Yearly Archives

193 Articles

dziennik pesymistyczny

Urzędnicza szczerość po zwolnieniu z pracy

Obublikował pavvel dnia Komentarzy: 11

Taki zwyczajny, szary obywatel jak ja, dowiaduje się pikantnych szczegółów z pracy urzędu dopiero wtedy, gdy jakiś urzędnik wyleci z pracy. Po takim akcie wojny na szczytach władzy – biurokrata najczęściej się obraża na jawną niesprawiedliwość, co do swojej osoby – po czym zaczyna opowiadać o tym, czego był świadkiem podczas swojej pracy dla magistratu. Można dojść do wniosku, że to nawet dobrze, że od czasu do czasu jakiś człowiek zza burka zostanie zwolniony z pracy, bo dzięki takim działaniom zwykły obywatel miasta ma większą szansę dowiedzieć się szczegółów na temat działania aparatu administracji lokalnej. Tym, który tym razem pożegnał się ze stanowiskiem był komendant straży miejskiej. Jak można się było tego spodziewać, natychmiast po zwolnieniu ze stanowiska, poczuł ogromną potrzebę podzielenia się z dziennikarzami oraz z wszystkimi, którzy chcieli go słuchać, szczegółami na temat tego, co jego zdaniem źle się działo, podczas gdy on piastował magistrackie stanowisko. Ciekawe, że nigdy taka refleksja nie przychodzi do urzędnika jak jest on na stanowisku, ale prawie zawsze jak je opuszcza w sposób przyspieszony i nie w drodze awansu, a wprost przeciwnie.

 

Prawie dokładnie rok temu opisywałem na tym blogu, jak to strażnicy miejscy pilnowali na prośbę księdza biskupa porządku podczas pielgrzymki na Jasną Górę. A dziś dowiaduję się, że jednym z zarzutów, jakie stawia były komendant straży miejskiej prezydentowi mojego grodu jest to, że ten wykorzystywał religię do celów politycznych. Oczywiście nie miałem przekonania, że moja pisanina cokolwiek zmieni w mentalności miejskich urzędników, ale nie tylko ja o tym pisałem. Pisały też o tej sprawie lokalne media, więc było o tym naprawdę głośno. I co? I nic. Minął rok i były urzędnik twierdzi, że dwa razy z rzędu samochód służbowy straży miejskiej był wykorzystywany w pielgrzymkach. Podobno – według słów byłego komendanta – dla umotywowania potrzeby wysłania radiowozów na pielgrzymkę zamiast do patrolowania ulic prezydent podpierał się pismami od biskupów. Strażnicy szli w pielgrzymce, będąc na urlopach, a samochodu używali między innymi do przewożenia bagaży pielgrzymów. – Faktycznie, była prośba kurii, by wesprzeć pielgrzymkę, i wypożyczyliśmy samochód nieodpłatnie. Paliwo zaś organizatorzy sami zabezpieczali – tłumaczy sekretarz miasta i chyba nie widzi problemu. A problem jest, bo nie po to za publiczne pieniądze został zakupiony samochód dla strażników, aby uczestniczył on w imprezach religijnych i to poza granicami miasta.

 

Radiowóz straży miejskiej ma zdecydowanie służyć do zapewnienia bezpieczeństwa mieszkańcom mojego miasta oraz powinien wspierać strażników w pełnieniu ich obowiązków. Nie jest on dyspozycyjnym pojazdem prezydenta i nie może być on wysyłany wszędzie tam, gdzie zaistnieje potrzeba zapewnienia transportu bagaży pielgrzymów. Straż miejska to nie wypożyczalnia samochodów. Po pierwsze nie powinno być ze strony kurii biskupiej takiej prośby o użyczenie samochodu służbowego strażników oraz nie powinno być na to zgody ze strony prezydenta miasta. Ekskomendant podał też inne przykłady wykorzystywania radiowozów do celów poza patrolowych. Podobno strażnicy jeździli na pogrzeby rodzin urzędników miejskich, nosili znicze i kwiaty. Proszę, jaka miejska nieodpłatna taksówka. Jakie to szczęście, że od czasu do czasu, ktoś kogoś w magistracie zwolni z pracy, bo przecież nigdy byśmy się nie dowiedzieli, że prezydent umarzał mandaty wydane przez strażników, choć nie było uchwały rady miejskiej. W lokalnym dodatku do Gazety Wyborczej można przeczytać o kolejnych zarzutach byłego komendanta wobec prezydenta miasta. Eksdowódca straży miejskiej skarżył się też, że nie słuchał go kierowca prezydenta. Z tego, co można wyczytać w GW, szofer prezydenta zatrzymał samochód w miejscu niedozwolonym, komendant miał go upomnieć, ale ten nie reagował. Do działania, czyli zmiany miejsca parkowania zmusił kierowcę dopiero telefon do wysokiego funkcjonariusza prawa i sprawiedliwości.

Jak się to czyta to ma się wrażenie, że są to zapiski z funkcjonowania prywatnej firmy, gdzie zły dyrektor prześladował podwładnego zmuszając go do wykonywania prac, które nie leżały w jego kompetencjach. Ale to nie prywatne przedsiębiorstwo, to urząd miejski! Czy normalne jest by samochód straży miejskiej był nieodpłatnie udostępniany do transportu bagaży? Czy to tylko przypadek, że prezydent unieważniał mandaty wydawane przez strażników? Odnoszę wrażenie, że jakby jeszcze zwolnić paru urzędników to ujawniliby oni jeszcze więcej pikantnych szczegółów z życia magistratu. Bo jak są na stanowiskach to nie mają jakoś ochoty to mówienia o tym, co widzą złego wokół siebie. To zwolnienie z pracy pcha ich najczęściej do szczerości.

dziennik pesymistyczny

Hitlerem w uczucia jak palcem w oko

Obublikował pavvel dnia Komentarzy: 3

Co kilka miesięcy media obiega informacja o tym, że ktoś – najczęściej jest to lokalny polityk – poczuł się obrażony tak wielce, że nie miał innego wyjścia jak tylko złożyć doniesienie do prokuratury. Jego czyn doniesienia do organów sprawiedliwości wynikał z tego, że w jego subiektywnym rozumieniu sztuki, został on właśnie tą sztuką tak do żywego obrażony, że już nic go nie mogło powstrzymać od zawiadomienia o popełnieniu przestępstwa obrażania uczuć religijnych. Pomijam to, że ilu jest Polaków tylu jest interpretatorów wiary katolickiej, więc powoływanie się na obrazę uczuć religijnych w naszym katolickim kraju powinno być powszechne. Bo jeśli każdy Polak i katolik co innego myśli na temat zakazanych przez kościół rozwodów oraz środków antykoncepcyjnych, to przecież każdy może się też inaczej obrażać, gdy przyjdzie mu obcować ze sztuką która zapożycza symbole religijne. Bardzo często jest jednak tak, że ten pojedynczy człowiek tak do żywego uczuciowo i religijnie obrażany, powołuje się na to, że to co widział na ulicy jest nie do wytrzymania nie dla niego jako jednostki, ale dla ogółu wierzących. Tak jakby miał jakieś nadludzkie przekonanie, że jak on jest obrażony, to inni współwyznawcy też. Ale nie obraża się i nie donosi na kolegę gdy ten głośno – czyli jak najbardziej publicznie – informuje, że ma gdzieś zakazy kościoła i tak na prawdę to on tych księży… przyjmijmy, że wysłałby na księżyc.

