dziennik pesymistyczny

Prawda to destabilizacja

Obublikował pavvel dnia Komentarzy: 1

– Państwo jest najbardziej jaskrawym, najbardziej cynicznym i najbardziej pełnym zaprzeczeniem tego, co ludzkie – napisał kiedyś Michał Bakunin. Odkąd wiem, co naprawdę myślą politycy jeszcze bardziej niż kiedyś zgadzam się z klasykiem.  Dla mnie najbardziej jaskrawym przykładem cynizmu naszej władzy jest usiłowanie odwrócenia uwagi społeczeństwa od istoty problemu. Nie ważne są prawdziwe oblicza polityków ukazane dzięki nagranym rozmową. Najważniejsze dla państwa jest to, że ktoś odważył się pokazać jak jest naprawdę. Szczera prawda zagraża interesom państwa. Narusza jego stabilność, wprowadza zamęt i obniża poziom bezpieczeństwa.

– Intencją osób czy zorganizowanej grupy przestępczej, która założyła podsłuchy (…), i systematycznie podsłuchiwała ludzi polityki i biznesu, nie jest interes publiczny. Wręcz przeciwnie, dziś widać, że jedynym efektem zorganizowanych podsłuchów, a następnie ich publikacji, jest destabilizacja państwa polskiego i to w sytuacji dość istotnej – powiedział premier. No tak, usłyszeć, co myśli o państwie konstytucyjny minister sprawiedliwości nie leży w „interesie publicznym”. Może czas przyznać, że nie leży to tylko w interesie klasy politycznej i urzędniczej dyktatury. Ujawnienie prawdziwej twarzy polityki nie leży tylko w interesie państwa, jako organizacji przestępczej o charakterze zbrojnym. Bo przecież sam minister idąc w poprzek rządowej propagandy przyznał, że: „Państwo polskie istnieje teoretycznie. Praktycznie nie istnieje dlatego, że działa poszczególnymi swoimi fragmentami, a w zasadzie jest to „niestety chuj, dupa i kamieni kupa”. Jeśli państwo nie istnieje to, czym jest ten twór jak nie organizacją przestępczą właśnie?  -Przykra sprawa – jak przesądził ostatnio premier i trudno się z nim nie zgodzić.

– Nie mamy dzisiaj wystarczającej wiedzy o tym, kto i jakim celu dokonywał i upowszechniał nielegalne nagrania. Możemy się jedynie domyślać złych intencji i złych celów, które temu zjawisku towarzyszyły (…) efektem tych działań jest zagrożenie realną destabilizacją państwa – powiedział prezydent na konferencji prasowej. Zgadzam się, ujawniona  prawda o politycznej klasie jest zagrożeniem dla państwa, bo pokazuje dobitnie,  jakimi ludźmi są ci, którzy od dwudziestu pięciu lat wmawiają nam, że pracują tylko dla dobra narodu.

– Kto ma choć krótką pamięć, to pamięta identyczne zachowania albo bardzo podobne w wydaniu przedstawicieli różnych partii politycznych – mówił prezydent. I co to znaczy? Tyle tylko, że mimo przetasowań na scenie politycznej, mimo pozornych zmian, u władzy nadal pozostają cynicy nazywani u nas klasą polityczną. I nie ważne kto aktualnie jest u koryta.

– Po pierwsze, wyjaśnienie, kto i w jakim celu dokonywał nielegalnych podsłuchów. Po drugie, wyjaśnienie, dlaczego operacja na tak dużą skalę była możliwa i została ujawniona w zasadzie przez samych sprawców tak późno. Innymi słowy konieczna jest odpowiedź dotycząca poziomu bezpieczeństwa dzisiaj i w przyszłości – oznajmił prezydent.  No oczywiście, państwo nie może sobie pozwolić, aby jakieś łachmyty podsłuchiwały jego funkcjonariuszy i ujawniały, kim są oni naprawdę. Państwo musi takich podsłuchiwaczy znaleźć i przykładnie ukarać, aby nikomu niż nigdy nie przyszło go głowy ujawnianie prawdy o politykach. Bo „efektem (takich) działań jest zagrożenie realną destabilizacją państwa – że znów zacytuje prezydenta.

Teraz to nie pozostaje urzędnikom, politykom i całej tej państwowej klice nic innego jak tylko „minimalizować straty, które w wyniku afery podsłuchowej ponosi polskie państwo”. Te straty – są zdaniem prezydenta  – ” jednak ewidentne”.  Dlatego, choć mnie to denerwuje całkowicie rozumień to ogólnopaństwowe odwracanie kota ogonem. Przecież nie może być tak, że niewolnik tak łatwo może podsłuchać rozmowy nadzorców! Oraz nabrać przez to pewności co do swojego niewolniczego stanu. Co do swej murzyńskości. Przecież może się zbuntować! Jakby tak zrozumiał, że państwo istnieje tylko teoretycznie i przestał płacić podatki? Z czego oni wszyscy by żyli?

Nic w tym, więc dziwnego, że dla prezydenta ujawniona prawda o politykach jest „źródłem poważnego smutku i przykrości”. Bo przecież „fakt tak łatwego, nielegalne podsłuchiwania istotnych osób w państwie, jak i również treść rozmów” to prawdziwy skandal, bo przecież nikt nie powinien wiedzieć, co politycy i państwowcy myślą naprawdę.

