Yearly Archives

193 Articles

dziennik pesymistyczny

Między wiarą a ustawą

Obublikował pavvel dnia Komentarzy: 2

Dlaczego ja mam spełniać normy molarne katolików, gdy w wielu przypadkach oni sami są daleko od własnych zasad moralnych?  Dlaczego ja mam żyć zgodnie z przykazaniami kościoła rzymskiego, gdy tak wielu przyznających się do tej wspólnoty religijnej z łatwością lekceważy albo wręcz narusza jego – kościoła – podstawowe zakazy i obowiązki? Żyję w kraju gdzie istnieje teoretyczny, ale jednak oparty o zapisy konstytucji rozdział państwa od kościoła. Jednak nie zawsze jest on respektowany skoro w salach posiedzeń naszego parlamentu oraz szeregu organów samorządowych zamieszczono krzyże. Mnie to nie przeszkadza. Ale zasada to zasada. W zasadzie prawa obywateli do laickości instytucji państwowych są dość swobodnie interpretowane przez urzędników państwowych. Sejm i Senat Rzeczpospolitej są instytucjami świeckimi. Tworzone jest tam prawo dla wszystkich obywateli. Nie tylko tych wyznających wiarę rzymsko – katolicką, ale też dla obywateli praktykujących inne religie oraz oczywiście dla tych niewierzących. Dlatego też moim zdaniem nie powinno się przenosić stanowiska Kościoła na kształtowanie ustaw, bo jak już wspominałem prawo tworzone jest tam dla wszystkich obywateli. I nie wolno go opierać o zasady moralne jednej religii. Teraz, gdy w sejmie odbędzie się pierwsze czytanie ustawy dotyczącej kwestii sztucznego zapłodnienia duże znaczenie mają słowa arcybiskupa Hosera, który stwierdził, że posłowie popierający in vitro „automatycznie są poza wspólnotą Kościoła”. Jest to wyraźna sugestia, że kościół zaakceptuje tylko jedno rozwiązanie tej kwestii – całkowity zakaz in vitro. Bo jeśli posłowie katolicy nie spełnią oczekiwać kościelnej hierarchii zostaną z kościoła wykluczeni.

 

Słowa arcybiskupa wywołały zamieszanie. Bo wypowiedź ta jest wyraźnym zaznaczeniem, że albo ustawa będzie zgodna z zasadami rzymskiej religii albo parlamentarzyści głosując niegodnie z zasadami swojej wiary dopuszczą się grzechu przynajmniej. Ja nie zazdroszczę naszej politycznej wierzącej elicie. Bo jaki ci religijni posłowie mają wybór? Jak tu wybierać między sumieniem katolika a prawem stanowionym przez nich dla dobra wszystkich obywateli, czyli tych niewierzących także. Czy powinno dochodzić do takich dylematów?  Przecież stanowisko kościoła jest dla wyznawców tego kościoła bardzo jasne. Przyjmijmy więc teoretycznie, że sejm uchwalił najbardziej liberalną z ustaw dotyczących kwestii sztucznego zapłodnienia. Posłowie katolicy mogą przecież wstrzymać się od głosu.  Ustawa przechodzi i obowiązuje. A wszyscy ci, którym bliska jest nauka kościoła po prostu postępują zgodnie z katolickim sumieniem, czyli nie korzystają z dobrodziejstwa ustawy.  I co? I nic. Bo jeśli jest w Polsce prawie sto procent przyznających się do rzymskiej wiary to sprawa staje się marginalna. Ci, co im sumienie i wiara nie pozwalają na in vitro nie idą do klinik stosujących tę metodę zapłodnienia, a inni postępują tak jak im ich własne sumienie pozwala. I mamy tu świecką ustawę, i zachowane są zasady moralne kościoła.

 

Czy koniecznie kościół katolicki musi w oparciu o prawo karne nakłaniać to swego postrzegania świata tych, którym z nim nie po drodze? Tam gdzie chodzi o kwestie światopoglądowe chyba nie powinien pojawiać się kodeks karny. Chyba nie da się wszystkim narzucić jednego światopoglądu. Bo my nigdy nie będziemy monolitem. W Polsce od lat istnieje zjawisko selektywności wiary. Badania Instytutu Statystyki Kościoła pokazują, że, mimo, iż ponad dziewięćdziesiąt dwa procent Polaków przyznaje się do wiary, to o jeden procent mniej z nich wierzy w istnienie Boga, a tylko sześćdziesiąt dziewięć procent uznaje życie wieczne. Współżycie seksualne przed ślubem kościelnym akceptuje niemal połowa polskich katolików. Wielu też pośród wierzących ma dość swobodny stosunek do sprawy rozwodów. Zdarzają się też wśród katolików osoby dopuszczające aborcję. Czyli mimo tego, że w Polsce istnieje bardzo restrykcyjne prawo aborcyjne, z moralnością wierzących nie jest tak jednoznacznie. Wygląda na to, że można być częściowo katolikiem. Czyli można wybrać w religii tylko to, co jest dla kogoś korzystne według własnego sumienia. Na tej samej zasadzie można chyba dopuścić możliwość, że część naszego społeczeństwa z racji chęci posiadania potomstwa jest skłonna nagiąć zasady swojej wiary lub postąpić zgodnie ze swoimi przekonaniami. Kościół ma prawo zabierać głos w sprawie in vitro. I przecież jego stanowisko jest jasne od dawna. Ale niedopuszczalne jest to, żeby katolicka moralność była w świeckim państwie normą prawną. Takie jest moje zdanie i też – jak kościół – mam do niego prawo.