Jest coś w tym dziwnego, że jak manifestujemy swoją niechęć do kościoła czy wiary nie używając do tego sztuki, muzyki, teatru czy innej graficznej symboliki a używamy słów wypowiadanych publicznie – czyli na przykład między znajomymi – to nie obrażamy tak dotkliwie uczyć religijnych jakbyśmy to robili poprzez sztukę. Pamiętam taki przypadek pewnej gazety, która przy okazji swojej reaktywacji umieściła na okładce zerowego numeru wizerunek Matki Boskiej z twarzą popowej piosenkarki Madonny, trzymającej na rękach dzieciątko. I pamiętam wielkie oburzenie tych co to poczuli, że zostały obrażone ich uczucia religijne. Przechodziłem kilka dni temu obok katolickiej katedry stojącej w centrum mojego miasta. I wpadłem prawie na ogromne plansze na których widoczne były zakrwawione ludzkie płody, masakrowane zwierzęta oraz… co najciekawsze portret Adolfa Hitlera. Trafiłem całkowicie przypadkowo – jako użytkownik przestrzeni publicznej – na kontrowersyjną wystawę antyaborcyjną, która podczas swojego turne po kraju dotarła i na moją prowincję. Trzeba przyznać, że jeśli organizatorzy chcieli mną wstrząsnąć to im się udało. Obok plansz wystawy nie da się przejść obojętnie. Większość zdjęć jest wprost makabryczna. Fotografie martwych, zakrwawionych płodów zostały zestawione z widokiem brutalnie zabijanych wielorybów czy małp. Towarzyszy im hasło: chcemy traktować zwierzęta po ludzku, a ludzi traktujemy jak zwierzęta. Na sąsiednim plakacie umieszczono portret wodza Trzeciej Rzeszy Adolfa Hitlera z adnotacją, że ten przywódca nazistowski zalegalizował aborcję. Pewien radny z miasta Poznania poczuł się obrażony i doniósł gdzie trzeba gdy zobaczył w swoim mieście plakat ze swastyką obok ciała nagiej kobiety z głową Myszki Miki. Była to praca znanego włoskiego artysty Maxa Papeschiego. Jeśli radny z Poznania poczuł, że ktoś tam u niego w Poznaniu, na ulicy propaguje nazizm to ja też mogę mieć takie poczucie.

Mnie, to co zobaczyłem obok katedry przeraziło i zniesmaczyło. Pomijam to, że pokazywanie takiej makabry w centrum miasta, moim zdaniem jest co najmniej niestosowne. Ale po co ten Hitler? Czy publiczne eksponowanie symbolu nazizmu już nie podlega karze w myśl art. 256 Kodeksu Karnego? Bo przecież artykuł ten mówi: Kto publicznie propaguje faszystowski lub inny totalitarny ustrój państwa (..) podlega grzywnie, karze ograniczenia wolności albo pozbawienia wolności do lat dwóch. Czy powinienem się czuć tak obrażony jakby to dotyczyło moich uczuć religijnych? Czy moje uczucia – już bez tej religijności – nie mogą być równie skutecznie chronione przez prawo? Bo ja nie chcę oglądać w przestrzeni publicznej – na ulicy po prostu – takich okropieństw. I naprawdę jest mi to obojętne w jakim to celu jest robione. Gdybym nagle wpadł na pomysł zestawienia głodnych dzieci – jakich w Polsce nie brakuje – z symbolem swastyki, sierpa i młota oraz z obrazami głodu na Ukrainie, to pewnie po umieszczeniu takiego plakatu na ulicy nie doszedłbym jeszcze domu, a już w prokuraturze leżałoby stosowne doniesienie na mnie za obrazę czyichś uczuć oraz propagowanie totalitaryzmu. Ale jeśli ktoś jest religijny i ma głębokie przekonanie o misji od Boga, to już spokojny być może o swój los. On może szokować do woli. Jeśli jest się działaczem jednej z organizacji walczących o całkowity zakaz aborcji, to nic nie stoi na przeszkodzie aby postawić na ulicy portret Hitlera sąsiadujący z realistycznym wizerunkiem usuniętych płodów. Można w imię własnych religijnych przekonań bezkarnie porównywać kobiety usuwające ciążę do największego zbrodniarza w dziejach ludzkości. Ludzie! Trochę umiaru… Nie szokujcie symbolami nazizmu oraz obrazami krwawych jatek. A jeśli już to nie na ulicy. Ja bym się nie obraził jakby to było w kościele, a nie w przestrzeni publicznej. Ale pewnie jestem za mało religijny, bo jakbym taki był, to moje religijne uczucia obrażałyby nawet muzealne wystawy których nie widziałem, ale wiem, że obrażają uczucia religijne oraz okładki gazet, których nie czytam, ale wiem ze istniały.

dziennik pesymistyczny

Teoria zależności

Obublikował pavvel dnia Komentarzy: 0

Jest, no na pewno jest, ogromna zależności między dziećmi a korkami na ulicach. Pamiętam jak dwa miesiące temu wyjechałem jak zawsze do pracy i… Przyjechałem do biura dwadzieścia minut wcześniej. Na ulicach było pusto. Samochody płynnie sunęły ulicami w sporych odstępach między sobą. Kilka razy sprawdzałem wtedy czy aby nie jest przypadkiem sobota czy niedziela. Nie, to był normalny dzień pracy. Więc dlaczego tak pusto i spokojnie? – Zastanawiałem się. Od razu wyjaśniam, że nie posiadam dzieci, co jest ogromnym usprawiedliwieniem dla mojej niewiedzy, co do przyczyn takiej pustki na ulicach mojego miasta.  Pewnie się wszyscy domyślają, co spowodowało taki nagły z dnia na dzień brak korków. Po prostu zaczynały się wtedy wakacje. Powie ktoś: – to nie przez dzieci, to tak zwyczajnie. W wakacje wszyscy wyjechali z miasta na urlopy i dlatego jest tak pusto na drogach. O nie, to błędne myślenie. Przecież nie jest możliwe żeby tak jednego dnia tłumnie ruszyło społeczeństwo mojego miasta na wakacje. Bo jakby tak było to właśnie wtedy utworzyłyby się gigantyczne korki. I tak się nie stało. Więc przyczyna jest na pewno inna.

