielu okazjach z ust tych co, to samozwańczo przemawiają głosem narodu. Widzę pojedynczą osobę a słyszę, że nie jest on tam na tej mównicy sam, bo przemawiają przez niego miliony. Równie często jednostki czujące, że jest w nich tak wielka moc przemawiają i wypowiadają się w imieniu całego społeczeństwa. Co daje tym ludziom tak wielką siłę, by utożsamiać swój własny pojedynczy głos, swoje pojedyncze poglądy z wolą narodu. Co upoważnia ich do wyrażania opinii w imieniu milionów? Czy ja dałem kiedykolwiek przyzwolenie tym samozwańczym suwerenom oby oświadczali publicznie: My naród Polski! Pojedynczy polityk to może się co najwyżej wypowiadać w imieniu swoim własnym oraz tej nielicznej garstki swych wyborców. Ale chyba nie powinien podpierać swoich racji wolą całego społeczeństwa. Dlaczego więc z jego ust płyną słowa o tym, że jest on uosobieniem woli narodu? Dlaczego ktoś wypowiada się w moim imieniu bez mojej zgody? Pewnie jest tak dlatego, że większość tych, którzy tak postępują uważa, że jak wyrazi tylko swoje własne poglądy to nie będą one miały takiej mocy jak te, wypowiedziane z woli całego narodu. – Naród oczekuje narodowego pomnika, godnego pomnika w godnym miejscu w stolicy – raczył się wypowiedzieć pewien duchowny rzymsko – katolicki. Jak widać wyraził pogląd także w moim imieniu. Bo co by nie powiedzieć jednak jestem częścią tego narodu. Czy uzgadniał to wcześniej ze mną? Nie. Pewnie w jego przekonaniu nie było takiej potrzeby, bo on tam nie pojedynczo mówił, lecz przemawiały przez niego właśnie te polskie całe miliony.

Zastanawiające jest to, że jeśli już mówił w imieniu narodu do zgromadzonych tam przedstawicieli narodu, to po co im to mówił? Czy oni już tego nie wiedzieli będąc narodem na który się powoływał? Przecież jak mówił za całą naszą społeczność, to przecież my, naród i tak to wiedzieliśmy. Więc po co nam samym przypominać naszą własną wolę? Przecież ja – ten pojedynczy osobnik składający się na mnogość narodu – zgodnie z tym co mówił duchowny oczekuje narodowego pomnika. A jeśli nie oczekuje? To gdzie tu naród na który ksiądz dobrodziej się powołuje? Z definicji naród to grupa ludzi, których łączy wspólna kultura, język, także religia, historia czy pochodzenie etniczne. Ale nie stanowią oni jedności. Bo nic nie jest w społeczeństwie monolitem. Dlatego też uprzejmie proszę o nie szafowanie moją wolą i nie powoływanie się na społeczeństwo czy naród gdy nie ma się stuprocentowej pewności, że nie reprezentuje się wszystkich Polaków. Bo takie zachowanie jest wielkim nadużyciem. Można się powoływać na wolę ludu gdy ma się w rękach wynik referendum w którym naród demokratycznie się wypowiedział. Ale nawet wtedy będzie to głos tylko części naszego społeczeństwa. Więc dlaczego tak liczni powołują się na naród gdy mówią tylko w swoim imieniu? U nas każdy ma w zwyczaju przemawiać w imieniu narodu i to, co myśli ze szwagrem, to oczywiście zdanie większości.

Jest u nas taka mnogość tych co przemawiają z woli i w imieniu narodu, że bardzo trudno się zorientować jaką właściwie ten naród ma wolę. Bo co rusz zjawia się jakiś nowy prorok który samozwańczo mówi o sobie : My, naród! Pomijając już to, że nie najlepiej się czuje ten, kto słyszy w głowie miliony głosów, to nie jest też łatwo tak wyrazić w kilku słowach to co myśli całe społeczeństwo. – Ci, którzy przemawiają w imieniu Boga, powinni pokazać listy
uwierzytelniające – powiedział kiedyś pewien poeta. Parafrazując jego słowa można powiedzieć, że takie listy powinien pokazać każdy kto wypowiada się w imieniu narodu.

dziennik pesymistyczny

Płacić. Tak, ale za co?

