Yearly Archives

53 Articles

dziennik pesymistyczny

Przy obiedzie za miliony cierpię katusze

Obublikował pavvel dnia Komentarzy: 0

Trzeba coś zrobić! Do cholery! Przecież tak być nie może! Nie można być biernym! Trzeba coś zrobić! Trzeba ratować człowieka! Nie można pozwolić żeby znów tak cierpiał! Co prawda mam w głębokim poważaniu cały ten cyrk nazywany wyborami parlamentarnymi, ale tym razem może jednak zagłosuje przeciw, tak z czystej empatii. Niech się chłopina nie męczy dla narodu. Po co człowieka męczyć?

– Nie lubię mówić o takich rzeczach, ale kiedy byłem premierem, jadłem wyjątkowo wręcz ohydne (…) obiady w kancelarii premiera. Chociaż twarz mi wykręcało, to jadłem – wyznał na konferencji prasowej w Sejmie były premier Jarosław K.

– Koniaków żeśmy wypili przez ten cały czas może, z moim udziałem, jedną butelkę. Czasem wicepremierów zapraszałem, bo musiałem ich do czegoś przekonać. To jest wszystko. Cygar w ogóle nie palę – kontynuował swe wyznania doktor, prezes Prawych i Sprawiedliwych.

Ratujmy chłopa! Przecież on gotów dla nas, dla narodu poświecić się i znów zostać premierem, który znów będzie musiał jadać „wyjątkowo wręcz ohydne”. Przecież nie można na to pozwolić. Są pewne granice. Jak ja mógłbym spać spokojnie wiedząc o tym, że gdzieś tam w stołówce kancelarii premiera Jarosław K. zjada z obrzydzeniem obiad aż twarz mu wykręca z cierpienia.

 – Za miliony kocham i cierpię katusze – pisał poeta. Ja wiem, że on jest gotów do poświeceń. Ale przecież nie można pozwolić na to żeby ten wybitny syn wielkiego narodu, polski polityk, doktor nauk prawnych, działacz opozycji demokratycznej w okresie PRL, twórca i prezes partii politycznych Porozumienie Centrum oraz Prawo i Sprawiedliwość, senator I kadencji, poseł na Sejm I, III, IV, V, VI i VII kadencji, były prezes Rady Ministrów, były kandydat na urząd Prezydenta RP tak cierpiał za miliony. W przenośni i dosłownie, żeby cierpiał za miliony. Bo to ani się chudzina koniaczku nie napije, ani cygarka nie zapali, a obiadki musi jeść ohydne. No jak tak można człowieka skazywać na takie cierpienie? Przecież to nieludzkie.

Dlatego apeluje do Was Polacy! Narodzie! Trzeba nam czynić co w naszej mocy, aby zapobiec nieszczęściu które może spaść na tego starszego, schorowanego jegomościa. Nie można przecież pozwolić, aby ten zasłużony mąż stanu znów się tak dla nas poświęcał. Ja wiem, że on tak z czystości serca wziąłby na siebie ten krzyż, ale przecież My naród chrześcijański nie może na to pozwolić.  On pewnie tak nas, dla narodu, tak kocha, że gotów za nas cierpieć katusze. Ale wykażmy się miłosierdziem. Polacy, nie pozwólmy aby ten starszy pan tak się dla nas męczył. Niech on znów nie musi jeść „wyjątkowo wręcz ohydne (…)  obiady w kancelarii premiera”. Niech mu ponownie twarzy nie wykręca z obrzydzenia podczas konsumpcji. Są przecież jakieś granice poświecenia.

dziennik pesymistyczny

Pesel tylko dla zameldowanych

Obublikował pavvel dnia Komentarzy: 0

Choć dla polskiego państwa jesteś tylko numerem w ewidencji, to dostanie takiego numeru nie jest tak łatwe jakby się mogło wydawać. Cyfry określające twoją tożsamości w spisach podatników, płatników, mieszkańców są dla państwa ułatwieniem kontroli nad obywatelem. Ale dla obywatela – posiadanie tych numerów – jest jedyną możliwością funkcjonowania w systemie. Twoje istnieje jest dla państwowych urzędników tylko wtedy całkowicie pełne, gdy już Cię zarejestrują, zapiszą w systemie i nadadzą odpowiedni numer. Ale żeby mieć numer musisz gdzieś być zameldowany, żebyś się urzędnikom nie zgubił.

Matka półrocznej Anastazji z Gdańska nie może wyprosić u urzędników nadania swojej córce numeru PESEL. Bez niego dziewczynka formalnie, czyli praktycznie nie istnieje. Kobieta przez ponad sześć miesięcy bezskutecznie walczy o nadanie córce numeru PESEL. – Bez PESELu nic nie załatwię, bo to jakby człowieka nie było. Ostatnio płaciłam 300 zł za szczepienie córki. Nie mogę nawet wystąpić o alimenty, choć żyjemy tylko z 440 złotych mojej renty – tłumaczy zrozpaczona kobieta dziennikarzom Dziennika Bałtyckiego.

Teoretycznie powinno być tak, że mała gdańszczanka jak każde dziecko urodzone w Polsce dostaje numer PESEL bez większych problemów. Wystarczy zgłosić do Urzędu Stanu Cywilnego fakt narodzin nowego obywatela. Może to zrobić rodzic, personel medyczny, a nawet administracja szpitala, w którym dziecko przyszło na świat. Urzędu Stanu Cywilnego powinien sporządzić akt urodzenia dziecka, a gmina wystąpić do Ministerstwa Spraw Wewnętrznych o numer identyfikujący. Jednak jak to bywa w polskim państwie biurokracja ponad wszystko. Urzędnik musi wiedzieć gdzie późniejszy podatnik będzie przebywał, żeby się państwu nie zgubił. Dziecko musi zostać gdzieś zameldowane żeby dostać PESEL.

