Yearly Archives

193 Articles

dziennik pesymistyczny

Jestem obcy, lecz u siebie

Obublikował pavvel dnia Komentarzy: 0

Jestem w wielkiej szklanej klatce. Siedzę pośrodku wielkiego pudełka o przezroczystych ścianach. Nie tyle mnie obserwują, co ja obserwuję.  Mam wrażenie, że świat przetacza się tuż obok z ogromną prędkością a ja siedzę w tej szklanej pułapce i zastanawiam się, na co wydać ostatnie pieniądze, które mi zostały do końca miesiąca. Może coś zjeść czy może coś wypić. A może zapłacić za prąd? Takie nowe: być albo nie być. Jestem uwięziony w tej pułapce przez pieniądz. A właściwie przez jego ciągły brak. Zarabiam i wydaję.  Jestem w tym ciągłym cyklu zaklęty niczym chomik biegający w karuzeli. Choć staram się ze wszystkich sił to stoję w tym samym miejscu. Pieniądz mnie uwięził. Jest moim strażnikiem. A może ja jestem jak ta rybka zamknięta w wielkim słoju? Takie akwarium stoi w holu firmy, w której pracuję. Jest w nim kilka roślinek oraz jedna złota rybka. Nie wiem, dlaczego, ale czuję z tą istotą szczególną więź emocjonalną… Zaraz, przecież wiem, dlaczego! Ja i ta moja znajoma z łuskami mamy podobny problem z życiem w podobnie ograniczonym środowisku. I tak samo jesteśmy zależni od tego, kto nas nakarmi. Jako człowiek to nawet mam lepiej, bo mam pracę. I do tego lubię to, co robie. Pewnie tak jak rybce podoba się w jej szklanym domu tak mnie podoba się w moim biurze. Ale to nie znaczy, że nie jesteśmy ograniczeni, zamknięci, odizolowani. Ścianami mojego akwarium są codzienne czynności. Jestem ograniczony szklanymi taflami z napisem kredyt lub rachunek. Miotam się, bo, w którym bym nie poszedł kierunku napotykam gładką przeszkodę nie do przebycia. Co miesiąc odżywam dostając na konto pieniądze za moją pracę i co miesiąc umieram płacąc coraz to większe rachunki. Niby jestem, a tak w zasadzie to mnie nie ma. Jestem w szklanej pułapce własnym niemożliwości i ograniczeń, w jakie wpakowało mnie to państwo, gdzie jedynym dobrem i prawdziwym bogiem wszechmogącym jest pieniądz.

 

Ja to mam jeszcze dobrze. Ale przecież ze swojego małego słoika obserwuję inne rybki kapitalizmu. Oni to dopiero mają problemy. Mnie to jeszcze karmią, czyli mi płacą. Mam pracę i płacę. Ale są przecież tacy, którzy nic nie zarabiają. Podobno nie można być jednocześnie twórcą i tworzywem. A ja czasami czuję się jak ten, co jest w szklanej pułapce i jednocześnie tym, który to zamknięcie innych obserwuje z zewnątrz będąc w takim samym położeniu. Jak bardzo zamknięci są ci, którym płaci się za ich pracę minimalną stawkę a jednocześnie wymaga się od nich zaangażowania w stopniu, co najmniej właścicielskim? Mój przyjaciel opowiadał mi o tym, że normą prawie jest w naszych firmach wypłacanie wynagrodzenia w ratach. A skarga karana jest skazaniem na bezrobocie z niemym przyzwoleniem państwa. Pamiętam, że ktoś opowiadał mi o psie pewnej pani, który codziennie biegał po osiedlu w poszukiwaniu pożywienia gdyż jego właścicielka wychodziła z założenia, że przecież zwierzak powinien się sam wyżywić. Ja też odczuwam opiekę mojego państwa. Mam na karku obrożę. Czuję, że jestem na krótkiej smyczy.  Nie jestem bezdomny w sensie bezpaństwowy. Jestem czyjś. Jestem udomowiony. Od wszechwładnego państwowego pana dostałem zakazy i nakazy. Ale wyżywić i obronić mam się sam. Bo wielki pan ma ważniejsze sprawy do załatwienia. To tylko przenośnia i jak to z nimi czasem bywa jest niedoskonała. Ale pokazuje jak wielki mam żal to państwa, że mnie ignoruje. Że przypomina sobie o mnie jak trzeba zapłacić za jego istnienie. Wtedy, gdy mam płacić podatki. – Nikt nie pomoże tym, którzy sami nie potrafią sobie pomóc – powiedział mi pewien pan tłumacząc w ten sposób niewystarczającą pomoc państwa dla bezrobotnych.

 

To jest największy sukces nowej Polski. To, że uwierzyliśmy, że tylko ten silny lub pozbawiony zasad a najlepiej wyposażony w obie te cechy osobnik, przeżyje w nowej rzeczywistość. Ja mam być bezwzględny, bo inni tacy są.  Mam oszukiwać, bo inni oszukują. Mam kombinować jak inni. A przede wszystkim mam posiadać, mieć jak najwięcej, zarabiać, gromadzić, składać. Nieważne są metody. Ważne są efekty. A ci, co tak nie chcą? Oni są nieprzystosowani. Są ułomni. – To są ci, co nie potrafili lub nie chcieli skorzystać na przemianach ustrojowych – jak mówi mój znajomy.  Jest takie porównanie do lokomotywy dziejów. Ja mam coraz częściej wrażenie, że gdy lokomotywa naszych najnowszych dziejów ruszała w podróż dwadzieścia lat temu do ja zdecydowanie byłem tam tym, co dorzucał do pieca i zagrzewał do szybkiej jazdy. Sprzątałem, oliwiłem, czyściłem tak, aby ta maszyna jak najszybciej nabrała szybkości. Teraz zorientowałem się, że bardzo wielu z moich współtowarzyszy podroży w tym czasie powoli, lecz systematycznie rozkładało pociąg na czynniki pierwsze równocześnie budując sobie salonki nadal ciągnione przez – już nie moją, bo sprywatyzowaną – lokomotywę. Żyję w wielki akwarium zamknięty przez pieniądz obserwując świat zza szyby. I mam poczucie wyobcowania.