Obublikował pavvel dnia Komentarzy: 3

Po wakacjach w moim domowym budżecie powstała wielka dziura. Czyli mam tak jak moje państwo: za małe dochody, a za duże wydatki. Ale ja w odróżnieniu od mojego rządu nie mam możliwości nałożenia na kogokolwiek jakichkolwiek podatków. A może jednak mam? Może uzasadniając moje żądania kryzysem światowym, krachem na światowych rynkach finansowych i jeszcze powodzią oraz suszą, zwrócę się do mojego pracodawcy o podwyżkę na pokrycie mojej dziury budżetowej. Taki podatek na niego nałożę za to, że tak ogólnie jest mi źle. Oczywiście rozważam to czysto teoretycznie, bo przecież takie działanie w praktyce zakończyłoby się dla mnie bezrobociem. W żadnym wypadku nie mogę przecież mojej nieudolności czy rozrzutności przy planowaniu wydatków domowych przenosić na pracodawcę. Dlaczego? Bo nie jestem państwem. Jakbym był urzędnikiem państwowym na posadzie to przecież swobodnie mógłbym przenosić odpowiedzialność za swoje postępowanie na podatnika. Ale jak jestem zwykłym szarakiem to możliwości mam ograniczone. Załóżmy, że nieodpowiedzialnie czy nawet odpowiedzialnie kierując swoimi wydatkami nie dałem rady w otaczającym mnie nieprzyjaznym świecie finansów. Doprowadziłem do tego, że mam takie długi, że… no nie wiem. No, może tak wielkie, że ho, ho, hooo. A może i większe! Do kogo miałbym mieć pretensje? Pewnie zgodnie z zasadami wolnego rynku tylko do siebie. Ale jeśli byłbym rządzącym tym krajem, wybieranym kadencyjne urzędnikiem państwowym, to miałbym pretensje do ogólnej sytuacji finansowej na świecie czy do nieprzyjaznej mi aury. Czy pamiętacie choćby jednego polityka czy urzędnika – w naszej nowej świetlanej i odrodzonej dwadzieścia lat temu Rzeczpospolitej – który przy ogłaszaniu kolejnych dziur w budżecie oraz kolejnej fali kryzysu powiedział: tak to ja! To jedynie moja wina. Ja zawiniłem. Wszystkie te nieszczęścia które spadają na wasze głowy to przeze mnie. Nie. Nigdy nie będzie takich, bo przecież co innego jest mówić przed kolejnymi wyborami o odpowiedzialnym rządzeniu a co innego jest przyjmować na siebie odpowiedzialność za rządzenie.

Powie ktoś: jest demokracja. Jak urzędnik czy polityk jest zły, popełnia błędy to go się w wyborach skreśli na karcie do głosowania i do władzy dojdzie ten lepszy. Nic bardziej mylnego. Ten co popełniał błędy przejdzie na jakiś czas do opozycji – do takiej zamrażarki – aby znów za cztery lata odmrozić się z opozycyjnego letargu i znów opowiadać jak to za jego kadencji będzie nam wszystkim dobrze. I tak w kółko. Trwa taka wieczna zamiana graczy przy stołach do rządzenia – nami podatnikami. Raz jeden, raz ten drugi. I znów zmiana. Raz szanowny pan, a teraz pan zostanie ministrem. Bo i na opozycję, i na tych co aktualnie u władzy i tak płacimy my- podatnicy. Ciekawe jest też to, że nigdy nie są winni strat i zaniedbań finansowych ci co aktualnie są u władzy. Zawsze odpowiedzialni za kolejne kryzysy są ci co właśnie udali się na czasową opozycyjną ławkę rezerwowych. Taki fenomen. Ale całkowicie zrozumiały. Przecież najważniejsze, żeby przetrwało państwo – jako największy i najhojniejszy pracodawca. Bo co by bez niego uczyniła ta nieprzebrana armia urzędników i wszelkiej maści polityków? Więc jeśli zabraknie pieniędzy to zawsze można sięgnąć po nie u tych, co państwo utrzymują, czyli do nas. Tam zawsze są jakieś pieniądze do pozyskania. Można podnieść VAT. A czemu by nie? Przecież każde działanie rządu jest dla dobra obywateli. Ciekawe tylko dlaczego ja nigdy tego jakoś nie zauważyłem. A od dwudziestu lat słyszę tylko i wyłącznie o tym, że nie ma pieniędzy i że muszę poczekać na lepsze czasy. A przy okazji tego czekania mam płacić podatki i siedzieć cicho. Bo jak nie zapłacę w terminie to będzie surowa kara. A więc płacę. Zaciskając zęby płacę. I prawie nic z tego nie ma. Na porządną opiekę zdrowotną mam poczekać jeszcze długo, bo nie ma pieniędzy. Kryzys permanentny. Nie mam co liczyć na przyzwoite drogi. Nie ma co liczyć na przyzwoite emerytury. Ogólnie nie mam co wymagać, bo za mało płacę. Jak coś mi jest bardzo potrzebne to przecież mogę zapłacić prywatnie. Z tego co mi zostało po opłaceniu tych wszystkich podatków. Jeśli tak jest to, dlaczego jest takie zdziwienie wśród rządzących, gdy zastanawiam się głośno na co idą moje pieniądze.

Jeśli widzę wyzyskiwanie to nazywam to wyzyskiwaniem. I nic na to nie poradzę. A czuję się tak jakby mnie ktoś wykorzystywał. Ja mam się przed państwem, przed jego urzędnikami wyliczyć co do złotówki z tego co zarobiłem. Mam obowiązek płacić podatki prawie od każdej życiowej czynności. A jak tylko coś chcę od państwa, to od razu staję się nieodpowiedzialnym obywatelem co to nie rozumie, że sytuacja budżetowa jest trudna. To jest sytuacja trudna, zgadza się, ale do zaakceptowania. Podatki powinny być w gruncie rzeczy dobrowolnymi opłatami za usługi ze strony struktur państwowych. Jeśli nie ma usług to nie mam podatków. I odwrotnie. Czy nie byłoby uczciwiej gdyby opłaty państwowe nie były ze sobą powiązane i gdybyśmy mogli zrezygnować z płacenia na to, z czego nie korzystamy. Bo nikt nie lubi płacić tak tylko dla samego płacenia.

dziennik pesymistyczny

Postawić pięć pomników

Obublikował pavvel dnia Komentarzy: 2

 