 

Po tym jak dziś jechałem do pracy czterdzieści minut – a jeszcze kilka dni temu, tę samą trasę pokonywałem w czasie połowę krótszym – poznałem, że zdecydowanie skończyły się wakacje. A w zasadzie rozpoczął się rok szkolny. Bo to tu jest przyczyna porannych korków na ulicach. Pierwszego września odebrałem telefon o godzinie dziesiątej pięćdziesiąt trzy. Dzwoniła moja koleżanka z pracy. – Jest szef? – Spytała. – Nie wiem – odpowiedziałem zgodnie z prawdą, bo od rana nie wystawiłam nosa poza swój pokój w biurze. – A bo co? Coś się stało, że cię nie ma? – Dopytałem z troską w głosie. – Nie, wszystko dobrze – usłyszałem w odpowiedzi od koleżanki, – ale stoję samochodem w strasznym korku, tak, że pewnie zejdzie mi z dojazdem do pracy jeszcze czterdzieści minut. Obliczyłem szybko. Pracujemy od ósmej. Jest za minutę jedenasta. A ona będzie jechać jeszcze czterdzieści minut. Czyli będzie przed południem! Strasznie – zważywszy, że ona mieszka właściwie nie tak daleko ode mnie! A mnie się jakoś udało dotrzeć na czas do pracy. Może to jakaś katastrofa? Może jakiś wypadek? Tak sobie siedziałem i obliczałem i zastanawiałem się jak to możliwe jechać kilka kilometrów w cztery godziny, gdy nagle do mnie dotarło. Pierwszy września! Pierwszy dzień szkoły! A ona przecież matka dzieciom. Więc naturalnym jest, że nie mogła w żaden sposób dotrzeć na ósmą do pracy. Nie mówiła o tym, że dostarczała dzieci do miejsca nauczania, bo dla matki polki jest zupełnie naturalne, że jak jest potrzeba zajmowania się dziećmi to wszystko schodzi na dalszy plan.

 

Wyjechałem dziś z domu i od razu za pierwszym zakrętem zatrzymał mnie korek na drodze. Stałem sobie i obserwowałem jak w oddali samochody mamuś i tatusiów zatrzymują się przed szkołą – jak to mi wyjaśniła kiedyś pewna mama – na dosłownie chwileczkę – po czym po czułym pożegnaniu z pociechą auta – już puste, bez dzieci odjeżdżają. Niektórzy rodzice są bardziej czuli i opiekuńczy, więc wjeżdżają na szkolny parking. Tam następuje rytuał pożegnania. A następnie znów samochód rodzica stara się włączyć do ruchu na drodze. I to wszystko trwa. I to wszystko wymaga czasu. I to wszystko powoduje korek na drodze. Od razu wyjaśniam, że ja rozumiem potrzebę bezpiecznej drogi do szkoły. Ja tylko chcę, pokazać, że istnieje bezwzględna zależność między ruchem drogowym a dziećmi w szkołach. Jak są na wakacjach, czy mają od szkoły wolne – na ulicy jest pusto. Jadą do szkoły w samochodach rodziców – są korki.

dziennik pesymistyczny

A mury rosną czyli trzydzieści lat minęło

Obublikował pavvel dnia Komentarzy: 3

W moim szkolnym podręczniku była taka grafika, którą zapamiętałem do dziś. Trzech władców ówczesnego świata: caryca, władcy Prus oraz cesarz Austro – Węgier dzielą mapę Polski. Kołacz królewski – bo tak zatytułowana była ilustracja z książki do historii – był alegorią rozbioru Polski. Ten rysunek zapamiętany z dzieciństwa przypomniał mi się, gdy oglądałem telewizyjne doniesienia ze zjazdu Solidarności. Gdy tak słuchałem przemówień demokratycznie wybranych polityków i słyszałem gwizdy, gdy przysłuchiwałem się temu, co ma do powiedzenie lider opozycji, gdy widziałem wojnę a nie jedność, gdy widziałem walkę o polityczną o władzę, a nie walkę o prawa robotnika – to sam nie wiem, dlaczego miałem właśnie taki obraz przed oczyma. Może za bardzo dramatycznie mi się skojarzyło, ale nic na to nie poradzę, że jak widzę kilkunastu politykierów – bo nie polityków – rozrywających na strzępy flagę Solidarności, gdy słyszę jak wołając: to moje, moje, ja jestem spadkobiercą idei Solidarności – to mi się właśnie ta ilustracja ze szkolnego podręcznika przypomina. Bo ta polityczna pyskówka to nie dla lepszego ładu społecznego, nie dla dobra obywateli, nie dla dobra ludzi pracujących, ale dla politycznie małych celów jest tam uprawiana. To jest moje subiektywne zdanie, ale mam do tego prawo. Ja już tam nie widziałem niezależnego, samorządnego związku zawodowego, ale wiec przybudówki partyjnej. Tam walczono, mówiono i obrażano się wzajemnie dla żądzy władzy oraz z nienawiści dla tych, co myślą inaczej. Mało jest już tam w tym współczesnym związku tych, co krzyczą – opamiętajcie się – bo jak nawet ktoś ma odwagę to jest przez przewodniczącego związku uciszany.

 

Po przemowie prezesa prawnych i sprawiedliwych na zjeździe solidarności, na mównicę niespodziewanie weszła Henryka Krzywonos, legendarna działaczka Solidarności oraz sygnatariuszka Porozumień Sierpniowych. W emocjonalnym wystąpieniu zaapelowała o szacunek dla tych wszystkich, którzy wspólnie walczyli o wolność. Zwróciła się także bezpośrednio do smutnego i wiecznie niezadowolonego lidera opozycji z apelem, aby nie buntował przeciwko sobie ludzi. – Co sobie wywalczyliśmy? Gwizdy, brak szacunku dla innych – mówiła Henryka Krzywonos na komentarze do gwizdów, którymi część związkowców chciała przerwać wystąpienie premiera Tuska. Odniosłem wrażenie, ze Pani Henryka powiedziała dokładnie to, o czym wszyscy wiedzą od lat, ale jakoś nie bardzo chcieli się tego otwarcie przyznać. Nie ma już tamtej Solidarności. Ideały i marzenia ruchu społecznego, jakim w latach osiemdziesiątych ubiegłego stulecia była Solidarność, zostały zaprzepaszczone. Nic albo prawie nic nie pozostało. I jeśli to mówię ja, to są to tylko moje słowa i może są nieuzasadnione, bo kim ja właściwie jestem. W tamtych latach byłem dzieckiem. Ale jeśli to mówi Henryka Krzywonos, osoba tak wyjątkowa, legendarna działaczka Solidarności, to ja jej słucham i popieram – bo jej słowa brzmią jak głos sumienia.

 

Mój kolega dziennikarz zapytał mnie, nie tak dawno zresztą, czy pamiętam, co robiłem trzydzieści lat temu w czasie sierpniowych strajków. Ja nie pamiętam. Ale pamiętam ten czas z opowiadań ojca czy matki. Gdy pytam dziś o tamten związek słyszę zawsze słowa o wielkiej nadziei na lepszy los ludzi pracujących. Czy po tym, co się wydarzyło w trzydziestą rocznicę sierpniowych strajków można mieć nadal nadzieję? Ja już przestałem ją mieć. Widzę tylko podziały i smutnego pana, który w swej chorobie władzy, pcha swych wyznawców do nienawistnych podziałów w myśl zasady, kto nie z nami ten nasz wróg. W dawnej Solidarności, w dawnym związku był robotnik i inżynier, partyjny i świecki, działacz katolickiego kościoła, był ten, co wierzył w wielkość Piłsudskiego i ten, co raczej zaczytywał się w dziełach Dmowskiego. A teraz? Teraz nie mogą ze sobą rozmawiać ludzie, którzy odwołują się razem to tej samej idei. Czym jest sarkastyczny uśmieszek posłanki Szczypińskiej podczas emocjonalnego przemówienia Henryki Krzywonos? No, czym jest zachowanie tej pani, jak nie przejawem ignorancji i pogardy dla tych, co ośmielają się myśleć i mówić inaczej.

