Yearly Archives

193 Articles

dziennik pesymistyczny

Niespieszny wyścig ciężarówek

Obublikował pavvel dnia Komentarzy: 1

W Ameryce mają swoje wyścigi ciężarówek potworów. Monstra na ogromnych kołach starają się wzajemnie rozjechać, żeby jak najszybciej dotrzeć do mety. Ale i my – Polacy nie jesteśmy gorsi, bo też mamy swoje motorowe sporty narodowe. Tylko, że nie uprawiamy ich na specjalnie do tego wyznaczonych torach, ale na ogólnie dostępnych drogach. Może nie wszyscy, ale nie zmienia to faktu, że jak żaden inny naród mamy zamiłowanie do szaleństw za kółkiem. Nie przeszkadza nam nawet brak samochodu sportowego. Nawet, kiedy prowadzimy kilkunastotonową ciężarówkę chętnie przystępujemy do rywalizacji na drodze. A że innym przeszkadzamy, trudno. Sport to zdrowie, a już motorowy szczególnie.

 

Każdy, kto choć raz podróżował po polskich szosach zapewne spotkał się ze zjawiskiem wyścigów między kierowcami TIR-ów. W klasycznych rajdach chodzi o jak najszybsze dotarcie do wyznaczonego punktu. W tym przypadku jest prawie tak samo. Ale jak wszyscy wiemy: prawie robi dużą różnice. Gdy pojazdy, które na polskiej drodze biorą udział tym dziwacznym współzawodnictwie są wielkimi ciężarówkami, ważącymi po kilkanaście ton to różnice prędkości miedzy nimi też najczęściej bywają znikome. I jak się łatwo domyślić taki wyścig miedzy panem Henkiem w Scanii a panem Zdziśkiem w Renault trwa przez wiele kilometrów. Ale jeśli chodzi o sportowe emocje prawdziwy zawodnik czasu przecież nie liczy.

 

Zawsze, gdy zbliżam się samochodem do ciężarówek sunących w kolumnie po dwupasmowej drodze i chcę je wyprzedzić jedna z nich właśnie wtedy zaczyna ten sam manewr. Na początku kierunkowskaz, za co oczywiście bardzo dziękuję, bo nie każdy ma to w zwyczaju. A następnie wielkie cielsko zaczyna powolny zjazd na lewy pas ruchu i się zaczyna. Czas płynie, kilometry mijają niespiesznie a Pan Heniek z Panem Zdziśkiem w swoich stalowych maszynach jadą sobie równolegle. O przepraszam, jeden drugiego wyprzedza, bo już nie mógł pewnie znieść faktu, że ten przed nim jedzie trochę szybciej. 

 

A ty człowieku suniesz sobie za nimi w swoim malutkim samochodzie z napięciem obserwując te czasochłonną i wielokilometrową rywalizację. Wszystko rozumiem, czasem faktycznie już nie można znieść tego, że samochód przed nami wlecze się wolno bez żadnej rozsądniej przyczyny. Ale jeśli ja jadę z dozwolona prędkością a przede mną z minimalnie mniejszą prędkością jedzie inny pojazd to nie wyprzedzam na siłę, żeby tylko dobić do prędkości wskazanej przepisami. A już na pewno nie wyprzedzałbym, jeśli moja moc silnika nie jest w stanie zapewnić mi prędkości tak dużej żeby manewr wyprzedzania był wystarczająco bezpieczny. Ale jak widać ta prosta prawda nie dotarła do niektórych kierowców ciężarówek.

 

dziennik pesymistyczny

Rośnie w górę Polska druga!

Obublikował pavvel dnia Komentarzy: 1

Jak byłem jeszcze dzieckiem, dostałem w szkole nagrodę za zajęcie pierwszego miejsca w konkursie recytatorskim. Nagrodą była książka, a właściwie encyklopedia dla dzieci. Wielka księga opisująca świat widziany przez pryzmat propagandy sukcesu. Za oknami mojego rodzinnego domu panowała totalna szara rzeczywistość socjalistycznego państwa. Za to, gdy tylko otwierałem książkę, świat od razu nabierał barw. Były tam zdjęcia zwierząt, których nigdy nie widziałem, lądów, których nigdy nie zwiedziłem i ludzi, których nigdy nie poznałem. Był tam po prostu świat bardziej kolorowy od tego, który mogłem zobaczyć i doświadczać, na co dzień. Ale najważniejsze było to, że lektura książki napełniała mnie wielką dumą. Rozpierała mnie od stóp do czubka głowy ogromna duma z naszego wielkiego i zasobnego kraju, o którym czytałem w mojej książce. Towarzysz Edward Gierek z troską widoczną na fotografiach pochylał się nad dziesiątkami problemów, z którymi borykała się nasza socjalistyczna ojczyzna. Ale obraz był ogólnie przepiękny i poukładany. Polska rosła w siłę, a ludziom żyło się dostatniej. Przynajmniej teoretycznie.

 

Z mojej dziecinnej encyklopedii wynikało, że Polska lat siedemdziesiątych jest w pierwszej dziesiątce potęg gospodarczych na świecie. Że w wydobyciu węgla to nawet jesteśmy tak wielką potęgą, że zasługujemy na podium złotych medalistów. Wiedziałem od rodziców, że cukier zdrożał lub go po prostu nie było w sklepach, ale za to dzięki informacjom z książki mogłem być dumny, że lokomotywy znacznie staniały i są ogólnie dostępne.  Czyli tak naprawdę żyłem w ciągłym rozdwojeniu rzeczywistości. Z książki wiedziałem, że jest wspaniale, no może w pewnych dziedzinach jest mały zastój, ale tylko czasowy, bo ogólnie panował raj. A z tego, co mówili rodzice docierał do mnie inny obraz polskiego życia. Istne dwa światy. Realny i książkowy.

 

Tak miałem w dzieciństwie. Dorosłem i już wiem, że czasami papier przyjmuje wszystko. Że jest wytrzymały na wielkie brednie i małe kłamstwa. I że rzeczywistość opisana w książkach, nie zawsze jest taka jak za oknem. Wiem już, że to, co w gazecie nie zawsze jest tym, co w namacalnej rzeczywistości. Że na telewizyjnym ekranie świat wygląda inaczej niż ten na ulicy.  Wszystko to wiem. Ale czasami znów jak dziecko naiwnie daję się podkręcić wiadomościami o naszej polskiej wielkiej gospodarczej potędze. Dziś rano usłyszałem w telewizji słowa prezydenta i zrobiło mi się ciepło na sercu, znów poczułem dumę z naszego dzielnego narodu. – Polska gospodarka jest, według naszych obliczeń, osiemnasta na świecie. Nie będę, nie zamierzam, jako prezydent Rzeczypospolitej owijać tu spraw w bawełnę – miejsce mojego kraju jest, w G 20 – powiedział Lech Kaczyński.