Od razu przepraszam szanownych Czytelników, że ja znów o tym samym. Ale co zrobić, jeśli samo życie przynosi mi ciągłe powody do reagowania na ten przedpałacowy absurd. – Nie chcem, ale muszem – jak mawiał klasyk. Dzisiejszy dzień przyniósł informacje o tym, że dzielni ludzie z kancelarii naszego nowiutkiego prezydenta pozwolili sobie na wmurowanie w ścianę pałacu tablicy upamiętniającej ofiary wypadku lotniczego pod smoleńskim. – Nie mam złudzeń, że tych fanatyków, którzy się nazywają bluźnierczo obrońcami krzyża, cokolwiek zaspokoi poza pomnikiem wielkości kolumny Zygmunta na cześć Lecha Kaczyńskiego – zauważył także dziś bardzo trafnie poseł Stefan Niesiołowski. Ja też jestem tego zdania co pan poseł. Chyba mamy tam do czynienia z takimi ludźmi których nic nie zadowoli. Mam wrażenie, że nie ma takiej formy w sztuce czy w budownictwie, która mogłaby zaspokoić żądania protestujących pod pałacem. Ale może spróbujmy coś zaproponować dla osiągnięcia zgody narodowej.

To nie może być jakaś tablica jak już ustaliliśmy. To musi być coś co odpowiada żywotnym potrzebom całego społeczeństwa. Albo przynajmniej podobać się będzie temu tłumkowi sprzed pałacu. To powinien być monument na skalę naszych WielkoPolskich możliwości. Powinno to być coś tak potwornie ogromnego, żeby aż dech zapierało odszczepieńcom od wiary. I do tego – jak przystało na polskokatolicką modę coś tak gigantycznego – żeby natychmiast otworzyło oczy niedowiarkom. Żeby Polak i katolik w jednym, stając przed tym czymś wielkim i pokazującym w kamieniu, stali oraz betonie, zaklętą miłość do byłego prezydenta mógł śmiało powiedzieć z nieukrywaną dumą: patrzcie, to nasze, przez nas wykonane i to nie jest nasze ostatnie słowo!

Może zbudujmy coś takiego co by przypominało rozmiarami na przykład pomnik Jezusa Chrystusa Zbawiciela w Rio de Janeiro? Statua tamta mierzy trzydzieści metrów wysokości i jest postawiona na siedmiometrowym cokole nie licząc góry na której się znajduje. To jest coś! – Tablica jest zdawkowa, na odczepkę. Powinien być pomnik, albo pięć pomników. Musimy godnie upamiętnić największą tragedię w historii – mówił w rozmowie z tvn24.pl jeden z obrońców krzyża. Ano właśnie! Dokładnie! Bo właściwie, czemu nie? Idźmy na całość. A może pomysł z pięcioma takimi pomnikami w jednym miejscu jest jeszcze lepszy niż mój skromny z jednym? Można wyburzyć starówkę, pałac prezydencki, pomnik księcia Poniatowskiego i połowę Krakowskiego Przedmieścia a w to miejsce postawić pięć pomników. I nikt nie ma prawa się przyczepić, bo to będzie monument społeczny, w oparciu o przekonania prawdziwych polaków – obrońców wiary i krzyża – i to przecież nie będzie ich ostatnie słowo. Bo przecież: – Vox populi, vox dei – jak raczył się wyrazić jeden z protestujących w starożytnym języku.

A może kopiec usypać? Bo te pomniki nie powinny chyba tak na wysokości gruntu stanąć? Za mało godnie. A i Warszawa nie ma jeszcze kopca ku pamięci więc jest okazja do nadrobienia zaległości. Czynem całego narodu… lub bardziej tych co tak dzielnie bronią się pod krzyżem przed inwazją satanistów. Usypałoby się wielgachną górę. A na jej szczycie postawiło pomnik! Nie, pięć pomników! – Tablica sprawy nie załatwia. – Musi być pomnik. Musi być zachowana godność – stwierdził obrońca krzyża w rozmowie z dziennikarzami. Myślę, że przy zachowaniu takich proporcji powinno już być wystarczająco godnie. Więc może zaprzestać budowy stadionu narodowego bo i tak nie bardzo można liczyć na sukcesy polskich piłkarzy. I całe siły i środki skierować na realizację nowego projektu. Tak wiem, może niepotrzebnie się naśmiewam z tych fanatyków. Może taka ironia jest nie na miejscu. Ale jak mam reagować na to co się tam dzieje? Tylko to mi pozostało. To moje pisanie. Więc jak już mówiłem. Przepraszam szanownych czytelników za to, że nie chcem ale czasem muszem.  

