dziennik pesymistyczny

O wyższości sumienia nad prawem stanowionym

Obublikował pavvel dnia Komentarzy: 0

Nigdy nie narzekałem na swoje sumienie. Jestem wręcz z niego bardzo zadowolony, ogólnie rzecz ujmując jestem z nim w zgodzie oraz uważam za dobrze uformowane. Jako obywatela państwa i jako ochrzczonego, w obu przypadkach nie z własnej woli ale jednak, bardzo uradowały mnie słowa pewnego arcybiskupa z dominującego w tym państwie kościoła, który był łaskaw zauważyć, że „gdy dochodzi do konfliktu między dobrze uformowanym sumieniem a prawem stanowionym, obywatel ma zawsze prawo do sprzeciwu sumienia.

Jak już wspominałem powyżej jestem obywatelem i mam na to dowód osobisty, mam PESEL i inne numery i identyfikatory, które czynią mnie przynależnym do tego państwa. Jako osoba która we wczesnym dzieciństwie została ochrzczona siłą tego wydarzenia pozostaje do dziś rzymskim katolikiem. Od tego czasu  jakoś tak nie było kiedy to zmienić, a może z czystego lenistwa tak to wynikło, tak czy inaczej nigdy nie dokonałem aktu apostazji i teraz proszę, to że jestem obywatelem i katolikiem może się na coś przydać.

Z natury jestem marudny. Jestem wiecznie niezadowolony, w opozycji do wszystkiego. Jak mówią często moi bliscy mam taką anarchistyczną dusze. Zawsze coś mi się nie podoba, czegoś bym nie chciał, coś bym zmieniał, zawsze mam własne zdanie, które wielokrotnie nie jest zgodne z obowiązującą państwową linią, z państwowym prawem i ustalonym przez polityków porządkiem. I chociaż zawsze się sprzeciwiałem to nie stał za mną żaden autorytet, który popierałby moje buntownicze, zgodne z moim sumieniem, zapędy. Dlatego przyznaje, że wielką radość sprawił mi arcybiskup, który swym majestatem i swym autorytetem potwierdził to, co od zawsze wiedziałem. Już nie muszę się przejmować prawem. Już mogę w głębokim poważaniu mieć obowiązki. Teraz, gdy coś nie będzie zgodne z moim sumieniem mam pełne prawo a nawet obowiązek sprzeciwić się temu. Nie zawaham się postawić wyżej moich przekonań, zgodnych z moim sumieniem, ponad prawo stanowione. Jeśli w konflikt wejdzie prawo i sumienie, za radą arcybiskupa wybiorę zgodność z sumieniem.

Nie wiem, co na początku z wnerwiających mnie praw państwowych stanie w konflikcie z moim sumieniem. Jest przecież tego a tak dużo. No, na przykład zawsze denerwowały mnie za wysokie podatki. No to teraz, od dziś będę płacić tyle ile będę chciał, dokładnie tyle na ile pozwala mi moje sumienie. Przecież, jako Polak i katolik, mam do tego pewne prawo poparte słowami arcybiskupa. W zasadzie mogę odmówić wszystkiego tego, co nakazuje mi stanowione prawo i zawsze powołać się na niezgodność tych nakazów z moim sumieniem, ale może zacznę od drugorzędności. Niech tylko jakiś funkcjonariusz służb państwowych spróbuje mnie ukarać za spożywanie napojów alkoholowych w miejscu publicznym. Niech ja tylko dostane mandat zgodny z prawem za spożywanie, to jak nic odwołam się w sądzie do konfliktu między moim dobrze uformowanym sumieniem a prawem stanowionym, bo jako obywatel i katolik mam zawsze prawo do sprzeciwu sumienia. Pije publicznie z godnie z sumieniem i w nosie mam prawo.

Jeśli lekarz, a teraz i nauczyciel mają prawo do stosowania „klauzuli sumienia” to dlaczego nie mogę na sumienie powołać się ja, szarak zwykły a jednak przecież obywatel? A czemu ja miałbym być gorszy od pana doktora czy pani nauczycielki? Mam przecież dobrze uformowane sumienie, więc jak nic mam prawo do stosowania sprzeciwu wobec praw stanowionych przez państwo.

Kierujący pracami Konferencji Episkopatu Polski arcybiskup  uważa, że organy administracji państwowej „mają być bezstronne wobec światopoglądu”, nie mogą, więc „narzucać” im swojej wizji świata. I jak się tu z klecha nie zgodzić.  Arcybiskup powołuje się też na fragment z Katechizmu: „Obywatel nie jest zobowiązany w sumieniu do przestrzegania zarządzeń władz cywilnych, jeżeli są one sprzeczne z wymogami porządku moralnego, z podstawowymi prawami osób lub wskazaniami Ewangelii”.

No to oświadczam za radą arcybiskupa, że nie jestem zobowiązany, nie będę przestrzegał, za to będę do woli naruszał i nie szanował, gdyż to będzie zgodne z moim sumieniem. A co? Nie wolno mi? Sam arcybiskup do tego mnie namawiał.

dziennik pesymistyczny

Bajzel z przyczyn formalnych

Obublikował pavvel dnia Komentarzy: 1

– Wg posiadanych informacji od inwestora tj. Wodociągów Miejskich oraz MZDiK inwestycja nie jest zakończona z przyczyn formalnych i nie można wskazać dokładnej daty wykonania prac porządkowych przez wykonawcę – przeczytałem (choć sam nie wierzyłem w to co czytam) w mailu od Komendant Straży Miejskiej. Wygląda na to, że szef strażników miejskich sugeruje mi żebym przyzwyczaił się do bajzlu, jaki panuje przy jednej z głównych ulic mojego miasta, bo on nic nie może zrobić z przyczyn formalnych. Teoretycznie to ja spodziewałem się takiego obrotu sprawy, bo niczego dobrego nie można się spodziewać po urzędnikach. Praktycznie to mnie to jednak niemiłosiernie wkurwiło.