Co prawda nie dalej jak kilka dni temu czytałem, że co piąte polskie dziecko jest ubogie, jak wynika z danych Wydziału Polityki Społecznej Organizacji Współpracy Gospodarczej i Rozwoju (OECD). Według innych danych sześćdziesiąt procent Polaków nie stać na wakacje. Nie bardzo wiadomo czy jeśli uda nam się dożyć do emerytury to ją w ogóle otrzymamy. Na wizytę u lekarza specjalisty czeka się po kilka miesięcy. W moim mieście bezrobocie przekroczyło dwadzieścia procent.  Moja znajoma opowiadała, że jej mamy z emerytury nie stać na wykupienie leków. Czyli jak jest każdy widzi. Ale tak ogólnie, tak po prezydencku, tak państwowo, tak oficjalnie to jest dobrze a nawet lepiej niż dobrze. Osiemnasta potęga na świecie.

Jak wynika z raportu OECD przeciętny dochód rodziny w Polsce należy do najniższych wśród krajów zrzeszonych w tej organizacji, ale za to jak można się dowiedzieć ze słów prezydenta Polska jest też jedną z największych potęg gospodarczych na świecie i zasługuje na zaszczytne miejsce w G 20. – Moja ojczyzna nie jest w sytuacji złej, mamy, jako jedyni w Europie dodatni wzrost gospodarczy (…), mamy niezłą sytuację finansów publicznych, są kłopoty, ale pod tym względem Polska ma warunki lepsze od przeciętnych – przekonuje mnie prezydent. I jak tak tego słucham do przypomniał mi się pewien wierszyk z filmu Stanisława Barei: Pszenny bochen od rolnika, port trącany modrą falą, metro, traktor, telewizor, huta spływająca stalą, mruczy „więc Polak potrafi”. Zadziwiona Europa, cudów dokonują ręce robotnika oraz chłopa. Gospodarzu tych dożynek, twoja przecież to zasługa, że dzień w dzień słychać meldunek: „rośnie w górę Polska druga!”.

 

dziennik pesymistyczny

Uginał się mosteczek… więc go rozebrali

Obublikował pavvel dnia Komentarzy: 0

W moim prowincjonalnym mieście dokonano kolejnej dekomunizacji. Nic nowego – powiecie. Od dwudziestu przeszło lat dekomunizują stale i wszędzie tę naszą ojczyznę. Ale mylicie się bardzo drodzy czytelnicy myśląc, że wszystko już było. Tu na prowincji odpeerelowiacze zabrali się za całkiem inny symbol socjalistycznego zepsucia szpecący jedno z największym osiedli mieszkaniowych mojego miasta.  I nie jest to pomnik Lenina. Nie jest to symbol wiecznej przyjaźni z krajem rad wykuty w skale. Ani nawet nie jest to uroczyste usunięcie zasiedziałego od lat siedemdziesiątych działacza spółdzielczego. Sprawa jest bezprecedensowa. Tym razem zostanie usunięty z naszej przestrzeni miejskiej najwidoczniejszy symbol komunistycznej dominacji na osiedlu, czyli kładki dla pieszych umieszczone nad osiedlowymi uliczkami.

 

Jak donosi nasza ukochana lokalna gazeta, kładki zostały zdemontowane, bo groziły zawaleniem. I nie zostaną już odbudowane.  I słusznie powie wielu z was. Przecież jak można odbudować coś, co powstało w złych i mrocznych czasach socjalizmu! Osiedle w założeniach projektantów i budowniczych z lat siedemdziesiątych, miało być najbezpieczniejszym osiedlem mieszkaniowym w mieście, a może nawet i w kraju. Zaproponowano tam, i co najdziwniejsze wykonano, oddzielne drogi dla pieszych i dla samochodów. Wszystko zaplanowano tak żeby ciągi komunikacyjne przeznaczone dla pieszych i dla pojazdów mechanicznych nigdzie się bezpośrednio nie przecinały. Mieszkańcy osiedla, gdy napotkali na swojej drodze jezdnię a na niej auta, mogli tę przeszkodę pokonać, przechodząc górą przez mostek. Dołem jeździły samochody, a spieszeni mieszkańcy spokojnie i bezpiecznie górą. I dzięki temu nie potrzeba było żadnych przejść dla pieszych takich wymalowanych na jezdniach. Kładek dla mieszkańców było dziewiętnaście. I stały się one symbolem tego osiedla.

 

Ale jak to bywa z symbolami, ten też się zestarzał. Okazał się nieprzystających do naszych nowych czasów ogólnej oszczędności. A że ten symbol dni minionych, nie był remontowany od przeszło trzydziestu lat, to nie jest, więc dziwne, że ze starości zaczęły kładki dla pieszych się rozpadać. Nowe władze spółdzielni zgodnie z zasadą: jesteśmy w końcu we własnym domu, uznały, że kładki są w tak wyjątkowo złym stanie technicznym, że należy natychmiast się ich pozbyć. Żadna to nowina. W końcu jak się czymś nie zajmujesz i nie remontujesz tego przez lata, to nawet stalowo- betonowy symbol w postaci kładki się w końcu niszczy. A jak coś jest dodatkowo stare i nie daj Boże powstało w latach PRLu to najrozsądniej to rozebrać. Pierwsze zniknęły dwie kładki nad ulicą Gagarina i nad inną uliczką wewnętrzną na osiedlu. W pierwszym przypadku rozumiem to wyburzenie. Bo to nie dość, że szpecił stalowy rupieć to jeszcze nad źle kojarzącą się ulicą. Wszystko to razem było nie do przyjęcia dla władz osiedla.

 

I tak rozebrano mostki nad osiedlowymi uliczkami. Władze spółdzielni zapowiadały wtedy, że rozważa się w mrokach gabinetów wybudowanie nowych kładek o lekkiej nowoczesnej konstrukcji. Ale jak to często u nas bywa, jak coś znika z miasta, to najczęściej dla uspokojenia opinii publicznej, obiecuje się nowe w miejsce starego. Ale jak już coś starego zniknie, to nagle okazuje się, że nowe jednak nie powstanie, bo nie ma pieniędzy. Dziś już wiadomo, że nowych mostów dla pieszych nie będzie. Zrezygnowano też z planów rozebrania skarp, które po mostkach pozostały. Taka oszczędność. Władze spółdzielni oszacowały, że inwestycja w bezpieczeństwo mieszkańców to zbyt droga inwestycja. Unikalne rozwiązanie zapewniające bezkolizyjność ruchu pieszych i samochodów po osiedlowych uliczkach stało się sprawą nieopłacalną. Nowi spece od bezpieczeństwa na osiedlu zdecydowali, że za dużo mniejsze pieniądze po prostu uporządkują zbocza skarp i to starczy. Mostków nie będzie, ale za to po zdjęciu kładek ta część osiedla w oczach jego władz nie wygląda tak źle. –  Otworzyła się nowa, ciekawa perspektywa – mówi ważny prezes ze spółdzielni. I tak do spółki z magistratem spółdzielcy rozbiorą kładki i już nie odbudują.