dziennik pesymistyczny

Jezus przed pałacem

Obublikował pavvel dnia Komentarzy: 4

Zawsze bardzo denerwowali mnie ludzie, którzy uważają, że to właśnie oni wiedzą najlepiej co dla mnie jest lepsze. Już od wczesnej młodości boję się tych co to nie tyle trwają pod krzyżem, ale stanowi on dla nich znak pod którym mają iść na nową krucjatę. Wpadam w panikę na widok tych co uważają, że ich recepta na życie jest równie dobra także dla mnie. Zawsze czułem się nieswojo w towarzystwie tych co to uważali, że jak jestem Polakiem, to krzyż jest do mnie przypisany już na wieki wieków i do tego jeszcze amen. Nie rozumiałem i bałem się tych, co na siłę starają się wcisnąć mnie w ramy katolickiej narodowej tradycji. Czuję niepokój na widok ekstremistów, nawołujących Polaków do narodowego przebudzenia w imię obrony – ich zdaniem zagrożeń – katolickiej wiary. A wszystko to dlatego, że widzę jak daleki jest ten walczący i radykalny „ katolicyzm” od podstawowych zasad przyświecających chrześcijaństwu. Nie trzeba być teologiem aby wiedzieć, że to wiara z założenia odwołująca się do miłości i przebaczenia. Więc dlaczego tyle jest w tych ludziach stojących pod krzyżem nienawiści i pogardy dla tych, którzy myślą inaczej niż oni? Czy nikt z nich nie pamięta, że ten, dla kogo ten symbol tak adorują, mówił o nadstawianiu drugiego policzka? Czy to nie ich Bóg mówił: jeśli cię ktoś uderzy w prawy policzek, nadstaw mu i drugi? Mam nieodparte wrażenie, że dla tych w Warszawie pod pałacem prezydenckim, już dawno przestała być ważna obrona krzyża jako symbolu rzymsko – katolickiej wiary. Tam broni się już tylko ostatniego widocznego dla wszystkich – to jest dla mediów przede wszystkim – symbolu obrażenia się na polityczną rzeczywistość.

Mój strach wynika z tego że moje państwo przestało być świeckie. Nie mam wyboru. Urodziłem się w Polsce i już w chwili narodzin stałem się jej obywatelem. Mówię po polsku. Piszę po polsku. Moja rodzina mieszka tu od zawsze więc jestem Polakiem. I choć moi dziadkowie nazwaliby mnie rodzinną czarną owcą, to nic na to nie poradzę, że w sprawie wiary chcę iść trochę inną drogą niż moi rodzice. Nie przyjmuję tak jak oni bezkrytycznie tego, co do mnie mówi zinstytucjonalizowany kościół. Więc nie mogę nazwać się najlepszym synem rzymsko – katolickiej Polski. Ale szanuję i rozumiem potrzebę dla jakiej tak wielu chce bezkrytycznie wierzyć. Jednak jak już przyszło mi żyć w Polsce, to chciałbym zgodnie z zasadami konstytucji, aby nikt nie zmuszał mnie do oglądania takich scen jak te spod pałacu prezydenckiego. Fakt, mogę zamknąć oczy i udawać że tego po prostu nie ma. Że to mnie nie dotyczy. Ale przecież ten problem nie zniknie. A ja boję się, że to dopiero początek. Że nieodpowiedzialni naprawiacze naszego państwa nie poprzestaną na pozostawieniu krzyża. Oni będą mnie każdego dnia pytać po czyjej ja jestem stronie. W co wierzę. Jak wierzę. I to właśnie napełnia mnie strachem, bo nie chcę na te pytania opowiadać. Nie chcę zajmować stanowiska. Bo nie po to płacę podatki na – gwarantujące mi teoretycznie laickość państwo – żebym teraz musiał się zastanawiać po czyjej ja jestem stronie. Bo ja sam jeszcze nie wiem.

I nie chcę się nad tym zastanawiać, gdy pod moim oknem zacznie się demonstracja w intencji postawienia kolejnego krzyża na trawniku przed moją kamienicą. Nie chcę myśleć po czyjej stronie się opowiedzieć, gdy z balkonu zobaczę ludzi o zaciętych twarzach z pochodniami. Bo nie po to mam państwo które mi gwarantuje swobodę w sprawach wiary, bym musiał się nad tym zastanawiać oglądając w telewizji tłum obrońców krzyża. Sprawy wiary są dla mnie za bardzo osobiste abym miał o nich rozmawiać na ulicy. Ja wiem, że kościół rzymsko – katolicki to kółko dyskusyjne. Tam gdzie nie słyszę poparcia od kleru, tam nie uważam, że coś dzieje się zgodnie z zasadami tej wiary. Pod pałacem prezydenckim nie ma księży więc czy nadal broni się tam zasad wiary czy tylko bałwochwalczego totemu – symbolu niespełnionych ambicji politycznych. Czy mamy do czynienia z herezją? – Jak wyglądałby Jezus gdyby żył w naszych czasach – przypomniały mi się słowa piosenki. – Czy chodziłby w sandałach, czy raczej w adidasach. Nie wiem, co by zrobił Jezus. Czy protestowałby pod pałacem z tymi co bronią krzyża, czy z tymi co są mu przeciwni. Nie wiem. Ale w tej piosence były też takie słowa: A co zrobisz, gdy rozkaz zabrzmi groźnie. Czy będziesz protestował czy podawał gwoździe?