Ponad rok temu wstecz, ale naprawdę nie wiem dokładnie kiedy, bo początek tej miejskiej inwestycji zniknął gdzieś o pomroce dziejów, miejskie spółki rozpoczęły wymianę kanalizacji pod i przy jednej z głównych ulic mojego miasta. Jak to często bywa ktoś w padł na pomysł, że ziemię z wykopów oraz inne odpady pobudowlane nie będą wywożone gdzieś daleko od budowy, bo lepiej je składować na wolnej działce obok budowy. I tak oto za zgodą anonimowego urzędnika wyrosły przed moimi oknami góry. Zwały ziemi, piachu, kawałków betonu, płyt chodnikowych, bruk z jezdni oraz kopczyki skamieniałego asfaltu. Po prostu sterty śmieci. Gdy robotnicy zniknęli z okolicy postanowiłem sprawą składowiska odpadów zainteresować straż miejską. Naiwnie myślałem, że przecież instytucja powołana do pilnowania ładu i porządku w mieście wesprze moje starania o likwidacje gór śmieci i ziemi z przed moich okien i przywrócenia na tym terenie zieleni. Napisałem więc list i nawet dostałem odpowiedź, którą pozwolę sobie zacytować.

W odpowiedzi na Pana e-maila z dn. 19.02.14 r. dotyczącego składowania materiałów budowlanych na terenie zlokalizowanym przy ulicy (…) informuję, że zezwolenie na powstanie składowiska zostało wydane przez inwestora budowy sieci kanalizacyjnej tj. Urząd Miejski (…) Wykonawca po wykonaniu prac tj.: planowane zakończenie kwiecień 2014r. jest zobligowany do przywróceniu ww. terenu do stanu pierwotnego. Podpisał sam Komendant Straży Miejskiej.

Poczekałem do połowy maja i gdy nic się nie wydarzyło. Góry ziemi i śmieci pobudowlanych trwały niezmienione, postanowiłem jeszcze raz napisać do komendanta.  – W odpowiedzi na Pana e-maila z dn. 13.05.2014 r. dotyczącego składowania materiałów budowlanych na terenie zlokalizowanym przy (…) informuje, że termin wykonania prac został przedłużony do końca czerwca 2014 r. – usuwanie usterek – napisał do mnie komendant.

Jak już na zwałowiskach wyrosły dwumetrowe chwasty oraz małe drzewka postanowiłem przypomnieć strażnikom o sprawie. I ponownie napisałem list. – W odpowiedzi na Pana e-maila z dn. 10.07.2014 r. dotyczącego składowania materiałów budowlanych na terenie zlokalizowanym przy ulicy (…) informuję, że wg posiadanych informacji od inwestora tj. Wodociągów Miejskich oraz MZDiK inwestycja nie jest zakończona z przyczyn formalnych i nie można wskazać dokładnej daty wykonania prac porządkowych przez wykonawcę – napisał tym razem szef strażników porządku w moim mieście.

Teraz mogę zapomnieć o sprawie. Nie mam co pisać do komendanta, bo to jak pisać na Berdyczów. Nie da się ustalić, kiedy oni tą inwestycje skończą, więc nie można określić dokładnie terminu zakończenia prac porządkowych. Czy równie dobrze może taki stan rzeczy trwać rok jak i dziesięć lat czy dwadzieścia. I nikt tu nie dostanie mandatu, bo przecież inwestycja trwa, nie jest zakończona ze względów formalnych i tak trwać może sobie latami. A góry śmieci niech porastają chwastami.

Jaki ja czasem jestem naiwny.   Sam się sobie dziwie, że po tylu latach życia, po tylu latach doświadczeń z władzą jeszcze prostodusznie wierze rządzącym. Przecież powinienem wiedzieć, że jeśli inwestorem są miejskie spółki czyli Wodociągów Miejskich oraz Miejski Zakład Dróg i Komunikacji, to instytucja miejska jaką jest Straż Miejska nie zrobi krzywy magistrackim firmom, bo to przecież jedna wielka rodzina. –  Kruk krukowi oka nie wykole – mówi mądrość ludowa i w tu się doskonale sprawdza. Nie ma co się skarżyć do straży miejskiej na innych miejskich urzędników lub magistrackie firmy, to bezcelowe, nikt z nich nigdy nie dostanie za swoje błędy nawet mandatu, bo zawsze znajdzie się kilka „względów formalnych”. A że „nie można wskazać dokładnej daty wykonania prac porządkowych przez wykonawcę” więc nie pozostaje mi nic innego jak przyzwyczaić się do bajzlu za oknem.

dziennik pesymistyczny

Kasa napędzana prądem

Obublikował pavvel dnia Komentarzy: 0

– Duży może więcej- to hasło sprawdza się doskonale jako ilustracja bezczelności którą wykazała się pewna wielka korporacja. Pewna starsza pani płaciła do niedawna za prąd około stu złotych miesięcznie. Pewnego dnia dostała fakturę na ponad 11 tysięcy złotych za energię zużytą przez trzy miesiące. Kobieta jest osobą samotną, żyje bardzo skromnie, nie ma dzieci. Dlatego bardzo zdziwił ją ten nagły skok w należności za teoretycznie zużyty przez nią prąd.

– Moja emerytura to 715 zł. To musi na wszystko wystarczyć. Wegetuje człowiek. Jak zimą mrozy są, to nawet wyłączam lodówkę i trzymam rzeczy na ganku, tam mi zamarzną i poleżą. Na czym mogę, to oszczędzam – opowiada pani Janina reporterom TVN Uwaga.

Kobieta nie zapłaciła rachunku, bo ten nagły skok zużycia prądu wydał jej się podejrzany. Złożyła reklamację. Zgodnie z przepisami dostawca energii zabrał licznik do ekspertyzy i wymienił na nowy. Przeprowadził kontrole spisując wszystkie elektryczne urządzenia, jakie kobieta miała w domu.

Licznik starszej pani został zbadany przez dostawcę energii. Zgodnie z przepisami dokonują tego pracownicy korporacji dostarczającej prąd, więc firmy zainteresowanej tym żeby kontrolowane urządzenie okazało się sprawne, co uzasadniłoby wystawienie tak gigantycznego rachunku. Potem miernik sprawdził producent licznika, czyli firma, która także zainteresowana jest tym żeby urządzenie okazało się sprawne. Jak się można było spodziewać obie ekspertyzy wykazały, że jest licznik jest sprawny.

Zainstalowany u starszej pani nowy licznik przywrócił stare wskazania zużycia prądu. W tym samym okresie podobny problem z licznikiem miał też sąsiad kobiety. Ale to nie miało znaczenia dla dostawcy energii elektrycznej, która nadal żąda horrendalnej sumy za rzekomo zużyty prąd. Przecież oni wystawili rachunek na podstawie wskazań własnego licznika. Potem sami go sprawdzili i wyszło im, że wszystko jest dobrze. Nie ma to jak być sędzią we własnej sprawie.