A w zamian przy uporządkowanych skarpach spiętych dawniej mostkami mają powstać przejścia dla pieszych. I tak oto dokonano u nas na prowincji wielkiego skoku cywilizacyjnego. Zamieniono bezkolizyjny i bezpieczny ruch pieszych na bardziej funkcjonalne rozwiązanie, czyli na pozbawione nawet sygnalizacji świetlnej przejście, przez wiecznie zatłoczone samochodami osiedlowe uliczki. Zburzono kolejny symbol „komunistycznej bezmyślności”, czyli kładki dla pieszych, na rzecz kapitalistycznej taniej nowoczesności – zebry wymalowanej na jezdni. Nie można odmówić władzom spółdzielni kapitalistycznego podejścia do bezpieczeństwa. Taniej jest wymalować na jezdni kilka pasów niż wybudować nową kładkę nad ruchliwą drogą.  A bezpieczeństwo mieszkańców? Co tam. Najważniejsze, że starych symboli osiedla nie ma. I że jest oczywiście taniej.



dziennik pesymistyczny

Jednostronna pełna identyfikacja

Obublikował pavvel dnia Komentarzy: 4

Dziś przy porannej kawie i herbacie, wraz z koleżankami i kolegami z pracy, rozpatrywaliśmy zagadnienia z zakresu ochrony danych osobowych. Tak nas naszło bez żadnego specjalnego powodu czy okazji. Tak czy inaczej rozmawialiśmy o tym, że należy chronić dane osobowe i nie wolno ich umieszczać w internecie ani pochopnie przekazywać osobom, których nie znamy – przez telefon dla przykładu. Bo jak nie będziemy ostrożni, to możemy mieć tylko do siebie pretensje jak ktoś, posługując się naszymi danymi personalnymi, dokona na nasze konto przestępstwa lub oszustwa. Przy okazji dyskusji uświadomiłem sobie, że prawie, na co dzień mamy do czynienia z pewną instytucją, która prowadzi podwójną politykę identyfikacji rozmówcy przez telefon. Inną dla siebie i inną dla swoich klientów. A my nagminnie przekazujemy tym firmom nasze dane osobowe nie żądając w zamian tego samego. Takimi instytucjami są banki. A dokładnie ich centra kontaktu z klientem, czy jak oni to sobie nazywają. Oni mnie dokładnie identyfikują, a ja mam wierzyć im na słowo, że jeśli ktoś mówi, że jest z banku, to z tego banku faktycznie dzwoni.

 

Każdy z nas, kto posiada konto w banku, choć raz w życiu dostał niespodziewany telefon z instytucji bankowej, z która łączą go interesy.  Czyli ma tam konto, kredyt czy może lokatę. To nieważne. Ważny jest właśnie ten telefon. Najczęściej jest to tak. Dzwoni nasza komórka, a na wyświetlaczu pojawia się napis: brak ID abonenta, lub informacja, że numer jest prywatny. W pierwszym odruchu myślisz wtedy: zastrzeżony numer? Jak ktoś nie chce się nam przedstawić, to może nie odbierać? Ale najczęściej zwycięża ciekawość i natrętny dzwonek telefonu, który dzwoni i dzwoni.  Jak już odbierzemy to miła pani lub pan przedstawia się grzecznie informując, że jest pracownikiem banku takiego i takiego oraz zapytuje czy może z nami porozmawiać przez chwilę? Ja przynajmniej w takich chwilach, jak nie jestem bardzo zajęty zgadzam się na rozmowę, bo jak już odebrałem to niech tam – porozmawiam z nimi. Może coś ważnego ma mi do przekazania pracownik banku? Przecież nie dzwoniłby tak tylko pogadać. Mówię, więc – tak. I tu się zaczyna. – Dla pana bezpieczeństwa informuję pana, że rozmowa jest nagrywana – uprzejmie mówi pracownik lub osoba podająca się za pracownika banku. Czy zgadza się pan na to? – pada kolejne pytanie. Kiedyś w przypływie dobrego humoru zapytałem, co się stanie jak się nie zgodzę na rozmowę kontrolowaną. Pani, która jak twierdziła dzwoni z mojego banku powiedziała, że będzie zmuszona połączenie rozłączyć. Czyli albo nagrywamy albo do usłyszenia.  Mały wybór, ale zawsze.

 

Zgodziłem się na nagranie, więc pani rozpoczęła recytację: w celu pełnej identyfikacji rozmówcy proszę o podanie swojej daty urodzenia. Podałem. Proszę podać adres do korespondencji. Podałem grzecznie. Spytała jeszcze o jedną rzecz, której zazwyczaj nie ujawniam przez telefon nieznajomym paniom, ale uznając, że to pracownica banku do mnie dzwoni i to też podałem. Pani podziękowała i od razu wystartowała z recytacją oferty handlowej na nową super lokatę. I tak, dostałem telefon nie wiadomo skąd, bo brakowało ID abonenta i nie wiedziałem, kto do mnie dzwoni. Co prawda pani podająca się za pracownicę banku znała moje nazwisko i imię oraz numer telefonu, ale nie czynię z tego tajemnicy. Mam go na wizytówce. Zgodziłem się na nagranie rozmowy, choć nie wiem, do czego zostanie wykorzystywana, jak długo i gdzie będzie przechowywana.  Podałem tajne i poufne dane przez telefon, kompletnie mi nieznanej pani tylko dlatego, że podała się za pracownicę banku. Coś tu jest nie tak. Dlaczego mam takie wielkie zaufanie do kogoś, kto podaje się za pracownika mojego banku, a sam ukrywa się pod nieznanym ID abonenta?

