Monthly Archives

14 Articles

dziennik pesymistyczny

Rządy mniejszości?

Obublikował pavvel dnia Komentarzy: 1

  – Aleśmy panie wybrali – tymi słowamiprzywitał mnie mój sąsiad pan Wiesio i są to dla niego tradycyjne słowa powitania,jakim raczy sąsiadów po każdych wyborach. Ale tym razem słowa pana Wiesławabrzmiały tak jakoś smutno, bo to niby w moim mieście, bastionie prawych isprawiedliwych zwyciężyli powyżsi, czyli ulubieńcy pana sąsiada, ale w całymkraju już nie było tak różowo. Widziałem w oczach pana Wiesia niezadowolenie,bo choć w naszym okręgu wygrała partia, którą on popierał całym sercem, tonajwięcej głosów zyskała w wyborach pani z platformy.  I to go smuciło. – No zależy, kto co wybierałi czy w ogóle głosował – Usłyszałem za plecami głos innego sąsiada znanego mitylko z widzenia i to tylko, dlatego, że zwróciłem na niego uwagę, boprzystroił on balkon wielkim plakatem partii rządzącej. Wzasadzie miałem już odejść, ale zbliżyły się jeszcze dwie panie przywitaneprzez pana Wiesia, tym samym zawołaniem sugerującym ich udział w wyborach.Czyli miałem na podwórku, tuż przy bramie wielką dyskusję powyborczą. – Ja topanie się cieszę, że pan poseł S… i posłanka W… znów są posłami – rzuciła jednaz nowoprzybyłych pań.  – Ja też, ja też –potwierdziła jej koleżanka. – A słyszeli sąsiedzi, że posłem został też ktoś zruchu Palikota? – zapytałem. Nastała cisza. – Widocznie nie trafiłem na zwolenników pana Janusza! – pomyślałem.  Wyglądało, że wszyscy u mnie w mieście, aprzynajmniej w mojej kamienicy są zadowoleni z wyników wyborów – sądzę pogrupie reprezentacyjnej złożonej z moich sąsiadów. Bo to sprawiedliwi i prawiwygrali u nas, a i sąsiad od platformy zadowolony, bo w kraju jego ulubieńcyzwyciężyli.  Czyli nadal zapowiadają sięcztery lata uśmiechu w lekkiej opcji wnerwienia… – A jak państwo uważają, czyprzy takiej frekwencji gdzie więcej Polaków nie głosuje niż głosuje, rząd, jakiby nie powstał nie ma legitymacji do rządzenia? W zasadzie to wygrali ci, conie głosowali. Czyż nie – zapytałem licząc na dyskusję. Wszyscy popatrzyli namnie tak jakoś dziwnie. – Eeee, panie…. pan to zawsze coś śmiesznego wymyśli – rzekł pan Wiesio rozbawiony. I natym się skończyło. A jakby przyjąć, że te ponad pięćdziesiąt procent Polakównie głosowało ze świadomego wyboru? Co to oznacza? Może warto zadać sobie topytanie. Mamy na to czas, do następnych wyborów, a do tego czasu rządzić będąci co ich poparło 39 procent obywateli z tej głosującej mniejszości.

 