Korporacja, gdy zorientowała się, że sprawę próby wyłudzenia pieniędzy od starszej pani za rzekome zużycie prądu nagłośni telewizja postanowiła umorzyć kobiecie połowę sumy rachunku.  Postraszyli przy okazji w stosownym piśmie, że jeśli pani nie zapłaci, to jej sprawa trafi do sądu. Zakład energetyczny nadal utrzymuje, że wyliczenia opłaty za prąd są poprawne.

Kilka lat temu miałem podobny problem z tym samym dostawcą prądu. Po wymianie licznika moje opłaty za energie wzrosły czterokrotnie. Zgłosiłem problem korporacji.  Przyszedł pan i spisał licznik, potem przyjechali technicy, zdemontowali licznik i zabrali. Po pewnym czasie dostałem pismo, że oni tam wszystko sprawdzili i wszystko jest dobrze, więc musze zapłacić zawyżony rachunek. Odwołałem się i chciałem ponownego sprawdzenia licznika najlepiej przez niezależnych ekspertów. Odpisali, że i owszem, można to zrobić, ale na mój koszt, czyli za ponad 1000 zł. Co miałem zrobić zapłaciłem rachunek, choć wiedziałem, że to wyłudzenie, bo przecież, jaką miałbym gwarancje, że do niezależnego eksperta pojedzie mój licznik? Jak widać przez lata nic się nie zmienia. Duży może więcej. Korporacja, bogata firma ma gwarantowane przez państwo inne prawa niż zwykły obywatel. Takie państwo prawa gdzie co chwila przypominają ci, że  nie warto iść pod prąd.

dziennik pesymistyczny

Nie ma, bowiem władzy, która by nie pochodziła od Boga

Obublikował pavvel dnia Komentarzy: 1

– Dymisja rządu Tuska rozwiązać Sejm!!! – przeczytałem na ulotce, którą została mi wręczona przez uroczą panieneczkę w równie uroczej czarnej sukienuni. Tak się złożyło, że przez przypadek znalazłem się w niewielkim tłumku katolików, który wychodzili z pobliskiego kościoła. To pewnie dlatego zostawałem obdarowany agitką przez dziewczę, bo ja wcale nie wyglądam na adresata takiej propagandy. Nie powiem, zrobiła mi się miło. Dostałem ulotkę, której czytanie sprawiło mi wiele radości oraz piękny uśmiech od ślicznej pani w zupełnym gratisie.

Widziałem jak idących obok mnie ludzi ujmowały hasła i treści wydrukowane na tym kawałku papieru. Ci mieszkańcy mojego miasta byli pewnie katolikami jak mogłem przepuszczać sądząc choćby po tym, że wyszli ze świątyni. A jednak zdecydowanie zjednoczyła ich idea szybkiej rozprawy z obecną władzą. Jak nic tłumnie i z wielką ochotą zjawią się na demonstracji organizowanej przez Komitet Organizacyjny Środowisk Patriotycznych Manifestacji Antyrządowej który podpisał ulotkę.

– Szkoda dla mnie, już taką mam, ale z zaproszenia i tak nie mógłbym skorzystać – odparłem, gdy ponownie, tym razem na końcu ulicy, innych działacz Komitetu Organizacyjnego Środowisk Patriotycznych Manifestacji Antyrządowej (niestety już nie tak uroczy jak jego poprzedniczka) chciał mi wręczyć agitkę. – Nie mogę się wybrać – dodałem. – A to, dlaczego? Popiera pan Tuska! Jest pan za władzą – zagrzmiał pytaniami działacz tak, że aż kilka osób zatrzymało się, aby sprawdzić, kim jest ten sugerowany prorządowiec. – Nie mogę, no nawet jakbym chciał to nie mogę – przekonywałem zdecydowanie naginając rzeczywistość na potrzeby rodzącej się dyskusji.  – A to, dlaczego? – dociekał żarliwie aktywista Komitetu Organizacyjnego Środowisk Patriotycznych Manifestacji Antyrządowej. – Nie mogę, bo zabrania mi uczestnictwa w tym zgromadzeniu moja własna klauzula sumienia. No, nie mogę w tym uczestniczyć, bo jako katolik nie mogę łamać nakazów i nauk płynących z Pisma Świętego – wyjaśniłem uprzejmie, czym wzbudziłem takie zainteresowanie, że kilka osób nawet się zatrzymało, aby się dowiedzieć więcej. – Pan nie jest chrześcijaninem? Nie czytał pan biblii? – zapytałem zdumiałego organizatora marszu antyrządowego z udawanym zdziwieniem. – Ależ naturalnie, że jestem! Jestem praktykującym katolikiem! – oznajmił ze świętym oburzeniem antyrządowiec.

– To nie wie pan, że napisane jest w piśmie: nie ma władzy, która by nie pochodziła od Boga, a te, które są, zostały ustanowione przez Boga. Kto więc przeciwstawia się władzy przeciwstawia się porządkowi Bożemu – starałem się dość wiernie zacytować list św. Pawła do Rzymian. Pana agitatora zamurowało. Zrobiło się też jakoś luźniej wokół nas. Dziwnym zrządzeniem losu, wszyscy, którzy chcieli usłyszeć dlaczegóż to nie wybieram się na antyrządową manifestacje teraz zapragnęli udać się jak najszybciej tam gdzie ich nie było.  – Idź pan już, no idź pan – poradził mi organizator z Komitetu Organizacyjnego Środowisk Patriotycznych Manifestacji Antyrządowej. – Wariat – usłyszałem jeszcze za plecami.