I co tu jeszcze można zrobić? Cóż, można się na chwile wymienić z „opozycją” na posady. Tak dla przetrwania systemu. Żeby obywatel miał wrażenie zmian. Niech więc „ (…) przyjdą te oszołomy, kurwa i zrobią tu, kurwa, kocioł taki, że wszyscy będą mieli… wiesz – jak prorokował prezes Orlenu w jednej z podsłuchanych rozmów. Zróbmy wybory i zamieńmy cyników i kłamców na oszołomów i wariatów.

– Dobrze zorganizowaną grupę przestępczą nazywamy mafią, najlepiej zorganizowaną mafię, nazywamy państwem – powiedział ktoś mądry. A ty obywatelu nie podsłuchuj! Nie słuchaj prawdy o politykach i urzędnikach państwowych. Płać uczciwie podatki. Słuchaj propagandy i nauk kościoła. Siedź cicho i pracuj.  Bo znając prawdę państwie destabilizujesz państwo!

dziennik pesymistyczny

Musisz być kimś?

Obublikował pavvel dnia Komentarzy: 0

Atrakcyjna praca, rodzina, zajebisty płaski telewizor, pralka, samochód, kino domowe, zagraniczne wakacje, otwieracz do puszek, dobre zdrowie i dietetyczne żarcie, ładne mieszkania, ubezpieczenie, kredyt, dom, sportowy ubiór, przyzwoite  garnitury, teleturnieje, niezdrowe żarcie, dzieci, spacery, etat, dwa etaty, karta kredytowa, golf, harley po czterdziestce, czysty wóz, pełna szafa ubrań. Święta z rodziną, fundusz emerytalny, prywatne ubezpieczenie zdrowotne, niski cholesterol, opiekę dentystyczną, zwolnienie podatkowe, w niedziele do kościoła, w każdy poniedziałek do pracy. Do emerytury spłacać kredyt na mieszkanie. Wybrać karierę. Wybrać rodzinę.

Musisz być najlepszy, najdoskonalszym pracownikiem, doskonałym przedsiębiorcą, biznesmenem. Zarabiać. Mieć . Posiadać. Pokazać się. Zaharować się, aby mieć dla siebie, dla dzieci. Dla kilkorga dzieci, bo tak kościół naucza. A przecież religijność jest teraz w modzie. Jest bardzo trendy. Być zdeklarowanym katolikiem. Działać w partii. Może dostrzegą. Może wybiorą. Ulokować się wysoko w strukturach władzy. Elitarne wyznaniowe szkoły. Z poczuciem wyższości i pogardą odróżnić się od bezideowej, ateistycznej hołoty.  Być konserwatystką. Być narodowcem.

Być prawicowcem. I pracować. Pracować. Ale nie tak osiem godzin i do domu. Przynajmniej ze dwanaście. Dla dzieci. Dla przyszłych pokoleń. Zarobić na wakacje.  Na święta. Bo trzeba mieć pieniądze na długi weekend. Po dwunastu godzinach w biurze czas do domu. Ale trzeba zabrać pracę do domu. Siedzimy do późna w nocy. Trzeba być operatywnym, dyspozycyjnym. Trzeba zadowolić właściciela. Niedospany, ale pracowity. Jeśli nie zrobiłem wszystkiego przez pięć dni, to nadgonię przez weekend. Dam rade.

Nowe meble do nowego mieszkania, nowy samochody na dogodne raty. Dwadzieścia pięć lat wolności. Dziecko w katolickiej szkole. Trzeba zapłacić czesne. Studia za granicą. Niech ma dziecko szanse. Za młodu przecież uczęszczał na angielski i niemiecki, grał na fortepianie, uprawiał karate, śpiewał w chórze. Szkoda by to się zmarnowało.  Może będzie lepiej zarabiał? Najlepsza, bo najdroższa uczelnia. Na to wszystko trzeba zarobić. Trzeba dogonić zachód. Być Europejczykiem. Klękajcie narody, Polacy to najdłużej pracująca nacja w Europie. To dopiero sukces.  Radujmy się mamy to samo co na Zachodzie depresje, psychozę, samobójstwa oraz brutalny rynek pracy. Czy wybrać takie życie? Wybrać pracę aż do śmierci, bo nikt nie dożyje przecież emerytury. Wybrać mobbing, brak ochrony socjalnej, pobieżne relacje z innymi ludźmi, osamotnienie, bezrobocie, emigracje zarobkowa, pogoń za pieniędzmi.

Zastanawiam się w niedzielny ranek, kim oni, kim ja, do cholery, jestem? Po co tu jestem? Jaki sens ma moje istnienie? Czy jestem tylko pracą? Czym jestem bez pracy? Czy dla tego państwa jestem tylko płatnikiem podatków? Dlaczego miałbym chcieć tak żyć? Istnieć tak bez sensu. Dla pieniędzy. „Ja nie przegram, bo ja nie gram, bo nie mam żadnej ambicji”.  Ja nie przystaje do ogólnie przyjętych norm. „Pragnę jedynie miękkiej, mglistej przestrzeni, w której mogę żyć, i jeszcze żeby zostawiono mnie w spokoju”.