dziennik pesymistyczny

Zmuszony do pytań

Obublikował pavvel dnia Komentarzy: 1

– Panie redaktorze, ja jestemzmuszony zapytać pana, z jakiej pan jest redakcji: polskiej czy niemieckiej? – zapytałemkolegę pracującego dla pewnej lokalnej gazety. W mych dociekaniach, co dopochodzenia pisma inspiracją były słowa klasyka polskiej myśli politycznej,naszego wielkiego prawego i sprawiedliwego, specjalisty od wszelkich podziałówi ustawiania ludzi tam, gdzie powinni stać, czyli… nasz ukochany prezes. Tytułczasopisma, w którym pracuje mój znajomy, brzmi tak z angielska, co możesugerować, że mamy tu przypadek całkowicie niepolskiej redakcji, dlategoprzecież uzasadnione było moje pytanie. Bo przecież zawsze trzeba wiedzieć, zkim się przebywa. Co prawda w piśmie większość tekstów jest w języku polskim iz tego, co wiem, właściciele, dziennikarze, współpracownicy, specjaliści odreklamy wszyscy są Polakami, ale co ja tam wiem, trzeba to ustalić, bo przecieżjakby się okazało, że oni są z „opcji niemieckiej”, to pewnie by mi to czytanietekstów taką wodę z mózgu zrobiło, że… no sam nie wiem, pewnie tak bym zgłupiał,przestałbym wierzyć w świętą wizję prezesa. Dlatego ważne jest wiedzieć, gdzie,kto pracuje. Ten w polskiej redakcji, a ten w niemieckiej. A co z moją koleżanką,która już od kilku lat pracuje w firmie, gdzie całe kierownictwo to Amerykanie,ba, cała firma jest amerykańska. Do tej pory mi to nie przeszkadzało, aleteraz? No, nie wiem… zapytam ją może czy ona jest z firmy: polskiej czyamerykańskiej. To może być przecież bardzo ważne. A może zacznę od siebie… Mojababcia urodziła się w Rostocku, przed wojną, a pamiętajmy, kto tam wtedyrządził. Co prawda urodziła się w rodzinie polskich emigrantów, za młodu lepiejznała niemiecki niż polski, to pewnie w oczach tych, którzy uważają się za prawychi sprawiedliwych, to pewnie więcej z niż „dziadek z wermachtu”.  A właśnie, dziadek… przecież dziadek podczaswojny pracował w niemieckich fabrykach zbrojeniowych!, Co prawda nie z własnejwoli a przymuszony, ale zawsze!  Pracowałnie w polskiej, a w niemieckiej fabryce. Niedobrze. A tu jeszcze dziadkowie odstrony ojca mieli w rodzinie Ukraińców z racji ówczesnego zamieszkania. Ja tomam pecha. Nie dość, że niemiecka to jeszcze ukraińska opcja. A jak wiadomo wPolsce Ukrainiec to już prawie Rosjanin, więc nie mam szans w nowejRzeczypospolitej. A do tego przez wiele lat związany byłem w firmą, którejwłaścicielami są Węgrzy… sam obawiam się tego, czym się mogłem zarazić.Przecież ja pracowałem w węgierskiej a nie w polskiej firmie! Przez te słowaprezesa teraz czuję się zmuszony zapytać samego siebie i wszystkich wokół mnie,z jakiej są redakcji czy firmy: polskiej czy niemieckiej? Amerykańskiej,węgierskiej, francuskiej czy, mój Boże, rosyjskiej. I odkryłem wiele ciekawychspraw: okazało się, że Ewa od dawna tkwi w opcji amerykańskiej, Monika wizraelskiej chyba, ale tu sprawa jest skomplikowana, bo to raczej pomówienia,co do pochodzenia, sugerują kraj pochodzenia właścicieli, Krzysiek jak nic wrosyjskiej, ja w węgierskiej… jakby tak się rozejrzeć to każdy tu ryje i knujei nikt nie pracuje w narodowo, czysto polskiej firmie. Zdanie, któredoprowadziło do tych moich narodowych rozważań usłyszał od prezesa prawych isprawiedliwych dziennikarz TVN. Wcześniej redaktor spytał prezesa, jakie ciemnesiły stoją za wyborem Angeli Merkel na kanclerza Niemiec. O tych tajemnych iniedopowiedzianych siłach wspominał jeszcze wcześniej „Lider” w swojejnajnowszej książce. Swoją drogą ten to ma wiedzę na każdy temat, pozazdrościć.- Dobrze być polskim dziennikarzem. Polskim dziennikarzem, panie redaktorze -rzekł też prezes do dziennikarza. I teraz to ja już naprawdę nie wiem, wydawałomi się, że jestem polskim pracownikiem, ale teraz to ja już przez te słowaprezesa nie wiem, polskim jestem czy węgierskim pracownikiem? Rosyjskim czyniemieckim? Amerykańskim? Francuskim? Ukraińskim… Znów prezes skomplikowałmoją egzystencję… 