 

Nie rozumiem tego, gdy przewodniczący współczesnej solidarności wbiega na mównicę, próbuje interweniować oraz przekonuje Henrykę Krzywonos do opuszczenia podium podczas jej wystąpienia. Całe szczęście, że jednak umożliwiono jej powiedzenie wszystkiego, co chciała przekazać zebranym do końca, bo jakby tego też nie można było zrobić to byłby to naprawdę tragiczny koniec idei.  Czy to są ideały sierpnia, gdy przewodniczący solidarności stara się własnoręcznie uniemożliwić przemowę swej starszej i bardziej zasłużonej koleżanki? Jeśli tak dalej wyglądać będzie kończenie wojny polsko – polskiej przez pana prezesa prawych i sprawiedliwych, to będziemy musieli raczej zbudować nowy mur w kolejną rocznicę sierpnia. Mur dzielący Polskę na tę prawą i sprawiedliwą i na tę platformową. Bo chyba nie da się już zatrzymać nienawiści. Podzielmy, więc Polskę na pół.  Niech stanie mur nienawiści i niezrozumienia, nietolerancji i wzajemnego obrażania się…niech stanie mur na Wiśle i nas podzieli… I to będzie spuścizna Solidarności… – Ten tramwaj dalej nie jedzie – rzuciła do pasażerów Henryka Krzywonos z kabiny motorniczego. Tak rozpoczął się strajk gdańskiej komunikacji w tysiąc dziewięćset osiemdziesiątym roku. I gdy teraz widzę to, co wyprawia się z Solidarnością… jak ten rozklekotany stary i połatany tramwaj zmarnowanej idei pędzi na oślep po torach politycznych zależności, cieszę się bardzo, że jedna Pani Henryka miała odwagę powiedzieć: Ten tramwaj dalej nie jedzie…

dziennik pesymistyczny

Syndrom Mariolki

Obublikował pavvel dnia Komentarzy: 115

W mojej firmie wszyscy pracują od ósmej. Przynajmniej teoretycznie. Ja osobiście nie mogę uchodzić za wzór punktualności. Nie jestem znów taki święty, zdarza mi się przyjść do biura kilka minut później. Ale raczej staram się być na czas. Gdy już jestem w firmie, to siadam przy biurku i zajmuję się swoimi sprawami. Oczywiście nie będę też ukrywać, że jak zajrzy do mojego pokoju koleżanka czy kolega i do mnie zagada – co tam u ciebie? – To nie udaję głuchego, tylko z nią lub z nim pogadam. Ale przez chwilę. Jestem przecież w pracy i jak mi już płacą, to mam poczucie, że muszę na to, co tu zarabiam zapracować. Byłbym jednak hipokrytą jakbym nie przyznał, że od czasu do czasu zdarza mi się przeglądać strony internetowe, które absolutnie nie są związane z moją pracą. Tak, ale przecież nie można pracować osiem czy więcej godzin bez przerwy, więc robię je sobie od czasu do czasu. Czyli z pewnością postępuję tak jak większość pracowników najemnych. Ale jest u mnie w biurze ktoś, kto od lat zadziwia mnie swoją postawą oraz swoistym szczęściem i umiejętnością przetrwania w każdych warunkach. To nie osoba, ale osoby, które dla ułatwienia nazwę Mariolką. Nie jest to jedna konkretna postać z krwi i kości… To raczej zbiór postępowań, które dla ułatwienia obdarzyłem jedną osobowością. Tworząc dla własnej wygody postać Mariolki. Jakże inaczej wygląda dzień pracy Mariolki od takiego biurowego przeciętniaka jak ja, czy moi koledzy. Jak już wspominałem pracujemy od ósmej rano do godziny szesnastej – ale nie ona. Ona zjawia się w firmie tak około dziesiątej. Dlaczego? No, bo ona ma dzieci. Ja nie mam potomstwa, więc – jak to już mi wielokrotnie Mariolka tłumaczyła – mam rano więcej czasu. Dlatego jej spóźnienia są jak najbardziej uzasadnione. Pani M. wpada do biura, rzuca torebkę na biurko opada na fotel i już jest zmęczona – pracą oczywiście. Tymi dwiema godzinami, których nie przepracowała. Bo Mariolka jest wiecznie zmęczona i zapracowana.

 

Jak już dotrze pani M. do biura to potem jest jej już zdecydowanie łatwiej. Na dzień dobry zapyta mnie czy zrobiłem dla niej coś, co mogłoby sama zrobić, ale przecież nie zrobi, bo ona jest zmęczona. Oczywiście jak Mariolka nie ma wykonanych na czas potrzebnych jej dokumentów, papierków, czy tabelek, to nie może nic zrobić i jest zła. I już ma powód do narzekania, bo przecież jak ona może pracować, jak nie ma tego albo tamtego. Powie ktoś – człowieku, zrób to, o co Cię prosi, to da ci da spokój. Nic bardziej mylnego. Mariolka tak długo będzie szukać dziury w całym aż znajdzie w końcu coś, co uniemożliwi jej dalszą pracę. A jak już nie może przez swoich wrednych współpracowników pracować to przecież ma czas na kawę. Więc udaje się do kuchni i znika na godzinkę… Bo przecież tam spotyka inne Mariolki, które też są zmęczone i też pozbawione przez wrednych współpracowników możliwości spokojnej pracy. Ponarzekają tam, na jakość służbowej kawy, na małe zarobki, astronomiczne ceny butów i sukienek oraz oczywiście na własnych i cudzych mężów. Podzielą się tym, co najpiękniejsze, czyli nowym niesamowitym osiągnięciem własnego dziecka, czyli zrobieniem ładnej kupki dla przykładu. Czyli ogólnie zajmują się w ich mniemaniu pracą.  Ciężko harują – jak to mi dziś wyjaśniła pewna Mariolka. Zdarza się na ich nieszczęście, że szef wszystkich szefów przepędza towarzystwo wzajemnej adoracji z biurowej kuchni zapytując, co zostało przez nie dziś zrobione.  Ale nie jest to żadnej problem dla pan M. Mariolka ma zawsze na dociekliwe pytania przełożonego gotową odpowiedź: – my zrobiliśmy!  I choć wiesz, biedny człowieku, że sam to zrobiłeś poświęcając na to kilka godzin Mariolka zawsze znajdzie się w odpowiednim miejscu i odpowiednim czasie, aby zakomunikować szefowi, że: właśnie to i to ZROBILIŚMY! Oczywiście okrasza to wyznanie przerzucaniem nogi na nogę oraz perlistym uśmiechem. Bo Mariolka jest mistrzynią autopromocji.