dziennik pesymistyczny

Ostateczne rozliczenie

Obublikował pavvel dnia Komentarzy: 1

Jestem już gotowy do drogi. Ostatecznie spakowany. Ostatecznie uporządkowany. Przyglądam się walizom, zawiniątkom, pakunkom. Po raz kolejny i wciąż od nowa przestawiam je i układam w coraz to nowsze konfiguracje. To mój cały dobytek.  To co udało mi się zgromadzić przez całe życie. To moje „ja” zapisane w dokumentach i zaklęte w bliskich mi przedmiotach. Pewno tu mnie na wiele sposobów. Pełno niespełnienia. Nienapisane książki. Niezapłacone rachunki. Niezrealizowane marzenia. Niedopowiedzenia. Niedomówienia. Jakieś papiery. Jakiś płyty, kasety, patyki. Motyl, znaczek, temperówka.  W szufladach pełno wspomnień. Kamyczków, sznurków, zdjęć, biletów do i z. Mały żołnierzyk. Miś. Pluszowy prosiaczek. Szkiełko. Długopis.  Książeczka wojskowa. To moje życie zaklęte w przedmiotach. Stosy ulubionych i po prostu przeczytanych książek. Tu pismo z jakieś wszechwładnej instytucji. A tam ponaglenie w sprawie płatności od panów prądu i wody. List z bardzo ważnego urzędu. Dokumenty potwierdzające moje istnienie.

Jestem już spakowany. Gotowy do drogi. Uporządkowałem co mogłem. Poukładałem w małe i większe stosiki zapisane na papierze moje życie. Jest tego tak mało i tak dużo jednocześnie. Jestem już gotowy. Mogę odejść w każdej chwili. Choć nie bardzo wiem dokąd konkretnie się wybieram, bo to wielka niewiadoma.  Jakżeż przeogromna, jakżeż nadęta jest ta nuda oczekiwania na ostateczność. Ta bezgraniczna pustka. Ta niechęć i niemoc do przebywania wśród ludzi. Spaceruje a właściwie człapie, sam nie wiem, gdzie i po co. Czekam na otchłań, na wieczność, na ostateczność.

Odliczam dni wyciskając kolejne tabletki przed śniadaniem i po kolacji. Beznamiętnie czytam kolejną zerwana kartkę z kalendarza. Czekam. Żyje na kredyt. Dzień za dniem przechodząc obok spakowanych bagaży wspomnień. Żegnam się z roślinką na parapecie. Głaszczę czule na do widzenia moje ukochane książki.  Przeglądam po raz kolejny stosy gazet z moich kolekcji. – A może dziś posiedzę w zepsutym od roku, ale przecież i tak nadal moim, samochodzie? – wymyślam sobie zajęcia na następne godziny oczekiwania . Czekam na impuls. Na znak. Na sygnał. Żyje jak na dworcu. Wyczekując pociągu który, na szczęście dla mnie, znów się spóźnia. Bo choć musze wyjechać, to bardzo chciałbym zostać. Spaceruje po peronie codziennych zdarzeń wyczekując na przybycie ostateczności. Coś kupuje, wydaję pieniądze, ale wcale mnie to nie rozwesela. Coś wypije, coś zakąszę aby zapomnieć, że czekam.  Rano znów czekam ze zdwojoną siłą w jeszcze większym napięciu i zdenerwowaniu.

Spaceruje wśród walizek i kartonów pełnych niezrealizowanych spraw i pomysłów. Przeskakuje nad tobołkami z uczuciami. Krążę wśród  paczek z pragnieniami. Coś zjem w kuchennej stołówce. Trwam sobie w mojej domowej poczekalni. Przysiądę przy stole jak na dworcowej ławce. Poczytam w oczekiwanie ma przybycie transportu do wieczności. Pooglądam. Posłucham. Poczekam.  Przecież wcale mi się nie spieszy. Jestem tu, bo wiem że musze wyjechać. Ale chęci ku temu we mnie żadnych. Wszystko wydaje mi się takie nie wartę zainteresowanie. Takie banalnie puste. Takie skretyniałe. Skarlałe. Godzinami wpatruje się z ludzi biegających jak mrówki i tak ich owadzio właśnie postrzegam. To wszystko jest takie martwe i powiędłe jeszcze za życia. Takie nieistotne. Takie przyziemne. Powtarzalne. Przewidywalne. Smutne i nudne.

Nasłuchuje kroków na schodach.  Każde uderzenie w poręcz, każde szurniecie butów o kamienne schody to może być dla mnie znak, że już czas się zbierać. Że nadszedł mój czas. Że mój czas się wypełnił.  – Czy to już? Czy to po mnie ? – pytam sam siebie. Nie mam żalu, jeśli znów to tylko pomyłka. Czekam, bo wiem, że to nadejdzie ale tego nie oczekuje. „Przygnębienie jakieś dziwne mną owładnęło – chcę czegoś chcieć, ale wszystko mi jest obojętne. Pojutrze wyjeżdżam – tym lepiej. Zupełnie jestem sam”.

dziennik pesymistyczny

Dyrektor… to brzmi dumnie

Obublikował pavvel dnia Komentarzy: 0

Znałem kiedyś faceta, który był zwyczajnym magazynierem. Był on jednak bardzo ambitny. Chciał coś w swoim życiu zmienić. Miał marzenia. Pewnego razu wpadł on na pomysł, aby awansować na głównego menagera do spraw logistyki. Jednak nie zmienił pracy. Nadal był magazynierem w tym samym miejscu, w którym pracował do tej pory. Zarabiał nawet tyle samo. Miał takie same obowiązki służbowe. Po prostu przekonał swojego pracodawcę, żeby ten zmienił mu nazwę stanowiska pracy. Przecież zawsze lepiej być głównym menagerem już pospolitym magazynierem.