Wszystkim praktykującym katolikom wybierającym się na marsz organizowany przez Komitet Organizacyjny Środowisk Patriotycznych Manifestacji Antyrządowej przypominam, że napisane jest w Piśmie Świętym: „Każdy niech będzie poddany władzom, sprawującym rządy nad innymi. Nie ma, bowiem władzy, która by nie pochodziła od Boga, a te, które są, zostały ustanowione przez Boga.  Kto więc przeciwstawia się władzy – przeciwstawia się porządkowi Bożemu. (…) Jeżeli jednak czynisz źle, lękaj się, bo nie na próżno nosi miecz. Jest bowiem narzędziem Boga do wymierzenia sprawiedliwej kary temu, który czyni źle. Należy więc jej się poddać nie tylko ze względu na karę, ale ze względu na sumienie. Z tego samego też powodu płacicie podatki. Bo ci, którzy się tym zajmują, z woli Boga pełnią swój urząd. Oddajcie każdemu to, mu się należy: komu podatek – podatek, komu cło – cło, komu uległość – uległość, komu cześć – cześć”. List do Rzymian 13:1-7. Zapraszam do lektury Biblii i życzę przyjemnej manifestacji przeciw władzy, która pochodzi od Boga.

dziennik pesymistyczny

Celem reformy są niższe emerytury

Obublikował pavvel dnia Komentarzy: 0

– Emerytury muszą być niższe, bo to był jeden z celów reformy – wyznała z rozbrajająca szczerością była prezes Zakładu Ubezpieczeń Społecznych. Czyli wychodzi na to, że celem reform, które wprowadzają urzędnicy nie jest wcale poprawa losu obywateli jak wmawiają politycy, ale poprawa działania systemu. To nie człowiek się liczy, ale system, który ma być wydajny i zapewnić egzystencje państwowym urzędnikom. Państwo postrzega swojego obywatela, jako woła roboczego, który ma płacić i pracować, zarabiać i płacić podatki, a gdy już nie nadaje się do pracy to należy mu zapewnić dokładnie tyle żeby wegetował w biedzie i jak najszybciej pożegnał się ze światem doczesnym. Państwo potrzebni są przecież tylko sprawni, zdolni do pracy podatnicy. Starsi ludzie się dla państwa mało liczą, bo są niewydajni. Jeśli ktoś będzie miał szczęście i dożyje emerytury to trzeba go tak upodlić, aby odechciało mu się życia na garnuszku państwa. No chyba, że jest na tyle bogaty, że sam zapewnił sobie emeryturę. Szarak obywatel, co całe życie tyrał za pensje niewiele wyższą niż najniższa krajową pensja dostanie od ZUS niską emeryturę.

Emerytury wypłacane z nowego systemu będą niższe niż te sprzed reformy systemu, to było wiadomo od dawna. Jednak niewielu spodziewało się, że różnice będą tak duże. Różnica miedzy tym, co dostaliby emeryci przez reformą a tym, co teoretycznie dostaną jak dożyją to blisko tysiąc dwieście złotych. Obecny prezes Zakładu Ubezpieczeń Społecznych zauważył w telewizji, że wysokość emerytur będzie zależała od tego, ile zapłacimy składek. Zapomniał za to wspomnieć, że około trzech milionów Polaków dostanie niższe emerytury niż te, które im się należą, gdyż część dokumentów na podstawie, których są obliczane świadczenia zgniło w magazynach zakładu Ubezpieczeń Społecznych. Czyli znów państwo zaoszczędzi.

 – (Kobiety) mają więcej lat do wykorzystania świadczenia, więc jest ono niższe. Dlatego rząd podjął działania – podwyższanie wieku to pierwsza rzecz – wyznał szef ZUS. No pewnie, to bardzo ważne, żeby przyszły emeryt jak już ma już tyle szczęścia, że dożyje wieku emerytalnego korzystał z należnych mu świadczeń jak najkrócej. Mo to znaczna oszczędność przecież. A jak już wszyscy do system jest najważniejszy nie człowiek. – To jest prosta matematyka – trzeba płacić składki i pracować dłużej – dodał prezes ZUS.

– Oczywiście w momencie wprowadzania reformy nikt o tym bardzo głośno nie mówił. Ale przecież po to ta reforma była przeprowadzana, ponieważ nie można było sfinansować tak wysokich w stosunku do wynagrodzeń emerytur, jakie były poprzednio – podkreśliła była prezes ZUS. To miłe, że urzędnik państwowy tak szczerze wyznaje, że celem reformy było obniżenie emerytur.

– Nie znaczy to, że emerytury w złotówkach są wysokie, bo są małe, ale w proporcji do zarobków były jednymi z najwyższych w Europie. Nowy system jest tak skonstruowany, że emerytury są w pełni proporcjonalne do zarobków. Nie ma żadnego faworyzowania np. najbiedniejszych. W związku z tym ten, kto zarabia mało, będzie miał trzydzieści parę procent swojego zarobku i ten, który zarabia dużo też – dodała pani była prezes. Jak to dobrze, ze dołączyliśmy do Europy i już nie faworyzujemy najbiedniejszych. Teraz jak za socjalizmu, który podobno odszedł na zawsze dwadzieścia pięć lat temu wszyscy będą mieć tak samo mało.

Lubię bezczelnych urzędników. Lubię jak nie wiadomo dlaczego nagle zaczynają być prawdomówni, bo to utwierdza mnie w przekonaniu, że to nie jest moje państwo, a urzędniczą i polityczna władza, która jest nade mną to tylko okupacyjna tyrania.

dziennik pesymistyczny

Przy obiedzie za miliony cierpię katusze

Obublikował pavvel dnia Komentarzy: 0

Trzeba coś zrobić! Do cholery! Przecież tak być nie może! Nie można być biernym! Trzeba coś zrobić! Trzeba ratować człowieka! Nie można pozwolić żeby znów tak cierpiał! Co prawda mam w głębokim poważaniu cały ten cyrk nazywany wyborami parlamentarnymi, ale tym razem może jednak zagłosuje przeciw, tak z czystej empatii. Niech się chłopina nie męczy dla narodu. Po co człowieka męczyć?

– Nie lubię mówić o takich rzeczach, ale kiedy byłem premierem, jadłem wyjątkowo wręcz ohydne (…) obiady w kancelarii premiera. Chociaż twarz mi wykręcało, to jadłem – wyznał na konferencji prasowej w Sejmie były premier Jarosław K.

– Koniaków żeśmy wypili przez ten cały czas może, z moim udziałem, jedną butelkę. Czasem wicepremierów zapraszałem, bo musiałem ich do czegoś przekonać. To jest wszystko. Cygar w ogóle nie palę – kontynuował swe wyznania doktor, prezes Prawych i Sprawiedliwych.