 

Moja przyjaciółka opowiadała, że ostatnio usiłowała spłacić kredyt w placówce bankowej. Chciała go spłacić gotówką, bo wydawało się jej to wygodniejsze. Ale za każdym razem, gdy chciała dokonać wpłaty zastawała kolejkę do okienka kasowego. Sprawa była pilna, bo już dzwonił do niej kilka razy opryskliwy pan z windykacji bankowej strasząc, że jak nie wpłaci raty to wpisze ją na listę dłużników. Moja przyjaciółka nie zalega notorycznie z płatnościami, ot tak jej się zdarzyło, bo nie lubi stać w kolejkach i miała tę ochotę na płatność gotówką.  Pan z banku przedstawiał to spóźnienie, jako jej swoisty koniec finansowy, jeśli nie zrobi wpłaty dziś do pewnej określonej przez niego godziny. Przyjaciółka się naprawdę przejęła. I gdy znów zobaczyła kolejkę do okienka postanowiła zadzwonić do banku i zapytać gdzie jeszcze jest w naszym mieście placówka tego banku. Numer telefonu był na blankiecie z ponagleniem do płatności. Wykręciła numer telefonu i zapytała o adres kolejnej placówki bankowej.  Pan, z którym rozmawiała od razu zapytał o imię i nazwisko mojej koleżanki. Po co? Przecież ja tylko ten adres chcę – powiedziała.  Takie procedury wyjaśnił. Podała, więc swoje personalia. – Adres pani poproszę – zażądał pan. – Ale ja tylko…- Próbowała walczyć moja koleżanka. – Adres lub pesel proszę – napierał pan. – Panie, ja tylko o adres waszego banku chciałam zapytać, to po co panu mój adres – upierała się koleżanka? Tak się chwilę przekomarzali, aż moja przyjaciółka nie wytrzymała i spytała – A pana nazwisko, adres i pesel? Po chwili konsternacji pan stwierdził: Ja, proszę pani nie muszę pani nic podawać. No może tylko nazwisko.

 

I tak oto, jeśli dzwoni do ciebie panienka z banku to podajesz wszelkie dane. Ale jak tylko zapytasz o dane rozmówcy podającego się za pracownika banku to nic się nie dowiesz, bo to tajne. Może by tak przynajmniej można było się dowiedzieć, kto do nas dzwoni po identyfikacji numeru? A tak, mam ciągłą niepewność czy tam, po drugiej stronie linii telefonicznej na pewno jest pracownik mojego banku czy może jednak nie. Może warto tak dokonać wzajemnej identyfikacji rozmówców a nie tylko jednostronnej?

 

dziennik pesymistyczny

Prezydentura, czyli do wczoraj najlepsza praca w kraju

Obublikował pavvel dnia Komentarzy: 1

Do wczoraj myślałem, że najlepszą pracą w Polsce jest stanowisko prezydenta Rzeczpospolitej Polskiej. W tym przekonaniu utwierdzały mnie liczne jeszcze do niedawna wypowiedzi prawych i sprawiedliwych polityków, którzy wymachując konstytucją udowadniali, a nieprzekonanych przekonywali, że prezydent jest najważniejszą osobą w państwie.  Ogólnie, otoczenie obecnie nam panującego pana prezydenta stwarza przy każdej nadarzającej się telewizyjnej okazji wrażenie, że ich szef obecnie zamieszkujący pałac skupia najważniejszą władzę w kraju. Nawet w moim prowincjonalnym mieście mieliśmy swojego ustawicznego kandydata na prezydenta, który w każdych wyborach, od nowa wierzył święcie, że tylko on dzięki tak wielkiej władzy nadanej mu z woli wyborców zbawi naród, a nasz kraj doprowadzi do krainy wiecznej szczęśliwości. Czyli wierzył, że będzie miał realną władzę. Że będzie rządził i zawsze do niego właśnie będzie należało polityczne ostatnie słowo.

 

I tak żyłem sobie w przekonaniu, że dobrze być takim prezydentem. Mieszkać sobie w pałacu i rządzić. Ale wczoraj wszystko się skończyło. Tym, który zasiał u mnie wątpliwości, co do słuszności moich marzeń o pracy doskonałej, był nasz premier, który zrezygnował z kandydowania na urząd prezydenta. We wczorajszym przemówieniu na giełdzie, szef naszego rządu przekonywał rodaków, że potrzebuje prawdziwej i realnej władzy, by przeprowadzić plan polityczny, jaki ma dla Polski Platforma Obywatelska. A ta władza jest według premiera właśnie w rządzie. I teraz to ja już nie wiem, kto u nas jest ten najważniejszy. Bo jeśli realna władza jest tym, co nadaje rangę najważniejszej osobie w państwie to, po co mi marzenia o prezydenturze. Ja chcę rządzić naprawdę. Może, więc lepiej marzyć o premierostwie? 

 

Premier czy może prezydent, który z nich ma to klawe życie? Sam już nie wiem? Co prawda ja nie marzę o wielkiej władzy, ale o tym, że będę miał na przykład wyżywienie klawe! Ale rozumiem, że ktoś dla dobra nas wszystkich takiej wielkiej władzy potrzebuje. Więc czym ona większa, tym jak widać na przykładzie słów premiera bardziej atrakcyjniejsza.  – Więcej dobrych rzeczy, trudnych zadań, zrealizuję mając w ręku instrumenty rządzenia, a nie mieszkając w pałacu” – wyjaśniał premier. I trudno mu nie przyznać racji. Więcej zdziała działając, niż gdy tylko mieszkając w pałacu. Czyli jeśli ktoś marzy o prawdziwym trudzie władzy to warto pomyśleć o premierowaniu. Większa władza, ale i więcej zadań przed tobą. Jeśli jednak ktoś pragnie w spokoju pomieszkać w pałacu to proponuję starać się o urząd prezydenta.

– Wybory prezydenckie są ważne, ale to są wybory, w których stawką jest bardziej prestiż i wielki zaszczyt, a nie władza i instrumenty do dobrego i skutecznego rządzenia – przekonywał premier. Więc jak komuś marzy się prestiż i wielkie zaszczyty to powinien zdecydować się na prezydenturę w kraju nad Wisłą. Jeśli zaś pragnie zostać wirtuozem gry na instrumentach rządzenia to niech pomyśli raczej o premierostwie. To tylko moje takie dylematy w sferze marzeń. Ale tak mi jeszcze jedno nasuwanie pytanie. Jeśli mamy do rządzenia premiera to, po co utrzymywać urząd prezydenta?   Jeśli wszystko w prezydenturze sprowadza się do prestiżu, pomieszkiwania w pałacu przy braku możliwości faktycznego rządzenia, to chyba lepiej pomyśleć nad tym, czy potrzebny jest nam taki urząd. Może dla jednolitości i skuteczności rządzenia wystarczyłby nam tylko premier?

 

dziennik pesymistyczny

O Panu, który czuł się okradziony

Obublikował pavvel dnia Komentarzy: 1

Pewien Pan opowiedział mi dziś o tym jak to został okradziony. Nie padł on jednak ofiarą kieszonkowca w miejskim autobusie. Nie napadnięto go na ulicy podczas nocnego spaceru. Złodziej nie włamał się do jego domu. Nic z tych rzeczy. A jednak ten Pan czuje się okradziony. Jak to możliwe, że nie ma w tej powieści pojedynczego przestępcy w czarnej masce na głowie, w pasiastej koszulinie z workiem na plecach, i nie ma też klasycznego rabunku z włamaniem? A jednak jest tu przestępca, bo jest w tej opowieści ofiara. Jest to możliwe, gdy masz poczucie, że okrada cię urząd.