Dyrektor Zakładu Usług Komunalnych w moim prowincjonalnym mieście posiada od niedawna zastępcę do spraw technicznych. Utworzono tam nowe stanowisko pracy. Magistrat z radością zatwierdził nową strukturę organizacyjną miejskiego przedsiębiorstwa. Przez wiele lat dyrektor tej kluczowej dla gospodarki miasta instytucji nie miał swojego zastępcy, teraz nastąpiła historyczna zmiana. Pojawił się zastępca dyrektora do spraw technicznych.

Nowy wicedyrektor do spraw technicznych nie tak dawno, bo jakieś pół roku temu, wygrał konkurs na zastępcę kierownika działu transportu w ZUK.  Czyli był tam kierownikiem. W zakresie obowiązków pana kierownika były głównie sprawy techniczne, jak np. organizowanie i prowadzenie napraw oraz obsługi technicznej środków transportu, utrzymanie właściwej gotowości technicznej pojazdów, organizowanie zakupu części zamiennych czy organizowanie pracownikom warsztatu odpowiednich narzędzi. Jednak podczas poszukiwań kandydata na kierownika Zakład Usług Komunalnych pragnął zatrudnić wyłącznie osoby z wykształceniem ekonomicznym. Wiedzę techniczna czy zdolności organizacyjne nie były najważniejsze.  I jak się okazało nowy pan kierownik takie wykształcenie – zapewne całkiem przypadkowo – właśnie posiadał. Wygrał konkurs i został nowym panem kierownikiem.

Pan kierownik pracował w ZUK od półtora roku, a gdy zakończył on służbę przygotowawczą na stanowisku zastępcy kierownika działu transportu pomyślano o zmianach. Podjęta została decyzja, że kierownik zostanie wicedyrektorem do spraw technicznych ZUK. Natomiast ze struktury organizacyjnej zniknęło stanowisko, które dotąd zajmował. Bo przecież po reorganizacji nadzór nad tym działem objął zastępca dyrektora do spraw technicznych. Wiadomo, zawsze lepiej być dyrektorem niż kierownikiem.

dziennik pesymistyczny

Nowe przywileje dla klasy próżniaczej

Obublikował pavvel dnia Komentarzy: 0

W teoretycznym państwie, czyli w takim, w którym przyszło nam żyć, najlepiej zostać politykiem lub urzędnikiem ewentualnie samorządowcem. Wszyscy zdajemy sobie sprawę że taka praca państwowego nadzorcy nad społeczeństwem wymagająca wielu wyrzeczeń, więc pewnie, dlatego w Polsce jest tak bardzo dobrze chroniona przez prawo.  To praca elitarna. Nie każdy może tak od razu zostać urzędnikiem czy politykiem, bo na przywileje trzeba zasłużyć. Jak to w korporacji, trzeba być bezwzględnym. Trzeba piąć się po szczeblach kariery. Ale jak już wodzowie kandydata namaszczą, a on ucałuje odpowiednią ilość pośladków, ma odrobine szczęścia i bezczelności to możesz zostać politykiem. Może pracować z najlepiej chronionym zawodzie w Polsce. A teraz dodatkowa zachęta aby podjąć się tych trudów: polscy parlamentarzyści planują zwiększenie własnej ochrona przed utratą pracy oraz mniej jawności we własnych oświadczeniach majątkowych.  To nowa propozycja senatorów. Chęć do przyznania sobie specjalnych przywilejów dopadła też samorządowców. Część wójtów, burmistrzów oraz prezydentów chciałaby aby po kilku kadencjach, jeśli nie zostali ponownie wybrani, przyznawać im prawo do emerytury – poinformował Portal Samorządowy.

Przecież nie może być tak, że Ci wybrańcy narodu po trudach i znojach walki o lepszą świetlaną przyszłość narodu mogliby pozostać bez środków do życia. Nie po to się tak męczyli, tak starali, żeby teraz w pośredniaku z pospólstwie wystawiać. Oto właśnie chcą zadbać polscy senatorowie. Tego chcą samorządowcy.  Senacki projekt daje byłym parlamentarzystom jeszcze większe gwarancje zatrudnienia niż mają obecnie. Teraz prawo chroni tylko posady posłów i senatorów, tzw. zawodowych, którzy wzięli bezpłatny urlop w miejscu pracy. Gdy odejdą z parlamentu, pracodawca musi z powrotem ich przyjąć na dawna posadę, a w ciągu dwóch lat nie może ich ani zwolnić, ani obniżyć im pensji. Chyba, że uzyska na to zgodę prezydium Sejmu lub Senatu.

Teraz podobne zasady ochrony przed ewentualnym zwolnieniem miałyby dotyczyć posłów i senatorów, którzy wykonywanie mandatu łączą z pracą zawodową, czyli tych niezawodowych. Czyż to nie piękne, że tak o siebie dbają? Ale to jeszcze nie koniec dobrodziejstw płynących z pracy dla narodu. Senacki projekt przewiduje, bowiem ponadto, że parlamentarzyści mieliby nie podawać już w oświadczeniach majątkowych informacji o wartości swoich domów czy gruntów. Bo i po co ludzi denerwować?  Czego oczy nie widzą tego sercu nie żal – jak to mówią.