Jednak w tym przypadku matka nie ma ani stałego, ani nawet czasowego meldunku w mieszkaniu, które zajmuje z córeczką. No i zaczęły się schody, bo przecież taki numer PESEL to przywilej, nie można go ot tak nadać bez pisemnego podania, bez starań, bez płaszczenia się przed urzędnikami. Matce młodej gdańszczanki poradzono żeby wysłała prośbę o PESEL dla córki do Ministerstwa Spraw Wewnętrznych. Po stosownym oczekiwaniu urzędnicy ministerstwa odpowiedzieli, że matka w swoim piśmie źle uzasadniła swoją prośbę i zakończyli sprawę. Potem poradzono matce, bym ta poprosiła urzędników ZUS, by oni, jako wypłacający jej rentę socjalną, zwrócili się do ministra w jej sprawie.  Ale ZUS przyszła odpowiedz, że nie mogą tego zrobić. No i tak oto nawet jak chcesz być zewidencjonowany obywatelu, by spokojniej żyć w systemie, to jako bezdomny bez zameldowania nie możesz dostąpić tego zaszczytu. Urzędnik musi wiedzieć gdzie mieszkasz, bo bez tego może nad Tobą utracić kontrole.

Od stycznia 2015 roku państwo polskie – jak informują gazety – przestanie gromadzić m.in. dane dotyczące adresu zameldowania obywatela. Ciekawe jak urzędnicy za pół roku będą nadawać numery PESEL? Pewnie mimo, że nie będzie obowiązku meldunkowego to i tak będziesz obywatelu musiał oświadczyć w urzędzie gdzie mieszkasz i potwierdzić ten fakt na piśmie własnym podpisem. I tak oto nie będzie obowiązku meldunkowego teoretycznie, a praktycznie będziesz się obywatelu musieć meldować by urząd wiedział gdzie przebywasz.

dziennik pesymistyczny

Weź się w garść

Obublikował pavvel dnia Komentarzy: 4

– Musisz się zebrać w sobie. Prawdziwy mężczyzna musi być silny. Nie trzeba się mazać, tylko sprężyć, zebrać w sobie i ruszać się do roboty. Bo nic nie jest za darmo! Musisz porzucić smutne myśli. Więcej optymizmu! Musisz myśleć bardziej pozytywnie! – słucham tej motywacyjnej wyliczanki, no bo tak mam, że jak ktoś do mnie dzwoni to z grzeczności odbiegam telefon.

Obudziłem się o trzeciej trzydzieści jeden rano, więc zwyczajowo miałem niechciany czas na przemyślenia. Ta sama godzina od wielu miesięcy z dokładnością, co do dziesięciu minut. Nie mogę spać, więc mój mózg mimo mojej niechęci co do tej jego czynności i tak analizuje moje życie. Nie powiem, nawet nieźle się czułem. Nie żebym tam znów tryskał radością, bo takiego uczucia nie pamiętam od lat. Po prostu, zwyczajnie prawie nic nie czułem. Byłem pusty. Byłem wyjałowiony. Czyli jak na mnie czułem się dobrze. Byłem trochę ociężały. Chciało mi się pić, dlatego wstałem z łóżka. Znalazłem powód, bo przecież chęci do tego heroicznego czynu nie miałem. Czułem jeszcze pewne odrętwienie, lecz nie był to kac. Wstałem. Czułem w całym ciele mrowienie. Wiedziałem, że to zupełnie normalne. Zawsze tak jest przed tym jak odliczę kolejny dzień wyciskają tabletki z opakowań. Łazienka. Okno. Kuchnia. Okno. Telewizor. Okno. Łazienka. Łóżko. Poleżę. Posiedzę. Powtarzam.  Dzwoni telefon.

– Jakbyś się trochę ruszył z domu to od razu by Ci przeszło. Poszukaj czegoś, jakiegoś zajęcie, nie trzeba się tak kurwa zadręczać. Postaw się, do chuja, w końcu do pionu. Jakbyś wyszedł do ludzi, to by Ci, kurwa, od razu przeszło – to kolejny telefon od kolejnego światłego kolegi. Słucham, bo z natury nie odmawiam nikomu prawa do własnego zdania.

Dawno już przestałem wychodzić z domu bez bardzo, ale to bardzo wyraźnego powodu. Jak już wychodzę to staram się spotykać jak najmniej ludzi. Lubię puste sklepy. Miejsca gdzie jestem sam, lub prawie sam. Nienawidzę tłumu. Ograniczam kontakt z drugim człowiekiem do minimum. Nie cierpię spotykać się z ludźmi. Mam kilku akceptowanych przyjaciół i kolegów, reszta świata mogłaby dla mnie nie istnieć. Zamykałem się w sobie. Zakupy, potem szybko do domu. Jak najszybciej do bezpiecznych czterech ścian. Aby ich nie widzieć. Nie czuć ich w przenośni i dosłownie.

– Słuchaj widziałem ogłoszenie o pracy. No, nie możesz przecież tak cały dzień w domu. Musisz iść do ludzi… Trzeba się wziąć w garść, nie załamywać, tylko to w sobie przezwyciężyć. Tak, praca wśród ludzi to by Cię od razu odmieniła, dałaby Ci siłę do życia – słucham i słucham, a głos w słuchawce mówi i mówi…

Dom. Tu jedynie czuje się dobrze. Czytam książki, oglądam filmy, patrzę w telewizor. Nic szczególnego. Bezpieczna monotonia kolejnego dnia, który udało się wyrwać przeznaczeniu. Tylko ten siedzący we mnie smutek. To wieczne przygnębienie. Nic mnie już nie cieszy. Nic nie sprawia radości. Wszystko wokół mnie tak jakby działało na zwolnionych obrotach. Czas wlecze się niemiłosiernie a ja z nim. Czekam. Czytam gazetę i już po chwili nie czytam tylko myślę. Odpływam w abstrakcyjne rozmyślanie.  To “życie jest główną przyczyną depresji”.