 

dziennik pesymistyczny

Demokracja sponsorowana

Obublikował pavvel dnia Komentarzy: 2

Ale to nie są panie tanie rzeczy – powiedziałby pewnie Ferdynand Kiepski gdyby dotarła do niego wiadomość o tym, że o dziewięć milionów złotych więcej wydamy w przyszłym roku – my wszyscy, czyli podatnicy – na finansowanie działalności partii politycznych. Tak przewidziano w projekcie budżetu naszego państwa. To chyba dobra świadomość, bo gwarantuje nam, że ten odwieczny kabaret sporów o nic, będzie nadal trwał i miał się jak najlepiej. Jakie to szczęście niepojęte, że będziemy mogli z naszych ciężko zarobionych pieniędzy sfinansować kolejną odsłonę wielkiej wojny… O krzyż na przykład. Bo jak powszechnie wiadomo najważniejsze żeby coś się działo. Żeby nie było nudny.  A jak się dobrze aktorów, czyli polityków opłaci to zrobią dla nas wszystko. Bo za darmo nikt robić nie będzie. Ciekawe tylko, że stać nas na takie wydatki. Nas, czyli społeczeństwo. Ciągle słyszę przecież, że na nic państwa nie stać. Że kryzys. Że trudności nie do opisania.  Na służbę zdrowia – nie ma. Na drogi brakuje. Ale to nieważne, bo jak sfinansujemy partyjną brać to oni w tych swoich gorących sejmowych sporach wykują dla nas świetlaną przyszłość. A to, że dla większości jeszcze ta przyszłość nie jest najjaśniejsza, to tylko wynik tego, że nie do końca dobrze opłacani byli nasi politycy. W tym roku partie dostaną z budżetu ponad sto czternaście milionów złotych, w tym Platforma Obywatelska – ponad czterdzieści milionów złotych, a Prawo i Sprawiedliwość – prawie trzydzieści osiem milionów złotych. Pewnie wielu ucieszy wiadomość, że w ciągu ośmiu lat wartość dotacji dla polskich partii politycznych wzrosła trzykrotnie. Czyli idzie ku lepszemu.

Może są takie dziedziny życia, w której Polska jest na szarym końcu listy państw europejskich. Ale jest coś, co zdecydowanie nas wyróżnia. My w odróżnieniu od innych krajów dbamy o polityków! Można nie dojeść, nie dojechać po równej drodze, odchorować nie znajdując lekarza specjalisty, ale reprezentacje polityczną to musimy mieć zdecydowanie godną. Godnie finansowaną. Tu to jesteśmy w czołówce europejskiej. W dobie kryzysu żaden kraj subwencjonujący partie polityczne, jak na przykład Niemcy, Wielka Brytania czy Francja, nie zdecydował się na podwyższenie dotacji. A my tak! Bo u nas państwo dba o polityków.  Nie damy politykom przymierać głodem. Bo oni przecież dla naszego dobra, co dnia wdają się w ciekawiące tylko ich spory i walki.  I choć nasze partie polityczne nie są wielkie liczbą swoich członków – choćby w porównaniu do liczby obywateli naszego kraju – to jednak zebraliśmy się w sobie i daliśmy im sporą kasę. Boli mnie tylko jedno, że nie miałem w tym swojego udziału. Że ktoś to zrobił za mnie. Że urzędnik państwowy zafundował politykom podwyżkę a nie naród, pojedynczym obywatelskim wyborem przeznaczył pieniężne poparcie wybranej partii politycznej. A szkoda, bo jakże to byłoby wielkie tak w narodowej zbiórce wydać kasę dla tych, których popieramy – przynajmniej teoretycznie. A tak mamy sytuację, w której czy się zgadzam z politykiem czy też jego poglądy są mi całkowicie obce, to i tak płacę na jego utrzymanie. Czy sztuczne utrzymywanie za państwowe pieniądze megapartii jest dla nich dobre?  Zdecydowanie nie! Czy oni nie mogą utrzymywać się sami ze składek członkowskich? Czy ja rozliczając się z fiskusem nie mógłbym wybrać najbardziej odpowiadającej moim poglądom partii politycznej i wesprzeć jej jednym procentem moich podatków? Tak byłoby sprawiedliwiej. Bo to nie są tanie rzeczy.

dziennik pesymistyczny

Dziennikarstwo abstrakcyjne

Obublikował pavvel dnia Komentarzy: 15

Do tej pory żyłem sobie w spokojnym przekonaniu, że na tyle orientuję się w rynku prasowym, by z łatwością odróżnić poważną prasę od tej – nazwijmy ją – brukowej. W tej pierwszej można się spodziewać artykułów prawdziwych i najczęściej tak właśnie jest. Za to w prasie bulwarowej dość często można znaleźć teksty, które do prawdy dopiero aspirują. Dla mnie do tej pory na pierwszym miejscu mojej prywatnej listy dziennikarskiej blagi był cykl reportaży o płynącym w górę Wisły wielorybie. Wielka ryba jak wynikało z doniesień dziennikarzy rozpoczęła swoją podróż od Zatoki Gdańskiej a następnie skierowała się w górę rzeki. Dziennikarze wyśledzili, że wszystko wskazywało na to, iż wieloryb – ochrzczony przez dziennik Fakt Lolkiem – zmierza do stolicy. Gazeta martwiła się, jak pokona tamę we Włocławku. Przez kilka numerów można było śledzić przygody sympatycznego wieloryba zmierzającego do Warszawy. To naprawdę było coś wielkiego. Wydawało mi się niemożliwe żeby ktoś nazywający się dziennikarzem wymyślił coś tak absurdalnego, ale jak widać można.

 

Na drugim miejscu mojej subiektywnej listy artykułów prasowych mijających się z prawdą znajdował się do niedawna tekst – również z dziennika Fakt – w którym opisano wieś Bracholin w województwie wielkopolskim. Jej mieszkańcy mieli porzucić swoje codzienne zajęcia, by dzień w dzień upijać się do nieprzytomności wodą z pobliskiego jeziora, która ma zawierać trzydziestoprocentowy alkohol. Dziennikarze Faktu wyśledzili, że w tej wsi jezioro czy też staw – nie pamiętam już dokładnie – zamienił się wódkę ku uciesze okolicznych gospodarzy, a przerażeniu mieszkających we wsi kobiet. Przypominam też sobie jak gazeta Fakt opisała przypadek pana Sławka, który posiadł niezwykłą umiejętność widzenia kobiet nago. Nabył ją, gdy oglądając się za dziewczyną, uderzył głową w słup. Do tej pory opisałem artykuły z gazety, która choćby samym tytułem sugeruje, że to, co się na jej łamach znajduje to fakty. Ale zapewne też wielu czytelników zdaje siebie sprawę, że niekiedy to, co tam jest opisane nie zawsze zawiera prawdę. Zapewne jest tak, że wielu czytelników łatwo rozróżnia, co w tych redakcyjnych tekstach jest prawdą, co tyż prawdą a co gówno prawdą, – że odwołam się do klasyka.  Gorzej, jeśli bzdury wypisuje gazeta, która nie bardzo kojarzy się z prasą bulwarową.