 

Pan, który czuje się okradziony to spokojny mieszkaniec naszego kraju. Szary obywatel. Przeciętny zjadacz chleba. Zarabia niewiele, choć stara się bardzo. Ale jakoś tak Bóg lub natura pozbawiła go cech walecznego zdobywcy nowej kapitalistycznej rzeczywistości. Jedynym jego pragnieniem jest przeżyć życie w spokoju, nikogo nie raniąc i nikogo niewykorzystujący. Spokojnie pracować i spokojnie żyć. Pan ten ma jedną wielka ułomność. On po prostu nie rozumie, na czym polega funkcjonowanie urzędów i ogólnie machiny państwowej. Przez wiele jak myślał naiwnie, że urzędy są stworzone dla jego, obywatela dobra, a nie stanową byt samoistny. Ale czym dłużej egzystuje Pan w ten naszej rzeczywistości, tym bardziej przekonany jest, że wszelkie urzędy istnieją tylko po to żeby istnieć. I jak to w kapitalizmie, jeśli jest firma, w tym przypadku urząd to i musi na czymś lub kimś zarobić.

 

Pan boleśnie przekonał się, że firma Państwo poprzez swoje urzędy zarabia właśnie na nim.  Z jego obserwacji wynikało też, że czym większą jest się rybą w tym kapitalistycznym stawie tym mniejsze są szanse na złowienie. Czym większym jest się rekinem, tym bardziej jest się zaprzyjaźniony z rybami z urzędów. A jak się jest szarym planktonem to jest się tylko pokarmem dla wielkich ryb. A nasz Pan jest zdecydowanie mikroskopijną płotką, a nie, wielkim rekinem. Więc jak nie może odgryźć ręki, to można go było szybko złowić. A tak bez tych rybich i wędkarskich analogii, to po prostu – jak ktoś jest biedny, to nie potrafi walczyć o swoje, z wielką urzędniczą maszyną.  Więc na takim szaraku najłatwiej jest zarobić. Bo nie może się on bronić skutecznie.

 

Pan miał to nieszczęście, że nie potrafi odnaleźć się w gąszczu przepisów. Cierpi na chroniczne nie rozumienie języka urzędowego i na dodatek chce wszystko brać na logikę. A każdy wie, że urząd i logika to nie są sprawy, które można pogodzić. Ponad pięć lat temu Pan dokonał pewnych czynności cywilno – prawnych i jakoś tak do głowy mu wtedy nie przyszło, że od tego, co zrobił państwo życzy sobie ściągać stosowny haracz. Czy jak kto woli – chce uiszczenia podatku. Pan posiadał też wielce naiwne przekonanie, że urzędy skarbowe są utworzone dla jego dobra i że jak coś zrobił nie tak, czyli źle z niewiedzy, to pewnie urząd to zauważy i zwróci mu uwagę na jego błąd. Przecież niczego nie ukrywał i o swoich działaniach informował urząd. No przynajmniej w corocznych zeznaniach podatkowych. Jak się okazało – był strasznie naiwny.

 

Pan myślał, że jednak zrobił wszystko poprawnie, bo przez blisko pięć lat urząd skarbowy nie miał zastrzeżeń do tych jego czynności cywilno – prawnych. Ale urząd postanowił na naszym panu szarawym zarobić. Poczekał sobie spokojnie pięć lat i tuż przed okresem, w którym jak się okazało zaległy podatek tego Pana uległby przedawnieniu, wysłał do swojej ofiary pismo. Informując, że jednak podatek się należy i nie tylko on, ale i stosowne odsetki oraz koszty upomnienia. Pan spokojnie, choć z goryczą w sercu podatek zapłacił, bo jak mówi: nie chce być nikomu winien. Ale co do odsetek nie był przekonany, bo jeśli urząd dopatrzył się jego winy, to mógł to też zrobić lata temu. Po co czekał aż tyle lat? Przecież Pan nasz niczego nie ukrywał.

 

Teraz Pan już wie. Teraz Pan jest przekonany wręcz, że urząd skarbowy czekał do ostatniej chwili żeby w sposób lichwiarski zarobić na niewiedzy podatnika. Bo czym dłużej urząd zwlekał z upomnieniem naszego pana o popełnionym przez niego błędzie, tym większe rosły odsetki od zaległego podatku. I tu pojawia się to Pana poczucie, że został on okradziony. Bo czyż urząd nie zachował się jak złodziei czyhający na odsetki? Gdyby tylko normalnie w odpowiednim czasie upomniał i przypomniał Panu o jego obowiązkach to podatek już dawno byłby zapłacony. A Pan, nie miałby poczucia krzywdy.

 

dziennik pesymistyczny

Dalej dzwonisz głośniej krzyczysz

Obublikował pavvel dnia Komentarzy: 0

Wiesiek! Wiesiek! Słyszysz mnie czy nie słyszysz! A… słyszysz, no to słuchaj!- wydzierał się do telefonu komórkowego pewien pan, kompletnie nie zwracając uwagi na fakt, że znajduje się w poczekalni przed gabinetem lekarskim. Już miałem zwrócić uwagę, że takie darcie się do telefonu nie jest właściwe w miejscu gdzie pełno jest chorych i cierpiących ludzi. Już wstawałem. Już formułowałem w myślach upomnienie. Ale wyręczyła mnie w tym na szczęście pani z miejsca w kolejce obok mnie, która grzecznie, lecz stanowczo zwróciła wydzierającemu się osobnikowi uwagę, żeby zważał na innych i nie darł się jak nieludzkie stworzenie.  Pani spytała – szarpiąc go delikatnie za ramię – czy może pan wydzierający się chce, żebyśmy wszyscy razem jak tu się znajdujemy w poczekalni zaczęli krzyczeć do Wieśka, jeśli on, ten pan, naprawdę nie wierzy, że jego telefon zdolny jest do przekazania informacji wypowiedzianej spokojnym głosem? Pan jak się pewnie wszyscy spodziewają nie był zachwycony propozycją zbiorowej pomocy w kontakcie z jego kolegą Wieśkiem. Burknął coś o tym, że pani powinna się szybko od niego oddalić i na szczęście ściszył głos, a następnie odszedł kilka kroków ku ogólnej radości wszystkich. Pomyślałem, że może krzykacz jest niedosłyszący, ale sądząc po jego nerwowej reakcji, na uwagę mojej sąsiadki, ze słuchem u niego wszystko było dobrze. On chyba po prostu nie bardzo potrafił mówić do telefonu w granicach nieprzypominających ryk zwierzęcia. Bo nawet jak zniknął nam z oczu, to nadal byliśmy świadkami jego monologu do tego Wieśka.