– Na co ty narzekasz, masz dwie ręce, dwie nogi… inni to dopiero mają. A Ty? Zdrowy chłop… no przestań się nad sobą użalać, weź się wreszcie za siebie, zrób coś ze swoim życiem, jak się postarasz to dasz radę, tylko musisz tego chcieć – telefon zadzwonił po raz kolejny, potem jeszcze raz.  – Dzień dobry! A jak u Ciebie? Tak samo? No, bo Ty nie umiesz sobie wytłumaczyć… no nie można tak żyć.  No, weź się w końcu w garść, zadbaj o siebie i o swoje życie.  Postaraj się skupić na tym, co dla ciebie najlepsze. Działaj, nie siedź tak… zrób coś – znów podniosłem na moje nieszczęście słuchawkę i odebrałem telefon. Teraz słucham dobrych rad. – Taaaa – powiedział skrzeczący głos. – Życzę Ci wszystkiego najlepszego. Pamiętaj: trzymaj się i nie daj się! Bądź silny! Do widzenia. – Do widzenia – powiedziałem na zakończenie i odłożyłem telefon.

Nim zdążyłem odetchnąć po kolejnej porcji dobrych rad, już rozmyślania przerwał mi ostry, natrętny dzwonek telefonu. Podszedłem, podniosłem aparat i powiedział nieswoim głosem: – Słucham. – Jak się masz? Dzień dobry! Wszystko u ciebie dobrze? – usłyszałem kolejnego radosnego. – W jak najlepszym porządku – odpowiedziałem szybko. – Ejże, coś kręcisz – powiedział z niedowierzaniem głos w słuchawce. – Jak się czujesz? No wiem, że nie najlepiej. Ale musisz być silny. A jak tam z pracą?  – Świetnie – wyrwało mi się nim pomyślałem, co mówię. – Dobra, dobra… mnie nie oszukasz, pamiętaj weź się za siebie.  A swoją drogą to ta twoja ma z tobą krzyż pański.

Nie zdążyłem nawet wyjść z pokoju, gdy telefon zadzwonił po raz kolejny. Wróciłem i podniosłem słuchawkę. Nie zdążyłem nawet powiedzieć słowa, bo głos człowieka z drugiej strony był znacznie szybszy.  – To ty? Co tam u ciebie? – W porządku – odpowiedziałem beznamiętnie. – Tak wiem, wcale nie w porządku, tak tylko mówisz, ja wiem, wiem, wiem… – terkotał głos w słuchawce. – No, kochany nie możesz się tak zamykać, co to za pesymizm? Wmawiasz sobie, że jesteś chory. Wyjdź z domu, zrób coś… nie można mieć takich czarnych myśli. Pamiętaj, że masz przyjaciół. Powodzenia, słyszysz? – mówił głos w telefonie. Tak, słyszałem. Słyszałem to już tyle razy, że nawet gdybym nie słuchał to i tak wiedziałbym, co mówią. Kolejny dzień upływa w przyjaznej atmosferze wzajemnego zrozumienia.

dziennik pesymistyczny

Czy panowie muszą tak napierdalać?!

Obublikował pavvel dnia Komentarzy: 0

O rany, jak ja nienawidzę traktorzystów którzy każdej nocy zjawiają się pod moimi oknami. Naprawdę szczerze i ze stosowną do okoliczności żarliwością nienawidzę tych kierowników traktorów.  Mam bardzo krwawe myśli z nimi związane. Pragnę zemsty.  Każdej nocy planuje, co też ja im zrobię jak tylko przezwyciężę w sobie wrodzoną niechęć do przemocy. Kiedyś nie wytrzymam i wstanę z łózka, ubiorę się, wyjdę z domu…  i raz na zawsze uciszę tych moich dręczycieli!

 Ja wiem, że gość – jeden z drugim – nie śpi w nocy, że ciężko pracują nad tym, aby ulice miasta były czyste i pozamiatane. Ja wiem nawet, że noc jest do takiej pracy najbardziej odpowiednia. Ale na Boga żywego! Czy oni nie mają litości? Czy oni nie mają wyobraźni? Czy te ich piekielne machiny muszą tak każdej nocy napierdalać?  Czy te ich traktory muszą tak hałasować noc w noc?

Doszło do tego, że czekam na ten nocny traktor jak na wykonanie wyroku, bo ja wiem że on już tam gdzieś zapadł. Ja wiem, że ten traktor krąży po ulicach i z pewnością przybędzie pod moje okna, aby mnie obudzić. Aby mnie dręczyć i wkurwiać. Czy oni naprawdę muszą tak napierdalać od bladego świtu?! Co oni sobie myślą? Że jeśli nie podbijam karty na zakładzie usług komunalnych o trzeciej rano, to już w ich robolskim mniemaniu muszę być nierobem?! To już można mnie budzić każdej nocy?! Trzeba mi jebać po uszach co godzinę przez całą noc aż do świtu!? – parafrazując klasyka.

Każdej nocy od kilku miesięcy, co godzinę licząc od północy, zjawia się pod moim oknem traktor ciągnący za sobą maszynę do czyszczenia ulic. Jakiś urzędnik idiota, lub jakiś inny kretyn bez krzty wyobraźni postanowił, że ustawi kontener na śmieci dokładnie naprzeciwko moich okien. Tak centralnie, na trawniku.  Każdej nocy, co godzinne, z piekielną regularnością przybywa ten traktor ciągnąc za sobą hałasująca maszynerie i dokonuje zrzutu urobku do tegoż  kontenera. Na początku słychać tylko popierdywanie traktorka, potem gdy już traktorzysta ustawi swój pojazd przy śmietniku podkręca obroty silnika… no i machineria pozbywa się ze stosownym do czynności hukiem wszystkiego co zebrała z miejskich ulic. Ale na tym nie koniec. Nie jest mi dane zasnąć. Jeśli tylko coś zostanie w trzewiach maszyny to sumienny traktorzysta bierze do ręki lagę i okłada stalowy zbiornik tak żeby pozbyć się do końca wszystkich nieczystości. Dźwięk uderzeń pałki o blachę niesie się przepięknie poprzez okoliczne uśpione ulice. Ale traktorzyście to nie przeszkadza. Po opróżnieniu ustrojstwa z urobku pan kierowca rozpoczyna relaks. Nie, nie wyłączy silnika. A co tam, niech hałasuje. Jemu nie przeszkadza. On jest w pracy. Silnik sobie hałasuje na wolnych obrotach dzwoniąc każdą luźną częścią a pan kierowca tak z godzinkę sobie odpoczywa. Przecież jak on nie śpi, to inni też nie powinni.  On jest w robocie, to wszyscy muszą o tym wiedzieć.  Jemu tu kazali przyjechać i tu zrzucać. No to robi co kazali.  Nie pomyśli bidulek, że kogoś budzi co noc. A może on już nie słyszy? Przecież jak ktoś siedzi w tym dzwoniącym każdą częścią traktorku to faktycznie może przytępić sobie zmysły. Jemu hałas nie przeszkadza, bo on go po prostu nie słyszy. To faktycznie wiele by tłumaczyło.