dziennik pesymistyczny

Rządy PiSu na wychodźstwie

Obublikował pavvel dnia Komentarzy: 3

Obserwując naszą politykę można zdecydowanie dojść do wniosku, że są pewne siły polityczne w Polsce, które jak nic utworzą w najbliższej przyszłości rządy na uchodźstwie.  Jak wiadomo nie wszyscy wierzą, że jesteśmy wolnym i niezawisłym państwem. Są tacy, którzy zauważają, że żyjemy w kondominium, więc jak nic nie da się uniknąć powstania konkurencyjnych rządów. Nie bardzo wiem gdzie będzie rezydować ten nowy ośrodek prawdziwej prawej i sprawiedliwej władzy, ale że powstanie, jest już raczej pewne. Będzie to pierwszy przypadek, w którym największa partia opozycyjna wraz ze swym przywódcą, uda się na coś, na kształt emigracji wewnętrznej i w tym oddaleniu od politycznej i państwowej rzeczywistości utworzy własne ośrodki władzy tej prawdziwej w ich mniemaniu. W odróżnieniu od tej całkowicie zależnej i zawłaszczonej przez legalnie, co prawda wybraną władzę, ale przecież złą, bo nie ich. Wcale nie przesadzam. Coś jest na rzeczy. Prezes prawych i sprawiedliwych wraz ze swą wierną świtą pojawił się na warszawskich Powązkach Wojskowych już po zakończeniu oficjalnych uroczystości odsłonięcia pomnika ofiar, w której uczestniczyli między innymi prezydent Bronisław Komorowski, marszałek Sejmu oraz premier Tusk. Czy nie jest ostatnio tak, że przy każdej prawie okazji przywódca największej partii opozycyjnej oraz mu poddani manifestują swą odrębność. Tak to się dziwnie układa, że oni zawsze sami… że oni przed, albo po czasie… Najważniejsze, że nie razem z państwowymi oficjelami.  Bo oni przecież inni.

 

Do Bydgoszczy będę jeździł, a tu nie będę kupował – mówił pewien pan w pewnym polskim filmie sprzed lat. Może polityka to nie to samo, co sklep spożywczy, ale sposób obrażania się i konsekwencja w działaniu jak nic przypominają bohatera filmu w reżyserii Stanisława Barei. Prezes prawych i sprawiedliwych też jest obrażony na całą prawie polityczną rzeczywistość. Obraził się na prezydenta, na Radę Bezpieczeństwa Narodowego. Wykluczył z partii dwie posłanki – Joannę Kluzik – Rostkowską i Elżbietę Jakubiak, bo pewnie nie pasowały do wizji partii walczącej ze wszystkimi wokół. Kilku innych znanych polityków tego ugrupowania jest bliskich opuszczenia okrętu pod tym kapitanem i z takimi oficerami. – Nie podam ręki ani Komorowskiemu, ani Tuskowi – deklaruje w rozmowie z tygodnikiem Newsweek nieomylny wódz. Chyba już niewiele brakuje by PiS ogłosił, że nie uznaje urzędu prezydenta, bo to przecież tylko marionetka w rękach obcych polityki. Prezes prawych i sprawiedliwych zrezygnował z zasiadania w Radzie Bezpieczeństwa Narodowego, bo jak sam stwierdził w piśmie do szefa BBN „prezydent i rząd PO-PSL w swoich działaniach po 10 kwietnia 2010 nie sprostali wyzwaniu, jakim było zapewnienie podmiotowej pozycji naszego kraju w prowadzonym postępowaniu”. Odnoszę wrażenie, że to już taka totalna opozycja. Że partia ta sama ustawia się w jakieś totalne innej rzeczywistości gdzie każdy, kto ośmiela się choćby pomyśleć inaczej jest największym wrogiem, który niegodzien jest nie tylko rozmowy, ale nawet podania ręki. Łatwo można sobie wyobrazić sytuację, w której posłowie prawi i sprawiedliwi tak się obrażą na wszystkich innych parlamentarzystów, że będą tylko wtedy obradować w sejmie jak wszyscy inni posłowie już wyjdą.

 

Mam wrażenie, że dla większości polityków prawych i sprawiedliwych państwo, jako partner do rozmów przestało istnieć. Że z chwilą ogłoszenia wyników wyborów prezydenckich nastąpił w tym ugrupowaniu wielki foch na wyborców, że źle wybrali, oraz na tych, co zwyciężyli, że ośmielili się zwyciężyć. Nie jestem pewien czy ta partia pod przywództwem tego pana jest jeszcze zdolna do uznania istnienia państwa, w którym premierem nie jest wielki wódz. Chyba dla nich to, co jest wokół to takie swoiste państwo okupacyjne. A jak wiadomo z okupantem się nie kolaboruje.  Z nim się walczy, aby odbić je z wrogich rąk. A walka będzie ciężka, bo to przecież niewierni. Sam prezes przy każdej okazji podkreśla przecież, że obecny prezydent jest zdecydowanym wrogiem kościoła. I dlatego jak nic może wódz prawych i sprawiedliwych z dumą i w uniesieniu śpiewać wraz ze swymi wyznawcami: ojczyznę wolną racz nam zwrócić Panie. Tak, decydowanie jestem zdania, że jesteśmy już bardzo blisko chwili, w której powstanie pierwszy pisowski rząd na uchodźstwie wewnętrznym. Premiera już mają, bo pewnie nikt inny nie byłby godzien. A może i jednocześnie prezydenta? Kto wie? Jedno jest pewnie. Stanowisko ministra spraw zagranicznych jest od dawna obsadzone.

dziennik pesymistyczny

Jeśli nikt nie wie, o co chodzi…

Obublikował pavvel dnia Komentarzy: 0

Kiedy byłem małym chłopcem to uległem wielkiej pokusie. W latach mitycznych już dzisiaj -dla niektórych obywateli naszej ojczyzny – kiedy niczego nigdzie nie było, ja przez przypadek znalazłem w domu wielką torbę cukierków.  I uległem pokusie. Dzień po dniu podjadałem czekoladki z torby aż zjadłem prawie wszystko. Gdy na dnie torby zostało ledwo parę cukierków rodzice odkryli mój występek i wybuchła awantura. A ja pchany dziecięcą naiwnością starałem się ich usilnie przekonać, że największą dla mnie karą będzie to, iż nie dostanę już więcej słodyczy. Ewentualnie mogę się zgodzić na ich wydzielanie poprzez niezależnego arbitra, czyli moja mamę. Oczywiście nie chodziło mi o całkowity zakaz spożywania słodkości, ale o zakazanie mi dostępu do tej konkretnej torby z łakociami, w której pozostało i tak już niewiele. Pamiętam też, że moje dziecięce zachowanie wzbudziło wiele radości w rodzicach i burza, która rozpętała się nad moją głową jakoś przeminęła. Wesołość w moich rodzicach wzbudziło to, że po pożarciu w tajemnicy prawie wszystkich cukierków za rozwiązanie powstałego problemu uznałem zakaz dostępu do tego, co zostało. Taka naiwna dziecięca logika. Ale jak widać nie tylko ja tak postępuję. Są w naszym państwie osoby, które też stosują tę moją dziecięcą receptę na rozwiązanie sprawy zawłaszczonych słodkości.  Rząd podczas dzisiejszego posiedzenia zajmie się przepisami likwidującymi komisję majątkową. Ten zespół powołany wiele lat temu, uczestniczył w procesie zwrotu kościołowi katolickiemu majątku przejętego przez PRL-owskie władze. Komisja rozpatrzyła dwa tysiące osiemset spraw. Pozostało jedynie około dwustu dwudziestu nierozstrzygniętych. Czyli w tej wielkiej torbie cukierków, jakim był majątek przekazany kościołowi zostało i tak już niewiele.