 

Potem już przy biurku zajmuje się Mariolka pracą. Czyli zadzwoni do kilku koleżanek, i co muszę przyznać, także do kilku klientów firmy, ale bez przesady, nie do zbyt wielu. Potem wpadnie koleżanka, potem druga, więc trochę pogadają. W międzyczasie – zamówi u mnie oraz u innych współpracowników wykonanie kilku niezbędnych jej rzeczy, które gdy będą niewykonane na czas uzasadnią jutro to, że nie będzie Mariolka mogła pracować. A jeśli ktoś spróbuje odmówić Mariolce to biada mu. Nie wolno jej odmawiać, bo ona jest przecież tak zapracowane, że nie może tego zrobić sama.  I tak jakoś jej zleci czas do czternastej trzydzieści. Bo mniej więcej o tej porze Mariolka zaczyna przygotowania do opuszczenia biura. Potem znika, aby znów pojawić się następnego dnia znów zmęczona i zapracowana. Zastanawiam się zawsze nad tym, czy jak ja bym miał w pracy taką postawę, to czy przetrwałbym tak długo jak ona. Pewnie nie. Ale Mariolka to przecież Mariolka – swoista mistrzyni autopromocji. 

 

Dla własnego bezpieczeństwa zastrzegam: wszelkie podobieństwo do osób z mojego biura jest zupełnie przypadkowe.

dziennik pesymistyczny

A ja sobie wybuduję…

Obublikował pavvel dnia Komentarzy: 4

Przez przypadek, w czasie rytualnego skakania po kanałach telewizyjnych, natrafiłem na brytyjski program o budowaniu i przebudowywaniu domów. Było to kilka tygodni temu i od tego czasu z wielkim zaciekawieniem oglądam jak przeciętni i mniej przeciętni Brytyjczycy budują swoje domostwa. Prawie każdy z tych programów zaczyna się od narzekania inwestorów – którym wtóruje prowadzący – na temat straszliwie uciążliwych przepisów dotyczących wyglądu domu. To znaczy tego, aby nowo wybudowany budynek swym stylem harmonizował z tym, co już od lat stoi w tej dzielnicy. Planiści, – bo tak ich tam się nazywa w tym programie telewizyjnym – bardzo dokładnie sprawdzają czy charakter zabudowy dzielnicy zgadza się z tym, co my chcemy ewentualnie wybudować. Wszystko ma być dopasowane do okolicy w celu zachowanie jednolitego charakteru okolicy. Jak w sąsiedztwie nowej inwestycji stoją domy w stylu wiktoriańskim czy gregoriańskim to nasz ma się do tego dopasować, bo żaden wydział planowania w UK nie zatwierdzi takiego projektu, który odbiega architekturą, sposobem wykonania czy detalami od tego, co jest o okolicy. Co bardzo znamienne dla tych przepisów – nawet jak w zasięgu wzroku od nowej inwestycji nie znajdują się inne zabudowania – to taki domek na wsi też musi się wpasować jak nie w styl budownictwa charakterystyczny dla tej krainy, to już na pewno musi być zgodny tym, co wokół niego rośnie. Ma po prostu dobrze wyglądać w krajobrazie. Nie niszczyć go, ale się w niego wpasować.  No i słusznie, bo wszystko to tworzy obraz Anglii, który jest tak bardzo rozpoznawalny na świecie. Program jest bardzo ciekawy, ale takie programy jednak powinny być w Polsce zakazane prawnie. Dlaczego? Ano, bo po ich obejrzeniu człowiek zaczyna się zastanawiać, dlaczego coś, co u nich jest normą, u nas jest… pełną dowolnością.

 

Kiedyś mój kolega przekonywał mnie, że na wyspach brytyjskich panuje prawdziwa wolność. I miał pewnie racje, jeśli chodzi o politykę, życie społeczne i tak dalej. Ale jeśli chodzi o budownictwo to zdecydowanie w Polsce jest prawdziwa wolność. Jeśli nie całkowita dowolności. Prawdziwa wolność szlachecka można powiedzieć. Wszystko u nas odbywa się w myśl zasady: wolność Tomku w swoim domku. Nie muszę szukać przykładów. Jest ich pełno. W moim prowincjonalnym mieście jest ulica, na której każdy dom jest w innym stylu. Tu chatka jak z piernika. Tam wieżowiec. Za nim kamienica z początku dziewiętnastego wieku. Za nią kilka parterowych pawilonów handlowych. Potem znów kilka willi, a każda inna. Potem kościół w stylu, który przypomina wszystkie style, jakie są znane architektom. Za nim nowoczesny biurowiec między dwiema kamienicami sprzed drugiej wojny światowej.  Jeszcze kiosk z gazetami. Przestanek autobusowy naprzeciwko niego całkiem inny, choć dzieli ich tylko szosa. Potem barak i za nim znów pawilony handlowe. No i dla dopełnienia jeszcze chodniki. Ich styl, co kilka kroków jest inny.  Betonowe płyty, potem kostka, znów płyty, asfalt. Ale jedno je łączy – dziury i nierówna powierzchnia. I to wszystko przy jednej ulicy na przestrzeni niespełna kilometra. Pełna dowolność. Każdy buduje to, co mu się podoba i jak mu się podoba. Jak inwestor chce ceglane wieżyczki – proszę bardzo są wieżyczki. Jak ma być beton i szkło – dlaczego by się? Można. Dach spadzisty? Proszę. Kryty papą? A dlaczego nie? Jak ktoś wybudował i nie stać, go na otynkowanie to przecież może takie coś stać przez lata i straszyć. 

 

Wszystko to razem wywołuje u mnie dyskomfort trawienny – jakby powiedziała pani występująca w pewnej reklamie. Nikogo z władz mojego miasta nie interesuje jednorodność stylu. Ważniejsze są widać podatki za nieruchomość niż to, jak to coś będzie wyglądało i czy będzie się komponować z otoczeniem. Prawdziwym szczytem indolencji jest zezwalanie przez urzędników na niszczenie zabytkowych dziewiętnastowiecznych kamienic. Chce sobie ktoś pomalować na jaskrawy zielony kolor kamienicę? Ależ proszę! Sąsiad machnie na brązowo. No właśnie.  I jak to teraz wygląda? Ohyda. – Jak gówno w lesie – jakby się wyraził gospodarz domu, niejaki Anioł. A, i jeszcze jedna uwaga. Te kamienice malowane są na te nowe kolory tylko na wysokości parteru. A wyżej? No wyżej, to już wszystkie są szare i zniszczone ze starości. Ale czy to komuś przeszkadza. Urzędnikom miejskim w najmniejszym stopniu. Bo u nas szlachcic na zagrodzie – przepraszam kamienicznik u siebie – jest równy wojewodzie. Prawdziwa wolność. A ja jednak wolałbym mieć te kłopoty, które mają Anglicy ze swoimi urzędnikami w wydziału planowania.