Boże, dlaczego umieściłeś mnie wśród idiotów. Dlaczego mnie tak doświadczasz? Jeden kretyn wydaje pozwolenia na postawienie kontenera na śmieci przy osiedlowej drodze. Inny kretyn nie pomyśli, że ten traktor i ta maszyna przeraźliwie hałasują każdej nocy. Nie przyjdzie do głowy ciężkim idiotom, że robiąc to co robią w tym miejscu mogą kogoś pozbawiać snu. No i jeszcze ten traktorzysta. Dobrze, niech już nawet rozładowuje tą swoją machinę w nocy jak nie ma innej możliwości. Niech nawet wali w nią pała jak w pustą beczkę. Ale do ciężkiej cholery, dlaczego sterczy tu z tym traktorem od godziny i nie wyłączy w nim silnika?! Nie, no naprawdę…  nie mogę pojąc ludzkiej głupoty.

dziennik pesymistyczny

25 czerwca (dawniej 1 maja)

Obublikował pavvel dnia Komentarzy: 0

W jego domu przez lata była przechowywana z czcią należną relikwiom dawno już niemodna nadpalona marynarka. Typowa dla męskiej mody w peerelowskich latach siedemdziesiątych. Szerokie klapy, naszywane kieszenie a wszystko to z taniego materiału w zielono niebieską kratę. Zawsze, gdy otwierał pudło z tą odzieżową świętością, ogarniał go ten sam przerażający specyficzny zapach spalenizny. Dotykał z zaciekawienie oraz ciągłym niedowierzaniem naznaczonych ogniem dziur w ojcowskiej marynarce. Po raz kolejny brał w dłonie strzępy nadpalonego materiału. Przypatrywał się plamom sadzy, tynku, ceglanego pyły, błota oraz zakrzepłej krwi.  Chciał zapamiętać… i pamiętał.

W jego rodzinnym domu zawsze było pełno książek. Były wszędzie. Stały na regałach i na podłodze. W biblioteczce i popakowane w pudła. Na szafie, na biurku i pod biurkiem.  Od dzieciństwa był namawiany do czytania, więc całą domową bibliotekę znał na pamięć. Na jednej z półek, wśród kilkuset stojących tam książek, było kilkanaście tomów zupełnie różniących się od pozostałych. One właśnie najbardziej go interesowały ze względu na swą odmienność. Odróżniały się od całego księgozbioru zapachem i wyglądem. Były to książki na wpół spalone. Z nadpalonymi okładkami. Ze zniszczonymi przez ogień brzegami i rogami. Stały tam, bo książek nie można wyrzucać. Dobrze pamiętał zapach spalonego papieru. Dotykał nadwątlonych gorącem stron. Ostrożnie przekładał rozpadające się pożółkłe kartki. Czytał to, co nie strawił ogień. Te książki były dla niego bardzo ważne. Nie ze względu na treść, którą zawierały, ale też, dlatego, że ktoś mu nieznany chciał te książki spalić. Nie mógł zrozumieć jak można palić książki. Nie rozumiał, czym wtedy był rozwścieczony, otępiały chwilowym zwycięstwem nad tyranami, żądny zemsty tłum.

Pamiętał jednak opowieść dorosłych. Był jeszcze dzieckiem, gdy pierwszy raz usłyszał o budynku w płomieniach. Ukryty za drzwiami swojego pokoju wsłuchiwał się w opowieści o tłumie, który z wściekłości na rządzących podpalał samochody, autobusy i biurowce. Niszczył i okradał sklepy. Słyszał o wściekłym tłumie żądnym krwi ciemiężycieli.  O ludziach upojonym słuszną chęcią zemsty. Słyszał jak dorośli szeptem opowiadali o płonącym budynku. Od dzieciństwa dobrze wiedział, że gdy tłum demolował biurowiec, nie było w nim już ludzi władzy. Możni tamtych czasów już dawno opuścili gmach.

Zostali tam tylko robotnicy i zwyczajni urzędnicy. Ludzie tam pracujący, dalecy od polityki. Ich nikt nie ewakuował, bo nikomu na nich nie zależało.  Byli tam już przeważnie tylko ci, którzy zatrudnili się tam nie dla stanowisk, ale dla lepszego życia. Ale tłum nie wiedział lub nie chciał tego wiedzieć. Chciał odwetu. Chciał słusznej zemsty. Chciał palić, niszczyć i rabować.  Kamienie i butelki z benzyną. Płomienie. Demolka. Ogień na korytarzach i w gabinetach. Chaos. Meble wyrzucane przez okna na ulice. Portrety wodzów w ogień. Książki, papiery, dokumenty, biurka, ławki, krzesła, fotele – wszystko w ogień. Dywany na trawnikach, a na nich mściciele robotniczej rewolty. Wokół ich zamykał się pierścień zwartych oddziałów. A na podwórku biurowca trwała zabawa harcowników rewolucji

Z tamtej oficyny gdzie pracował nie było przejścia do głównego holu. Trzeba było wyjść na podwórze.  Należało zejść po kilku schodach. Przejść przez dziedziniec. Było zaledwie kilkanaście metrów do następnych schodów. Potem już tylko w górę do następnych drzwi i było się w głównym holu biurowca. Zwyczajnego dnia tak blisko, a teraz, w tym piekle, tak daleko. Budynek stał przecież w płomieniach. Dym nie dawał oddychać. Była już tylko jedna nadzieja. Jedna droga do życia. Trzeba było wyjść na zewnątrz a na dziedzińcu stał wrogi tłum. Nie było czasu na tłumaczenie, kim się jest. Zresztą i tak nikt by go nie słuchał. Hordy mścicieli wylegiwały się na dywanach wyniesionych z gabinetów władców, ale nadal chciał zemsty. Tłum chciały odwetu za lata nędzy. Tu płomienie, a tam oszalały tłum. Nie było wyboru. Chciało się żyć.