 

Kiedyś sam opisywałem w tym miejscu rewelację Naszego Dziennika, który w wywiadzie z pewnym politykiem sugerował – w imię teorii spiskowej – przyczyny katastrofy rządowego samolotu pod Smoleńskiem. – Nie tylko ja odnoszę wrażenie, że nawet gdyby prezydencki samolot został zestrzelony ogniem artylerii przeciwlotniczej, to i tak byśmy się dowiedzieli, że to była wina pilotów – twierdził parlamentarzysta prawy i sprawiedliwy, który snuł swoje przypuszczenia, co do przyczyn tragedii, w gazecie Nasz Dziennik. Ale to był tylko wywiad, więc można to jeszcze wybaczyć. Słyszałem też od kogoś, że istniał artykuł sugerujący, że katastrofa smoleńska została spowodowana użyciem przez zdradzieckich Rosjan ogromnego magnesu, którym przyciągnęli maszynę do ziemi. Nie wiem, nie widziałem. Tylko o tym słyszałem, ale jeśli istniał taki tekst to zmieniłoby to wiele na mojej prywatnej liście tekstów absurdalnych. Poniosło mnie z tym sugerowaniem prawdy i nieprawdy dziennikowi. Widać stało się to pod wpływem tych faktów z faktów, o których pisałem na stępie. Dobrze, może to nie najlepsze przykłady absurdów z gazet nie będących, tabloidami. Bo pierwszy to wywiad, a drugi to tylko coś, co zasłyszałem. Ale to, co opiszę teraz jest faktem.

 

Gazety Nasz Dziennik oraz Gazeta Polska podały w tym tygodniu sensacyjne rewelacje na temat smoleńskiej katastrofy. Według tych informacji, już po rozbiciu samolotu jeden z lecących nim funkcjonariuszy Biura Ochrony Rządu miał dzwonić do żony mówiąc jej, że jest ciężko ranny w nogi a następnie połączenie zostało nagle przerwane. Taką relację miał przedstawić Gazecie Polskiej niewymieniony tam z nazwiska „jeden z dziennikarzy, który dziesiątego kwietnia był w Smoleńsku”.  Teraz już wiadomo, że ta sensacyjna wiadomość mówiąc delikatnie była daleka od prawdy.  Pomijam już moralny aspekt sprawy. Ciekawi mnie tylko to, że takie gazety które stawiają się za wzór wszelkich cnót i moralności, tak łatwo mogą umieścić coś, co nie ma żadnego pokrycia w rzeczywistości, a jest jedynie pogonią za sensacją.  Jak istnieje malarstwo abstrakcyjne to może istnieje tez dziennikarstwo abstrakcyjne? Zaraz, jakie „ może”! Jak widać czarno na białym w gazetach taki rodzaj twórczości istnieje i ma się całkiem dobrze.

dziennik pesymistyczny

Kraina zdziwienia

Obublikował pavvel dnia Komentarzy: 1

Nie wiem, może tak jest wszędzie na świecie, a może to tylko taka nasza specyfika. Dla mnie to jednak bardzo ciekawe, że u nas, w kraju nad Wisłą, każdy dzień może przynieść aż tyle radości, zdziwienia pomieszanego z zażenowaniem i niedowierzaniem. Gdzie jeszcze jest takie miejsce, w którym były premier nagle odkrywa, że tak do końca to jego państwo, w którym szefował nie jest wolne? Gdzie jeszcze można, stojąc pod pałacem prezydenta wybranego w wolnych wyborach wzywać w religijnym uniesieniu Boga, aby ojczyznę wolną raczył nam zwrócić, bo pewnie ta, która pozwala na regularne demonstracje nienawiści nie jest w mniemaniu protestujących do końca wolna. I tylko boska interwencja może nas teleportować do kraju wolnego pozbawionego rządów złych ludzi. Gdzie jeszcze jest taka wolność, że jednocześnie można być aktywnym politykiem, szefem największej partii opozycji parlamentarnej oraz byłym premierem kraju, które samemu nazywa się zależnym od innych mocarstw kondominium? Tylko w tej naszej krainie uśmiechu można kandydować na prezydenta będąc pod wpływem silnych środków farmakologicznych nie do końca zdając sobie sprawę z własnych czynów. Tak… Zaprawdę jesteśmy wyjątkowym krajem! 

 

No tak, łatwo można wytykać błędy politykom. Oni chyba specjalnie starają się ze wszystkich sił, aby wzbudzić na twarzach wyborców uśmiech. Ale przecież nie samą polityką żyje człowiek w tej krainie. Wczoraj oglądałem z kolegami mecz piłki kopanej naszej reprezentacji. Mijały mi i moim przyjaciołom kolejne minuty na obserwacji powolnych zmagań piłkarzy. Ogólnie nic się nie działo – jak w polskim serialu. Czyli było jak zawsze przy takich okazjach. – Słuchajcie ten mecz to jest rozgrywany u nas w kraju czy na wyjeździe – zapytał jeden z kolegów. – Chyba u nas, bo przecież przy trybunach stoją polskie reklamy – wyjaśnia w odpowiedzi drugi. – Nie, chyba u nich, bo jest piękna pogoda – dodaje następny. I tak przez kilkanaście minut spieraliśmy się gdzież to nasza reprezentacja rozgrywa to spotkanie. Po raz pierwszy od chwili rozpoczęcia meczu wzrosły w nas emocje na tyle, że nawet trzeba było zajrzeć do internetu, aby ustalić dokładnie gdzie to odbywał się mecz. Nikogo już nie interesowało, co też dzieje się na boisku. Ważne stało się to gdzie się to widowisko odbywa i to stało się źródłem prawdziwych emocji. – Założymy się, że to w Polsce – wykrzyknął jeden ze znajomych. I już po chwili było kilka zakładów. Tak, tylko u nas więcej emocji może wzbudzić stadion niż mecz na nim rozgrywany.

 

Przez cały dzień chodziła za mną pewna melodia. Nie mogłem się jej pozbyć z głowy. Całkowicie bezwiednie podśpiewywałem sobie przy pracy kilka linijek tekstu piosenki. Tak od rana do wieczora. – Co ty ta tak nucisz – zapytał mnie kolega z pracy? No właśnie, co to jest? Co ja tak wyśpiewuje? Nie mogłem sobie przypomnieć. Przecież to pewnie coś znanego, jeśli zapamiętałem na cały dzień. Ale co? Za nic nie mogłem dopasować tekstu i melodii do wykonawcy. Dopiero wieczorem zdałem sobie sprawę, że to najnowsza piosenka jednej z znanych wokalistek. Ale czy ten wpadający w ucho utwór pochodzi z jej najnowszej płyty?  Czy może to okupujący od wielu tygodni szczytu list przebojów utwór? Nie! To przecież zwykła i powtarzana to znudzenia w telewizji reklama. Nagle olśniło mnie, że przez cały dzień nuciłem reklamę. Tak, to istny znak czasu, że najbardziej rozpoznawalnym utworem tej wokalistki stała się piosenka z reklamówki pewnego banku. Tak to już jest, że każdy dzień przynosi kolejne zadziwienie.