 

W naszym demokratycznym kraju prawa, działała przez dwadzieścia lat instytucja, w której skład wchodziło po sześciu przedstawicieli rządu i episkopatu i która posiadała władzę, można by rzec ostateczną.  Komisja wydawała większość decyzji o przekazaniu majątku bez konsultacji z samorządami czy zarządcami nieruchomości oraz co najważniejsze, bez możliwości odwołania się do sądu od jej werdyktów. Spora władza przez nikogo niekontrolowana, od której nie można się było w żaden sposób odwołać. Komisja jak informowały media często nie weryfikowała wycen gruntów przedstawianych przez rzeczoznawców Kościoła, co prowadziło do znacznego zaniżania ich wartości. Odnoszę wrażenie, że jest to przypadek, w którym kilka osób na mocy dziwnego i niezrozumiałego prawa dysponowało naszym wspólnym majątkiem narodowym i dowolnie według własnej oceny przekazywało go kościołowi. Teraz jak niewłaściwości tej sytuacji stały się bardziej widoczne dla opinii publicznej, sprawę załatwia się tak, że likwiduje się przedmiot sporu. I po sprawie. A co z majątkiem już przekazanym? Jeśli wszystko było i działało właściwie to, po co likwidować komisję, jeśli zostało jej do rozstrzygnięcia kilkaset spraw? Jeśli były nieprawidłowości w jej działaniu to, co z tymi kilkoma tysiącami decyzji już wydanych? Nic nie rozumiem. Kościół przejął majątek wart ponad dwadzieścia cztery miliardy złotych. Oczywiście to jedna z wycen, bo i tu są znaczne rozbieżności. Sąd Rejonowy w Gliwicach aresztował na trzy miesiące pełnomocnika instytucji kościelnych z komisji majątkowej przy MSWiA Marka P. Jest on podejrzany o korumpowanie osoby pełniącej funkcję publiczną w komisji oraz o wielomilionowe oszustwa. Czyli wchodzą tu w grę duże pieniądze. Jak widać coś jest na rzeczy, bo bez powodu nikogo mam nadzieję się w Polsce nie aresztuje.  I co teraz? Teraz mówi się nam, że tak właściwie to wszystko było poprawne w działalności komisji majątkowej, ale tak na wszelki wypadek się ją zlikwiduje. Żeby chyba nie kusiło? Nie wiem. I podejrzewam, że niewielu wie.

dziennik pesymistyczny

Życie bez telewizji

Obublikował pavvel dnia Komentarzy: 3

 

– U mnie w domu nie oglądamy telewizji – powiedziała wyniośle jedna z pań podczas spotkania z koleżankami. Już właściwie miałem odejść, zostawiając przy kawiarniany stoliku panie same bez mojego męskiego towarzystwa, ale kategoryczny ton słów tej pani tak mnie zainteresował… że postanowiłem zostać jeszcze trochę dłużej czekając niecierpliwie na rozwinięcie tej wypowiedzi lub na ewentualną dyskusję na ten temat. I się nie zawiodłem. Warto było poświęcić kilka chwil. – Dlaczego Kasiu nie oglądasz telewizji? – Zapytały zatroskane przyjaciółki. – Ja i moja rodzina nie oglądamy telewizji, bo nie ma tam nic ciekawego – oznajmiła pani tym samym tonem, który bardziej pasował do wyznania wiary w kościele, niż do takiej deklaracji pozostawania pod wpływem małego ekranu. – Ja uważam – kontynuowała pani, – że, tam są same śmieci i dlatego, po rozmowie z mężem, podjęłam decyzje, że nie tylko my, ale i nasze dzieci będą wolne od telewizji. Koleżanki zgromadzone przy stoliku pokiwały głowami w milczeniu. I naprawdę nie wiem czy gest ten wyrażał aprobatę dla bohaterskiej żony i matki, która obroniła swe pociechy i w dodatku męża przed złym wpływem telewizji? Bo równie dobrze to kiwanie głowami w milczeniu mogło oznaczać coś wręcz przeciwnego. – Kasiu, ale jesteś świadoma istnienia takiego wynalazku jak pilot do telewizora zmieniający kanały? Przecież jak cię coś nie zainteresowało czy zdenerwowało nie musisz tego oglądać – zapytała jednak z koleżanek. Z tego wynikało, że przynajmniej ta przyjaciółka kiwając głową nie aprobowała antytelewizyjnego nastawienia swojej koleżanki. – Tak jestem, przecież mam telewizor, ale nie korzystamy z niego – odparła pani. I następnie wyliczyła skrzętnie powody swojego odwrotu od jednego ze środków masowego przekazu. Dowiedzieliśmy się, że jakość prezentowanych w TV programów jest merytorycznie żenująco niska. Że przez programy informacyjne można się pozbawić praktycznie w całości własnych poglądów. Że co drugi z programów w telewizji to ogłupiający taniec z gwiazdami, na lodzie lub na parkiecie. Że programy dla dzieci to już zupełnie mogą młodego człowieka pchnąć jedynie do zbrodni. I wiele jeszcze padło tam podczas tej dyskusji podobnych i bardzo szczegółowych przykładów szkodliwości oglądania telewizji. Mnie osobiście bardzo zdziwiła tak dokładna znajomość tematu przez panią Kasie, jeśli przecież jak sama twierdziła nie ogląda TV, bo to jej to szkodzi.

 