dziennik pesymistyczny

Moja ulica to nie parking dla TIRów

Obublikował pavvel dnia Komentarzy: 132

Niewątpliwie ciężkie jest życie kierowcy wielkiej ciężarówki. Trudno temu zaprzeczyć. Takie życie i taka praca nie jest łatwa. Jest też wiele innych zawodów równie ciężkich i wiele wymagających od tych, którzy je wykonują. I za to tym ludziom należy się szacunek. Ja nie jestem kierowcą wielkiej ciężarówki, ale prawie codziennie uczestniczę w tym ich trudzie. Biernie, ale zawsze. Wstaję przecież tak wcześnie jak oni. A i nocy nie ma, aby nie obudził mnie odgłos parkowania wielkiego auta. Jestem jak stróż w wielkiej bazie samochodowej. A przecież jedyną moją winą jest to, że w swej naiwności postanowiłem zamieszkać przy cichej uliczce, a nie przy głównej trasie komunikacyjnej miasta. Powiecie, że dobrze postąpiłem bo przecież gdy mieszkałbym przy ulicy o dużym natężeniu ruchu nie miałbym łatwego życia przez huk jaki wywołują przejeżdżające TIRy. Ale ja przy mojej małej osiedlowej uliczce też nie mam łatwo i przyjemnie. Spytacie dlaczego tak wcześnie wstaję? Dlaczego trzecia nad ranem jest początkiem mojego dnia? A dlatego, że na tej mojej uliczce, gdzie w nocy nie ma wielkiego ruchu, parkują ciężarówki. Gdy tylko świta pan kierowca wsiada do swojego potwora na osiemnastu kołach, odpala silnik i … potem ja się budzę ze snu wysłuchując ryku silników przez piętnaście minut. Dlaczego? Bo takiego potwora drogowego nie da się ruszyć z miejsca tak jak osobówki zaraz po przekręceniu kluczyków w stacyjce. Potem następuje kilka ogłuszających warknięć i wielki TIR przy akompaniamencie pisków i skrzypnięć wyrusza w kolejną podróż. I tak jest co rano.

W nocy też nie jest spokojnie. Od dwudziestej drugiej następuje wieki zlot pojazdów wielotonowych. Przykład z wczoraj. Położyłem się wcześniej bo poranek w pracy zapowiadał się ciężki. Chciałem wypocząć. Ale gdzie tam! Tuż przed północą wielka ciężarówka rozpoczęła kilkuminutowe parkowanie na mojej ulicy. Na początku rundka honorowa pod moimi oknami bo przecież trzeba oznajmić wszystkim mieszkańcom kamienicy że już się przybyło. Potem parkowanie. Cofanie. Jazda do przodu. Znów cofanie. Znów kilka manewrów. Przecież uliczka wąska i niełatwo zaparkować takim kolosem. Jeszcze tylko głośne klapnięcie drzwiczkami od ciężarówki dla pewności obudzenia tych, co to mieli tak mocny sen, że do tej pory nie zerwali się z łóżek, i już może pan kierowca iść na zasłużony odpoczynek. Tej nocy zjawił się jeszcze jeden TIR i wszystko powtórzyło się ze straszliwym podobieństwem. Oczywiście nad ranem zaczął się rytuał z odjazdem, który opisałem na wstępie. Jak tak leżałem nie mogąc usnąć po tym koncercie na siniki wysokoprężne, przypomniał mi się taki cytat z pewnego polskiego filmu, który dość idealnie pasuje do mojej sytuacji. No prawie idealnie pasuje, bo nie jestem nauczycielem jak ten bohater filmu, ale poza tym przeżywam tak jak i on podobne poranne katusze. Brzmiało to mniej a może więcej tak: Czy panowie muszą tak napierdalać od bladego świtu?! Że nie podbijam karty na zakładzie o siódmej rano, to już w waszym robolskim mniemaniu muszę być nierobem?! Już możecie inteligentowi jebać po uszach od brzasku! Żeby se czasem kałamarz nie pospał godzinkę dłużej kapkę od was, skoro zasnął dopiero nad ranem! I żeby się kompletnie spalił w blokach już na starcie! Grunt, że, kurwa, inteligent załatwiony na dzień cały! Może mocny to cytat ale oddaje moje poranne uczucia jakie żywię do kierowców ciężarówek po tym, jak mnie budzą co rano o świcie. Ja wszystko rozumiem. Ale są pewne granice współżycia społecznego.

Na koniec jeszcze jedna uwaga. Jest takie powiedzenie, że pod latarnią jest najciemniej. W tym przypadku sprawdza się to bardzo dobrze. Moja uliczka, która co noc zamienia się w parking samochodów ciężarowych przylega do terenów zielonych, za którymi znajduje się komenda policji państwowej. Tysiące policjantów pracuje tam za dnia i wielu też z w nocy, ale jakoś tak nikt z nich nigdy nie zauważył parkujących w odległości kilkuset metrów od ich płotu ciężarówek. Jakby dla ludzi w mundurach były niewidoczne. A może po prostu nie wiedzą, że takie parkowanie pojazdów wielotonowych w mieście jest wykroczeniem? Więc poszukałem i znalazłem. Szanowni panowie policjanci artykuł czterdziesty dziewiąty, punkt drugi, podpunkt piąty Kodeksu Drogowego mówi wyraźnie, że zabrania się postoju (…) na obszarze zabudowanym, pojazdu lub zespołu pojazdów o dopuszczalnej masie całkowitej przekraczającej szesnaście ton lub o długości przekraczającej dwanaście metrów, poza wyznaczonymi w tym celu parkingami. A moja osiedlowa uliczka, leżąca kilkaset metrów od siedziby policji nie jest parkingiem.

dziennik pesymistyczny

A ja gorę!