Matematyk, statystyk, biolog, informatyk, analityk systemów komputerowych, historyk, socjolog, projektant przemysłowy i księgowy – te zawody tworzą pierwszą dziesiątkę najlepszych zawodów świata. Listę opublikował portal CareerCast.com. Ja dodałbym jeszcze do listy polskiego parlamentarzystę oraz samorządowca. I te właśnie zawody powinny tą listę otwierać, bo gdzie tam jakiemuś matematykowi czy księgowemu do polskiego posła, prezydenta miasta, wójta czy senatora.

dziennik pesymistyczny

Państwo teoretyczne

Obublikował pavvel dnia Komentarzy: 1

– Państwo polskie istnieje jedynie teoretycznie – twierdzi podsłuchany przez nieznanych sprawców minister spraw wewnętrznych Rzeczpospolitej Polskiej. No to ja się bardzo cieszę, że urzędujący minister właśnie takie ma zdanie o państwie w którym przyszło mi żyć. Bo jak ja głosiłem podobne poglądy na ten temat, to nikt mi nie wierzył. A większość moich rozmówców znacząco stukała się w czoło. Ja mogę się na tym nie znać. Ja mogę coś tam po swojemu uważać, co nie koniecznie jest prawdą. No, bo ja biedny żuczek, po prostu mogę się mylić. Ale jeśli minister polskiego rządu twierdzi, że państwo polskie istnieje jedynie teoretycznie, to on zdecydowanie wie przecież, co mówi, bo w tym siedzi na co dzień. Jest u źródła. Posiada na ten temat odpowiednią wiedze. Dlatego po wysłuchaniu jego opinii trzeba przyjąć za pewnik, że państwo polskie istnieje tylko teoretycznie.  Bo to nie mówi byle kto, jak ja na przykład, ale znawca tematu.

A jeśli nie ma państwa, to co to właściwie jest, to co nami rządzi i wymusza na nasz haracz w formie podatków? Ja tam nie wiem, tak do końca. Nie jestem ministrem spraw wewnętrznych. Nie jestem zwierzchnikiem tajnych służb. Nie mam kontroli nad aparatem przymusu. Jak nie wiadomo co to jest, to może warto by podsłuchać kolejnego ministra? Bo tylko wtedy urzędnicy i politycy mówią prawdę, gdy uważają, że nikt ich nie słucha. Tak, na co dzień, tak przed kamerami to raczej się reklamują niż mówią prawdę. Ten podsłuchany i nagrany minister zdecydowanie powinien wiedzieć, czym jest ten twór, który nami rządzi. – Jeśli nie państwo, to co to jest? – zapytam ponownie, choć zdaje sobie sprawę, że pytam retorycznie. – Państwo to specjalna organizacja siły, przemocy w celu uciskania jakiejś klasy – pisał klasyk Włodzimierz Lenin. Ale może nie powołujmy się na takich radykalnych znawców tematu.

Państwo jest przymusową organizacją, wyposażoną w atrybuty władzy zwierzchniej – wynika z ogólnie przyjętej definicji. Tak czy inaczej państwo to organizacja przymusu. Jeśli zaś nie ma państwa, to znaczy, że został sam przymus działający w określony sposób w celu osiągnięcia wymiernych własnych korzyści.  To coś, ten twór, który sprawuje nad nami władze, jest wyposażony w wymierną siłę. Posiada policje, tajne służby i wojsko. A przypominam, że państwem jest tylko teoretycznie. Zasadne jest, zatem pytanie: jeśli to nie państwo, to może jest to organizacja przestępcza o charakterze zbrojnym? A jeśli tak, to poczułem się nie jak obywatel, ale bardziej jak niewolnik.

Nie mam żadnych złudzeń. Te tysiące polityków i urzędników pracuje nie dla wspólnego dobra, ale dla własnych korzyści. Państwo istnieje przecież tylko teoretycznie. A jeśli istnieje tylko teoretycznie to, komu ja płace podatki praktycznie?  Mówią mi wielokrotnie różni ważni w tym czymś, co jest państwem teoretycznie, że muszę szanować system, ale nie ma w tym systemie żadnego szacunku dla mnie. Dlatego straciłem już resztki poważania do tego teoretycznego państwa. Mam przekonanie, że tu cała klasa polityczna i urzędnicza kłamie, a prawdę społeczeństwo poznaje tylko z ujawnionych przez media podsłuchów.

Może czas już najwyższy powiedzieć dość? Czas powiedzieć politykom i urzędnikom: „wasze zmiany nic nie zmieniają. Wasze zapewnienia nic nie zapewniają. Ja nie wierzę w poprawę sytuacji. Chcę prawdziwych zmian, a nie manipulacji”. Czy to nie dziwne, że słowa z piosenki Dezertera z przed ponad ćwierćwiecza są nadal tak bardzo aktualne? A może właśnie dlatego są aktualne, że nic się nie zmienia? Może warto wprowadzić prawdziwe zmiany, a nie upiększać truchło państwa.  Bo przecież państwo polskie istnieje jedynie teoretycznie, więc nie będą to tak bardzo radykalne zmiany.

dziennik pesymistyczny

Trzeźwość jest stanem przejściowym

Obublikował pavvel dnia Komentarzy: 0

– Czytasz plakacik w kolejce po flaszkę: alkohol zabija powoli. I morda jakoś sama Ci się cieszy. Bo Tobie się przecież nie spieszy – przypomniały mi się słowa  piosenki zespołu Kolaboranci.  Cytat ten przypłynął do mojej świadomości z odmętów zapomnienia, gdy czytałem notatkę prasową. Dziennikarz z żarliwością godną lepszej sprawy donosił, że co roku z powodu picia alkoholu na świecie umierają 3,3 mln ludzi. Światowa Organizacja Zdrowia (WHO) podobno to tak skrzętnie wyliczyła, a prasa mnie niezwłocznie zapragnęła  poinformować o tej szokującej liczbie umarlaków.