 

dziennik pesymistyczny

Najlepsza praca w Polsce

Obublikował pavvel dnia Komentarzy: 70

Pamiętacie jak władze prowincji Queensland w Australii poszukiwały zarządcy wysp tropikalnych? Pewnie tak, bo wiele o tym mówiono i pisano. Media ogłosiły szybko, że jest to najlepsza praca na świecie. Można by powiedzieć, że państwo polskie też potrafi zapewnić nie gorszą posadę. My też mamy najlepszą pracę, jeśli nie na świecie czy w Europie, to już na pewno w Polsce. I nie jest to degustator czekoladek w fabryce słodyczy czy podkładacz głosu pod bohaterów kreskówek. U nas jest jeszcze lepiej! U nas potencjalnie zainteresowany posadą, oprócz licznych przywilejów- posiadacz ponadprzeciętnych zarobków – ma także realną władzę. Można by rzec że dzierży w dłoniach rząd dusz. A to przecież nie jest mało. Nie będę Państwa trzymał w niepewności. Moim zdaniem najlepszą pracę w Polsce mają parlamentarzyści. Jak jesteś zwykłym szarym, ciężko pracującym zjadaczem chleba z masełkiem, to przysługuje ci dwadzieścia sześć dni urlopu. Ale i to dopiero wtedy gdy będziesz mieć tyle szczęścia, że przepracujesz te dziesięć lat. Ale gdy masz najlepszą prace w kraju ,czyli jesteś posłem lub senatorem to możesz odpoczywać na wakacjach sześc tygodni.

Zastanówcie się Szanowni Czytelnicy czy jak byliście na wakacjach to w waszych biurach, firmach czy fabrykach, gdzie jesteście zatrudnieni trwały może jakieś remonty? Pewnie nie. A jeśli nawet tak, to nie miały one zapewne na celu podniesienia waszego standardu pracy. Ale jak się ma najlepszą pracę w kraju, to wyjeżdżając na długie, sześciotygodniowe wakacje, możecie się spodziewać na przykład wymienienia tapicerki fotela na którym zasiadacie podczas wytężonej pracy. Gdy jest już mięciutko i czyściutko, gdy już w każdym pomieszczeniu sejmowym będzie się można połączyć z bezprzewodowym internetem to warto się zabrać do roboty. A jak wiadomo w najlepszej pracy na świecie nie można się przepracowywać. Bo jak dowiadujemy się z prasy przeciętny parlamentarzysta pracuje tylko sześć do siedmiu dni w miesiącu. Do piętnastego sierpnia tego roku posłowie debatowali łącznie dwadzieścia osiem dni i przyjęli sto dwie ustawy. Czyli nie tak znowu wiele. Człowiek na najpierwszej posadzie w kraju nie zrywa się też o szarym świcie. Jego dzień pracy zaczyna się o godzinie dziewiątej rano, a kończy trzy godziny później. W piątek, przed weekendem jest jeszcze lepiej. Bo można nie przyjść do pracy wcale. Niby nie wolno wagarować ale kto cię tam sprawdzi jak to ty jesteś władzą. Pod koniec tygodnia przecież trzeba pojechać do domu na dwudniowy wypoczynek jak pan Bóg przykazał. No to w ostatnie dni tygodnia sejmowa sala obrad świeci pustkami. Powie ktoś: chwileczkę, ale przecież oni jeszcze pracują w swoich biurach poselskich. Niby pracują. Ale bardzo trudno ich tam zastać. A może oni w poniedziałki pracują koncepcyjnie? – jak mawiał mój kolega gdy został przyłapany przez swojego pryncypała na nic nie robieniu. Parlamentarzysta jak już przejdzie wyborczy casting na senatora czy posła dzięki swojej nowej posadzie otrzymuje miesięcznie dwanaście i pół tysiąca złotych pensji plus diety. Ale to nie wszystko. W budżecie kancelarii sejmu na ten rok zaplanowano prawie sześć milionów złotych na przeloty posłów oraz ponad dwa miliony na podróże koleją. PKS-em posłowie podróżują rzadko – w kancelaryjnym budżecie zarezerwowano na ten cel tylko sto trzydzieści dwa tysiące złotych.

Mój kolega bardzo się zdziwił gdy na rozmowie o pracę w dużym koncernie prasowym dowiedział się, że pensja na którą może liczyć to sześćset złotych miesięcznie plus premia. Zaraz po tej zaskakującej wiadomości dowiedział się też, że to od jego umiejętności sprzedaży zależą w całości wpływy z reklam w tej gazecie. Czyli miał pracować co najmniej osiem godzin dziennie. Miał być rozliczany z każdej nieobecności, a zarabiać maksymalnie tysiąc pięćset złotych brutto. I to w tylko w sytuacji, gdy wypracuje wyśrubowane normy narzucone przez pracodawcę, co wiązało się z bezpośrednio z premią. Jeśli nie wyrobi to tylko sześćset złotych. Nie muszę dodawać, że miał to – mój kolega – uczynić podróżując na własny koszt do potencjalnych klientów, oraz zasiadając w najmniejszym pokoiku świata. A tam przy starym i zdezelowanym biurku korzystać z komputera którego lata świetności minęły bezpowrotnie. Jakie to dalekie od najlepszej pracy w Polsce. Nie ma więc w tym nic dziwnego, że od tej pory zaczął się żywo interesować najlepszą posadą w naszym kraju. Ba, nawet poczuł w sobie wielkie pokłady prawa i sprawiedliwości. Zaczął tez szukać na prawo i lewo możliwości budowy takiej platformy, która mu zapewni objęcie tej najlepszej pracy.

dziennik pesymistyczny

Tramwajem ku przyszłości

Obublikował pavvel dnia Komentarzy: 2

Niedawno wpadłem z kolegą na genialny w swojej prostocie pomysł założenia spółki. A w zasadzie takiej firmy czy fundacji – jak by się nie zwała – która za państwowe lub gminne pieniądze będzie dążyć do jakiegoś bardzo ambitnego celu. A nim dojdziemy do tej świetlanej przyszłości – ja i kolega jako prezesi spółki – będziemy coś tam analizować, załatwiać, starać się, pisać projekty, robić sympozja, zjazdy, narady i tak dalej, i tym podobne. Słowem – będziemy uprawiać trudną i bardzo drogą finansowo – ale za to wielce popularną w naszym kraju sztukę przelewania z pustego w próżne. Będziemy pisać tysiące dokumentów. Udzielać wywiadów wszelkim mediom. Będziemy snuć natchnione opowieści o tym, jak to będzie kiedyś – w przyszłości – wspaniale… jak już dojdzie to realizacji naszych szczytnych celów oczywiście. A na razie potrzebna nam będzie wspaniała siedziba, samochody, tak z i kilkanaście etatów dla pracowników. No i oczywiście fundusze. Bo bez nich nie osiągniemy zamierzonych celów. I tu dochodzimy do celu. Jaki to może być cel tych naszych gigantycznych wysiłków za państwowe pieniądze? – zastanawialiśmy się z kolegą. I nagle mnie olśniło! Załóżmy spółkę Tramwaje Miejskie! Nikt nigdy w moim mieście nie widział wagonika na szynach ale mówi się o tym od lat. Więc cel jest jak najbardziej szczytny i jak najbardziej odległy. Myśleliśmy też o Metrze… ale taka kolej miejska w moim prowincjonalnym mieście? To już za daleka przyszłość. Za odległy cel.