 

dziennik pesymistyczny

Życie na podsłuchu

Obublikował pavvel dnia Komentarzy: 0

Nie wiem czy to jest bajka czy to nie jest bajka. Ja wolałbym się jednak nie domyślać czy taka sytuacja miała miejsce czy też nie miała miejsca. Ja wołałbym żeby takie sytuacje – jak bezprawne inwigilowanie dziennikarzy – po prostu były niemożliwe. – Władza PiS chętnie podsłuchiwała, obserwowała i prowokowała. Nie dziwcie się tak. Tamta władza chętnie korzystała z tego typu narzędzi i podsłuchiwała, obserwowała, czy prowokowała nie tylko dziennikarzy – powiedział szef rządu dziennikarzom w Sejmie. Jeśli tak mówi premier to można mu chyba wierzyć i mieć tylko nadzieję, że to, o czym mówi należy już do przeszłości. Ale czy na pewno to już odległe czasy błędów i wypaczeń? – Nie mam zamiaru komentować bajek – mówi były premier ten, który w swym przynajmniej mniemaniu jest bardziej prawy i sprawiedliwy. Czyli mamy tu z jednej strony przypuszczenie, że tak było i z drugiej zaprzeczenie takiej informacji. Można naprawdę zgłupieć. Ale chyba najważniejsze jest to, że tak naprawdę nigdy do końca nie poznamy tego jak dalece jesteśmy nielegalnie kontrolowani. – Służby na całym świecie ulegają pokusie władzy. Tak będzie do końca świata – mówi premier. Czyli wielkie podsłuchiwanie i podglądanie w stylu wielkiego brata, to nie tylko przeszłość, ale i teraźniejszość, do której musimy się przyzwyczaić. Bo jak wskazują słowa szefa rządu, chęć kontrolowania każdego jest wpisana w pracę każdych służb specjalnych.

 

– To byłoby nawet śmieszne gdyby nie było tragiczne – przy prawie każdej okazji powtarza to zdanie mój znajomy. Gdy wyczytałem w Gazecie Wyborczej o podsłuchiwaniu telefonów dziennikarzy przez służby specjalne oraz o tym, że śledztwo w tej sprawie zostało przez prokuraturę umorzone doznałem właśnie takiego wrażenia jak mój kolega. Rozśmieszyło mnie to, że w demokratycznym państwie prawa, które ustami swoich przedstawicieli na każdym prawie kroku tę właśnie demokratyczność i praworządność podkreśla, możliwe jest podsłuchiwanie dziennikarzy bez uzasadnionej przyczyny. Śmieszne jest też to, że wymiar sprawiedliwości nie odnalazł w tych poczynaniach służby żadnych znamion przestępstwa. Czyli teoretycznie funkcjonariusz Zenon może sobie spokojnie podsłuchiwać obywatelkę Zofię jakieś dwa lata i nic mu nie będzie, bo przecież według prokuratury nie ma w tym działaniu znamion przestępstwa. Bo jeśli można nie znaleźć niczego podejrzanego w tak głośnej sprawie podsłuchów u dziennikarzy to, jakie ja – zwykły obywatel szarak – mam szansę, jeśli komuś ze służb specjalnych z przyczyn dla mnie niepoznanych przyjdzie do głowy posłuchać tego, co mówię przez telefon do koleżanki czy kolegi. Oczywiście pewnie nawet nie wiedziałbym, że mnie słuchają. I to jest właśnie tragiczne. Bo po takich doniesieniach coraz częściej patrzę na swój telefon z pewną dozą… Podejrzliwości.

 

W zasadzie to nie wiem czy powinienem pisać o podsłuchach, bo jeszcze mnie ktoś pozwie. Jak przecież prokuratura prowadziła śledztwo, zapewne wnikliwie i potem umorzyła sprawę to pewnie nie wolno teraz nawet sugerować, że coś takiego jak podsłuchiwanie dziennikarzy było w ogóle możliwe? Uzasadnienie umorzenia jest tajne, choć to się wydaje dziwne, jeśli nic się przecież nie działo i nic się nie stało w sprawie podsłuchów.  Po co więc ta tajność przez poufność? Nie wiem. Dlatego może i lepiej będzie jak napiszę, że w latach dwa tysiące pięć do dwa tysiące siedem agencja bezpieczeństwa wewnętrznego, Centralne Biuro Antykorupcyjne i policja zbierały dane na temat rozmów telefonicznych, co najmniej dziesięciorga dziennikarzy. I tylko tak zastępczo i dla uproszczenia nazywam to podsłuchiwaniem. Ja tam już dawno wiem, że postępowania instytucji państwowych nie można tak do końca zrozumieć. Bo one kierują się zrozumiałą tylko dla nich logiką.  Ale niech ktoś mi wyjaśni jak to jest, że z jednej strony mamy prokuratorskie umorzenie w rytm przeboju: chłopaki nic się nie stało, a z drugiej strony, dziennikarskie śledztwo, którego owocem jest tabela zleceń, które służby składały u operatora telekomunikacyjnego, by dostać dane o połączeniach oraz wykaz logowań w stacjach bazowych BTS pozwalający prześledzić, gdzie i kiedy znajdował się tam abonent. Z jednej strony zaprzeczenia byłych szefów służb, a z drugiej powołanie się na konkretne dokumenty. – Nie chcemy rządów złych ludzi – mówił prezes Jarosław Kaczyński. W kontekście doniesień o nielegalnej inwigilacji należy tylko się z nim zgodzić.