Ratujmy chłopa! Przecież on gotów dla nas, dla narodu poświecić się i znów zostać premierem, który znów będzie musiał jadać „wyjątkowo wręcz ohydne”. Przecież nie można na to pozwolić. Są pewne granice. Jak ja mógłbym spać spokojnie wiedząc o tym, że gdzieś tam w stołówce kancelarii premiera Jarosław K. zjada z obrzydzeniem obiad aż twarz mu wykręca z cierpienia.

 – Za miliony kocham i cierpię katusze – pisał poeta. Ja wiem, że on jest gotów do poświeceń. Ale przecież nie można pozwolić na to żeby ten wybitny syn wielkiego narodu, polski polityk, doktor nauk prawnych, działacz opozycji demokratycznej w okresie PRL, twórca i prezes partii politycznych Porozumienie Centrum oraz Prawo i Sprawiedliwość, senator I kadencji, poseł na Sejm I, III, IV, V, VI i VII kadencji, były prezes Rady Ministrów, były kandydat na urząd Prezydenta RP tak cierpiał za miliony. W przenośni i dosłownie, żeby cierpiał za miliony. Bo to ani się chudzina koniaczku nie napije, ani cygarka nie zapali, a obiadki musi jeść ohydne. No jak tak można człowieka skazywać na takie cierpienie? Przecież to nieludzkie.

Dlatego apeluje do Was Polacy! Narodzie! Trzeba nam czynić co w naszej mocy, aby zapobiec nieszczęściu które może spaść na tego starszego, schorowanego jegomościa. Nie można przecież pozwolić, aby ten zasłużony mąż stanu znów się tak dla nas poświęcał. Ja wiem, że on tak z czystości serca wziąłby na siebie ten krzyż, ale przecież My naród chrześcijański nie może na to pozwolić.  On pewnie tak nas, dla narodu, tak kocha, że gotów za nas cierpieć katusze. Ale wykażmy się miłosierdziem. Polacy, nie pozwólmy aby ten starszy pan tak się dla nas męczył. Niech on znów nie musi jeść „wyjątkowo wręcz ohydne (…)  obiady w kancelarii premiera”. Niech mu ponownie twarzy nie wykręca z obrzydzenia podczas konsumpcji. Są przecież jakieś granice poświecenia.

dziennik pesymistyczny

Pesel tylko dla zameldowanych

Obublikował pavvel dnia Komentarzy: 0

Choć dla polskiego państwa jesteś tylko numerem w ewidencji, to dostanie takiego numeru nie jest tak łatwe jakby się mogło wydawać. Cyfry określające twoją tożsamości w spisach podatników, płatników, mieszkańców są dla państwa ułatwieniem kontroli nad obywatelem. Ale dla obywatela – posiadanie tych numerów – jest jedyną możliwością funkcjonowania w systemie. Twoje istnieje jest dla państwowych urzędników tylko wtedy całkowicie pełne, gdy już Cię zarejestrują, zapiszą w systemie i nadadzą odpowiedni numer. Ale żeby mieć numer musisz gdzieś być zameldowany, żebyś się urzędnikom nie zgubił.

Matka półrocznej Anastazji z Gdańska nie może wyprosić u urzędników nadania swojej córce numeru PESEL. Bez niego dziewczynka formalnie, czyli praktycznie nie istnieje. Kobieta przez ponad sześć miesięcy bezskutecznie walczy o nadanie córce numeru PESEL. – Bez PESELu nic nie załatwię, bo to jakby człowieka nie było. Ostatnio płaciłam 300 zł za szczepienie córki. Nie mogę nawet wystąpić o alimenty, choć żyjemy tylko z 440 złotych mojej renty – tłumaczy zrozpaczona kobieta dziennikarzom Dziennika Bałtyckiego.

Teoretycznie powinno być tak, że mała gdańszczanka jak każde dziecko urodzone w Polsce dostaje numer PESEL bez większych problemów. Wystarczy zgłosić do Urzędu Stanu Cywilnego fakt narodzin nowego obywatela. Może to zrobić rodzic, personel medyczny, a nawet administracja szpitala, w którym dziecko przyszło na świat. Urzędu Stanu Cywilnego powinien sporządzić akt urodzenia dziecka, a gmina wystąpić do Ministerstwa Spraw Wewnętrznych o numer identyfikujący. Jednak jak to bywa w polskim państwie biurokracja ponad wszystko. Urzędnik musi wiedzieć gdzie późniejszy podatnik będzie przebywał, żeby się państwu nie zgubił. Dziecko musi zostać gdzieś zameldowane żeby dostać PESEL.

Jednak w tym przypadku matka nie ma ani stałego, ani nawet czasowego meldunku w mieszkaniu, które zajmuje z córeczką. No i zaczęły się schody, bo przecież taki numer PESEL to przywilej, nie można go ot tak nadać bez pisemnego podania, bez starań, bez płaszczenia się przed urzędnikami. Matce młodej gdańszczanki poradzono żeby wysłała prośbę o PESEL dla córki do Ministerstwa Spraw Wewnętrznych. Po stosownym oczekiwaniu urzędnicy ministerstwa odpowiedzieli, że matka w swoim piśmie źle uzasadniła swoją prośbę i zakończyli sprawę. Potem poradzono matce, bym ta poprosiła urzędników ZUS, by oni, jako wypłacający jej rentę socjalną, zwrócili się do ministra w jej sprawie.  Ale ZUS przyszła odpowiedz, że nie mogą tego zrobić. No i tak oto nawet jak chcesz być zewidencjonowany obywatelu, by spokojniej żyć w systemie, to jako bezdomny bez zameldowania nie możesz dostąpić tego zaszczytu. Urzędnik musi wiedzieć gdzie mieszkasz, bo bez tego może nad Tobą utracić kontrole.

Od stycznia 2015 roku państwo polskie – jak informują gazety – przestanie gromadzić m.in. dane dotyczące adresu zameldowania obywatela. Ciekawe jak urzędnicy za pół roku będą nadawać numery PESEL? Pewnie mimo, że nie będzie obowiązku meldunkowego to i tak będziesz obywatelu musiał oświadczyć w urzędzie gdzie mieszkasz i potwierdzić ten fakt na piśmie własnym podpisem. I tak oto nie będzie obowiązku meldunkowego teoretycznie, a praktycznie będziesz się obywatelu musieć meldować by urząd wiedział gdzie przebywasz.

dziennik pesymistyczny

Weź się w garść

Obublikował pavvel dnia Komentarzy: 4

– Musisz się zebrać w sobie. Prawdziwy mężczyzna musi być silny. Nie trzeba się mazać, tylko sprężyć, zebrać w sobie i ruszać się do roboty. Bo nic nie jest za darmo! Musisz porzucić smutne myśli. Więcej optymizmu! Musisz myśleć bardziej pozytywnie! – słucham tej motywacyjnej wyliczanki, no bo tak mam, że jak ktoś do mnie dzwoni to z grzeczności odbiegam telefon.