W płonącej marynarce, z tlącymi się włosami, biegł te kilkadziesiąt metrów po życie. Kohorty mścicieli wyły. Słyszał świst kamieni. Butelki rozbijały się o bruk pod jego nogami. Gonili go z pałkami w dłoniach. – Mamy cię skurwysynu! Już nie żyjesz!– słyszał ryk oszalałego tłumu. Jeszcze kilka metrów. Parę schodów. Ale czy zauważą? Czy otworzą bronione przed tłumem drzwi? Zobaczyli. Ktoś otworzył. Jeszcze metr. Nawet nie poczuł uderzenia kamieniem w głowę. Wpadł w otwarte drzwi. Zamknęły się za nim. Już bezpieczny usłyszał jeszcze głuchy łoskot uderzeń kamieni.  Ktoś zdusił na nim płomienie. Udało się. Żył.

Historia to nie fakty, to tylko wersja zwycięzców.  Teraz jest tylko jedna wersja wydarzeń. Wielu dla świętego spokoju woli nie pamiętać, że było rożnie. Historia nigdy nie jest czarno – biała. Przeważnie jest szara. Jeśli się było tylko trybikiem w maszynerii historii, to twoja relacja z tych wydarzeń nie jest ważna. Liczy się szerszy kontekst. Liczy się słuszny protest robotniczy. Nikt nie chce pamiętać przypadkowych ofiar. Ważna jest oficjalna wersja. Ważne jest, że „tu się zaczęło”. Jest jedna prawda historyczna. Polityka historyczna państwa. Ważna jest sława bohaterów. Ważne są pomniki.

Problem jednak w tym, że on na swoje nieszczęście nadal pamięta tamtą nadpaloną marynarkę. Pamięta spalone książki. Chyba jest jednym z ostatnich, który chce tak to pamiętać. Historie napisano już, bowiem na nowo. Teraz fakty są zupełne inne.  Równiejsze. Jednokolorowe. Ładniejsze. Pomnikowa. Bohaterskie.

dziennik pesymistyczny

Prawda to destabilizacja

Obublikował pavvel dnia Komentarzy: 1

– Państwo jest najbardziej jaskrawym, najbardziej cynicznym i najbardziej pełnym zaprzeczeniem tego, co ludzkie – napisał kiedyś Michał Bakunin. Odkąd wiem, co naprawdę myślą politycy jeszcze bardziej niż kiedyś zgadzam się z klasykiem.  Dla mnie najbardziej jaskrawym przykładem cynizmu naszej władzy jest usiłowanie odwrócenia uwagi społeczeństwa od istoty problemu. Nie ważne są prawdziwe oblicza polityków ukazane dzięki nagranym rozmową. Najważniejsze dla państwa jest to, że ktoś odważył się pokazać jak jest naprawdę. Szczera prawda zagraża interesom państwa. Narusza jego stabilność, wprowadza zamęt i obniża poziom bezpieczeństwa.

– Intencją osób czy zorganizowanej grupy przestępczej, która założyła podsłuchy (…), i systematycznie podsłuchiwała ludzi polityki i biznesu, nie jest interes publiczny. Wręcz przeciwnie, dziś widać, że jedynym efektem zorganizowanych podsłuchów, a następnie ich publikacji, jest destabilizacja państwa polskiego i to w sytuacji dość istotnej – powiedział premier. No tak, usłyszeć, co myśli o państwie konstytucyjny minister sprawiedliwości nie leży w „interesie publicznym”. Może czas przyznać, że nie leży to tylko w interesie klasy politycznej i urzędniczej dyktatury. Ujawnienie prawdziwej twarzy polityki nie leży tylko w interesie państwa, jako organizacji przestępczej o charakterze zbrojnym. Bo przecież sam minister idąc w poprzek rządowej propagandy przyznał, że: „Państwo polskie istnieje teoretycznie. Praktycznie nie istnieje dlatego, że działa poszczególnymi swoimi fragmentami, a w zasadzie jest to „niestety chuj, dupa i kamieni kupa”. Jeśli państwo nie istnieje to, czym jest ten twór jak nie organizacją przestępczą właśnie?  -Przykra sprawa – jak przesądził ostatnio premier i trudno się z nim nie zgodzić.

– Nie mamy dzisiaj wystarczającej wiedzy o tym, kto i jakim celu dokonywał i upowszechniał nielegalne nagrania. Możemy się jedynie domyślać złych intencji i złych celów, które temu zjawisku towarzyszyły (…) efektem tych działań jest zagrożenie realną destabilizacją państwa – powiedział prezydent na konferencji prasowej. Zgadzam się, ujawniona  prawda o politycznej klasie jest zagrożeniem dla państwa, bo pokazuje dobitnie,  jakimi ludźmi są ci, którzy od dwudziestu pięciu lat wmawiają nam, że pracują tylko dla dobra narodu.

– Kto ma choć krótką pamięć, to pamięta identyczne zachowania albo bardzo podobne w wydaniu przedstawicieli różnych partii politycznych – mówił prezydent. I co to znaczy? Tyle tylko, że mimo przetasowań na scenie politycznej, mimo pozornych zmian, u władzy nadal pozostają cynicy nazywani u nas klasą polityczną. I nie ważne kto aktualnie jest u koryta.