dziennik pesymistyczny

Stany wyjątkowe

Obublikował pavvel dnia Komentarzy: 3

Po atakach terrorystycznych z jedenastego września społeczeństwa wielu krajów zgodziły się na pewne ograniczenia swych wolności obywatelskich. Bo jeśli wróg jest podstępny i bardzo niebezpieczny, czasem zrozumiałym się wydawało, że musimy wszyscy zgodzić się na pewne działania, na które w normalnych warunkach nie wydalibyśmy państwowej zgody. Przecież jest wojna, więc okoliczności są specjalne. Środki takie jak podsłuchy, dolegliwe kontrole na każdym kroku i w każdym miejscu, przesłuchania bez obecności obrońcy, kontrola Internetu oraz wszechobecne kamery na ulicach z pewnością są skuteczną bronią, ale też zdecydowanie ograniczają nasze prawa obywatelskie. A jeśli tylko ktoś zadaje pytanie jak jeszcze daleko może sięgać państwo w naszą prywatność dla dobra wspólnego i swojego widzimisię natychmiast przed kamerami telewizyjnymi staje polityk machając wielką flagą terrorystycznego zagrożenia. Można się na wiele zgodzić, ale gdzieś musi w tym wszystkim być prawo. Gdzieś na samym początku musi być konstytucja. I prawo jednostki. Bo nie jesteśmy jedną wielka masą, ale pojedynczymi ludźmi. Wolałbym żeby nie wmawiano mi, że omijanie prawa lub działanie na jego granicy przez urzędników państwowych jest dobre, gdy chodzi o wyższą ideę. Bo czy to jest handlarz dopalaczami czy profesor wyższej uczelni to wszyscy wobec prawa jesteśmy równi. I nikomu nie można ograniczać jego praw – w tym wolności gospodarczej – na podstawie skserowanego postanowienia bez adresata i podpisu osoby upoważnionej. Bo dziś zamykane są sklepy z dopalaczami a jutro może zamkną kogoś innego za głoszenie szkodliwych idei. Że to nie to samo? A dlaczego nie? Czy naprawdę tak trudno sobie wyobrazić zamknięcie gazety za nawoływanie do niepokojów społecznych? A podstawą prawną pewnie będzie na przykład to, że istnieje podejrzenie, że ktoś zatruł się po zjedzeniu dwudziestu gazet. I już mamy podstawy do działania inspekcji sanitarnej.  Wolałbym żeby autorytatywna wola urzędnika państwowego nie decydowała o moim losie.

 

Teraz też mamy wojnę. A rząd zmobilizował wszystkie służby państwowe, by walczyć z dopalaczami. I mam nadzieje, że słowa premiera o działaniu na granicy prawa nie staną się wiodące dla całej polityki państwowej. Że nie będzie tak, że na początku działa się ostro i jak wiele wskazuje z naruszeniem norm prawnych, a następnie dopasowuje się to tego odpowiednie przepisy prawa. Nikogo nie bronię. A najmniej tych, co cynicznie handlowali dopalaczami. Ale widzę tu pewne niebezpieczeństwa.  – Bez zmiany przepisu nie utrzymamy stanu wyjątkowego – mówił w sejmie premier rządu, nawiązując do weekendowej akcji policji i inspekcji sanitarnej, podczas której zamknięto prawie wszystkie sklepy z dopalaczami. I należy mieć nadzieję, że takie działania w imię niewprowadzonego stanu wyjątkowego nie staną się normą postępowania urzędników państwowych. Czy w imię walki z czymś, co rząd jeszcze dwa lata temu nie uważał za nielegalne i szkodliwe powinniśmy się zgodzić na rządowy projekt ustawy zaostrzającej przepisy w sprawie dopalaczy, gdy pojawiły się już teraz wątpliwości o jej zgodności z konstytucją. – Tak jak w innych stanach nadzwyczajnych, także i w tej sprawie dojdzie do konfliktu pomiędzy różnymi wartościami, które gwarantuje konstytucja i zwykłe poczucie uczciwości – stwierdził premier. Ale – dodał – inaczej nie da się zwalczyć dopalaczy. Mam nadzieję – choć nikłą – że nie dojdzie do sytuacji, w której ta „wyjątkowość” stanie się regułą. Nie może być sytuacji, w której słuszna idea uzasadnia działania sprzeczne z podstawowymi wartościami. Czy nie da się napisać ustawy regulującej sprawę dopalaczy w Polsce inaczej niż z pominięciem zasady domniemania niewinności, której w proponowanych przepisach nie ma?  Na mocy chyba tej wyjątkowości – o której tak dużo mówi premier – muszę się zgodzić z posłem Piechą, który podczas debaty w sejmie powiedział: – Kardynalną zasadą systemów prawnych jest domniemanie niewinności – dopóki komuś nie udowodni się winy, nie może być napiętnowany. Taka zasada obowiązuje w prawie od czasów rzymskich. Wygląda na to, że ten projekt zrywa z tą zasadą.  I jak tu się z nim nie zgodzić.

dziennik pesymistyczny

Najpierw prawo a następnie porządek

Obublikował pavvel dnia Komentarzy: 1

Dziewięćdziesiąt jeden procent naszego społeczeństwa popiera rządową wersję walki z dopalaczami. To bardzo dużo. I czemu tu się dziwić. Przecież od kilku tygodni trwa nieustanna medialna nagonka na firmy handlujące tymi substancjami. Nawet minister zdrowia nakazała kilka dni temu sporządzanie szczegółowych raportów w tej sprawie. Wcześniej nie było takich danych. A jak się pojawiły to i tak szybko okazało się, że odnotowano sześćdziesiąt zgłoszeń związanych z ubocznymi skutkami zażywania dopalaczy. I rząd wraz z premierem wyruszył na wojnę. To, co było legalne, w przeciągu jednej nocy stało się nielegalne. Główny inspektor sanitarny zdecydował o wycofaniu produktu o nazwie Tajfun i wszystkich podobnych do niego środków oraz o natychmiastowym zamknięciu wszystkich punktów, które je oferują. I tak w trybie nadzwyczajnym i ekspresowym rozpoczęła się wielka ogólnokrajowa akcja, w którą zaangażowano kilkuset inspektorów sanitarnych oraz kilka tysięcy policjantów. Lotne brygady urzędników i funkcjonariuszy odwiedziły sklepy i hurtownie z dopalaczami zabezpieczając specyfiki sprzedawane w tych punktach. Bo nagle stały się nielegalne na mocy… No właśnie na mocy, czego? Na mocy jakiegoś prawa? Nie wiem, jakiego, bo mimo tego, że usilnie starałem się znaleźć jakąkolwiek informację na temat podstawy prawnej tych działań znalazłem tylko ogólniki o tym, że to działania mające na celu dobro społeczeństwa oraz wyższą konieczność.