Obudziłem się o trzeciej trzydzieści jeden rano, więc zwyczajowo miałem niechciany czas na przemyślenia. Ta sama godzina od wielu miesięcy z dokładnością, co do dziesięciu minut. Nie mogę spać, więc mój mózg mimo mojej niechęci co do tej jego czynności i tak analizuje moje życie. Nie powiem, nawet nieźle się czułem. Nie żebym tam znów tryskał radością, bo takiego uczucia nie pamiętam od lat. Po prostu, zwyczajnie prawie nic nie czułem. Byłem pusty. Byłem wyjałowiony. Czyli jak na mnie czułem się dobrze. Byłem trochę ociężały. Chciało mi się pić, dlatego wstałem z łóżka. Znalazłem powód, bo przecież chęci do tego heroicznego czynu nie miałem. Czułem jeszcze pewne odrętwienie, lecz nie był to kac. Wstałem. Czułem w całym ciele mrowienie. Wiedziałem, że to zupełnie normalne. Zawsze tak jest przed tym jak odliczę kolejny dzień wyciskają tabletki z opakowań. Łazienka. Okno. Kuchnia. Okno. Telewizor. Okno. Łazienka. Łóżko. Poleżę. Posiedzę. Powtarzam.  Dzwoni telefon.

– Jakbyś się trochę ruszył z domu to od razu by Ci przeszło. Poszukaj czegoś, jakiegoś zajęcie, nie trzeba się tak kurwa zadręczać. Postaw się, do chuja, w końcu do pionu. Jakbyś wyszedł do ludzi, to by Ci, kurwa, od razu przeszło – to kolejny telefon od kolejnego światłego kolegi. Słucham, bo z natury nie odmawiam nikomu prawa do własnego zdania.

Dawno już przestałem wychodzić z domu bez bardzo, ale to bardzo wyraźnego powodu. Jak już wychodzę to staram się spotykać jak najmniej ludzi. Lubię puste sklepy. Miejsca gdzie jestem sam, lub prawie sam. Nienawidzę tłumu. Ograniczam kontakt z drugim człowiekiem do minimum. Nie cierpię spotykać się z ludźmi. Mam kilku akceptowanych przyjaciół i kolegów, reszta świata mogłaby dla mnie nie istnieć. Zamykałem się w sobie. Zakupy, potem szybko do domu. Jak najszybciej do bezpiecznych czterech ścian. Aby ich nie widzieć. Nie czuć ich w przenośni i dosłownie.

– Słuchaj widziałem ogłoszenie o pracy. No, nie możesz przecież tak cały dzień w domu. Musisz iść do ludzi… Trzeba się wziąć w garść, nie załamywać, tylko to w sobie przezwyciężyć. Tak, praca wśród ludzi to by Cię od razu odmieniła, dałaby Ci siłę do życia – słucham i słucham, a głos w słuchawce mówi i mówi…

Dom. Tu jedynie czuje się dobrze. Czytam książki, oglądam filmy, patrzę w telewizor. Nic szczególnego. Bezpieczna monotonia kolejnego dnia, który udało się wyrwać przeznaczeniu. Tylko ten siedzący we mnie smutek. To wieczne przygnębienie. Nic mnie już nie cieszy. Nic nie sprawia radości. Wszystko wokół mnie tak jakby działało na zwolnionych obrotach. Czas wlecze się niemiłosiernie a ja z nim. Czekam. Czytam gazetę i już po chwili nie czytam tylko myślę. Odpływam w abstrakcyjne rozmyślanie.  To “życie jest główną przyczyną depresji”.

– Na co ty narzekasz, masz dwie ręce, dwie nogi… inni to dopiero mają. A Ty? Zdrowy chłop… no przestań się nad sobą użalać, weź się wreszcie za siebie, zrób coś ze swoim życiem, jak się postarasz to dasz radę, tylko musisz tego chcieć – telefon zadzwonił po raz kolejny, potem jeszcze raz.  – Dzień dobry! A jak u Ciebie? Tak samo? No, bo Ty nie umiesz sobie wytłumaczyć… no nie można tak żyć.  No, weź się w końcu w garść, zadbaj o siebie i o swoje życie.  Postaraj się skupić na tym, co dla ciebie najlepsze. Działaj, nie siedź tak… zrób coś – znów podniosłem na moje nieszczęście słuchawkę i odebrałem telefon. Teraz słucham dobrych rad. – Taaaa – powiedział skrzeczący głos. – Życzę Ci wszystkiego najlepszego. Pamiętaj: trzymaj się i nie daj się! Bądź silny! Do widzenia. – Do widzenia – powiedziałem na zakończenie i odłożyłem telefon.

Nim zdążyłem odetchnąć po kolejnej porcji dobrych rad, już rozmyślania przerwał mi ostry, natrętny dzwonek telefonu. Podszedłem, podniosłem aparat i powiedział nieswoim głosem: – Słucham. – Jak się masz? Dzień dobry! Wszystko u ciebie dobrze? – usłyszałem kolejnego radosnego. – W jak najlepszym porządku – odpowiedziałem szybko. – Ejże, coś kręcisz – powiedział z niedowierzaniem głos w słuchawce. – Jak się czujesz? No wiem, że nie najlepiej. Ale musisz być silny. A jak tam z pracą?  – Świetnie – wyrwało mi się nim pomyślałem, co mówię. – Dobra, dobra… mnie nie oszukasz, pamiętaj weź się za siebie.  A swoją drogą to ta twoja ma z tobą krzyż pański.