Obublikował pavvel dnia Komentarzy: 1

Od dawna, i to zdecydowanie powszechnie wiadomo, że jeśli statystyczny Polak i katolik, ma napisać rozprawę o słoniu, bez wahania swoją pracę zatytułuje: Słoń a Polska. Podejrzewam też, że jest bardzo wielu takich nastawionych narodowo i patriotycznie polskich polityków i nie tylko polityków, którzy w skrytości serca uważają, że Polska jest centrum wszechświata. A jak się żyje w takim układzie polskocentrycznym to przecież gdzieś powinno być jeszcze jądro tego ciepła i światła. Najlepszy będzie tu symbol czytelny i najlepiej niezmienny. A że śmierć jest jak najbardziej niezmienna to najlepszym symbolem polskiej wielkości i wyjątkowości stał się ten, co to tragicznie przeniósł się na łono Abrahama. Czasem wydaje mi się, że każdy Polak powinien przed wykonaniem jakiejkolwiek czynności długo się zastanawiać, czy przypadkiem nie uraża to jego pamięci. Bo przecież prawie wszystko co robimy może się komuś źle skojarzyć i nie daj Boże urągać. A jeśli już jesteś twórcą reklam, to nie masz już zupełnie lekkiego życia dobry człowieku. Teraz ten co wymyśla hasła reklamowe oraz ten, kto go zatrudnia nie ma lekkiego życia. Teraz wymyślanie sloganów reklamowych jest bardziej niebezpieczne niż bycie – no nie wiem… saperem?

Ledwie umilkło oburzenie wokół szokującej reklamy piwa, w tym samym, widocznym z Wawelu miejscu pojawił się inny olbrzymi napis: Ożyj i zwyciężaj. No i znów pojawili się ci, którym się to źle skojarzyło. Jak widać żyjemy w kraju w którym każde działanie, każdy krok, każde postępowanie powinno być poprzedzone głębokim zastanowieniem czy to co robimy, nie spowoduje tego, że się coś komuś chorobliwie skojarzy. Wszyscy dostaliśmy jakiejś paranoi. Ja rozumiem tragedia… ale są granice, których nie można przekraczać. Po prostu nie można i już. Bo za nią nie ma już nic poza zwykłą śmiesznością. Jak długo mam żyć w kraju, gdzie krzyżami gra się w kółko w chorą i niebezpieczną grę polityczną. Jak mam wytłumaczyć moim znajomym z zagranicy, że to prawdziwe cuda i dziwy naszej współczesności. Jak mam ich przekonać, że nie jesteśmy po prostu śmieszni? Bo znów znaleźli się tacy, którzy w reklamie producenta napojów energetycznych odnajdują skojarzenia z tym niedawno pochowanym na Wawelu. Reklama zaczyna się on od słowa żyj, ale litera O jest tak blisko tego słowa, że oczywiście znaleźli się tacy co im się to wszystko źle skojarzyło. Pewnie jest też bardzo wielu takich co nie widzą tam nic ponad zwykłą reklamę. Ale przecież nikt nie będzie przekonywał, że nie ma tam nic niezwykłego. O wiele łatwiej protestować jak się tam się widzi coś, czego nie ma. I znowu części osób nie najlepiej to hasło się kojarzy.

– To są obyczaje dalekich krajów afrykańskich. To wypowiedzi, które powinny być przedmiotem śledczych. Jeśli nie teraz to w przyszłości – przywołuję tu słowa unikalnego, już na skalę światową, klasyka absurdu. Słowa pasują idealnie do tego co opisałem powyżej. Zmieniłbym tylko jego „śledczych” na „psychiatrów”. Reszta pasuje prawie idealne. U nas w Polsce już tak jest, że zawsze znajdzie się ktoś, kto uważa, że tylko on ma monopol na prawdę. Kto zawsze wie lepiej jaka jest ta właściwa wola narodu. Wszyscy się mylą i błądzą, a tylko on i jemu podobni dostąpili zaszczytu spożywania owoców z drzewa prawa i sprawiedliwości. Byłoby to śmieszne nawet gdyby się stawało coraz bardziej tragiczne. Jest taki polski film, w którym Autora nawiedza duch szlachcica Pogorzelskiego, opowiadając mu swoją historię. Ów szlachcic, za życia działając na polecenie biskupa, osiadł na zamku, aby odnowić zniszczoną budowlę. W pracach renowacyjnych przeszkadzał mu jednak duch dawnego właściciela, niejakiego Zatorskiego, który wciąż powtarzał kwestię: Pan tu, panie Pogorzelski, robisz swoje – a ja gorę! Czy teraz nie jest podobnie? Czy nie mamy tak samo? Ja też ciągle słyszę znajomy głos: Pan tu sobie panie Pawle piszesz, a tam tragedia smoleńska! Pan tu sobie do pracy jak co dzień chodzisz ,a tam krzyże usuwać chce chuliganeria! Pan tu sobie wódeczkę pijesz, a tam ktoś sądzi, iż w dużej mierze prezydentem zostaje się w Polsce przez nieporozumienie! Jak ten Pogorzelski jestem skazany na wieczne potępienie za życia. Bo co bym nie zrobił to jakieś smutne duchy z przeszłości – która miała już przecież bezpowrotnie odejść – ciągle mi krzyczą do ucha: Pan tu panie Pawle swoje dyrdymały wypisujesz, ludziom głowę zawracasz, a tam tragedia i las krzyży. I ja wtedy też naprawdę gorę.