 

To ciekawe, że niektórzy ludzie, choć świadomi faktu istnienia telefonu używają go tak, jakby starali się do swojego rozmówcy zwrócić bezpośrednio, a nie poprzez urządzenie techniczne, które trzymają w dłoni. Stosują zapewne zasadę, że czym dalej znajduje się ich rozmówca, tym głośniej trzeba do niego krzyczeć. Jakby nie dowierzali wynalazkowi Alexandra Grahama Bella. Ten szkocki wynalazca już sto czterdzieści lat temu połączył w jedno głośnik i słuchawkę. By następnie zestawić dwa takie urządzenia, które połączone razem w ten sposób, że na każdym końcu znajduje się jeden mikrofon i jeden głośnik dały w rezultacie urządzenie znane, jako telefon. I tak narodziła się idea przekazywania dźwięku na odległość. Ale mimo tego, że cywilizacja kroczy śmiało naprzód i wynalazek Bella sprzed lat stał się teraz maleństwem ogólnie dostępnym, to jednak nie wszystkich to przekonało do tego, że można przenosić mowę ludzką na odległość poprzez takie małe pudełeczko.  Teraz mamy telefony przenośne, ale nadal niektórym trudno jest zrozumieć, że to małe ustrojstwo przekaże słowa wypowiedziane nawet szeptem na znaczną odległość. Są ludzie nadal przekonani, że wszystko zależy od siły ich płuc i nie szczędzą wysiłków, aby wykrzyczeć wiadomość do słuchawki telefonu i tym samy wspomóc swój słowny przekaz.  

 

Gdy ściszonym głosem, rozważałem z moimi towarzyszami oczekiwania na wizytę u lekarza, problem związany z zagadnieniem, które najbardziej charakteryzuje zdanie – czym dalej dzwonisz tym głośniej krzyczysz – pan niedowierzający w skuteczność wynalazku Bella powrócił zdyszany po głośnej konwersacji z Wieśkiem. Zamilkliśmy, nie chcąc zaogniać i tak już niezręcznej sytuacji. Każdy w kolejce oddał się cichej kontemplacji własnych myśli. Nastała błoga cisza, przerywana właściwymi dla tego miejsca dźwiękami kasłania i wycierania nosa. Cisza i spokój. Aż tu nagle jak nie ryknie kakofoniczny dźwięk najnowszego przeboju, który rozpoznałem – sam się dziwiąc istnieniu u mnie takiej dogłębnej wiedzy muzycznej – utwór pani znanej jako Lady Gaga. Zawyło, zaryczało melodyjką z telefonu komórkowego. Oznajmiło to nam przyjście kolejnego połączenia telefonicznego do naszego kolejkowego sąsiada. I znów mogliśmy się na własne uszy przekonać, że nasz towarzysz kolejkowy naprawdę jest niepewny, że telefon połączy go naprawdę z panem Wiesiem. I znów powrócił znany motyw: Wiesiek! Wiesiek! Słyszysz mnie czy nie słyszysz! A… słyszysz, no to słuchaj! – Wykrzyczany z siłą tak zdrową, że zdziwiło mnie, że ten pan może na cokolwiek takiego chorować, co odbiera siły. Raczej na coś, co odbiera rozum.

dziennik pesymistyczny

Państwo ściśle utajnione

Obublikował pavvel dnia Komentarzy: 1

Dlaczego prawie wszystko, co dotyczy działalności państwa jest dla obywatela tego państwa takie tajne? Ścisłe, poufne i z zakazem rozpowszechniania. Najlepiej, żeby nikt nikomu nic nie mówił. Żeby wszyscy cichuteńko i sumiennie pracowali i najważniejsze, żeby za dużo nie gadać. W latach pięćdziesiątych były popularne w Polsce takie plakaty przedstawiające mężczyznę schowanego w mroku, a napis głosił: bądź czujny wobec wroga narodu. Teraz zapewne tych wrogów jest zdecydowanie mniej i w zasadzie, wokół nas sami przyjaciele. A i też wrogów wewnętrznych jest jakby mniej, bo przecież wszyscy jesteśmy we własnym domu. Ale paranoja państwa, które wszędzie widzi podsłuchujących i skrzętnie notujących tajne informacje wrogów pozostała. Ważni politycy światowych mocarstw, jak już się w Polsce zjawią, nie bardzo chyba wiedzą jak ten nasz kraj się nazywa. Takie ma się czasami wrażenie. Ale jak popatrzymy na naszą wszechobecną tajność wszelkich państwowych informacji to wynika z tego, że wywiady wszelkich światowych rządów nic innego nie robią tylko nas śledzą.

 

Można nawet zrozumieć to, że coś jest tajne, jeśli ujawnienie tej informacji mogłoby spowodować istotne zagrożenie dla podstawowych interesów Rzeczypospolitej Polskiej, a w szczególności dla niepodległości lub nienaruszalności terytorium, interesów obronności, bezpieczeństwa naszego państwa i jego obywateli, albo narazić te interesy, na co najmniej znaczną szkodę. Że tak tu prawie dokładnie zacytuję stosowne dokumenty do spraw tajności. Ale mnie bardziej chodzi o objęcie klauzulą tajności tego, co dotyczy przede wszystkim spraw działalności państwa w ujęciu bardziej przyziemnym. Czyżby obywatel nie miał prawa poznać jak działa jego własne państwo? Jak coś w państwie nie działa tak, jak powinno, to u nas nie ma potrzeby, żeby obywatel się o tym dowiedział, bo, po co go niepokoić? Ta sytuacja przypomina mi słowa piosenki:, po co babcię denerwować niech się babcia cieszy. W grudniu zakończył się audyt w centralnym biurze antykorupcyjnym. Kontrola dotyczyła struktur służby, polityki kadrowej, służbowych aut i lokali oraz wszelkich finansów biura. Czyli wcale nie spraw istotnych dla integralności terytorialnej RP.  O tym wszystkim poinformował posłów z sejmowej komisji do spraw służb specjalnych nowy szef CBA. Ja dowiedziałem się o tym z gazety, bo przewodniczący komisji coś niecoś ujawnił. Ale przecież nie wszystko, bo studziewięćdziesięcioośmiostronicowy raport z audytu jest tajny. Poseł przewodniczący w oszczędnych słowach wspomniał tylko o korupcji, protekcji, wykorzystywaniu mienia państwowego do celów prywatnych. Tylko wspomniał, bo przecież nie mógł dokładnie poinformować, bo to tajne.