Nie zdążyłem nawet wyjść z pokoju, gdy telefon zadzwonił po raz kolejny. Wróciłem i podniosłem słuchawkę. Nie zdążyłem nawet powiedzieć słowa, bo głos człowieka z drugiej strony był znacznie szybszy.  – To ty? Co tam u ciebie? – W porządku – odpowiedziałem beznamiętnie. – Tak wiem, wcale nie w porządku, tak tylko mówisz, ja wiem, wiem, wiem… – terkotał głos w słuchawce. – No, kochany nie możesz się tak zamykać, co to za pesymizm? Wmawiasz sobie, że jesteś chory. Wyjdź z domu, zrób coś… nie można mieć takich czarnych myśli. Pamiętaj, że masz przyjaciół. Powodzenia, słyszysz? – mówił głos w telefonie. Tak, słyszałem. Słyszałem to już tyle razy, że nawet gdybym nie słuchał to i tak wiedziałbym, co mówią. Kolejny dzień upływa w przyjaznej atmosferze wzajemnego zrozumienia.

dziennik pesymistyczny

Czy panowie muszą tak napierdalać?!

Obublikował pavvel dnia Komentarzy: 0

O rany, jak ja nienawidzę traktorzystów którzy każdej nocy zjawiają się pod moimi oknami. Naprawdę szczerze i ze stosowną do okoliczności żarliwością nienawidzę tych kierowników traktorów.  Mam bardzo krwawe myśli z nimi związane. Pragnę zemsty.  Każdej nocy planuje, co też ja im zrobię jak tylko przezwyciężę w sobie wrodzoną niechęć do przemocy. Kiedyś nie wytrzymam i wstanę z łózka, ubiorę się, wyjdę z domu…  i raz na zawsze uciszę tych moich dręczycieli!

 Ja wiem, że gość – jeden z drugim – nie śpi w nocy, że ciężko pracują nad tym, aby ulice miasta były czyste i pozamiatane. Ja wiem nawet, że noc jest do takiej pracy najbardziej odpowiednia. Ale na Boga żywego! Czy oni nie mają litości? Czy oni nie mają wyobraźni? Czy te ich piekielne machiny muszą tak każdej nocy napierdalać?  Czy te ich traktory muszą tak hałasować noc w noc?

Doszło do tego, że czekam na ten nocny traktor jak na wykonanie wyroku, bo ja wiem że on już tam gdzieś zapadł. Ja wiem, że ten traktor krąży po ulicach i z pewnością przybędzie pod moje okna, aby mnie obudzić. Aby mnie dręczyć i wkurwiać. Czy oni naprawdę muszą tak napierdalać od bladego świtu?! Co oni sobie myślą? Że jeśli nie podbijam karty na zakładzie usług komunalnych o trzeciej rano, to już w ich robolskim mniemaniu muszę być nierobem?! To już można mnie budzić każdej nocy?! Trzeba mi jebać po uszach co godzinę przez całą noc aż do świtu!? – parafrazując klasyka.

Każdej nocy od kilku miesięcy, co godzinę licząc od północy, zjawia się pod moim oknem traktor ciągnący za sobą maszynę do czyszczenia ulic. Jakiś urzędnik idiota, lub jakiś inny kretyn bez krzty wyobraźni postanowił, że ustawi kontener na śmieci dokładnie naprzeciwko moich okien. Tak centralnie, na trawniku.  Każdej nocy, co godzinne, z piekielną regularnością przybywa ten traktor ciągnąc za sobą hałasująca maszynerie i dokonuje zrzutu urobku do tegoż  kontenera. Na początku słychać tylko popierdywanie traktorka, potem gdy już traktorzysta ustawi swój pojazd przy śmietniku podkręca obroty silnika… no i machineria pozbywa się ze stosownym do czynności hukiem wszystkiego co zebrała z miejskich ulic. Ale na tym nie koniec. Nie jest mi dane zasnąć. Jeśli tylko coś zostanie w trzewiach maszyny to sumienny traktorzysta bierze do ręki lagę i okłada stalowy zbiornik tak żeby pozbyć się do końca wszystkich nieczystości. Dźwięk uderzeń pałki o blachę niesie się przepięknie poprzez okoliczne uśpione ulice. Ale traktorzyście to nie przeszkadza. Po opróżnieniu ustrojstwa z urobku pan kierowca rozpoczyna relaks. Nie, nie wyłączy silnika. A co tam, niech hałasuje. Jemu nie przeszkadza. On jest w pracy. Silnik sobie hałasuje na wolnych obrotach dzwoniąc każdą luźną częścią a pan kierowca tak z godzinkę sobie odpoczywa. Przecież jak on nie śpi, to inni też nie powinni.  On jest w robocie, to wszyscy muszą o tym wiedzieć.  Jemu tu kazali przyjechać i tu zrzucać. No to robi co kazali.  Nie pomyśli bidulek, że kogoś budzi co noc. A może on już nie słyszy? Przecież jak ktoś siedzi w tym dzwoniącym każdą częścią traktorku to faktycznie może przytępić sobie zmysły. Jemu hałas nie przeszkadza, bo on go po prostu nie słyszy. To faktycznie wiele by tłumaczyło.

Boże, dlaczego umieściłeś mnie wśród idiotów. Dlaczego mnie tak doświadczasz? Jeden kretyn wydaje pozwolenia na postawienie kontenera na śmieci przy osiedlowej drodze. Inny kretyn nie pomyśli, że ten traktor i ta maszyna przeraźliwie hałasują każdej nocy. Nie przyjdzie do głowy ciężkim idiotom, że robiąc to co robią w tym miejscu mogą kogoś pozbawiać snu. No i jeszcze ten traktorzysta. Dobrze, niech już nawet rozładowuje tą swoją machinę w nocy jak nie ma innej możliwości. Niech nawet wali w nią pała jak w pustą beczkę. Ale do ciężkiej cholery, dlaczego sterczy tu z tym traktorem od godziny i nie wyłączy w nim silnika?! Nie, no naprawdę…  nie mogę pojąc ludzkiej głupoty.

dziennik pesymistyczny

25 czerwca (dawniej 1 maja)

Obublikował pavvel dnia Komentarzy: 0

W jego domu przez lata była przechowywana z czcią należną relikwiom dawno już niemodna nadpalona marynarka. Typowa dla męskiej mody w peerelowskich latach siedemdziesiątych. Szerokie klapy, naszywane kieszenie a wszystko to z taniego materiału w zielono niebieską kratę. Zawsze, gdy otwierał pudło z tą odzieżową świętością, ogarniał go ten sam przerażający specyficzny zapach spalenizny. Dotykał z zaciekawienie oraz ciągłym niedowierzaniem naznaczonych ogniem dziur w ojcowskiej marynarce. Po raz kolejny brał w dłonie strzępy nadpalonego materiału. Przypatrywał się plamom sadzy, tynku, ceglanego pyły, błota oraz zakrzepłej krwi.  Chciał zapamiętać… i pamiętał.