Podniosłem wzrok z nad tekstu, aby szybko odszukać w pamięci postacie kilkorga moich przyjaciół oraz kolegów którzy zakończyli swój marsz po tym łez padole właśnie z powodu alkoholu. – To oznacza, że co 10 sekund ktoś umiera z powodu alkoholu – powróciłem do czytania. Żeby zwizualizować  sobie co przeczytałem spojrzałem na zegarek, aby odliczyć te złowieszcze 10 sekund. Po tej chwili która upłynęła, odczułem pewną ulgę, że tym razem to nie ja.

– Nie odkładaj nigdy do jutra tego, co możesz wypić dzisiaj – napisał kiedyś Julian Tuwim. Od momentu  gdy przyswoiłem sobie straszliwą prawdę o tym, że mogę mieć teoretycznie mało czasu minęło już o wiele więcej niż 10 sekund.  Postanowiłem pójść za radą mistrza, bo mnie tak bardzo pokonała ta wiadomość o tych trzech milionach umarlaków, że choć nie chciałem… naprawdę nie chciałem, to jednak nie miałem innego wyjścia, musiałem się napić. W końcu istniała i istnieje taka możliwość, że mam przed sobą 10 sekund życia. Nie mogłem niczego odkładać. Polałem, wypiłem… odliczyłem 10 sekund, i poczułem się lepiej.  Bo istniałem.

– Znam 94-letniego starca, który całe życie pił, dziś jeszcze pije i jest zdrów jak ryba. Brat jego natomiast nigdy nie brał kropli alkoholu do ust i umarł, mając 2 lata – odnotował poeta. A wiedząc to co on, jakoś tak lepiej zniosłem kolejną wyczytaną wiadomość z tej gazety. – Choroby zakaźne, wypadki drogowe, obrażenia, zabójstwa, choroby sercowo-naczyniowe, cukrzyca, co roku w połączeniu z alkoholem są przyczyną 5,9 proc. wszystkich zgonów na świecie – poinformował mnie dziennikarz nie znany mi bliżej, ale za to z lubianej przeze mnie gazety.

Po jednym wychylonym kieliszku i po przeczytaniu następnych kilku linijek tekstu wiedziałem już że WHO ubolewa nad brakiem działań władz, a w szczególności w zakresie zapobiegania. I już miałem się zgodzić, że nasza władza taka jeszcze nie wyczulona na problem… aż tu przypomniał mi się cytat z mistrza: Nie zadawaj się z abstynentami. Spójrz na budżet państwa, a zrozumiesz, że są to wywrotowcy. I postanowiłem, wesprzeć budżet państwa.

– Oczekuje się, że sytuacja ulega pogorszeniu w miarę podnoszenia się poziomu życia w gęsto zaludnionych krajach – rozpaczał autor gazetowej notatki. – Nawet jeśli kraje bogate (obu Ameryk i Europy) są największymi konsumentami alkoholu, jego konsumpcja stale rosła w ostatnich latach w Indiach i Chinach  – grzmiał na łamach redaktor. A ja poczułem dziwną magiczną więź z narodami Indii i Chin. No tak, teraz zdecydowanie mogłem ich nazwać bratnimi narodami.

– Ale biorąc pod uwagę fakt, że połowa ludności świata nie piła alkoholu w ciągu ostatnich 12 miesięcy, oznacza to, że światowe spożycie alkoholu wśród osób pijących sięgnęło 17 litrów czystego alkoholu na głowę rocznie, co równa się 45 butelkom whisky lub 150 butelkom wina, albo ponad tysiącowi puszek piwa – podkreślił jakiś pan z WHO o czym doniósł mi dziennikarz. I to mnie zastanowiło. Znam kilka osób które każdego dnia, z małymi przerwami technicznymi, spożywają alkohol w ilości – no tak, mniej więcej – z ćwiarteczki wódeczki.  I żyją! I pracują. I egzystują w społeczeństwie jako jednostki znane, podziwiane, szanowane i lubiane. A przecież gdzie im tam do marności przeciętnego światowego spożycia. Co najciekawsze nie padają też jak muchy co dziesięć sekund. – Ach, ta statystyka – pomyślałem i to mnie uspokoiło.  – W dziedzinie alkoholu dwie rzeczy mogą Polskę zgubić. 1) pijaństwo. 2) prohibicja – mawiał poeta. Niech to będzie swoiste podsumowanie.  A że minęło kolejne 10 sekund… sami rozumiecie…

dziennik pesymistyczny

Nie chcesz? Nie głosuj. Jeszcze masz do tego prawo

Obublikował pavvel dnia Komentarzy: 0

Jest kilka powodów, dla których nie wybieram się na najbliższe wybory do Parlamentu Europejskiego. Nie wybieram się, bo nie chce głosować. Jeden z motywów mojej wyborczej absencji jest prosty i oczywisty.  Nie zagłosuje, bo zwyczajnie mam do tego prawo.

W Polsce – dzięki Panu Bogu Najwyższemu – nadal nie ma przymusu głosowania. Stan taki będzie trwać dopóki nasi dzielni urzędnicy i parlamentarzyści nie wpadną na pomysł karania własnych obywateli za posiadanie woli niegłosowania w wyborach.