– Jak nie oglądasz to skąd wiesz, że ci zaszkodzi – padło, bardzo właściwe moim zdaniem, pytanie do pani Kasi. – Wiem i już… przecież wielu tak właśnie postępuje to musi być coś w tym dobrego – padła odpowiedź. Pomyślałem, że w zasadzie pani Kasia ma rację. Znam coraz więcej osób, które wręcz przy każdej okazji głośno manifestują swą wielką niechęć do telewizji, jako szatańskiego wynalazku prowadzącego prawie do zaniku mózgu u oglądających. Argumenty są zawsze dość podobne. Że to wyjątkowo wredne pudełko jest perfidnym zjadaczem czasu, który można poświęcić na o wiele ciekawsze zajęcia. I tu od razu słyszę, że jak się nie ogląda telewizji to można więcej poczytać.  Fakt, można… Ale też zależy, co się czyta. Czy czytanie brukowca opisującego życie gwiazd kina czy sportu jest ciekawszą formą poznawania świata niż oglądanie takiej samej informacji w telewizji? Nie sądzę. Ale jakoś tak się przyjęło, że czytanie jest jakby wyższym doznaniem niż oglądanie. Kiedyś widziałem film traktujący o latach dwudziestych ubiegłego wieku, gdzie w jednej ze scen główny bohater dostaje burę od swej matki za to, że przez cały dzień słucha radia a przecież mógłby poczytać. Chyba wszystko zależy od selekcji treści. Ja telewizję lubię, ale przecież też nie jest tak, że oglądam wszystko jak leci. Nie bardzo mogę zrozumieć tych, którzy generalnie nie oglądają, bo wszystko, co się pojawi na ekranie jest dla nich złe z racji tego tylko, że właśnie pojawiło się w telewizji. Czy takie manifestowanie niechęci do TV jest przejawem jakiejś mody? Dla mnie trochę tak właśnie jest. Nie rozumiem jak można nie przyjmować do wiadomości istnienia jednego nośnika informacji a inne aprobować. Wszystko jest dla ludzi. To tylko forma przekazu, tak samo jak książka czy kino. Nie słyszałem jeszcze żeby ktoś powiedział, że nie czyta niczego, bo generalnie to, co przeczytał do tej pory go nie zachwyciło. Nie zdążyło mi się jeszcze spotkać kogoś, kto powiedziałby, że generalnie nie chodzi do kina czy teatru, bo nic tam dla siebie nie znajduje. Za to takich, którzy głośno mówią: ja telewizji nie oglądam – jest na pęczki. A przecież wszystko zależy od indywidualnych wyborów. Oglądam w telewizji programy przyrodnicze dla przykładu, bo mnie to interesuje. Przecież wchodząc do księgarni też nie kupuję jak leci tylko wybieram. Jak stoję przed kinem, to też wybieram ciekawy dla mnie seans a nie idę na to, co jest w repertuarze. W kiosku z gazetami też nie kupuję wszystkich wydawnictw tylko wybieram. Dlaczego więc tylko telewizja stała się takim wrogiem publicznym? Przecież każdy telewizor ma przycisk zmieniający kanały i zawsze można się nim posłużyć.

 

dziennik pesymistyczny

Patriotyczny pakiet startowy

Obublikował pavvel dnia Komentarzy: 2

Nie wiem, z czego to wynika, że ciągle powracam w swoich tekstach do kilku filmów z dawnych lat. Pewnie z tego, że choć rzeczywistość wokół nas się zmieniła i zmienia nadal, to jednak świat wykreowany w komedii Miś Stanisława Barei jest nadal obecny w Polsce. Jest on w nas a już na pewno jest w polskiej państwowości. Czasem mam wrażenie, że choć ustrój się zmienił to jednak mentalnie nasi politycy pozostają nadal w misioladzie.  I pewnie dlatego w moich tekstach jest tak dużo odniesień to tych rewelacyjnych polskich komedii z ubiegłego już okresu a nawet wieku. Zaskoczył mnie swym pomysłem pewien poseł – o czym donosi tygodnik Polityka – który zaproponował, aby pełnoletniego obywatela, osiemnastolatka tak na dobrą, nową drogę życia oprócz dowodu uroczyście obdarować w urzędzie narodową flagą złożoną w ładnym etui oraz hymnem zgranym na odpowiednim nośniku.  Uroczystości takie miałyby się odbywać kilka razy w roku na specjalnych sesjach rady gminy. Wygląda na to, że parlamentarzysta uznał, iż osiągniecie pełnoletniości to dobry czas na naukę patriotyzmu. Jeśli młody człowiek osiągnie wiek dojrzały – zgodnie z odpowiednimi przepisami prawnymi – to państwo daje mu w nagrodę plastykową kartę, bez której nie będzie już mógł się obejść w swym życiu doczesnym. Bo jak wiadomo sam dowód osobisty oraz zawarte tam dane jak jego numer czy seria oraz PESEL są najważniejszymi ciągami liczb i liter, bez których nie można się już obyć. Nie można niczego załatwić, bo jak wiadomo w naszych urzędach i nie tylko w nich, ważniejszy jest sam dowód niż człowiek go posiadający. Nie wierzycie? Spróbujcie bez dowodu osobistego odebrać list na poczcie czy załatwić sprawę w urzędzie miejskim. Dlatego faktycznie dzień, w którym zostanie wręczony osiemnastolatkowi dowód osobisty jest dla obywatela najważniejszy w życiu.

 

I tu właśnie przypomniała mi się scena z Misia. Bohaterowie tej komedii Stanisław Paluch oraz Aleksandra Kozeł w pięknej sali urzędu dostają paszporty natychmiast, w trybie pilnym i na poduszkach. Wiem, dowód to nie paszport, ale jak już tu napisałem żyć bez niego w Polsce nie można, więc pewnie dlatego, jego wręczenie obywatelowi ma być nową uroczystą świecką tradycją. Mogę sobie nawet wyobrazić jak – wzorem filmu Barei – specjalni urzędnicy w strojach ludowych na poduszkach podają nowemu pełnoletniemu członkowi naszej państwowej wspólnoty dowód osobisty wraz z flagą państwową, egzemplarzem konstytucji oraz hymnem nagranym na płycie CD. Taki patriotyczny pakiet startowy w dorosłe życie. Ja dodałbym jeszcze na tej płycie instrukcję wypełnienia PIT, bo przecież tak w zasadzie to dla państwa jest najważniejsze. Jak w komedii sprzed lat, urzędnik przy dźwiękach patriotycznej pieśni recytowałby nowemu obywatelowi: Lądy i morza przemierzam, kulę ziemską z otwartym czołem. Polski mam dowód na sercu. Skąd pytam, skąd go wziąłem? A wziąłem go z dumy i trudu. Ze znoju codziennej pracy. Ze stali, z żelaza, z węgla. A węgiel to koks, to antracyt. Lub coś innego równie wzniosłego i patriotycznego.

Chyba nie tędy droga do szacunku dla polskiej flagi czy hymnu. Nie z urzędniczego nadania stajemy się obywatelami. Moim zdaniem w takim łączeniu uzyskania dowodu osobistego z wręczeniem flagi czy konstytucji jest coś z pasowania na obywatela. Kierunek jest dobry, ale jak zwykle wyniknie z tego coś, co będzie przypominało obowiązkowe wydawanie. – Proszę oto pański dowód. Należy się jeszcze flaga, konstytucja i płyta z hymnem. Proszę tu pokwitować – powie urzędnik. A ja wolałbym, aby posiadanie flagi czy znajomość konstytucji wynikała z potrzeby serca a nie z obowiązkowego nadawania tych symboli narodowych przez urząd. Pomijam też, to, że takie uroczyste wydawanie symbolu polskiej państwowości osobom wstępującym w dorosłość stanowiłoby znaczne obciążenia dla kasy państwowej. Może, więc lepiej wychowywać i edukować. Pamiętam jak prezes partii prawych i sprawiedliwych zasłynął śpiewem własnej autorskiej wersji słów hymnu. Może w takim razie warto, aby pan poseł taki zestaw startowy wręczyłby raczej własnemu szefowi partii? Znacznie taniej. A przykład idący ze szczytów władzy dla młodzieży… bezcenny.