dziennik pesymistyczny

Protestantyzm

Obublikował pavvel dnia Komentarzy: 6

Załóżmy całkowicie teoretycznie, że padłem ofiarą jakieś nadczynności, że nagle i niespodziewanie dotarło do mnie, iż powinienem coś zrobić. Byle co, ale coś takiego, aby nie stać się zapomnianym. Przeciwnie! Aby stać się sławnym i żeby tak ogólnie zaprotestować. Postanowiłem więc powalczyć z całym światem w przekonaniu o słuszności mojej sprawy. A żeby nie było mi smutno tak samotnie zmagać się z przeciwnościami losu oraz walką, to do mojej krucjaty przeciwko wszystkim namówiłem jeszcze kilka osób. W Anglii jest taki zwyczaj, że dla upamiętnienia bliskich – których już nie ma na tym łez padole – zaradni mieszkańcy wysp stawiają w parkach i na skwerkach ławeczki. A znajdujące się na ich oparciach mosiężne tabliczki informują – wyrytym tam napisem – komu to ma służyć ku pamięci. A jakbym i ja tak postawił ławkę i tym samym coś upamiętnił? – pomyślałem. – A przy tym mógłbym sobie poprotestować i polansować się przed kamerami telewizyjnymi – takie mnie naszły myśli teoretyczne. Jest taki plac w samym centrum mojego prowincjonalnego miasta, który doskonale się do tego mojego protestu nadawał. Nic na nim nie było. Nic tam nie stało. Duży pusty plac doskonały byłby na realizacje mojego plany. Leży on przy najbardziej reprezentacyjnej ulicy. Przed jednym z najpiękniejszych budynków. Przylega do niego piękny park. Każdego dnia tysiące mieszkańców mojego miasta przechodzi tam, lub w pobliżu tego placu odpoczywa. Wymarzone miejsce. I najbardziej odpowiednim do ustawienia mojej ławeczki pamięci będzie sam środek placu. Tak żeby wszystko było bardzo dokładnie wyeksponowane. Tak żebym ja i moja akcja z ławeczką była jak najbardziej widoczna. Przecież moja racja jest najważniejsza i nie powinienem jej chować gdzieś tam na jakieś pośledniejszej ulicy czy placyku. Jak już coś robić to z rozmachem.

Przytaskałem ławeczkę na plac i ustawiłem w jego centralnym punkcie. Nie musiałem długo czekać już po chwili zjawił się patrol straży miejskiej aby mnie i moją protestacyjno – upamiętniającą ławeczkę usunąć. Całkiem słusznie uważali, że nie powinna stać tam, gdzie była ustawiona ale przecież to mnie i tak nic nie obchodziło, bo ja uważam, że powinna stać tam gdzie stoi i nic ani nikt mnie nie przekona do zmiany zdania. Pojawiało się wokół mnie i mojej ławeczki protestacyjnej coraz więcej ludzi. Jedni byli za, a jedni przeciw. Cyrk! Hucpa! Zamach na wolność! – wołano z tłumu otaczającego moją ławeczkę stojącą w centralnym punkcie miasta. Uznałem, że najwyższy czas na jakiś akcent muzyczny. Postanowiłem, że połączę klasykę z patriotyzmem. Z głośników gruchnęły utwory Chopina, które cudownie konweniowały z dźwiękami hymnu państwowego. Nagle spostrzegłem, ku mojej wielkiej radości, że niektórzy mnie popierają bardziej aktywnie. Dźwigali oni z wielkim wysiłkiem na własnych plecach swoje własne ławeczki i głośnym krzykiem domagali się ich ustawienia obok mojej. Wśród osób zgromadzonych wokół przyniesionych na centralny prac miasta dodatkowych ławeczek dumnie powiewały transparenty informujące wszystkich i każdego z osobna który tylko chciał je czytać, że: walka trwa!. – Obudź się Polsko! Czy Bóg tak chciał? Czy zdrajcy i NKWD są tak silni? – głosiły nasze bojowe sztandary.


Jako pikietujący dumnie podkreślaliśmy przy każdej okazji, że zgromadziliśmy się tu jako Polacy, którzy bronią swoich praw, a ławeczka na tym miejskim placu powinna pozostać do czasu wybudowania tu kamiennej ławeczki – symbolu wszystkich ławeczek. Grupkę osób w bezpośrednim otoczeniu mojej symbolicznej ławeczki nagle otoczył kordon straży miejskiej, który co chwilę apelował o przesunięcie się. Jednak przecież nie po to zjawiliśmy się tam z transparentami aby się gdzieś cofać. Zatem zdecydowanie odmawialiśmy zrobienia choćby kroku w tył. Postanowiliśmy zasiąść na swoich ławeczkach i zaintonować patriotyczne pieśni o dawnych bohaterach. Ktoś przyniósł narodową flagę, więc pod biało – czerwonymi barwami nasz ławeczkowy protest zmienił się w narodowy. Tak być mogło… choć nie było. Ale u nas przecież wszystko jest możliwe. Jeśli ktoś postanowi, że jego racja jest najważniejsza to przecież cóż stoi mu na przeszkodzie, aby o tym przekonywać w centrum miasta. Jest demokracja? No, jest! Więc jeśli chcę sobie postawić swój własny pomnik w centralnym punkcie miasta, to dlaczego właściwie nie maiłbym tego zrobić? W myśl zasady „ja wiem lepiej co dla innych jest najlepsze”. Ot i Polska właśnie!