Teraz, nadal zgodnie z prawem Rzeczpospolitej, jeśli nie mam ochoty na głosowanie to mogę nie głosować. A do tego swojego „niechcenia” nam prawo.  Udział w wyborach to nadal moja suwerena decyzja. Dlatego bardzo drażni mnie nachalna państwowa propaganda namawiająca do udziału w głosowaniu. W tej agitacji nie ma nic prócz ogólników, o tym, że „mój głos jest ważny”. Jakby był naprawdę taki ważny, to kandydat – jeden z drugim – pofatygowałby się do mnie do domu i wyłuszczył mi, co go tak naprawdę ciągnie do tego Parlamentu Europejskiego.

Te wszystkie piękne słowa o patriotycznym obowiązku, społecznej odpowiedzialności są po prostu śmieszne. Jak można głosować i jednocześnie uważać, że żadna partia nie przysłuży się narodowi? A znam wielu takich, co pójdą na wybory dla samej tylko obecności na nich. Zamierzają oddać pusty głos, bo nie znaleźli godnego reprezentanta.  Udział w wyborach jest moim prawem, a nie obowiązkiem. Na tym polega demokracja. Nikt mnie do niczego nie zmusza, ja co najwyżej mogę, jeśli chce i czuje taką potrzebę. Ale nadal nic nie musze.

Ja, niegłosujący Polak szarak, ja to mam szczęście żem polski obywatel. Przez dziwne zrządzenie losu urodziłem się w Polsce i do tego państwa (choć bez mojej woli) zostałem przypisany. A jakbym tak przyszedł na świat w Belgii? Co to by było za nieszczęście! Strach pomyśleć. Tam za moją absencję wyborczą płaciłbym karę w wysokości 50 euro. I tak, dzięki temu, że jestem obywatelem państwa polskiego mam przynajmniej prawo do niewybierania. Dopóki moim świętym prawem, jako obywatela Rzeczypospolitej będzie możliwość niegłosowania w wyborach do PE to mam zamiar z tego prawa skorzystać.

dziennik pesymistyczny

A może to meszuge?

Obublikował pavvel dnia Komentarzy: 0

Teraz żeby błysnąc oryginalnością w polityce trzeba być – jak to mówią żurnaliści – kontrowersyjny. Wyróżniamy dwa typy kontrowersyjności: prawicowy i lewicowy. Czyli tradycyjnie dla tej dziedziny życia społecznego. Teraz wystarczy odważnie pieprzyć trzy po trzy, byle odważnie i co najważniejsze kontrowersyjnie. Sukces murowany.

– Parlament Europejski jest dziś bojówką obyczajową. My pójdziemy tam, żeby te bojówki rozwalać – przekonywała na spotkaniu z potencjalnymi jej wyborcami z mojego miasta obecna posłanka Krystyny P. która zapragnęła do Brukseli.

Zdaniem polskiej parlamentarzystki Unia przekształciła się dziś w koncepcję polityczno – obyczajową, a jej rolą jest forsowanie uchwał legalizujących związki dwóch bab, pedofili, chłopa i kozy itp. No i właśnie dzielna Krystyna P. zapragnęła walczyć, aby tak się nie stało. – Równość w Unii ma dotyczyć także chorych na zaburzenia tożsamości seksualnej, a nas normalnych, zdrowych ludzi traktuje się, jako chorych – grzmiała kandydatka i posłanka.

Parlament Europejski w obecnym kształcie jest zdominowany przez „lewaków i feministki, zielonych, pacyfistów i pedofili”, a im w głowach ”tylko tyłki” – niepokoiła się Krystyna P. I ona, jako osoba samotna, będzie przecież miała czas bronić w Brukseli polskiej rodziny i kościoła.

– Nasi kandydaci idą tam, by zastopować szaleństwo lewactwa i wytwarzania uchwał dla rozwalenia rodziny. Tu trzeba ratować całą Europę – stwierdziła kontrowersyjna posłanka.  Według niej ostatnia Eurowizja pokazała prawdziwą twarz Unii. Walkę klas zastąpiła obecnie walka płci, a fala obyczajowej rewolucji już idzie do Polski – przekonywała i tak w większości już przekonanych słuchaczy. – Polska na krzyżu stoi i to jest fakt historyczny, a Unia chce to zniszczyć – twierdziła Krystyna P. tradycyjnie nie dając żadnych przykładów tej niszczącej działalności UE.

Krystyna P. jest przekonana, że tylko ekipa prawych i sprawiedliwych, no i oczywiście ona sama jest w stanie „zatrzymać lawinę niszczącą polską cywilizację”. Oczywiście, nie zapomniała o starej zasadzie propagandy i kilkakrotnie wspomniała, co sądzi złego o obecnej władzy.  Zauważyła, że w interesie rządzących jest by frekwencja była jak najniższa. W Polsce mamy zdradzieckie władze, bo polscy przywódcy mają zakusy na stanowiska unijne – stwierdziła znajomo.

Ale Krystyna P. jest w swym przekonaniu ocaleniem dla Polski. Ona tam w Brukseli zrobi wszystko by zmienić priorytety. Bo dwóch facetów i dwie baby to są związki jałowe. Ona i inni prawi i sprawiedliwi nie pozwolą, by pieniądze były przeznaczane na ”marsze szmat”- mówiła kończąc swój chaotyczny, czasami histeryczny, ale za to przerywany gromkimi brawami wykład.