dziennik pesymistyczny

Rozterki weselnego tworzywa

Obublikował pavvel dnia Komentarzy: 2

Znów byłem na weselu. Niespecjalnie przepadam za takimi imprezami – ale co zrobić. Czasami trzeba dla dobra ogółu dostosować się dla rodziny czy znajomych.  Nie żebym się specjalnie męczył na takim wyczynowym, całonocnym radowaniu się z zaślubin. Moja niechęć wynika raczej z tego, że nie jestem zwolennikiem zabaw i gier ludowych, do których jestem przymuszany podczas weseliska. Taneczne popisy oraz konkursy wywołują u mnie mieszane uczucia z przewagą tych negatywnych. Źle się czuję, gdy za namową rozradowanego tłumu krewnych i znajomych pary młodej muszę bawić się w coś, co jest dla mnie raczej upokarzające niż radosne. Można oczywiście odmówić kategorycznie uczestnictwa w takich zabawach. Ale zawsze znajdzie się ktoś, kogo taka odmowa urazi do żywego. Dlatego choć nie chcę to jednak muszę brać udział w czymś, co jest dla mnie bardzo nienaturalne. Takie tańce w kółeczko w tłumie kawalerów, – bo tak sobie właśnie wymyślił wodzirej – są dla mnie, czymś bardzo uciążliwym. Ale gdy moje poświęcenie przynosi radość parze młodej mogę swoją niechęć przełamać i zatańczyć… i zaśpiewać… a niech im tam będzie. Choć nadal moja natura jest tym wszystkim udręczona. To wyjątkowa noc i mogę się dostosować do tradycji i gustu większości weselników, którzy takich atrakcji właśnie oczekują od wesela.

 

Kolejne męki spotykają mnie po kilku tygodniach, gdy pojawi się film zarejestrowany na uroczystości. Niby to wiem, że ten pan, co to biega za weselnikami z kamerą nie jest tu przypadkowo. Ale jakoś tak po kilku godzinach zapominam o tym, że to, co ja tam robię jest skrzętnie rejestrowane przez oko kamery. Ja się tam – na weselu – poddaje presji szczególnego miejsca i czasu. I po spożyciu kilku napojów rozluźniających zapominam o tym, że jestem inwigilowany. Ale przecież już wtedy powinienem wiedzieć, że moje żenujące popisy taneczne zostały zarejestrowane i przyjdzie taki dzień, gdy ktoś to będzie oglądał. Moi znajomi a w szczególności znajome uwielbiają oglądać film z wesela. To taka nowa świecka tradycja. Spotykać się, aby jeszcze raz na ekranie przeżywać to, co wydarzyło się kilka tygodni temu. – Po co to oglądamy przecież tam byliśmy i wiemy jak było – zadaję wtedy znajomym i rodzinie pytanie. Ale jest to raczej pytanie retoryczne. Nikt mi na nie odpowiada. Bo przecież jak to miło i radośnie jeszcze raz przeżyć tę piękną uroczystość. Nikt nie może zrozumieć, że to jest po prostu dla mnie traumatyczne przeżycie. Ale tak jak na weselu biorę udział w grach, które mnie nie bawią tak i teraz siedzę przed ekranem i jeszcze raz oglądam to, czego doświadczyłem wraz z innymi weselnikami. Zawsze też przy takich okazjach przypomina mi się zdanie z filmu Rejs gdzie pewien pan opowiadał, że podobają mu się melodie, które już raz słyszał. Tak po prostu. I tu też widzę, że wszyscy dobrze się bawią oglądając po raz kolejny to, co i tak już dobrze znają.

 

Ja podczas takich seansów czuję się jak bohater Rejsu. On nie lubił chodzić do kina, a szczególnie na filmy polskie. A ja nie cierpię takich filmów weselnych. Nudzą mnie po prostu. –  Nuda… Nic się nie dzieje proszę pana. Nic. (..) Dialogi niedobre… Bardzo niedobre dialogi są. Proszę pana…W ogóle brak akcji jest. Nic się nie dzieje. Proszę pana – idealnie pasuje do takiej sytuacji wypowiedź inżyniera Mamonia. No, bo to jest tak, że właściwie wiele się na ekranie dzieje, ale tak jakoś trudno to oglądać. Tu śpiewy przy stole… Tam tańce… I ja się nudzę. A wygląda na to, że jestem w tej swojej niechęci do filmów weselnych zdecydowanie odosobniony. I nie znajduję absolutnie zrozumienia wśród bliskich i znajomych, dla których jest to urocza pamiątka. Oczywiście mogę się opierać i nie oglądać takich filmów, ale czasami sytuacja jest bez wyjścia.  I jestem do tego zmuszony. – Patrzę, patrzę na to… No i aż mi się chce wyjść z… kina proszę pana, – że znów przywołam cytat z Rejsu. Tylko, że inżynier Mamoń mógł wyjść z kina, a ja nie zawsze mogę zrezygnować z seansu, bo presja środowiska jest za duża. Jak tak się zastanawiałem, dlaczego we mnie jest taka niechęć do tej filmowej weselnej pamiątki przypomniało mi się kolejne zdanie z cytowanego tu już przeze mnie filmu: Nie mogę być równocześnie twórcą i tworzywem. I pewnie tak właśnie jest. Może to, że ja tam występuję na tych filmach w roli drugoplanowej jest przyczyną mojej niechęci? Pewnie tak. A już na pewno jedną z przyczyn.

dziennik pesymistyczny

Nie partia, lecz człowiek

Obublikował pavvel dnia Komentarzy: 0

– Ależ ja nie jestem związany z żadną partią – słyszałem jak pewien lokalny polityk chwalił się swą niezależnością swojemu potencjalnemu wyborcy.  I wydaje mi się, że to całkowicie nowy trend. Coraz więcej jest takich lokalnych polityków w skali samorządowej, którzy to nie chcą poparcia wielkich finansowanych przez państwo partii politycznych. –  On jest całkowicie niezależny i chce działać dla dobra miasta – słyszałem ostatnio opinie pewnego znajomego o kandydacie na prezydenta mojego miasta. Odnoszę wręcz wrażenie, że teraz poparcie, którego może udzielić wielka partia jest raczej czymś wstydliwym w wyborach samorządowych niż powodem do dumy. Kilka dni temu znalazłem w mojej skrzynki pocztowej ulotkę kandydata na urząd prezydenta mojego prowincjonalnego miasta. Ten urzędujący prezydent oraz kandydat na następną kadencję opisuje dość szczegółowo, co on takiego przez ostatnie lata dokonał i czego jeszcze może dokonać, jeśli wyborcy okażą się dla niego łaskawi. Jest w tym liście do mieszkańców miasta mowa o środkach europejskich, o inwestycjach, o nauce, infrastrukturze drogowej oraz kolejowej, o bezpieczeństwie w mieście. Jest też sporo o sukcesach magistratu pod przewodnictwem kandydata i urzędującego prezydenta w dziedzinie służby zdrowia, kultury oraz sportu. Mnóstwo informacji i nic o tym, że kandydat jest popierany przez partię prawych i sprawiedliwych. Nie wiem, czy to tak specjalnie czy przez przypadek, ale fakt jest faktem. Dużo się zmienia tu na prowincji, jeśli chodzi o przyznawanie się do przynależności partyjnej.