 

Czyli, jeśli kluczowe stanowisko w CBA dostała osoba z towarzyskiego lub partyjnego klucza, to o takich działaniach nie dowiemy się nigdy, bo, po co nas denerwować? Lepiej utajnić i powiedzieć opinii publicznej, że odpowiedni ludzie się tym zajmą w odpowiednim czasie. Jeśli ktoś zatrudniony CBA nie robił nic, ale za to korzystał ze służbowych luksusowych lokali, to lepiej żeby nie informować o tym dokładnie obywateli, bo, po co ich denerwować. Lepiej to utajnić. Przecież jak coś jest tajne, to prasowe przecieki sprawiają wrażenie nierzetelnych. A zresztą, jak jest tajne to jak to sprawdzić? I tak niby coś wiadomo, niby posłowie wiedzą, ale nie podzielą się tą wiedzą z wyborcami, bo obywatel nie jest widać godny tego, żeby tak wszystko wiedzieć. Jeszcze straci zaufanie, że oni tam wszyscy w rządzie tak dla jego dobra ciężko pracują, choć czasami, jak wiadomo z przecieków z audytu, bez żadnych efektów.

 

Trochę poszperałem i ze zdziwieniem odkryłem, że jest mnóstwo przepisów w naszym państwie, które nakazują obywatelom zachowanie milczenia. Zapewne niektóre są dobre i właściwe, ale czy nie jest przerażające, że doszukałem się ponad sześćdziesięciu specjalnych ustaw i aktów prawnych tyczących zasad zachowania tajemnicy państwowej lub służbowej.  Skąd u nas te zapędy do czynienia wszystkiego tajnym? Fakt, ja też nie mówię wszystkiego wszystkim. Mam swoje tajemnice. Ale jak państwo jest moje to czasem chciałbym dowiedzieć się, jak wydatkowane są moje pieniądze. A często nie mogę, bo to tajne i poufne. Czyli ja mam państwo dokładnie informować o tym, ile zarabiam i ile płacę podatków, ale jak ja chcę się dowiedzieć ile z moich podatków zostało wydanych na tajnego agenta CBA, który przez całe swoje zatrudnienie w tajnej służbie nic nie zrobił, to nie mam takiej możliwości – bo to ściśle tajne. Czy moje państwo ma być dla mnie tajne??

dziennik pesymistyczny

Zaraz wracam, czyli względność czasu

Obublikował pavvel dnia Komentarzy: 0

Dwadzieścia dwa stopnie zimna. Stoję przy kiosku z gazetami wpatrując się w okienko, w którym właściciel zawiesił karteczkę z informacją dla klientów: zaraz wracam.  Właściwie to powinienem już odejść, bo spieszę się do pracy, ale informacja, że pan kioskarz zaraz wróci, trzyma mnie jak przymarzniętego. Gdy zatrzymałem się po gazetę, to słowa z kartki, że pan zaraz powróci, wydawały mi się jakimiś trzydziestoma sekundami. Tyle zamierzałem tam poczekać.  Tak sobie to oceniałem. Jak postałem sobie trzy minuty, to słowo zaraz, zapisane na karteczce, już mi się nie wydawało takim krótkim odcinkiem czasu. Zawsze w takich chwilach oczekiwania, na „zaraz wracających” mam dylemat, czy już mija ten określany, jako zaraz, odcinek czasu, czy może jeszcze nie. Jak już stoję te cztery minuty na mrozie, to mi się wydaje, że jak odejdę to właśnie wtedy minie to zaraz i pojawi się ten, na kogo czekam.

 

A może dałoby się dokładnie określić ile to jest to: zaraz wracam. Tak jak dało się określić w czasie, spóźnienie na wykłady studenta czy wykładowcy. Tam miarę niestawienia się, lub dopuszczalnego spóźnienia, określono na piętnaście minut. Czyli słynny studencki kwadrans. I już tam wszystko wiadomo. Piętnaście minut i po wszystkim. Nie ma gościa, więc nie ma, co na niego czekać. A tu w okienku kiosku informacja: zaraz wracam, i nie wiem, czy to zaraz dotyczy minut czy godzin. Stojąc tak wdałem się w rozważania filozoficzne nad czasem. I wydaje mi się, że chwila to jednak jest krócej niż zaraz. Jeśli widzę na drzwiach informację o tym, że pani, no na przykład urzędniczka, wraca za chwilę, to jakoś tak oczekuję, że czas jej powrotu na miejsce pracy będzie liczony w minutach pojedynczych niż w dziesiątkach minut. Choć kiedyś zdarzyło mi się czekać na lekarza przed jego gabinetem, gdy ten wywiesił karteczkę z informacją: wyszedłem na chwilę ponad godzinę. Więc nie powinienem mieć pretensji o to moje stanie z przymarzaniem, przed zamkniętym kioskiem z gazetami, bo to tak płynna miara czasu to – zaraz wracam – i przyklejonej na kiosku karteczki.

 

Problem nie dotyczy tylko takich przyziemnym sytuacji, jak kartki pozostawione na drzwiach kiosku, zieleniaka czy poczty.  Są przecież instytucje państwowe, które tak jak my maluczcy, mają do czynienia ze względnością czasu. Jak wysyłasz do urzędu pismo z prośbą o odpowiedź, to oni tam mają ustawowo trzydzieści dni na jej udzielenie. I prawie zawsze jest tak, że dostaję odpowiedź po ustawowo przyjętym terminie. Nigdy w dokładnie określonym czasie. I nigdy wcześniej. Za to zawsze później. Natomiast, jak ja spóźnię się z czymś do urzędu, to każdy dzień ma ogromne znaczenie. Czyli dla urzędu czas płynie inaczej niż dla szarego obywatela. Jak masz jeden zegarek to wydaje ci się, że wiesz dokładnie, która jest aktualnie godzina. Ale jeśli masz dwa, lub nie daj boże więcej, to już sam nie wiesz, która jest naprawdę godzina, bo możliwe, że każdy pokazuje inną. Czyli zawsze można powiedzieć, że na moim zegarku jest właściwy czas i nikt nie może mieć pretensji.

 

Ale co tam moje dylematy z czasem! Inni to mają zdecydowanie gorzej! Jak bardzo zagubieni w czasie musieli czuć się posłowie, pracujący w komisji sejmowej do spraw afery hazardowej, gdy okazało się, że ich przewodniczący całkiem inaczej oblicza czas niż inni? I to pewnie inaczej niż na przykład w oparciu o czas Greenwich. Przesłuchanie posła Chlebowskiego przed komisją trwało cały dzień i zakończyło się nieoczekiwanie ustanowieniem przez posła Sekułę nowego wzorca trwania przerwy dziesięciominutowej. Dwie minuty po godzinie dwudziestej pierwszej, przewodniczący ogłosił dziesięciominutową przerwę, która trwała jednak sześć minut. O dwudziestej pierwszej osiem, poseł Sekuła wrócił na salę obrad komisji, i choć na sali był sam, wznowił posiedzenie uznając, że przerwa się skończyła. Czyli dla wszystkich upłynęło sześć minut, a dla posła Sekuły aż dziesięć.  