W jego rodzinnym domu zawsze było pełno książek. Były wszędzie. Stały na regałach i na podłodze. W biblioteczce i popakowane w pudła. Na szafie, na biurku i pod biurkiem.  Od dzieciństwa był namawiany do czytania, więc całą domową bibliotekę znał na pamięć. Na jednej z półek, wśród kilkuset stojących tam książek, było kilkanaście tomów zupełnie różniących się od pozostałych. One właśnie najbardziej go interesowały ze względu na swą odmienność. Odróżniały się od całego księgozbioru zapachem i wyglądem. Były to książki na wpół spalone. Z nadpalonymi okładkami. Ze zniszczonymi przez ogień brzegami i rogami. Stały tam, bo książek nie można wyrzucać. Dobrze pamiętał zapach spalonego papieru. Dotykał nadwątlonych gorącem stron. Ostrożnie przekładał rozpadające się pożółkłe kartki. Czytał to, co nie strawił ogień. Te książki były dla niego bardzo ważne. Nie ze względu na treść, którą zawierały, ale też, dlatego, że ktoś mu nieznany chciał te książki spalić. Nie mógł zrozumieć jak można palić książki. Nie rozumiał, czym wtedy był rozwścieczony, otępiały chwilowym zwycięstwem nad tyranami, żądny zemsty tłum.

Pamiętał jednak opowieść dorosłych. Był jeszcze dzieckiem, gdy pierwszy raz usłyszał o budynku w płomieniach. Ukryty za drzwiami swojego pokoju wsłuchiwał się w opowieści o tłumie, który z wściekłości na rządzących podpalał samochody, autobusy i biurowce. Niszczył i okradał sklepy. Słyszał o wściekłym tłumie żądnym krwi ciemiężycieli.  O ludziach upojonym słuszną chęcią zemsty. Słyszał jak dorośli szeptem opowiadali o płonącym budynku. Od dzieciństwa dobrze wiedział, że gdy tłum demolował biurowiec, nie było w nim już ludzi władzy. Możni tamtych czasów już dawno opuścili gmach.

Zostali tam tylko robotnicy i zwyczajni urzędnicy. Ludzie tam pracujący, dalecy od polityki. Ich nikt nie ewakuował, bo nikomu na nich nie zależało.  Byli tam już przeważnie tylko ci, którzy zatrudnili się tam nie dla stanowisk, ale dla lepszego życia. Ale tłum nie wiedział lub nie chciał tego wiedzieć. Chciał odwetu. Chciał słusznej zemsty. Chciał palić, niszczyć i rabować.  Kamienie i butelki z benzyną. Płomienie. Demolka. Ogień na korytarzach i w gabinetach. Chaos. Meble wyrzucane przez okna na ulice. Portrety wodzów w ogień. Książki, papiery, dokumenty, biurka, ławki, krzesła, fotele – wszystko w ogień. Dywany na trawnikach, a na nich mściciele robotniczej rewolty. Wokół ich zamykał się pierścień zwartych oddziałów. A na podwórku biurowca trwała zabawa harcowników rewolucji

Z tamtej oficyny gdzie pracował nie było przejścia do głównego holu. Trzeba było wyjść na podwórze.  Należało zejść po kilku schodach. Przejść przez dziedziniec. Było zaledwie kilkanaście metrów do następnych schodów. Potem już tylko w górę do następnych drzwi i było się w głównym holu biurowca. Zwyczajnego dnia tak blisko, a teraz, w tym piekle, tak daleko. Budynek stał przecież w płomieniach. Dym nie dawał oddychać. Była już tylko jedna nadzieja. Jedna droga do życia. Trzeba było wyjść na zewnątrz a na dziedzińcu stał wrogi tłum. Nie było czasu na tłumaczenie, kim się jest. Zresztą i tak nikt by go nie słuchał. Hordy mścicieli wylegiwały się na dywanach wyniesionych z gabinetów władców, ale nadal chciał zemsty. Tłum chciały odwetu za lata nędzy. Tu płomienie, a tam oszalały tłum. Nie było wyboru. Chciało się żyć.

W płonącej marynarce, z tlącymi się włosami, biegł te kilkadziesiąt metrów po życie. Kohorty mścicieli wyły. Słyszał świst kamieni. Butelki rozbijały się o bruk pod jego nogami. Gonili go z pałkami w dłoniach. – Mamy cię skurwysynu! Już nie żyjesz!– słyszał ryk oszalałego tłumu. Jeszcze kilka metrów. Parę schodów. Ale czy zauważą? Czy otworzą bronione przed tłumem drzwi? Zobaczyli. Ktoś otworzył. Jeszcze metr. Nawet nie poczuł uderzenia kamieniem w głowę. Wpadł w otwarte drzwi. Zamknęły się za nim. Już bezpieczny usłyszał jeszcze głuchy łoskot uderzeń kamieni.  Ktoś zdusił na nim płomienie. Udało się. Żył.

Historia to nie fakty, to tylko wersja zwycięzców.  Teraz jest tylko jedna wersja wydarzeń. Wielu dla świętego spokoju woli nie pamiętać, że było rożnie. Historia nigdy nie jest czarno – biała. Przeważnie jest szara. Jeśli się było tylko trybikiem w maszynerii historii, to twoja relacja z tych wydarzeń nie jest ważna. Liczy się szerszy kontekst. Liczy się słuszny protest robotniczy. Nikt nie chce pamiętać przypadkowych ofiar. Ważna jest oficjalna wersja. Ważne jest, że „tu się zaczęło”. Jest jedna prawda historyczna. Polityka historyczna państwa. Ważna jest sława bohaterów. Ważne są pomniki.

Problem jednak w tym, że on na swoje nieszczęście nadal pamięta tamtą nadpaloną marynarkę. Pamięta spalone książki. Chyba jest jednym z ostatnich, który chce tak to pamiętać. Historie napisano już, bowiem na nowo. Teraz fakty są zupełne inne.  Równiejsze. Jednokolorowe. Ładniejsze. Pomnikowa. Bohaterskie.