W moim prowincjonalnym mieście od lat mówi się i pisze o tramwajach. Właściwie przez całe moje życie słyszę, że to dobry pomysł tylko trudny w realizacji i wielce kosztowny. Sam już nie wiem czy opowieści o tym, jakoby w latach siedemdziesiątych podczas budowy jednej z dróg dojazdowych, z peryferyjnych dzielnic mieszkaniowych do centrum miasta, pozostawiono wielki pas zieleni rozdzielający dwa pasy drogi właśnie w celu budowy tam w przyszłości torowiska – są prawdziwe czy może tylko są dopasowaniem rzeczywistości do marzeń. Nie wiem, bo chyba tak dokładnie nikt nie wie jakie były zamiary ówczesnych włodarzy miasta. A może to tylko taka miejska legenda? Ważne jest, że co kilka lat jakiś dziennikarz czy lokalny polityk odgrzebuje pokryty warstwą kurzu wirtualny wagonik tramwajowy i dyskusja nad tym sposobem miejskiego transportu odżywa na nowo. Więc podstawy działalności spółki są. Cel jest odległy, ale jak to z marzeniami bywa możliwy do realizacji tylko potrzeba czasu i pieniędzy.

Te tramwaje to takie wielkie zbiorowe marzenie. I jak najbardziej nadają się na cel do którego ja z kolegą za państwowe pieniądze będziemy dążyć latami. Jest w moim mieście jeszcze jedno zbiorowe marzenie społeczeństwa. To marzenie o lotnisku cywilnym. Z tym tylko wyjątkiem, że do budowy lotniska powołano już miejską spółkę. Ma ona własną siedzibę. Ma stronę internetową. Pracowników. Radę nadzorczą. Wszystko co jest potrzebne. A lotnisko? No cóż… jeśli chodzi o lotnisko to „uruchomienie cywilnej działalności lotniczej na lotnisku w obecnym stanie prawnym wiąże się z bardzo skomplikowaną, pracochłonną i wymagająca fachowej wiedzy procedurą administracyjną” – że zacytuję stronę internetową miejskiej spółki. Też bym tak napisał na swojej stronie Tramwaje Miejskie. A idąc za przykładem kolegów z lotniska też jednym z najważniejszych dokonań uczyniłbym zakup, jednego, bardzo drogiego terenowego auta do celów służbowych. Bo przecież wszystkie te formalności dotyczące działalności naszej spółki trzeba będzie załatwiać w Warszawie czy Bóg raczy wiedzieć gdzie. Poza tym będziemy zmuszeni – ja i kolega – do wyjazdów na przyszłe torowiska. Trzeba będzie dowozić tam geodetów, rzeczoznawców. Jak widać luksusowe terenowe auto jest po prostu niezbędne.

Jak już pisałem trzeba będzie wytworzyć całą górę dokumentów uzasadniającą nasze istnienie. Potrzeba więc pracowników. Ale przecież nie zatrudnię kolegi czy koleżanki na jakieś podrzędne stanowisko. Dobrym rozwiązaniem będzie przykład ze spółce EURO 2012 gdzie pracuje trzydziestu kierowników, którym podlega czterdziestu szeregowych pracowników. Zostało jeszcze tylko przekonać kogo trzeba o wielkiej potrzebie posiadania przez moje miasto tramwajów i można zaczynać. Budować świetlaną przyszłość przez długie, długie… długie lata. Bo jak powiedział klasyk: prawdziwe pieniądze zarabia się tylko na drogich, słomianych inwestycjach.

dziennik pesymistyczny

Nie moje państwo…

Obublikował pavvel dnia Komentarzy: 5

Nadszedł już czas powiedzieć dość. I ja to dziś czynię z pełną odpowiedzialnością. Nie chcę państwa które mnie oszukuje wizją dobrobytu za jakiś bliżej nieokreślony czas. Nie stać mnie już na czekanie i kolejne zaciskanie pasa, bo nie mam już nim czego zaciskać. No właściwie można by jeszcze zacisnąć go na szyi. Mam już dość, bo ja się nie prosiłem systemu, w którym przyszło mi żyć. Nie chciałem takiego państwa w którym będę nikim, gdy nie będę miał pieniędzy. Nie chciałem państwa dla garstki rozpolitykowanych bogatych i armii urzędników. Nie chciałem państwa, gdzie ciągłe polityczne spory stały się ważniejsze od działania dla dobra ogółu. Czy naprawdę potrzebuję państwa, w którym od trzech miesięcy najważniejszym wydarzeniem jest informacja, co nowego w śledztwie prowadzonym dla wyjaśnienia wypadku lotniczego? Daleko mi od dziś do państwa, gdzie przed pałacem prezydenta stoi krzyż, a sprawa jego przeniesienia czy zachowania w dotychczasowym miejscu stała się najważniejsza. Mam dość, bo widzę że moje państwo gra tylko na przeczekanie. Na ciągłość swojego własnego trwania. Nie wiem czy mnie moje państwo ochroni gdy przyjdzie taka potrzeba. Wiem za to że na pewno mi nie pomoże jeśli zachoruję. Wiem, że niewielu, lub prawie nikt i nic, mi nie pomoże jeśli stanę się bezdomnym lub bezrobotnym. Bo ja jestem dobry dla mojego państwa gdy jestem przy forsie i regularnie płacę podatki na jego istnienie.

Ciekawa sprawa z tym moim państwem gdyby je oceniać przez pryzmat telewizji. A właściwie jak ja miałbym je inaczej oceniać? Przecież ono przypomina sobie o mnie tylko podczas wyborów i gdy trzeba mnie wydoić z pieniędzy. Podczas oglądania telewizyjnych wiadomości dowiedziałem się, że najważniejszą sprawą w mojej ojczyźnie jest to, jaki pomnik postawić przed prezydenckim pałacem. Równie ważne jest to, czy będzie tam krzyż czy może go tam nie będzie. Wysłuchałem niekończącego się sporu o wydarzenia historyczne, których nie tylko ja nie pamiętam ale chyba nie bardzo kojarzą je moi dziadkowie. A tu dla sponsorowanych przez państwo polityków jest to sprawa wciąż aktualna. Potem jeszcze standardowa garść informacji o zniszczeniach spowodowanych kapryśną pogodą. Ale spokojnie… to nie wina państwa, bo jak wszyscy wiemy aura jest nieprzewidywalna i to tylko jej wina- aury, znaczy się. Poszkodowanym przez żywioły państwo pomoże… w przyszłości. Na koniec jeszcze informacja, że banki wprowadzą takie utrudnienia w otrzymaniu kredytów mieszkaniowych, że tylko ktoś bogaty będzie mógł z nich skorzystać. Oczywiście to wszystko dla mojego dobra. Teraz, ci nisko oraz średnio zarabiający, będą musieli znów zaczekać na lepsze czasy. No i koniec dobrych wieści z krainy uśmiechu. Ale ogólnie jest dobrze. Wydźwięk informacji o stanie państwa jest pozytywny. Idzie ku lepszemu. Są trudności, ale kiedyś… no, ale jakieś dwadzieścia czy trzydzieści lat temu to dopiero było źle. A na koniec wszystkiego, tuż po garści informacji z frontu walki politycznej o pietruszkę, czy jak kto woli krzyż czy pomnik, zobaczyłem reklamówkę akcji społecznej. I dopiero z niej dowiedziałem się, że co piąte dziecko w Polsce cierpi z głodu. Dlaczego ja nie dowiedziałem się tego od tego europosła czy od pana senatora? Dlaczego mi ksiądz biskup i generał w jednej osobie tego nie powiedział? No bo oni woleli o pomniku albo o krzyżu. Głodne dzieci są mniej medialne.