– A może to meszuge? – zapytał kolega z troską zapoznając się z tezami wykładu. Może? Kto to wie? – zgodziłem się z nim nie w pełni.  – A może w tym szaleństwie jest metoda? – pomyślałem. Tak, to szaleństwo to na pewno wyrafinowana metoda wyborcza! To zdecydowanie musi być jakaś gra na wyborczą wygraną, bo przecież nikt nie może być aż tak głupi. A może jest to możliwe? – znów pesymistycznie straciłem wszelką nadzieje. – Aby nie było to możliwe – zaklinałem i nadal zaklinam rzeczywistość.

dziennik pesymistyczny

Nieważne, jak kto głosuje, ważne, jak się liczy głosy

Obublikował pavvel dnia Komentarzy: 1

Nieważne, jak kto głosuje, ważne, kto liczy głosy – mawiał klasyczny demokrata. Parafrazując słowa ojca narodów można by rzec, że w wyborach do europarlamentu nieważne, kto głosuje, ważne, jak się liczy głosy.

Podejrzewam, że większość z tych kilkunastu procent obywateli, który jednak zdecydują się udać do urn, nie bardzo zdaje sobie sprawę, w czym uczestniczą i jakie są zasady liczenia głosów wyborców. Wydaje się czymś oczywistym, że zasady demokracji powinny być proste, przejrzyste i czytelne dla każdego.  A jeśli tak nie jest, to można mieć uzasadnione wątpliwości czy głos oddany w wyborach jest na pewno tym głosem, który zdecydowałem się oddać. Bo może jest tylko liczbą podstawową w zawiłych matematycznych obliczeniach.

Każdy, no dobrze, prawie każdy wyborca wie, że każda z partii wystawiającej swych kandydatów w wyborach do PE dostaje liczbę mandatów proporcjonalną do liczby uzyskanych przez nią głosów.  No i w zasadzie wszystko jest jasne. Wydawałoby się, że jak zagłosuje na pana X z partii Y i to samo zrobi powiedzmy 1000 osób. To pan X dostanie właśnie dokładnie te 1000 głosów. Otóż nie jest tak.

W nowoczesnej demokracji takie przestarzałe rozwiązania byłoby za proste i nie do pomyślenia.  Urzędnicy z unii europejskiej postanowili demokracje znacznie ulepszyć i procedurę podziałów mandatów skomplikować. Zapewne dla przejrzystości zasad tej demokracji właśnie. I tu pozwolę sobie na obszerny cytat: „By liczyć na miejsce w europarlamencie, dana partia musi uzyskać, co najmniej 5-procentowe poparcie. Kiedy Państwowa Komisja Wyborcza to ustali, wylicza – metodą d’Hondta – ile mandatów przypada poszczególnym komitetom. Zgodnie z tą metodą liczba głosów ważnych oddanych łącznie na wszystkie listy okręgowe każdego z komitetów wyborczych dzielona jest przez kolejne liczby pierwsze (1, 2, 3, 4, 5… itd.) tak długo, aż z otrzymanych w ten sposób ilorazów da się uszeregować 50 największych liczb, czyli tyle, ilu posłów do PE wybiera się w Polsce”.  No i jakie to proste! Gdzie tam takiej metodzie to zwykłego starodawnego głosowania bezpośredniego, gdzie jeden głos jest liczony, jako jeden głos oddany na kandydata na posła.

A ci wszyscy, którzy myślą, że to już koniec mielenia naszego pojedynczego głosu bardzo się mylą. Jesteśmy dopiero w połowie demokratyczno – prostych operacji. Bo teraz każdy komitet otrzymuje tyle mandatów ile przypadło im największych ilorazów wynikłych z tego liczenia opisanego powyżej. I dla dalszego uproszczenia tego, co starożytni wymyślili, teraz trzeba te mandaty przydzielić okręgom wyborczym.  Polska podzielona jest na trzynaście okręgów wyborczych. Państwowa Komisja Wyborcza prościuteńką metodą Hare’a-Niemeyera ( chciałem ja przytoczyć, ale wzór tam użyty mnie poraził) policzy głosy oddane na poszczególne listy okręgowe komitetów, a następnie powstało cyfrę pomnoży przez liczbę mandatów przypadających danemu komitetowi w kraju i po tej dziecinie prostej operacji matematycznej mamy już iloczyny. Które dzielone są z kolei przez łączną liczbę głosów ważnych oddanych we wszystkich okręgach na listy danego komitetu. Już jest blisko końca. Powstały iloraz oznacza liczbę mandatów przypadających danej liście w pojedynczym okręgu wyborczym. Mandaty na poszczególnych listach okręgowych uzyskują ci kandydaci danej partii, którzy otrzymali kolejno najwięcej głosów. Uff…. Koniec.

Ale nie zawsze udaje się w powyżej opisany sposób przyznać do okręgów wszystkich mandatów przynależnych danemu komitetowi.  Coś tam jeszcze pozostaje, i tę resztówkę przyznaje się wtedy listom okręgowym, dla których wyliczone wcześniej ilorazy mają kolejno największe wartości po przecinku. No i już, po wszystkim. I mamy, co chcieliśmy, czyli wynik wyborczy.

Ja bardzo przepraszam – Szanownych Czytelników – za ten wykład z matematyki, ale chciałem pokazać, jakie to proste i przejrzyste są zasady demokratycznego głosowania w wyborach do PE.

Namawiają mnie abym głosował. Abym poprzez głosowaniem legitymizował czyjeś prawa do rządzenia mną i innymi. Nie chce i nie mogę ich pozycji potwierdzać wyborczym rytuałem. A już na pewno nie chce, by mój głos wpadł w matematyczny młynek, z którego nie wiadomo, co wyjdzie.