dziennik pesymistyczny

Krzyżowcy z własnej woli

Obublikował pavvel dnia Komentarzy: 7

Czy jeśli potrafię sobie poradzić z bólem głowy połykając odpowiednią tabletkę to znaczy, że mam prawo nazywać się lekarzem? Jeśli mam w domu kilka książek to znaczy, że jestem bibliotekarzem? Pewnie, że nie. To dlaczego niektórym wyznawcom kościoła katolickiego w Polsce wydaje się, że zdecydowanie lepiej wiedzą jak mają postępować w sprawach własnej religii. Oni zdecydowanie lepiej wiedzą jaka ma być i nikt ich nie przekona do zmiany zdania. Kościół zabrania rozwodów!? Co z tego? – Przecież ja wiem, że jestem dobrym i prawym katolikiem mimo tego, że postanowiłem złamać ten zakaz – słyszałem kiedyś. Nic nie przeszkadza Polakom w sposób całkowicie dobrowolny interpretować swojej wiary. Nie wolno używać prezerwatyw? Co z tego? Ja wiem lepiej! Jako Polak i katolik tak sobie sam wymyśliłem i tak postanowiłem, że spokojnie mogę zakładać gumkę na wacka, bo przecież ja wiem lepiej od papieża co jest dla mnie dobre. I nikt nie będzie mi mówił, że jestem złym katolikiem, bo przecież Polak zawsze wie lepiej niż jego ksiądz. Prawie wszyscy w tym kraju są wierzący. A ilu z nich zna zasady swej wiary? A ilu żyje zgodnie z nimi? Czasami mam wrażenie, że podstawowym dogmatem polskiego katolicyzmu jest hasło: róbta co chceta tylko zachowujcie pozory. Byle zjawić się w kościele raz na tydzień. Byle mieć krzyż na ścianie. Ale jeśli ktoś mi coś każe postępować zgodnie z dziesięcioma przykazaniami to już przecież mam prawo do własnego zdania. Jestem Polakiem i jeśli zechcę to tak sobie zinterpretuję rzymsko – katolicką wiarę, jak mi będzie wygodniej. To jest doprawdy niesamowite!

Przed pałacem prezydenckim, pod postawionym tam przez harcerzy po katastrofie smoleńskiej krzyżem, codziennie zbiera się grupka prawdziwych Polaków i katolików, którzy jak się wydaje, mieli specjalny telefon od Boga nakazujący im obronę tego właśnie symbolu chrześcijaństwa i do tego właśnie w tym miejscu. I jak widać nic i nikt ich nie przekona do zmiany poglądów. Od dawna mamy w Polsce problem z takimi ludźmi, co to lepiej wiedzą od papieża, od biskupów i od księży. Stoją pod krzyżem bo tylko pod tym znakiem – jak im się wydaje – Polska będzie Polską a Polak Polakiem. I nawet jak wszyscy dokoła tłumaczą im, że przeniesienie krzyża sprzed pałacu w inne miejsce jest najlepszym rozwiązaniem problemu, to oni i tak wiedzą swoje i już. Oni żyją w przekonaniu, że jak ten symbol zniknie to na jego miejscu natychmiast zaparkuje sowiecki czołg. Żydzi zbudują tam synagogę. Rozpoczną się niemieckie rozstrzeliwania. Powstanie tam sexshop lub jeszcze coś gorszego. Jak tylko ktoś przesunie krzyż o paręset metrów to natychmiast rozstąpi się ziemia i Polska wpadnie w czeluście piekielne. To jest niebezpiecznie, chore zachowanie psychopatyczne. Od kilku tygodni krzyż jest przedmiotem sporów światopoglądowych i politycznych. I mam wrażenie, że wielu okłada się tym symbolem chrześcijaństwa po głowach zapominając czym on w istocie jest. Pod krzyżem zgromadziła się grupa osób, które zapowiadają, że nie dopuszczą przeniesienia go do kościoła Świętej Anny. A dlaczego? Bo ICH zdaniem tak właśnie ma być! Bardziej znają się na zbieraniu znaczków niż filateliści.

W tej sprawie Kościół warszawski po długim okresie milczenia wypowiedział się całkowicie jednoznacznie. Kuria poparła przenosiny krzyża, uzgodniono nowe miejsce, zapowiedziano specjalną uroczystość. Kuria tym samym odcięła się od zawłaszczania krzyża do bieżącej walki politycznej. I co teraz? Czy politycy prawi i sprawiedliwi wezwą teraz do sprzeciwu wobec decyzji o przeniesieniu podjętej z udziałem Kościoła? Sprzeciwią się hierarchii kościelnej w myśl zasady: ja wiem lepiej co jest lepsze. Kościół to nie instytucja demokratyczna. Ma swoją władze. I to co powie papież, kardynał, biskup, ksiądz jest bardzo ważne jak nie najważniejsze. Nie można sobie dowolnie interpretować zarządzeń Kościoła oraz jego woli. Bo jeśli ma się za nic zdanie kleru to czy nadal się do jego Kościoła? Jeśli ci ludzie broniący krzyża nie słuchają swoich przewodników duchowych to kim oni są? Nadal rzymskimi katolikami? W swoim mniemaniu pewnie tak. Ale mnie to bardziej przypomina schizmę. Gdy jeśli ktoś idzie inną, bardziej ekstremalną droga niż jego własny kościół – do którego chce należeć – to czy jest im nadal po drodze? Czy nie powinno być bardziej zdecydowanej reakcji instytucjonalnego kleru na to co się wyrabia z krzyżem pod pałacem? Tyle razy słyszałem tak bardzo zdecydowane wypowiedzi biskupów w sprawie usuwania krzyża z państwowych instytucji. Więc dlaczego, tym razem biskupi nie dają wyraźnych wskazówek jak mają postępować ich boże owieczki?