 

dziennik pesymistyczny

Tu się tyle nie zarabia…

Obublikował pavvel dnia Komentarzy: 0

Mój kolega pracujący od kilku lat w stolicy naszego pięknego kraju postanowił w nagłym przypływie lokalnego patriotyzmu powrócić na rynek pracy rodzinnego miasta na prowincji. Przeglądał oferty pracy, wysyłał CV i już po kilku miesiącach znalazł w tych ogłoszeniach prasowych coś, co mu przypasowało. Było zgodne z jego wykształceniem oraz dotychczasowym przebiegiem jego kariery zawodowej. No, był w zasadzie idealnym kandydatem na to stanowisko. Wysłał list motywacyjny, curriculum vitae oraz fotografię. Czekał dwa tygodnie i… miał szczęście, bo został zawezwany na rozmowę kwalifikacyjną. Stawił się mój znajomy w siedzibie wielkiej firmy o amerykańskim rodowodzie z siedzibą w moim mieście. Został miło przejęty przez komisję rekrutacyjną, a rozmowa upływała w miłej i przyjemnej atmosferze wzajemnego zrozumienia. – To ile by pan chciał zarabiać? – zapytała w pewnej chwili pani z komisji, bo przecież jest to klasyczne pytanie, jakie takie komisje zadają kandydatowi do pracy. I w zasadzie nie wiadomo jak się w tedy zachować, bo przecież ja dla przykładu to chciałbym zarabiać kilka milionów, ale czy moje chęci są tu najważniejsze? W takich chwilach najczęściej staram się wpasować w ich oczekiwania, ale to też przecież nie jest takie łatwe, bo skąd ja mam wiedzieć ile to oni przeznaczali na pensję dla nowego pracownika. Nie jestem jasnowidzem. A oni pewnie jak powiem za dużo, to mnie nie przyjmą, a jak powiem za mało to uznają, że jestem mało ambitny i też zostanę skreślony. Ciężka sprawa z takim pytaniem. Wracając do sprawy mojego kolegi, który usłyszał pytanie: – To ile by pan chciał zarabiać? On w przeciwieństwie do mnie, dokładnie wiedział. Kolega uważał, że z jego doświadczeniem zawodowym nie może zarabiać mniej niż dotychczas. Dodał, więc kilka procent i wyszła mu odpowiednia jego zdaniem liczba. – Siedem tysięcy miesięcznie brutto – odparł mój znajomy. Po tej informacji atmosfera na spotkaniu rekrutacyjnym jakby trochę siadła… pani jakoś tak mniej była zainteresowania dokonaniami zawodowymi mojego kolegi. – To proszę pana nie Warszawa, to jest R…, tu się tyle nie zarabia – stwierdziła pani z komisji, gdy rozmowa powróciła znów do wysokości spodziewanej pensji mojego znajomego. Spotkanie trwało jeszcze chwilę, ale już bez obopólnych emocji. – Mieli się odezwać do mnie, ale się już nie odezwali – wyznał mi kolega nadal mieszkający i pracujący w warszawskiej korporacji. – Dowiedziałem się też, ze przyjęli innego kandydata i płacą mu dwa tysiące miesięcznie brutto – dodał. No tak, to miasto na prowincji, tu ludzie mniej jedzą, mniej piją, mniej płacą za rachunki, mniej za ubranie, za buty, mniej wydają w restauracjach… ogólnie nie potrzebują zarabiać… nie to, co w stolicy.  Ale jedno jest dziwne, że pracować mają tak jakby te siedem tysięcy zarabiali, a przecież zarabiają tylko dwa. Kilka tysięcy mniej za tę samą pracę… przypomniał mi się billboard pewnej sieci handlowej, napis na nim głosił: trochej dalej – dużo taniej… faktycznie coś w tym jest.