No i wyszło na to, że dwadzieścia lat zwycięskiego, demokratycznego marszu doprowadziło do tego, że co piąte dziecko jest niedożywione. Ale przecież to nie wina państwa. Ono jest jak najbardziej niewinne. Bo nie ma pieniędzy. Nie ma, bo jest nieudolne. Bo tak naprawdę to liczy tylko żeby się samemu wyżywić. Przestałem wierzyć w zapewnienia, że jak tylko się powstrzymam od protestów… jak tylko zacisnę pasa… jak będę cierpliwy – to już za kilka lat będzie lepiej. Nie będzie. Bo jedyna zmiana jaka może zajść to taka, że tych co teraz rządzą i wyciskają ze mnie pieniądze na podatki, zastąpią ich koledzy z równie atrakcyjnym programem naprawczym. Bo wszystko sprowadza się do istnienia państwa jako dobrego pracodawcy tylko dla jego urzędników. I tylko ono ma przetrwać. Ono ma zapewnić pracę i zarobki kolejnym pokoleniom urzędniczych pasożytów. Wyczytałem wczoraj, że w ostatnim okresie przybyło nam sześćdziesiąt pięć tysięcy nowych urzędników. Według szacunków jednego z ekonomistów ich utrzymanie będzie nas podatników kosztować tyle, ile przyniesie podniesienie podatku Vat na książki. Tak! Mam już tego dość! Choć jeszcze sam nie wiem co z tym zrobię, to lepiej mi ze świadomością, że już nikt mnie nie oszuka. Bo przestałem wierzyć w państwo. Bo przestało być już moje.

dziennik pesymistyczny

Najweselszy barak w obozie

Obublikował pavvel dnia Komentarzy: 2

Czas sobie spokojnie płynie. U władzy wciąż nowi, ale jakby ci sami politycy. Zmienił się ustrój. Zmieniła się gospodarka na – przynajmniej teoretycznie – znacznie lepszą. Kryzys pozostał, ale on jest dany nam na zawsze. Przypisani jesteśmy do ustawicznej zapaści i kryzysu, jak chłop pańszczyźniany do ziemi. Minęło dwadzieścia lat. Co kilka lat nowy rząd, nowy premier. Mamy nawet zupełnie świeżutkiego nowego prezydenta. A jedno jest niezmienne. Tak jak za dawnych minionych lat błędów i wypaczeń my – nasz kraj – nadal jest najweselszym barakiem, tyle że już w całkiem innym, bo tym razem w europejskim obozie. Nikt tak dobrze się nie zabawi jak u nas w stolicy. Nikt nie znajdzie tulu powodów do śmiechu – przyznam, że czasami przez łzy – ale jednak śmiechu jak w naszej ukochanej Rzeczpospolitej. Bo Polska to ewidentnie jest kraina uśmiechu – jak mawiał Krashan Bhamaradżanga.

Pewien pan Eugeniusz P. lat siedemdziesiąt jeden pochodzący z Kraśnika chcąc zapewne dać wyraz swoim skrajnie prawicowym poglądom z których ponoć jest znany w swoim rodzinnym mieście narobił (za przeproszeniem) do słoika, zakręcił go i udał się do stolicy. Tam stanął na Krakowskim Przedmieściu – tuż przed pałacem prezydenckim – rozbił słoik z fekaliami o tablicę upamiętniającą żałobę po katastrofie pod Smoleńskiem. Nie pierwszy to jego atak na okolice pałacu prezydenckiego. Bo jak mówiła dziennikarzom Gazetą Wyborczej jego synowa, kilka lat temu kiedy prezydentem był Aleksander Kwaśniewski dziarski staruszek próbował ściąć siekierą świerk koło pałacu. Chciał w ten w ten nietypowy sposób pokazać, że w Polsce dzieci głodują, a władzę stać na piękne drzewka.

Nie minął dzień od tej śmierdzącej sprawy, a już inny waleczny starszy pan został zatrzymany przed pałacem przez policję, gdyż miał on przy sobie ręczny granat. Co prawda broń była bez zapalnika ale zawsze to jednak granat. Zatrzymany to sześćdziesięcioletni mężczyzna, mieszkaniec województwa mazowieckiego. Został przewieziony na komendę, gdzie policjanci wyjaśniali wszystkie okoliczności sprawy. Teraz to już tylko patrzeć jak nadjadą czterej pancerni se swym psem aby walczyć w obronie krzyża albo może przeciw. Można się też spodziewać desantu sił specjalnych który pod moherowymi beretami niczym na spadochronach spłynie z nieba na pomoc obrońcom wiary i symboli. Nie zdziwię się, jeśli dziś będą twierdzić, że napadła ich satanistyczna załoga łodzi podwodnej, która jakimś cudem ominęła przeszkody na morzu bałtyckim, wpłynęła do Wisły, jakimś dopływem dostała się do Warszawy, potem rurami kanalizacyjnymi podjechała na Krakowskie Przedmieście po czym zakotwiczyła przed pałacem prezydenckim by w nocy ukraść krzyż.

To ostanie to moja wyobraźnia, ale przecież internet jest pełen utworów muzycznych, gier, satyrycznych rysunków których inspiracją były wydarzenia związane z wielką obroną krzyża przed pałacem prezydenckim. Nie pamiętam kiedy polska popkultura zareagowała aż tak żywiołowo jak teraz w tym przypadku. Życie jest jednak bardziej zabawne. Dziś prasa kolorowa doniosła z radością, że córka jednego z najaktywniejszych obrońców krzyża jest gwiazdą filmów porno i seksualną rekordzistką Trzeciej Rzeczpospolitej, znaną jako Marianna Rokita. Jak ktoś nie ufa brukowcom to może zaufać Gazecie Wyborczej, która informuje wszystkich zainteresowanych, że szacowna rekordzistka – córka jednego z najbardziej bogobojnych obrońców wiary i krzyża – w ciągu jednego dnia kochała się z siedmiuset pięćdziesięcioma dziewięcioma mężczyznami. W tym miejscu przywołam słowa dziennikarza pewnej telewizji, który po przeczytaniu tych rewelacji stwierdził: – No to musiał ją dopiero boleć krzyż. No i co jesteśmy najweselszym barakiem w tym europejskim obozie? No tak! Jesteśmy.