– Po pierwsze, wyjaśnienie, kto i w jakim celu dokonywał nielegalnych podsłuchów. Po drugie, wyjaśnienie, dlaczego operacja na tak dużą skalę była możliwa i została ujawniona w zasadzie przez samych sprawców tak późno. Innymi słowy konieczna jest odpowiedź dotycząca poziomu bezpieczeństwa dzisiaj i w przyszłości – oznajmił prezydent.  No oczywiście, państwo nie może sobie pozwolić, aby jakieś łachmyty podsłuchiwały jego funkcjonariuszy i ujawniały, kim są oni naprawdę. Państwo musi takich podsłuchiwaczy znaleźć i przykładnie ukarać, aby nikomu niż nigdy nie przyszło go głowy ujawnianie prawdy o politykach. Bo „efektem (takich) działań jest zagrożenie realną destabilizacją państwa – że znów zacytuje prezydenta.

Teraz to nie pozostaje urzędnikom, politykom i całej tej państwowej klice nic innego jak tylko „minimalizować straty, które w wyniku afery podsłuchowej ponosi polskie państwo”. Te straty – są zdaniem prezydenta  – ” jednak ewidentne”.  Dlatego, choć mnie to denerwuje całkowicie rozumień to ogólnopaństwowe odwracanie kota ogonem. Przecież nie może być tak, że niewolnik tak łatwo może podsłuchać rozmowy nadzorców! Oraz nabrać przez to pewności co do swojego niewolniczego stanu. Co do swej murzyńskości. Przecież może się zbuntować! Jakby tak zrozumiał, że państwo istnieje tylko teoretycznie i przestał płacić podatki? Z czego oni wszyscy by żyli?

Nic w tym, więc dziwnego, że dla prezydenta ujawniona prawda o politykach jest „źródłem poważnego smutku i przykrości”. Bo przecież „fakt tak łatwego, nielegalne podsłuchiwania istotnych osób w państwie, jak i również treść rozmów” to prawdziwy skandal, bo przecież nikt nie powinien wiedzieć, co politycy i państwowcy myślą naprawdę.

I co tu jeszcze można zrobić? Cóż, można się na chwile wymienić z „opozycją” na posady. Tak dla przetrwania systemu. Żeby obywatel miał wrażenie zmian. Niech więc „ (…) przyjdą te oszołomy, kurwa i zrobią tu, kurwa, kocioł taki, że wszyscy będą mieli… wiesz – jak prorokował prezes Orlenu w jednej z podsłuchanych rozmów. Zróbmy wybory i zamieńmy cyników i kłamców na oszołomów i wariatów.

– Dobrze zorganizowaną grupę przestępczą nazywamy mafią, najlepiej zorganizowaną mafię, nazywamy państwem – powiedział ktoś mądry. A ty obywatelu nie podsłuchuj! Nie słuchaj prawdy o politykach i urzędnikach państwowych. Płać uczciwie podatki. Słuchaj propagandy i nauk kościoła. Siedź cicho i pracuj.  Bo znając prawdę państwie destabilizujesz państwo!

dziennik pesymistyczny

Musisz być kimś?

Obublikował pavvel dnia Komentarzy: 0

Atrakcyjna praca, rodzina, zajebisty płaski telewizor, pralka, samochód, kino domowe, zagraniczne wakacje, otwieracz do puszek, dobre zdrowie i dietetyczne żarcie, ładne mieszkania, ubezpieczenie, kredyt, dom, sportowy ubiór, przyzwoite  garnitury, teleturnieje, niezdrowe żarcie, dzieci, spacery, etat, dwa etaty, karta kredytowa, golf, harley po czterdziestce, czysty wóz, pełna szafa ubrań. Święta z rodziną, fundusz emerytalny, prywatne ubezpieczenie zdrowotne, niski cholesterol, opiekę dentystyczną, zwolnienie podatkowe, w niedziele do kościoła, w każdy poniedziałek do pracy. Do emerytury spłacać kredyt na mieszkanie. Wybrać karierę. Wybrać rodzinę.

Musisz być najlepszy, najdoskonalszym pracownikiem, doskonałym przedsiębiorcą, biznesmenem. Zarabiać. Mieć . Posiadać. Pokazać się. Zaharować się, aby mieć dla siebie, dla dzieci. Dla kilkorga dzieci, bo tak kościół naucza. A przecież religijność jest teraz w modzie. Jest bardzo trendy. Być zdeklarowanym katolikiem. Działać w partii. Może dostrzegą. Może wybiorą. Ulokować się wysoko w strukturach władzy. Elitarne wyznaniowe szkoły. Z poczuciem wyższości i pogardą odróżnić się od bezideowej, ateistycznej hołoty.  Być konserwatystką. Być narodowcem.

Być prawicowcem. I pracować. Pracować. Ale nie tak osiem godzin i do domu. Przynajmniej ze dwanaście. Dla dzieci. Dla przyszłych pokoleń. Zarobić na wakacje.  Na święta. Bo trzeba mieć pieniądze na długi weekend. Po dwunastu godzinach w biurze czas do domu. Ale trzeba zabrać pracę do domu. Siedzimy do późna w nocy. Trzeba być operatywnym, dyspozycyjnym. Trzeba zadowolić właściciela. Niedospany, ale pracowity. Jeśli nie zrobiłem wszystkiego przez pięć dni, to nadgonię przez weekend. Dam rade.

Nowe meble do nowego mieszkania, nowy samochody na dogodne raty. Dwadzieścia pięć lat wolności. Dziecko w katolickiej szkole. Trzeba zapłacić czesne. Studia za granicą. Niech ma dziecko szanse. Za młodu przecież uczęszczał na angielski i niemiecki, grał na fortepianie, uprawiał karate, śpiewał w chórze. Szkoda by to się zmarnowało.  Może będzie lepiej zarabiał? Najlepsza, bo najdroższa uczelnia. Na to wszystko trzeba zarobić. Trzeba dogonić zachód. Być Europejczykiem. Klękajcie narody, Polacy to najdłużej pracująca nacja w Europie. To dopiero sukces.  Radujmy się mamy to samo co na Zachodzie depresje, psychozę, samobójstwa oraz brutalny rynek pracy. Czy wybrać takie życie? Wybrać pracę aż do śmierci, bo nikt nie dożyje przecież emerytury. Wybrać mobbing, brak ochrony socjalnej, pobieżne relacje z innymi ludźmi, osamotnienie, bezrobocie, emigracje zarobkowa, pogoń za pieniędzmi.