 

Żebyśmy się dobrze zrozumieli. Ja nie staję w niczyjej obronie. A najmniej w obronie dopalaczy. Niemniej wydaje mi się dziwnym fakt, że coś, co jest legalne dnia poprzedniego… W ciągu jednej nocy staje się nielegalne. I nad ranem mamy już zupełnie inną rzeczywistość. Prawnie niewiele lub prawie nic się nie zmieniło, ale rozpoczęła się wielka wojna.  To jak z amerykańskiego filmu niskiej klasy. Superbohater dowiaduje się o nieszczęściu pewnej zagubionej grupy młodych ludzi. Wcześniej o niczym nie wiedział, bo był zajęty znacznie ważniejszymi sprawami. Ale jak się już dowiedział, to bardzo się zdenerwował tym, że jest tak źle. Postanowił od razu przystąpić do działania. Wysłał specgrupę, która rozprawiła się w problemem w jeden dzień. To znaczy w jedną noc. Dobry szeryf zaprowadził porządek w miasteczku. I teraz zapanuje ogólna szczęśliwość w naszej krainie. Może i szeryf działał na granicy prawa, ale przecież w dobrej wierze i wszyscy powinniśmy być z niego dumni. Zadziwia mnie taka akcyjność. Problem dopalaczy był od dawna dobrze wszem i wobec znany, ale za każdym razem słyszałem, że nie ma żadnych podstaw prawnych żeby się z nim uporać. Bo przecież handlarze dopalaczami to przeciwnik – istny czarny charakter – bezwzględny, ale i wyrafinowany, któremu od dwóch lat udawało się przechytrzyć państwo. I faktycznie tak właśnie było. Nic się nie zmieniało. Tysiące urzędników nie znalazło żadnych podstaw prawnych, aby zlikwidować legalnie działające interesy kpiące sobie z prawa działając na jego granicy. Handlujący dopalaczami, zmieniając sukcesywnie zakazywane substancje na coraz to nowsze, które jeszcze na czarnej liści ministerstwa zdrowia się nie znalazły, skutecznie omijali wszelkie państwowe zakazy. Nie wspomnę już o tym, że sprzedawano tam przecież substancje kolekcjonerskie, a nieprzeznaczone do spożycia. O czym informował stosowny napis na opakowaniu.

 

Ale przyszła pewna noc.  Noc wielkich zmian. Wielki szeryf zadecydował. Jego zastępcy wykonali sprawnie brudną robotę… A prawo? Prawo uchwali się w stosownym czasie. Potem. – Wczoraj sklepy z dopalaczami zniknęły w Polsce raz na zawsze – mówił premier Donald Tusk do narodu. Szef rządu nie ukrywał, że wydał specyfikom regularną wojnę. – Nie ustąpimy. Jak trzeba, będziemy działali na granicy prawa, ale w ramach prawa, żeby handlarzy dopalaczami dopaść – zapowiedział. A ja się zastanawiam czy na dopalaczach się skończy? Mogę sobie nawet wyobrazić taką sytuację, w której papierosy staną się z dnia na dzień nielegalne. Przecież na każdej paczce jest stosowny napis, że palenie zabija. Ale nie… Przecież… Zapomniałem one są obłożone akcyzą, więc nic im nie będzie. Tymczasem wojna z dopalaczami przypomina klasyczną zasadę, że paragraf zawsze się znajdzie jak się dobrze poszuka. I jak widać coś, co trwało w legalności aż dwa lata teraz można zmienić w sposób bardzo przyspieszony. Szkoda tylko, że prawo, które nie nadąża za życiem musi nadrabiać jakimś specjalnym działaniem na jego granicy. – Wszystko to jest robota od dupy strony – jak mawia mój znajomy.

 

dziennik pesymistyczny

Dowód w sprawie

Obublikował pavvel dnia Komentarzy: 1

Człowiek uczy się całe życie. A już szczególnie uczy się praw, którym podlega. Bo przecież, jeśli nie jesteś prawnikiem to nie masz szans – szary człowieku – znać wszystkich regulacji, jakim podlega twoje życie w państwie. Mój kolega z pracy nauczył się wczoraj wieczorem czegoś nowego z dziedziny prawa, któremu podlegamy wszyscy. Następnego dnia przy porannej kawie kolega opowiedział mi swoją przygodę, więc przy okazji i ja się dowiedziałem, – bo dotychczas nie byłem tego świadom, – że artykuł sześćdziesiąty piąty Kodeksu Wykroczeń mówi w paragrafie pierwszym, że kto umyślnie wprowadza w błąd organ państwowy lub instytucję upoważnioną z mocy ustawy do legitymowania, co do tożsamości własnej lub innej osoby lub co do swego obywatelstwa, zawodu, miejsca zatrudnienia lub zamieszkania podlega karze grzywny. I dalej jest tam zapisane, że tej samej karze podlega, ten, kto wbrew obowiązkowi nie udziela właściwemu organowi państwowemu lub instytucji, upoważnionej z mocy ustawy do legitymowania, wiadomości lub dokumentów, co do okoliczności wymienionych w paragrafie pierwszym, czyli w okolicznościach, o których pisałem wcześniej. Bardzo przepraszam za ten drętwy prawniczy język. Ale jeśli ja nie byłem świadomy istnienia takich paragrafów to może ktoś jeszcze jest w takiej sytuacji jak ja, więc czegoś się wszyscy nauczymy.  Bo jak wiadomo nieznajomość prawa nie zwalania z jego przestrzegania.

 

Mój kolega przechodził wczoraj przez jezdnię w niedozwolonym miejscu. Faktycznie jego wina. Nie powinien tego robić i całkiem słusznie został zatrzymany przez patrol policji. Panowie w mundurach zapytali go czy ma przy sobie dowód tożsamości. – Nie wiem czy mam – odpowiedział na pytanie funkcjonariusza kolega. I zaczął przeszukiwać kieszenie oraz torbę. Trwało to dobrą chwilę. – No to ma pan ten dowód czy nie – zapytał ponaglająco policjant kolegę. – No gdzieś mam… Nie wiem czy mam… Możliwe, że tak… Ale sam nie wiem – plątał się w zeznaniach kolega, bo faktycznie w nerwach nie za bardzo zdawał sobie sprawę gdzie ten jego dowód stwierdzający tożsamość jest. Klepał się po kieszeniach. Zaglądał do torby. Ale zguby nigdzie nie było. – A jak nie mam dowodu to, co – zapytał mój znajomy, bo mu nagle przyszło do głowy, że może tak zakończyć tę żenującą sytuację.  – Nie wiem czy mam czy nie mam – dodał na koniec. – A jak poszukamy i znajdziemy to będzie większy mandat – poinformowali funkcjonariusze. – Dlaczego? – Zapytał zdziwiony kolega. – Bo ukrywanie dowodu tożsamości jest wykroczeniem z artykułu sześćdziesiątego piątego KW i podlega karze. Będzie mandat. Dodatkowo pięćset złotych – usłyszał w odpowiedzi wyjaśnienie mój kolega.