 

Czas to pojęcie złożone i niejednoznaczne. Ale dotychczas wydawało mi się, że jak coś ma trwać sześć minut to te sześć minut trwa. A jak dziesięć to dziesięć. A tu sejmowa komisja dała nam przykład w osobie swego przewodniczącego, że pojęcie czasu jest względne.  Wiadomo, że czas w ujęciu filozoficznym to proces zmian niekończących się i niezaczynających nigdy. I jako taki czas nie ma żadnych reguł. Upływa sobie spokojnie we własnym i właściwym dla siebie tempie. Nie można, więc znaleźć obiektywnej miary czasu. Ludzkość jednak już dość dawno umownie przyjęła jednostkę określającą czas by łatwiej go było zrozumieć. I tak właściwie większość z nas się tych ustaleń trzyma, ale jak widać u niektórych ta niemierzalność czasu w ujęciu filozoficznym bierze górę na fizyczną stroną zjawiska.  U pana posła, przewodniczącego komisji, czas biegnie szybciej. A u pana kioskarza: zaraz wracam trwało dziewięć minut. Jak widać czas i określenia jego upływu są względne. Szczególnie jest to przykre, gdy termometr wskazuje minus dwadzieścia dwa stopnie.

 

dziennik pesymistyczny

Wyburzyć, parkingi porobić!

Obublikował pavvel dnia Komentarzy: 2

Jest w moim prowincjonalnym mieście plac, który jakoś nie ma szczęścia właściwego zaistnienia w przestrzeni miejskiej. Plac ten od zawsze z założeniu włodarzy grodzkich, miał być miejscem reprezentacyjnym, ale jakoś tak zły los sprawiał, że było inaczej. Działo się to zapewne zgodnie z odwieczną zasadą panującą nie tylko naszym mieście, ale chyba w całej naszej ojczyźnie, która brzmi: chcieliśmy dobrze, a wyszło jak zawsze. I na tym placu, mimo szczerych intencji zmieniających się na przestrzeni dziejów magistratów, zawsze jakoś wychodziło inaczej niż władza zamierzała. Gdy plac wytyczano w zamierzchłych czasach carskich rządów, nazwano go Placem Rajszula. Potem, zgodnie z tym, co działo się w mieście przy okazji zmiennych losów historii, plac zmienił nazwę na Jagielloński. W czasach wojennych był nazwany Reichplatz. Potem był znów Placem Jagiellońskim, by po pewnym czasie, na wiele lat zamienić się w plac Zwycięstwa, a następnie w naszej wyzwolonej z PRLowskiego ucisku ojczyźnie, powrócić do królewskiej nazwy Plac Jagielloński.

 

Jeśli jest plac to zwyczajowo w Polsce musi się przy nim, lub na nim, znajdować kościół albo pomnik. Są oczywiście warianty obejmujące oba te przypadki. Jest tak jakoś dziwnie w naszej ojczyźnie, że puste place w centrum miasta bardzo drażnią samozwańczych społecznych działaczy oraz włodarzy, którzy zawsze dążą do postawienia tam właściwego pomnika. W mrocznych czasach komunizmu na placu Zwycięstwa stał obelisk ku czci wyzwolicieli i dla upamiętnienia wiecznej przyjaźni między nami a naszym wielkim bratem w socjalizmie. Oczywiste, że jak tylko nastała nowa władza, jedną z pierwszych jej decyzji było pozbycie się pomnika z placu.  A że zwycięstwo, które upamiętniała nazwa, okazało się okrutną okupacją to i nazwa placu zmieniła się na neutralnie, lecz królewsko – na Jagielloński.

 

Jednocześnie z wyburzeniem starego i niegodnego pomnika, władza oraz dzielni działacze, co raz wpadali na inny, ale zawsze lepszy od poprzedniego, pomysł udekorowania placu nowym słusznym pomnikiem. Bo wiadomo przecież, że przyroda jak i władza nie znoszą pustki, a na placach to już w szczególności. A pomysłów nie brakowało. Jedni mówili – pomnikiem uczcijmy króla Kazimierza Jagiellończyka. Inny upierali się przy upamiętnieniu monumentem Żołnierzy Armii Krajowej. Byli i tacy, którym pasował górujący nad placem z cokołu Witold Gombrowicz. Nie brakowało też takich, którym najbardziej podobał się pomysł pomnika upamiętniającego protesty robotnicze w siedemdziesiątym szóstym roku ubiegłego wieku. Pomysłodawców łączyło jedno – wszyscy widzieliby swoje pomniki na placu Jagiellońskim.

 

Mijały lata i plac miał rożne zastosowania. Ale nigdy nie udało się znaleźć aż tylu entuzjastów pomnikowej idei żeby zrealizować choć jeden zamysł. I tak plac, co pewien czas staje się lodowiskiem, potem miejscem rozgrywek zawodów piłki ręcznej. Sezonowo rozstawia się tam ogródek piwny. Czyli nic na długo i nic konkretnego. Ale to może dobrze. Kiedyś czytałem, że mieszkańcy Skandynawii mają taki zwyczaj, że jak już wybudują osiedle to wszędzie między nowymi blokami sieją trawę. A potem czekają aż ludziska wydepczą sobie ścieżki, pozajmują miejsca dla samochodów i dopiero na tej podstawie tworzone są trwałe place, chodniki i parkingi. U nas przez przypadek stało się podobnie.  Od wyburzenia pomnika Zwycięstwa plac, co roku stawał się coraz większym parkingiem. Na początku nieśmiało parkowano tam kilka samochodów i autokarów dowożących dzieciarnię na przymusowe oglądanie przedstawień w pobliskim teatrze. Ale gdy w ostatnich tygodniach, gdy miasto wpadło na pomysł poszerzenia płatnej strefy parkowania, samochodów na placu jest tyle, że nie da się tam nie tylko wepchnąć samochodu, ale nawet roweru.

 

I tak oto, mieszkańcy mojego prowincjonalnego miasta, na przekór wszelkiej maści pomnikowym stawiaczom, zaanektowali plac na parking. Widocznie nie obelisk ku czci króla czy dawnych bohaterów jest najbardziej potrzebny w centrum miasta, ale wielki bezpłatny parking. Te setki parkujących na placu Jagiellońskim samochodów, są ucieleśnieniem słów wypowiedzianych przez jednego z bohaterów filmu Szczęśliwego Nowego Yorku, które mniej więcej brzmiały tak:… te wasze (..) cmentarze, pomniki… a wyburzyć… parkingi porobić… może by się Wam w głowach rozpogodziło. Jak widać rozpogodziło się i rozjaśniło, bo po wyburzeniu pomnika powstał tam piękny parking.