Zastanawiam się w niedzielny ranek, kim oni, kim ja, do cholery, jestem? Po co tu jestem? Jaki sens ma moje istnienie? Czy jestem tylko pracą? Czym jestem bez pracy? Czy dla tego państwa jestem tylko płatnikiem podatków? Dlaczego miałbym chcieć tak żyć? Istnieć tak bez sensu. Dla pieniędzy. „Ja nie przegram, bo ja nie gram, bo nie mam żadnej ambicji”.  Ja nie przystaje do ogólnie przyjętych norm. „Pragnę jedynie miękkiej, mglistej przestrzeni, w której mogę żyć, i jeszcze żeby zostawiono mnie w spokoju”.

dziennik pesymistyczny

Ostateczne rozliczenie

Obublikował pavvel dnia Komentarzy: 1

Jestem już gotowy do drogi. Ostatecznie spakowany. Ostatecznie uporządkowany. Przyglądam się walizom, zawiniątkom, pakunkom. Po raz kolejny i wciąż od nowa przestawiam je i układam w coraz to nowsze konfiguracje. To mój cały dobytek.  To co udało mi się zgromadzić przez całe życie. To moje „ja” zapisane w dokumentach i zaklęte w bliskich mi przedmiotach. Pewno tu mnie na wiele sposobów. Pełno niespełnienia. Nienapisane książki. Niezapłacone rachunki. Niezrealizowane marzenia. Niedopowiedzenia. Niedomówienia. Jakieś papiery. Jakiś płyty, kasety, patyki. Motyl, znaczek, temperówka.  W szufladach pełno wspomnień. Kamyczków, sznurków, zdjęć, biletów do i z. Mały żołnierzyk. Miś. Pluszowy prosiaczek. Szkiełko. Długopis.  Książeczka wojskowa. To moje życie zaklęte w przedmiotach. Stosy ulubionych i po prostu przeczytanych książek. Tu pismo z jakieś wszechwładnej instytucji. A tam ponaglenie w sprawie płatności od panów prądu i wody. List z bardzo ważnego urzędu. Dokumenty potwierdzające moje istnienie.

Jestem już spakowany. Gotowy do drogi. Uporządkowałem co mogłem. Poukładałem w małe i większe stosiki zapisane na papierze moje życie. Jest tego tak mało i tak dużo jednocześnie. Jestem już gotowy. Mogę odejść w każdej chwili. Choć nie bardzo wiem dokąd konkretnie się wybieram, bo to wielka niewiadoma.  Jakżeż przeogromna, jakżeż nadęta jest ta nuda oczekiwania na ostateczność. Ta bezgraniczna pustka. Ta niechęć i niemoc do przebywania wśród ludzi. Spaceruje a właściwie człapie, sam nie wiem, gdzie i po co. Czekam na otchłań, na wieczność, na ostateczność.

Odliczam dni wyciskając kolejne tabletki przed śniadaniem i po kolacji. Beznamiętnie czytam kolejną zerwana kartkę z kalendarza. Czekam. Żyje na kredyt. Dzień za dniem przechodząc obok spakowanych bagaży wspomnień. Żegnam się z roślinką na parapecie. Głaszczę czule na do widzenia moje ukochane książki.  Przeglądam po raz kolejny stosy gazet z moich kolekcji. – A może dziś posiedzę w zepsutym od roku, ale przecież i tak nadal moim, samochodzie? – wymyślam sobie zajęcia na następne godziny oczekiwania . Czekam na impuls. Na znak. Na sygnał. Żyje jak na dworcu. Wyczekując pociągu który, na szczęście dla mnie, znów się spóźnia. Bo choć musze wyjechać, to bardzo chciałbym zostać. Spaceruje po peronie codziennych zdarzeń wyczekując na przybycie ostateczności. Coś kupuje, wydaję pieniądze, ale wcale mnie to nie rozwesela. Coś wypije, coś zakąszę aby zapomnieć, że czekam.  Rano znów czekam ze zdwojoną siłą w jeszcze większym napięciu i zdenerwowaniu.

Spaceruje wśród walizek i kartonów pełnych niezrealizowanych spraw i pomysłów. Przeskakuje nad tobołkami z uczuciami. Krążę wśród  paczek z pragnieniami. Coś zjem w kuchennej stołówce. Trwam sobie w mojej domowej poczekalni. Przysiądę przy stole jak na dworcowej ławce. Poczytam w oczekiwanie ma przybycie transportu do wieczności. Pooglądam. Posłucham. Poczekam.  Przecież wcale mi się nie spieszy. Jestem tu, bo wiem że musze wyjechać. Ale chęci ku temu we mnie żadnych. Wszystko wydaje mi się takie nie wartę zainteresowanie. Takie banalnie puste. Takie skretyniałe. Skarlałe. Godzinami wpatruje się z ludzi biegających jak mrówki i tak ich owadzio właśnie postrzegam. To wszystko jest takie martwe i powiędłe jeszcze za życia. Takie nieistotne. Takie przyziemne. Powtarzalne. Przewidywalne. Smutne i nudne.

Nasłuchuje kroków na schodach.  Każde uderzenie w poręcz, każde szurniecie butów o kamienne schody to może być dla mnie znak, że już czas się zbierać. Że nadszedł mój czas. Że mój czas się wypełnił.  – Czy to już? Czy to po mnie ? – pytam sam siebie. Nie mam żalu, jeśli znów to tylko pomyłka. Czekam, bo wiem, że to nadejdzie ale tego nie oczekuje. „Przygnębienie jakieś dziwne mną owładnęło – chcę czegoś chcieć, ale wszystko mi jest obojętne. Pojutrze wyjeżdżam – tym lepiej. Zupełnie jestem sam”.

dziennik pesymistyczny

Dyrektor… to brzmi dumnie

Obublikował pavvel dnia Komentarzy: 0

Znałem kiedyś faceta, który był zwyczajnym magazynierem. Był on jednak bardzo ambitny. Chciał coś w swoim życiu zmienić. Miał marzenia. Pewnego razu wpadł on na pomysł, aby awansować na głównego menagera do spraw logistyki. Jednak nie zmienił pracy. Nadal był magazynierem w tym samym miejscu, w którym pracował do tej pory. Zarabiał nawet tyle samo. Miał takie same obowiązki służbowe. Po prostu przekonał swojego pracodawcę, żeby ten zmienił mu nazwę stanowiska pracy. Przecież zawsze lepiej być głównym menagerem już pospolitym magazynierem.