 

Zapewne niewielu z kandydatów zrezygnowało z pieniędzy, które idą za poparciem dużej partii, ale niekoniecznie tym poparciem partyjnego molocha chcą się tym chwalić lokalnie. To chyba całkowicie nowa moda, którą zdecydowanie popieram. Ważniejsza jest przecież wiedza merytoryczna kandydata oraz jego dotychczasowe osiągnięcia, które można zobaczyć, na co dzień idąc ulicami miasta, niż to, do jakiej partii ów polityk należy. Jak wynika z sondażu CBOS w wyborach samorządowych większość respondentów wolałaby głosować na kandydatów niezwiązanych z żadną partią czy ugrupowaniem politycznym i to bez wstydu czy mówimy tu o wyborach do rad, czy też o wyborach na wójtów, burmistrzów, czy prezydentów miast. Mamy tu do czynienia z sytuacją, w której przynależność partyjna może stać się przeszkodą w sukcesie wyborczym. – On jest z PiS? Naprawdę? Co Pani powie – słyszałem rozmowę pań w średnim wieku pochylonych nad wyborczą ulotką. Tak jakby to, czym się kandydat chwalił w druku wyborczym nie współgrało paniom z jego przynależnością partyjną. Chyba nie mamy zaufania do kandydatów w barwach partyjnych, bo według tych samych badań, o których pisałem wcześniej pięćdziesiąt dwa procent ankietowanych w głosowaniach do rad gmin czy miast wolałoby poprzeć kandydata niezwiązanego z żadną partią czy ugrupowaniem politycznym. Natomiast na kandydatów jakiejś partii czy ugrupowania wolałoby oddać głos dwadzieścia dwa procent badanych. W wyborach wójtów, burmistrzów, prezydentów miast, na kandydatów niezwiązanych z jakąś partią czy ugrupowaniem politycznym chciałoby zagłosować czterdzieści osiem procent respondentów, a na kandydatów wspieranych przez jakąś partię czy ugrupowanie polityczne tylko dwadzieścia cztery procent. 

 

Ta niechęć do polityków, za którymi stoi wielka partia jest pewnie podyktowany zmęczeniem obywateli, którzy mają już dość oglądania wiecznych sporów o nic w wykonaniu posłów. Mają już dość polityki odnoszącej się do ideologii. Wolą kandydatów, którzy coś już pokazali lub takich, którzy tylko obiecują – ale za to konkretne rzeczy – takie jak drogi, przedszkola, biblioteki. Łatwiej rozliczyć prezydenta miasta z obietnicy wybudowania basenu niż posła czy senatora z obietnicy walki z bezrobociem. Chyba w końcu zrozumieliśmy, czym jest samorządność. Że tu na prowincji wcale nie jest ważne jakieś „jakieś „ple, ple”, że wszyscy winni”. Tu ważniejsze jest to czy na czas skończono remont drogi. Tu lokalnie trudniej jest powiedzieć – Jestem posłem. Pocałujcie mnie w d…”  – Jak pewna pani posłanka policjantom, gdy ci zatrzymali ją do kontroli. Tu lokalnie i prowincjonalnie trudniej jest być zbawcą narodu z wielką wizją zmian, ale bez żadnych konkretów. Tu nie partia się liczy, ale człowiek.

dziennik pesymistyczny

Nowa stara propaganda

Obublikował pavvel dnia Komentarzy: 3

Przeżyłem deja vu. Dostałem na ulicy lokalną bezpłatną gazetę, spojrzałem na jej zawartość i przeżyłem prawdziwy szok. Miałem wrażenie, że przeniosłem się do czasów wczesnej młodości gdzie w rękach mogłem trzymać, co najwyżej organ prasowy partii polskiej zjednoczonej a nie papierowe dzieło kapitalistycznego rynku gazety kwitnącej w moim mieście. W tym współczesnym nam wszystkim bezpłatniku na pierwszej stronie dodatku traktującego o inwestycjach zamieszczono zdjęcie prezydenta mojego miasta. Niby nic niezwykłego a jednak. Na fotce widać jak gospodarz mojego grodu z grupą inżynierów chyba, – bo wszyscy w białych koszulach – przechadzał się po nowo oddanym do użytku odcinku drogi miejskiej. Prezydent za plecami ma koparkę a uniesioną dłonią wskazuje w dal. Tak jakby doradzał, wskazywał kierunek dalszych prac budowlanych.  Jedno spojrzenie wystarczyło, aby wiedzieć, że to prawdziwy wizjoner, dobry przywódca oraz wielki kreator mojego prowincjonalnego miasta. On tam – na tym zdjęciu – kroczy dumnie po tym, co już zostało zrobione kierując swe kroki ku naszej wspólnej świetlanej przyszłości. Nadzoruje i wyznacza kierunki. Wiadomo, pańskie oko konia tuczy. Nad fotografią umieszczono tytuł wywiadu z prezydentem. Który może być też najlepszym opisem tego, co na zdjęciu. To jeszcze trzeba zrobić – głosi tytuł.  I tu właśnie mamy moje odczucie, że podobna do tej sytuacja wydarzyła się już w mojej w przeszłości.

 

Pod koniec lat osiemdziesiątych ubiegłego wieku dostałem w prezencie encyklopedię dla dzieci. Taki bardzo specyficzny książkowy wymysł propagandy sukcesu z lat poprzednich. Już wtedy to, co w niej widziałem było dla mnie dziwne i zabawne jednocześnie. Na jednej z książkowych fotek bliskiej mojemu sercu, bo pokazującej moje miasto rodzinne można było zobaczyć Edwarda Gierka, który podczas jednej z roboczych wizyt w moim mieście spotkał się z budowniczymi osiedla mieszkaniowego. Na fotografii widoczny był pierwszy sekretarz, który z zatroskaną miną wskazując dłonią jeden z bloków z wielkiej płyty o coś tam pytał równie zatroskanych budowlańców. Wszyscy w białych kaskach na głowie. Tak to zapamiętałym. A tu teraz znów widzę na zdjęciach w gazecie panów w krawatach i kaskach. I znów – jak wtedy – widzę ten gest prawdziwego gospodarza, który w trosce o lepsze jutro pochyla się nad losem kolejnej inwestycji miejskiej. Takie deja vu. Ja rozumiem tamten czas propagandy sukcesu. Ja wiem, że takie były wtedy standardy i tak się przedstawiało rzeczywistość. Ale dlaczego ja znów oglądam to samo współcześnie? Chyba nie jestem jedynym, któremu się to skojarzyło. To, co było z tym, co teraz jest. Podobieństwa są ogromne.