 

Zmroziło go to już zdecydowanie, bo do tego mandatu za przechodzenie w niedozwolonym miejscu przez jezdnię doszedłby teraz jeszcze ten za ukrywanie dowodu tożsamości. – Panowie zaraz… Pewnie gdzieś mam… Ale nie wiem gdzie – bronił się kolega. – Nie będziemy tu stać wieki… Ma pan czy nie – ponaglali go policjanci. W desperacji kolega wyrzucił wszystko z torby na chodnik i rozpoczął bardziej systematyczne poszukiwania dowodu. A że nie jest to coś wielkości książki telefonicznej, ale mały kawałeczek plastyku to i poszukiwania nie były łatwe. – Chyba sami poszukamy a jak znajdziemy to mandat będzie – starali się kolegę zmotywować funkcjonariusze. – Nie panowie… Spokojnie, znajdę – uspokajał funkcjonariuszy znajomy. I nagle go olśniło! Zguba znalazła się w wewnętrznej kieszeni kurtki. Ulżyło mu, bo przecież pięćset złotych to dużo. Dostał, więc tylko mandat za wykroczenie drogowe a nie za ukrywanie dokumentów. No i czegoś się nauczył. Teraz zawsze będzie nosił dowód osobisty w jednym i tym samym miejscu, bo przecież znów się może zdarzyć, że zaginie mu on w labiryntach jego kieszeni lub torby i po przeszukaniu przez policjantów może być mandat za ukrywanie. Bo jak tu wytłumaczyć funkcjonariuszom, że to jest zwykle bałaganiarstwo z jego strony, a nie ukrywanie przed organami państwami upoważnionymi z mocy ustawy do legitymowania tego dowodu na podstawie, którego policja stwierdza, że się jest tym, za kogo się podaje. Człowiek się całe życie uczy.

dziennik pesymistyczny

Co krok to prorok

Obublikował pavvel dnia Komentarzy: 2

Znajomy dziennikarz opowiadał mi o pewnej pani, która przez kilkanaście lat z wielką regularnością odwiedzała jego redakcję. Pani ta miała zawsze w ręku lokalną gazetę i dyżurującemu dziennikarzowi z zawziętością i lekkim wzburzeniem podczas każdej wizyty wskazywała palcem odpowiedni artykuł, po czym go przekonywała: – Wy tu panowie o ( tu wstawiała odpowiedni temat z gazety) piszecie a przecież ten konkordat. I tak było, co kilka tygodni. Pani była jak to się mówi niegroźnie zakręconą. A szczególnie zafiksowało ją na punkcie kościoła z konkordatem na czele. Taki mały, niegroźny, choć irytujący dziennikarzy bzik. Przypomniało mi się to, gdy przeczytałem w Gazecie Wyborczej, że według Komisji Majątkowej kościół katolicki otrzymał sześćdziesiąt tysięcy hektarów. Tylko sama Agencja Nieruchomości Rolnych oddała kościołowi aż siedemdziesiąt sześć tysięcy hektarów. Coś tu się wyraźnie nie zgadza. Wynika z tego, że po dwudziestu latach działania Komisji Majątkowej nikt dokładnie nie wie, ile ziemi dostał Kościół wskutek jej decyzji. Pani, o której pisałem na wstępie, wielokrotnie mówiła jak wynikało z relacji mojego znajomego dziennikarza o tym, że: – tak tylko dają i dają kościołowi ziemie i nikt nie wie ile. Wtedy – kilka lat temu – wydawało się, że to takie tylko gadanie pewnej niezrównoważonej pani, która ma kościołowi coś za złe. A tu proszę – słowa jej okazały się prorocze.

 

Znałem takiego pana, który gdy mnie spotykał na ulicy zawsze podczas naszej rozmowy jakimś dziwnym trafem zahaczał o prywatyzację majątku państwowego. Zaczynaliśmy rozmawiać o pogodzie…  A po chwili dyskutowaliśmy o prywatyzacji. Wiele padało wtedy z jego strony oskarżeń o pazerność, złodziejstwo, o niekontrolowane rozdawnictwo i takie tam podobne. Zawsze myślałem o nim: dziwny gość. A tu proszę nie wariat, ale prorok. Przewidział najdziwniejszą prywatyzacje na świecie. Komisja działająca przy resorcie spraw wewnętrznych i administracji na mocy ustawy z tysiąc dziewięćset osiemdziesiątego dziewiątego roku, dotyczącej stosunków państwa i Kościoła, zajmujaca się m.in. roszczeniami strony kościelnej w sprawie dóbr kościelnych bezprawnie zagarniętych przez państwo w okresie PRL, przekazała od początku swej działalności Kościołowi ponad pięćset nieruchomości za ponad dwadzieścia cztery miliardy złotych i grunty rolne o powierzchni siedemdziesiąt sześć tysięcy hektarów. Czyli jak wyliczył pewien poseł lewicy kilkadziesiąt przedszkoli, szkół podstawowych, ponadpodstawowych, Domów Dziecka, Domów Pomocy Społecznej, 19 szpitali, obiektów służby zdrowia, czyli tzw. ZOZ-y, muzea, teatry. Nawet budynek prokuratury, budynek sądu rejonowego, budynek operetki oraz browar. Pamiętam też, że majątek przekazany przekroczył już dawno wartość tego, co kościół posiadał przed wojną.  I teraz jest największym posiadaczem ziemskim w naszym kraju. To się nazywa prywatyzacja!