Dyrektor Zakładu Usług Komunalnych w moim prowincjonalnym mieście posiada od niedawna zastępcę do spraw technicznych. Utworzono tam nowe stanowisko pracy. Magistrat z radością zatwierdził nową strukturę organizacyjną miejskiego przedsiębiorstwa. Przez wiele lat dyrektor tej kluczowej dla gospodarki miasta instytucji nie miał swojego zastępcy, teraz nastąpiła historyczna zmiana. Pojawił się zastępca dyrektora do spraw technicznych.

Nowy wicedyrektor do spraw technicznych nie tak dawno, bo jakieś pół roku temu, wygrał konkurs na zastępcę kierownika działu transportu w ZUK.  Czyli był tam kierownikiem. W zakresie obowiązków pana kierownika były głównie sprawy techniczne, jak np. organizowanie i prowadzenie napraw oraz obsługi technicznej środków transportu, utrzymanie właściwej gotowości technicznej pojazdów, organizowanie zakupu części zamiennych czy organizowanie pracownikom warsztatu odpowiednich narzędzi. Jednak podczas poszukiwań kandydata na kierownika Zakład Usług Komunalnych pragnął zatrudnić wyłącznie osoby z wykształceniem ekonomicznym. Wiedzę techniczna czy zdolności organizacyjne nie były najważniejsze.  I jak się okazało nowy pan kierownik takie wykształcenie – zapewne całkiem przypadkowo – właśnie posiadał. Wygrał konkurs i został nowym panem kierownikiem.

Pan kierownik pracował w ZUK od półtora roku, a gdy zakończył on służbę przygotowawczą na stanowisku zastępcy kierownika działu transportu pomyślano o zmianach. Podjęta została decyzja, że kierownik zostanie wicedyrektorem do spraw technicznych ZUK. Natomiast ze struktury organizacyjnej zniknęło stanowisko, które dotąd zajmował. Bo przecież po reorganizacji nadzór nad tym działem objął zastępca dyrektora do spraw technicznych. Wiadomo, zawsze lepiej być dyrektorem niż kierownikiem.

dziennik pesymistyczny

Nowe przywileje dla klasy próżniaczej

Obublikował pavvel dnia Komentarzy: 0

W teoretycznym państwie, czyli w takim, w którym przyszło nam żyć, najlepiej zostać politykiem lub urzędnikiem ewentualnie samorządowcem. Wszyscy zdajemy sobie sprawę że taka praca państwowego nadzorcy nad społeczeństwem wymagająca wielu wyrzeczeń, więc pewnie, dlatego w Polsce jest tak bardzo dobrze chroniona przez prawo.  To praca elitarna. Nie każdy może tak od razu zostać urzędnikiem czy politykiem, bo na przywileje trzeba zasłużyć. Jak to w korporacji, trzeba być bezwzględnym. Trzeba piąć się po szczeblach kariery. Ale jak już wodzowie kandydata namaszczą, a on ucałuje odpowiednią ilość pośladków, ma odrobine szczęścia i bezczelności to możesz zostać politykiem. Może pracować z najlepiej chronionym zawodzie w Polsce. A teraz dodatkowa zachęta aby podjąć się tych trudów: polscy parlamentarzyści planują zwiększenie własnej ochrona przed utratą pracy oraz mniej jawności we własnych oświadczeniach majątkowych.  To nowa propozycja senatorów. Chęć do przyznania sobie specjalnych przywilejów dopadła też samorządowców. Część wójtów, burmistrzów oraz prezydentów chciałaby aby po kilku kadencjach, jeśli nie zostali ponownie wybrani, przyznawać im prawo do emerytury – poinformował Portal Samorządowy.

Przecież nie może być tak, że Ci wybrańcy narodu po trudach i znojach walki o lepszą świetlaną przyszłość narodu mogliby pozostać bez środków do życia. Nie po to się tak męczyli, tak starali, żeby teraz w pośredniaku z pospólstwie wystawiać. Oto właśnie chcą zadbać polscy senatorowie. Tego chcą samorządowcy.  Senacki projekt daje byłym parlamentarzystom jeszcze większe gwarancje zatrudnienia niż mają obecnie. Teraz prawo chroni tylko posady posłów i senatorów, tzw. zawodowych, którzy wzięli bezpłatny urlop w miejscu pracy. Gdy odejdą z parlamentu, pracodawca musi z powrotem ich przyjąć na dawna posadę, a w ciągu dwóch lat nie może ich ani zwolnić, ani obniżyć im pensji. Chyba, że uzyska na to zgodę prezydium Sejmu lub Senatu.

Teraz podobne zasady ochrony przed ewentualnym zwolnieniem miałyby dotyczyć posłów i senatorów, którzy wykonywanie mandatu łączą z pracą zawodową, czyli tych niezawodowych. Czyż to nie piękne, że tak o siebie dbają? Ale to jeszcze nie koniec dobrodziejstw płynących z pracy dla narodu. Senacki projekt przewiduje, bowiem ponadto, że parlamentarzyści mieliby nie podawać już w oświadczeniach majątkowych informacji o wartości swoich domów czy gruntów. Bo i po co ludzi denerwować?  Czego oczy nie widzą tego sercu nie żal – jak to mówią.

Matematyk, statystyk, biolog, informatyk, analityk systemów komputerowych, historyk, socjolog, projektant przemysłowy i księgowy – te zawody tworzą pierwszą dziesiątkę najlepszych zawodów świata. Listę opublikował portal CareerCast.com. Ja dodałbym jeszcze do listy polskiego parlamentarzystę oraz samorządowca. I te właśnie zawody powinny tą listę otwierać, bo gdzie tam jakiemuś matematykowi czy księgowemu do polskiego posła, prezydenta miasta, wójta czy senatora.