 

I teraz powiem coś, co wyda się tym, którzy mnie znają osobiście prawdziwą herezją. Prezydent mojego miasta sprawia dobre wrażenie. Nie zgadzam się z jego politycznymi poglądami. Daleko mi do partii, z której się wywodzi. Ale jak obiektywnie – czy może tak subiektywnie i prywatnie – na to patrząc te ostatnie cztery lata jego rządów w naszym mieście nie były takie złe. Czyli robi on na mnie dobre wrażenie, mimo, że jego doradcy za wszelką cenę chcą zrobić z niego kogoś, kto mi przypomina pierwszego sekretarza z czasów propagandy sukcesu. Nie wiem, w jakim kierunku potoczy się dalej jego kapania wyborcza, ale obawiam się, że zobaczę jeszcze wiele takich fotek i przeczytam wiele takich tytułów jak te, które opisałem. Wolałbym normalnej informacji a nie propagandy. Wolałbym zobaczyć mniej patosu i zapatrzenia we własne sukcesy. A więcej szczerej informacji o tym jak jest naprawdę.  Mój znajomy z Wielkiej Brytanii mówił mi kiedyś, że on i jego rodzina wcale nie wiedzą jak nazywa się ich urzędnik odpowiedzialny za lokalne drogi. Oni za to doskonale wiedzą, że mają dobre drogi. Nie trzeba mnie zaczarowywać propagandówką w stylu lat minionych. Wolałbym więcej nie przeżywać takiego deja vu.

 

dziennik pesymistyczny

Akcja, reakcja i ochrona

Obublikował pavvel dnia Komentarzy: 2

Widziałem w telewizji zdjęcia z Afganistanu, na których zatłoczoną ulicą poruszał się konwój ciężko opancerzonych i uzbrojonych pojazdów eskortujących auto polityka. I do niedawna wydawało mi się to egzotyką krajów ogarniętych wojną, tam gdzie codziennością są zamachy bombowe. Bo tam gdzie masowo giną ludzie oraz ich polityczni przedstawiciele normalnością stała się silna ochrona. U nas też doszło do zamachu na polityka. Szaleniec tak bardzo znienawidził naszą klasę polityczną, że postanowił zabić kogoś z jej przedstawicieli. Nie miał – z tego, co donoszą media – szczególnych preferencji politycznych czy światopoglądowych, co do swojej ofiary. Ogólnie chodziło mu o zabicie polityka. I nie miało dla niego większego znaczenia, z jakiej opcji politycznej ofiara się wywodzi. Straszne i smutne jest to, że zginął człowiek. Mój nauczyciel z liceum ciągle powtarzał, że zawsze jak jest akcja to musi być też reakcja. I tak jest w tym przypadku. To ciągłe polityczne szaleństwo walki o nic przed kamerami telewizyjnymi. To wieczne naskakiwanie na siebie i obrażanie się przy każdej okazji. Te debaty i spory o sprawy, które większość społeczeństwa niewiele obchodzą. Ta nienawiść i agresja polityków. To machanie krzyżem. To stawianie jednych tam gdzie stało ZOMO, a drugich jako przeciwników wiary i religii. Wojny polsko – polskie. Wykluczanie, staczanie się i dorzynanie.  Śpiew o „ ojczyznę wolną”, którą tylko Bóg nam może zwrócić. Ci agenci obcych mocarstw. Kondominia. I całe to wielkie szaleństwo w walce o władzę, dla władzy tylko, musiało w końcu doprowadzić do tego, że ktoś wybrał najbardziej złą drogę. Drogę politycznego morderstwa. I jeśli to polskie piekło politycznego szaleństwa jest akcją, to znaczy, że to morderstwo stało się na to polityczne bredzenie reakcją.

 

Zaciekawiło mnie to, że tak wielu polityków w ostatnich dniach zaczęło wołać o ochronę ponoć zagrożonej demokracji. Tak jakby nie dostrzegając, że to morderstwo nie było wymierzone w demokrację, ale w tych, co z demokratycznych procedur i instytucji uczynili scenę do walki o swe urażone prywatne ambicje. Mam wrażenie, że Polską już od wielu lat nikt nie rządzi. Polską się zarządza. Od wyborów do wyborów. A społeczeństwo jest tu tylko czynnikiem utrzymującym klasę polityczną oraz państwowych urzędników. Potrzebni jesteśmy politykom tylko do głosowania i do płacenia podatków. – Politycy mają skłonność do myślenia o następnych wyborach, a nie o następnym pokoleniu – powiedział Ronald Reagan. To polityka doraźnych korzyści. Wielkich wojen doktrynalnych. Nikt nie rozmawia tu o bezrobociu, służbie zdrowia, biedzie. W polskiej polityce łatwiej jest mówić o krzyżu przed pałacem prezydenckim czy o odpowiedzialności za wypadek lotniczy, niż o pomysłach jak wyrwać tysiące Polaków ze skrajnej nędzy czy beznadziejności egzystencji za minimum socjalne. Wytworzyła się sytuacja patowa gdzie po jednej stronie jest państwo i politycy, a po drugiej stronie są prości ludzie, którym bardziej zależy na codziennym dobrobycie niż na ideologii. To najbardziej widoczne jest przy każdych kolejnych wyborach. Czy nie jest tak, że przez to umacnianie naszej sceny politycznej poprzez państwowe pieniądze dla partii politycznych płynące z naszych podatków, wytworzyło się u nas coś, co pozwolę sobie nazwać państwową demokracją? Mamy dwie silne naszymi pieniędzmi partie polityczne i prawie pięćdziesięcioprocentową absencję przy urnach wyborczych. Tu widoczna jest akcja i reakcja. Nikt nie będzie legitymizował rządów polityków, których nie uważa za swych reprezentantów. 

 