Dziś na ulicy słyszałem fragment rozmowy dwóch panów. Nie wiem, czego dotyczyła, bo usłyszałem tylko końcówkę: – Jak ja bym tak prowadził interesy to by mnie dawno zamknęli – przekonywał jeden z rozmawiających. – No chyba, że byś to robił na państwowym etacie, nie prywatnie – dodał drugi. No tak! Faktycznie. Jest spora różnica. Zwykły prywatny przedsiębiorca czy nawet szary obywatel musi przed państwem wyspowiadać się z wydanej każdej złotówki, bo przecież od każdego grosza jest stosowny podatek. Za to taka komisja do spraw przekazywania państwowego majątku kościołowi nie musi przedstawiać sprawozdań ze swych prac. Nikt nie nadzoruje wycen ani oddawanych gruntów, ani tych, za które państwo płaciło odszkodowanie. I od jej decyzji nie ma odwołania. Niby wszystko w Polsce powinno być zgodne z konstytucją, ale jak w grę wchodzi dobro Kościoła oraz wielkie pieniądze to nie jest już tak łatwo. Od każdej prawie decyzji urzędniczej możesz się odwołać do sądu, ale nie od decyzji Komisji Majątkowej.

dziennik pesymistyczny

Wódz a za Wodzem – nic!

Obublikował pavvel dnia Komentarzy: 4

Aby prowadzić w Polsce auto trzeba być najzupełniej trzeźwym. Nie wolno pić alkoholu nawet tego z akcyzą. Zakazane jest zażywanie narkotyków. Nie wolno odurzać się innymi zakazanymi substancjami. Nie wolno brać silnych leków, które wpływają na psychikę. Ogólnie trzeba być w pełni świadomym by zasiąść za kierownicą samochodu. Bo takie jest w Polsce prawo. – I słusznie! – jakby powiedział mój znajomy. Bo przecież niebezpieczne i tragiczne w skutkach może być prowadzenie pojazdów mechanicznych pod wpływem. Każdy to wie. Nie każdy się stosuje do tych zasad, ale wiadomo tak to już jest. Żeby prowadzić pojazd mechaniczny trzeba być trzeźwym. To znaczy nie wolno być zamroczonym nawet lekami. Okazuje się jednak, że będąc pod wpływem bardzo silnych leków uspokajających można przewodzić największej partii opozycyjnej w naszej krainie cudów i dziwów. Ba, można nawet kandydować w wyborach na najwyższy urząd w państwie. Tam zamroczenie i niekontrolowanie sytuacji we własnym sztabie wyborczym jest całkowicie dopuszczalne. – Musiałem brać bardzo silne leki uspokajające, co też miało swoje skutki. Ja nigdy w życiu przedtem żadnych takich leków nie brałem, w związku z tym zadziałały na mnie bardzo silnie – mówił wielki przywódca dodając, że podczas wyborów odegrał rolę, którą dla niego wymyślono. Czyli był marionetką całkowicie skazaną na wolę innych, bo przez leki siebie i innych nie kontrolował? To bardzo ważne wyznanie, bo pokazujące, że w Polsce bardzo prawdopodobny mógłby stać się wybór na prezydenta człowieka, który do końca nie zdawał sobie sprawy z własnych czynów i słów. Mogę zrozumieć powody, dla których ktoś bierze takie leki. A nawet mu współczuć.  Ale nie mogę zrozumieć jak zażywanie leków, po których traci się kontrolę z rzeczywistością może stać się wytłumaczeniem dla przegranej w wyborach. Czyli okazało się, że cała kampania prezydencka prezesa była fałszywa, bo on był na psychotropach i nie za bardzo wiedział, co mówi i czyni. Jaką ja, – jako wyborca – mam gwarancję, że to, co słyszę z ust polityka jest jego linią programową, której mam zaufać, a nie są to tylko słowa, na które mają wpływ silne substancje medyczne?  Jaką ja mam gwarancję, że przez tego polityka nie przemawiają „ bardzo silne leki uspokajające”?

 

Gdy dziecko mojej znajomej coś spsoci to zawsze stara się udowodnić, że nie ono jest winne. Powtarza z uporem, że za te złe czyny odpowiada ktoś inny. W myśl zasady: to nie ja – to ktoś inny. To nie ja to zrobiłem – to koledzy mnie namówili. Ja jestem grzeczny… A to koledzy – ci inni – są źli i niegrzeczni i wszystkiemu winni. To właśnie przypomina mi się jak dziś słyszę słowa prezesa prawych i sprawiedliwy, które mają wyjaśnić nam porażkę jego ugrupowania w wyborach prezydenckich. Co jeszcze mi się przypomina jak słyszę takie słowa? Przypominają mi się słowa piosenki zespołu kabaretowego Trzeci Oddech Kaczuchy.  Pomijam już oczywistą analogię do samej nazwy grupy, bo to mierne… ale jest taki ich utwór pod tytułem Wódz, a właściwie poprawnie powinno się mówić o tytule To ja Manitou – bo tak zarejestrowana jest ta piosenka w ZAIKS-ie. – Witali, wołali, wołali, witali; Kwiaty, krawaty, pompa i puc; Lakierki, szpalerki, miliony ton stali; Wrzaski, oklaski, Pan Prezes Pan Wódz. – Tak brzmią pierwsze słowa piosenki. I czy nie ma w nich podobieństwa do naszej obecnej sytuacji? Czy tego nie znamy? Dalej jest jeszcze lepiej: Kwiaty dla niego, przemowy dla czerni; Wódz a za Wodzem wierni. Tu też jest podobnie albo może raczej było podczas kampanii wyborczej wielkiego wodza prawych i sprawiedliwych a za nim wierni. Ale teraz okazało się, że ci, co byli Wierni to znów nie tacy wierni się okazali. I już ich nie ma w świcie wielkiego wodza.  Popadli w niełaskę. Bo ktoś winny przegranej być musi, ale nigdy nie wódz. Szef prawych i sprawiedliwych stwierdził nawet, iż myślał, że pewna pani była jedynie twarzą kampanii, bo jest rzeczywiście wyjątkowo urocza, ale decyzji to już podejmować nie powinna.

 

Właściwie nie ma, co się wysilać i tłumaczyć oczywistą oczywistość tej sytuacji. Cały komentarz jest w dalszych słowach piosenki:, Kto winien? On milczy. Kto winien? Nie on!; On wzrusza się nagle w tym ciepłym lokalu!; On biedny, on chory, on biedny, on chory; (…) On wzrusza ramieniem, jak gdyby nic; Wódz a za Wodzem pic!; On wzrusza ramieniem jak gdyby nic; Wódz a za Wodzem – nic!