 

dziennik pesymistyczny

Nie jestem cyferką w bankowym rejestrze

Obublikował pavvel dnia Komentarzy: 1

W zasadzie, w Europie nie maodpowiedzialności zbiorowej, ale za błędy urzędników czy polityków oraz zapazerność finansowych korporacji odpowiadają wszyscy obywatele oczywiście zwyłączeniem tych za to odpowiedzialnych. Taka sprawiedliwość jest kontestowanaw wielu stolicach europejskich gdzie odpowiedzialność za fatalny stangospodarki zrzucona została na zwykłych szarych obywateli. Nie wiem, dlaczego nibyja osobiście, oraz miliony mi podobnych mamy odpowiadać za to, że ktoś tam naszczytach korporacyjnej i urzędniczej władzy podjął błędną decyzję, co zaskutkowałoogromną stratą finansową państwowego budżetu. Dlaczego ja mam odrobić straty, które powstały w skarbcu źlezarządzanego banku? Czy ja naprawdę jestem winien temu, że ktoś postanowiłprowadzić kosztowną wojnę zamiast wydać pieniądze na coś, co mogłobystabilizować gospodarkę? – System jest doskonały, tylko społeczeństwo do niegonie dorosło – usłyszałem kiedyś takie stwierdzenie i było to bardzo dawno,jeszcze w latach PRL-owskiech błędów i wypaczeń. Odnoszę wrażenie, że mimoupływu lat nadal to stwierdzenie jest aktualne. Z rozbawieniem oglądam iwysłuchuję w telewizji ekspertów przekonujących mnie, że w zasadzie systemrządów jest słuszny, że to, co się dzieje w Grecji czy w innych państwachzagrożonych upadkiem finansowym, to nie wynik oddania władzy korporacjomfinansowym, nie jest to też wynik niesprawności i nieefektywności systemu, towynik tego, że obywatele się tak rozbestwili, że chcądobrze zarabiać. System jest jak najbardziej poprawny, tylko tak jakoś wyszło,że ci wredni obywatele za dużo chcą. Tak się rozbestwili, że chcą emerytur,opieki zdrowotnej, darmowego szkolnictwa, dodatków do pensji i to właśnie przezto, jak nic musiało dojść do upadku, bo w żadnym razie nie zawiniło tu to, żektoś tam popełnił błąd i kupił obligacje, które okazały się śmieciami. Żadenurzędnik, minister czy polityk nie jest winien. To wina tychnieodpowiedzialnych tłumów, które protestują na ulicach żądając chleba i pracy.Pewnie jak to przeczyta ekonomista, to od razu narażę się na zarzut, że co jatam wiem…, że przesadzam i usłyszę zapewne, że „są pewne prawa ekonomii”… Alemnie nie chodzi o to, żeby szukać winnych, mnie chodzi o to, żeby mnie nikt jużnie okłamywał. Jeśli prywatny bank, u którego siedzą w kieszeni rządy połowyświata źle zainwestował, to nie mogę być za to odpowiedzialny, nie można pokryćstraty finansowej banku kosztem cierpienia całych narodów. Nie rozumiemtłumaczenia, że ktoś ma bez pracy i domu przymierać głodem tylko, dlatego, żebyw jakiejś korporacji finansowej wzrosły słupki przychodów. Nie ja odpowiadam zakryzys tylko nadnarodowe korporacje, które są prawdziwym rządem naświecie.  To system oparty na wyzyskujest zły, a nie przerost potrzeb obywateli. Wszystko tak bardzo uzależniliśmyod pieniądza, że już dawno straciliśmy kontrolę nad państwem. Dlatego nie dziwimnie to, że tak wielu nie uważa je za swoje. Nie chcę być tylko cyferką, częścią wykresu… nie chcę, żeby celemistnienia państwa było zadowolenie banków. Chcę demokracji i powrotu do tego, żeto człowiek jest tu najważniejszy.