Na początku tego tekstu przywołałem obraz z kraju ogarniętego wojną. Napisałem o uzbrojonych konwojach. O eskorcie i ochronie dla polityków. Ja wiem, że każdy ma prawo do obrony swojego życia. Polityk, który czuje się zagrożony ma prawo do ochrony. Bo tam gdzie jest akcja, czyli zamach w Łodzi – tam jest też reakcja, czyli przydzielenie politykom ochrony. Ale ja poczułem się jakoś tak z tym dziwnie. Czy ja, czując się zagrożony tym, co powiem lub napiszę miałbym prawo do szczególnej ochrony? Czy ktokolwiek z obywateli – takich szaraków – miałby w tej kwestii szanse na specjalne względy? Nie. Zdecydowanie nie. Ale jeśli jesteś politykiem, zdecydowałeś się zostać trybunem ludu, poczuwasz się do tego, aby występować z woli wyborców, jeśli jesteś wybranym z narodu i jednocześnie się go boisz, to coś nie jest do końca jasne. Czy odwagą jest głoszenie niewygodnych dla obywateli praw i słów tylko zza pleców ochroniarzy? Może tak. Ale ja pozwolę sobie na odrębne zdanie. Nie wyobrażam sobie polityki robionej zza zasieków z drutu kolczastego. Nie czułbym się najlepiej gdybym z posłem z mojego okręgu wyborczego rozmawiał tylko w obecności jego ochroniarzy. Czy rząd przeprowadzi się do specjalnie chronionej „ zielonej strefy”, bo szaleniec zabił z nienawiści do klasy politycznej? Czy jedyną reakcją na ten bezsensowny mord będzie wzmocnienie ochrony polityków? Z mojego pesymistycznego postrzegania świata wynika, że tak właśnie będzie. Na wzmocnionej ochronie się skończy. Ale może to i dobrze. Bo ochrona nie dopuściłaby do sfilmowania posła, który chwiejnym krokiem, na nogach jak z waty, błąkał się po parkingu prze hotelem sejmowym.  Ochrona posła – gdyby ją miał – nie pozwoliłaby zawianemu politykowi na taką pomyłkę, by ten w stanie ograniczonej świadomości wsiadł do nie swojego auta. Tak, ochrona jak nic jest politykom przydatna.

dziennik pesymistyczny

Kapania nienawiści

Obublikował pavvel dnia Komentarzy: 2

Mam kłopot. Jestem niespotykanie spokojnym człowiekiem. Nie tylko ja tak o sobie myślę, ale myślą tak o mnie ci, którzy znają mnie prywatnie. Mam kilka wad, jak każdy. Jedną z nich jest to, że mam zawsze swoje zdanie i nie mogę się powstrzymać by go nie wypowiedzieć publicznie. Jak coś mam do kogoś to mu to mówię wprost. Dlatego mam też wrogów. Takich, co to ściskają się ze mną na ulicy a gdy mnie nie ma w pobliżu opowiadają, jakim to jest złym człowiekiem. A skąd kłopot? Już mówię. Czasem zdarzało mi się w przeszłości i teraz też się tak przydarzy, że pozwalałem sobie na krytykę tego, który sam siebie uważa na najbardziej prawego i sprawiedliwego polityka w Polsce. Czyli zdarzało mi się po wielokroć nawiązywać słownie do „kampanii nienawiści”. To takiej kampanii jak ją rozumie prezes pewnej partii opozycyjnej. Tej największej i najgłośniejszej. Ja tam wcale nie żywiłem w stosunku do niego żadnych uczuć. No może poza litością. Nie mogę powiedzieć, że go kochałem. Ale nie mogę powiedzieć też, że go nienawidziłem. Gdy już pisałem o prezesie prawych i sprawiedliwych to starałem się tylko pokazać jego głupotę. Taką zwykłą ludzką głupotę. Ale to jeszcze bardzo dalekie było od nienawiści.  Choć pewnie sądząc po wypowiedziach partyjnych działaczy podległych prezesowi wpisywałem się w nurt „kampanii nienawiści”. Bo dla nich każda krytyka to nienawiść do ich partii. Wiem, mnie też czasem ciężko jest znieść złe słowa o mojej osobie, ale nigdy nie mówiłem, że w stosunku do mnie trwa jakaś zmowa nienawiści. A już na pewno nie pozwoliłbym sobie na sugerowanie, że „każde słowo, które będzie nawiązywało do „kampanii nienawiści” będzie wzywaniem do morderstw, ktokolwiek je wypowie, polityk czy dziennikarz”. A tak powiedział wczoraj prezes prawych i sprawiedliwych. I z tym właśnie mam kłopot.  

 

Bo czy ja nawoływałem czy dziś nawołuję do morderstwa? Czy krytyka głupich wypowiedzi i nieporadnych czynów polityka może wzywać do morderstwa? Jeśli słowa mogą zabijać to, co muszą dziś czuć politycy! Ci po dwóch stronach barykady swych własnych nienawiści. Nie ja tu jestem winien temu, co stało się w siedzibie łódzkiego PiS. Ja tego nie zaczynałem. Ja to tylko komentowałem. Tak jak wielu – wśród dziennikarzy i wśród zwykłych ludzi. Nie może być winny za walki kibiców na stadionie komentator sportowy. Wina jest w was politycy. Odpowiedzialność jest po waszej stronie. Ten, kto sieje wiatr ten zbiera burze. Nie dziennikarze wymyślili spory o krzyż. Nie w mediach wywołano wieczne spory o odpowiedzialność za katastrofę lotniczą. Tak, to wy w swych wypowiedziach nawoływaliście do nienawiści. Więc teraz nie ma, co przerzucać się odpowiedzialnością. Teraz nie trzeba mówić: to nie ja to kolega. To ty jesteś winna polityczna elito. Tak już daleko zaszliście w swych sporach o ideologie, że zapomnieliście o nas. Zapomnieliście o ludzkich emocjach. Podkładaliście ogień pod kocioł, w którym w końcu zawrzało.  I teraz macie czelność mówić, że to nie wy? Wina jest tam gdzie wielu walczy o władzę. Nie o lepszą Polskę o zwykłą władzę. Jak wyglądają sale sejmowe podczas głosowań nad rolnictwem a jak wyglądają burzliwe debaty, gdy spór idzie o ideologię, czyli tak naprawdę o nic konkretnego. Nie wolno rozpalać emocji do granic wytrzymałości a potem szukać odpowiedzialności po stronie przeciwnika politycznego. Wszyscy bez wyjątku są winni. To całkiem tak, jakby torreador machając czerwoną płachtą przed bykiem, potem miał do zwierzęcia pretensje o to, że ten wziął go na rogi. 

 

Zgadzam się z prezesem, że „to wydarzenie nie miało charakteru przypadkowego”. Jeśli szaleniec zabija człowieka to tragedia. Ale większą tragedią jest usilne dopasowanie odpowiedzialności za ten czyn do konkretnej osoby. Uważam, że winą można obarczyć to, co wyprawia się od lat na naszej scenie politycznej. Że przyczyną są te odwieczne i brutalne spory o nic. O doktryny, przekonania, ideologie, teczki, religie i tym podobne. Ja wolałbym dyskusje o czymś, co przyniesie wymierny efekt, a nie o odpowiedzialności za usunięcie krzyża spod pałacu prezydenckiego. Moherowe berety nie były początkiem, były już wynikiem ideologicznej konfrontacji bez oglądania się na konsekwencje. Teraz doszło do fizycznej agresji, bo słowa polityków, które atakują nas zwielokrotnione z telewizji, radia, gazet i internetu nie są tylko słowami. To, że o kimś się mówi, że jest agentem obcego mocarstwa do kogoś dociera. Tak samo jak słowa o dożynaniu watach.  Słowa są jak ziarno. Gdy padną na podatną glebę, nie tylko rodzi się z nich dobro, ale też i zło. A odpowiedzialność jest zawsze po stronie tych, którzy sieją, a nie tych, którzy tylko się przyglądają i komentują.