dziennik pesymistyczny

Good news

Obublikował pavvel dnia Komentarzy: 0

„Śmierć na Limanowskiego!” – przeczytałem tytuł artykułu na jednym z lokalnych portali informacyjnych, który w swej nazwie ma „news”. Fakt, to jak nic był ten news, przynajmniej sądząc po tytule artykułu. Nie ukrywam, że zapałałem chęcią poznania choćby jednego więcej szczegółu tego newsa.  Good news is no news, czyli dobra wiadomość to żadna wiadomość. Ta zasada rządzi dziennikarstwem właściwie od zawsze. A to była jak najbardziej zła wiadomość. Czyli jak nic był good news.

News dodatkowo zilustrowany był uroczym zdjęciem młodej policjantki na tle bloku z wielkiej płyty w otoczeniu bujnej roślinności pyszniącej się zielenią liści. Już sam widok tak pięknych okoliczności przyrody widocznych na fotografii w kontraście do tragedii zawartej w tytule skłonił mnie to przeczytania notki w całości. Przecież był środek zimy a tam na zdjęciu zielone liście, słoneczko plus policjantka. Poza tym ta „Śmierć na Limanowskiego” zdradzała wątek kryminalny, co było dodatkową zachętą żeby czytać dalej.

Już sam lid tekstu rozpalał wyobraźnie czytelnika. Niezorientowanym od razu śpieszę z wyjaśnieniem, że lid to wyróżniona graficznie część artykułu zawierająca skrót informacji lub krótką zapowiedź tekstu, która ma zachęcić czytelnika do czytania. Ale wracajmy do tekstu czyli do lidu.

„Do tragicznego w skutkach zdarzenia doszło przy ul. Limanowskiego. W jego wyniku zmarł człowiek” – głosiła zapowiedź artkułu, czyli wspomniany już przeze mnie lid. Zaciekawiony przeczytałem następne zdanie tak dobrze zapodziewającej się relacji dziennikarskiej z tragicznego zajścia na ulicy Limanowskiego. „Do tragicznego w skutkach zdarzenia doszło przy ul. Limanowskiego. W jego wyniku zmarł człowiek.” – przeczytałem kolejną linijkę tekstu tuż pod lidem.

Przeleciała mi przez głowę myśl, że przecież już to wiem, bo przed chwilą czytałem to w lidzie, ale nadal chciałem wiedzieć więcej, dlatego nie odpuściłem i czytałem: „Do zdarzenia doszło kilkanaście minut temu. Na miejscu są już policjanci, którzy badają sprawę. W tej chwili, dla dobra sprawy, szczegóły zdarzenia objęte są tajemnicą.” No i tyle. Nic więcej. Nie licząc dopisku: „Więcej wszczegółó wkrótce”.

– W nowoczesnym dziennikarstwie internetowym chodzi przede wszystkim o szybkość informacji. Mniej liczy się jakoś, treść, czy poprawność językowa, a więcej szybkość z jaką dociera się do czytelnika – tłumaczył mi kiedyś znajomy pracujący w nowych mediach. Jednak po lekturze tego newsa mam wrażenie, że czasem jednak warto poczekać z publikacją niusa na prawdziwego newsa.

dziennik pesymistyczny

Strajk prywatny

Obublikował pavvel dnia Komentarzy: 1

– Obudziłem się dziś w bardzo antypaństwowym nastroju – rozpoczął swą opowieść mój znajomy, gdy zasiedliśmy przy knajpianym stoliku. – Już w nocy czułem, że wzbiera we mnie nienawiść, żal i frustracja. Wiedziałem, że coś musze zrobić, działać, że tak dalej być nie będzie – tłumaczył przyjaciel miedzy jednym głębszym a kolejnym nalewanym. – Nad ranem wiedziałem już co zrobię, rozpocznę akcje protestacyjną w obronie swojego miejsca pracy – dodał niezdrowo podniecony.

– Ależ z tego co sobie przypominam to ty jesteś samodzielnym, drobnym biznesmenem pracującym na swoim – przypominałem mu – sam sobie jesteś szefem, sterem i okrętem. Co prawda ciągle pracujesz dla swojego dawnego szefa, ale już jako niezależny podmiot gospodarczy. – Może i tak, ale to nie przeszkadza mi w tym abym prowadził strajk. Przecież jestem gnębiony. Te wszystkie podatki, zarządzenia, rozporządzenia, ta cała biurokracja. Te kontrole. To mnie dobija. Nie wspominając już o moim byłym szefie, który jest teraz moim jedynym kontrahentem. Doprowadziło to mnie na skraj bankructwa – tłumaczył z zapałem. – Ja już dziś z rana pod prysznicem wykrzykiwałem do siebie cichutko: Złodzieje! Złodzieje! Kierując w myślach te oskarżenia do pani premierzycy, wszystkich ministrów i ministerek, do urzędników samorządowych i tych centralnych, do władz lokalnych i państwowych. Tak wiem, uległem – przekonywał mnie. – Poddałem się inspiracji. Skopiowałem podstępnie pomysł. Może za dużo wiadomości w telewizji? Za dużo czytania tych gazet i serwisów informacyjnych w internecie? Przedobrzyłem. I teraz jest już za późno, postanowiłem działać. Przystąpiłem do strajku.

– Przy śniadaniu opracowałem plan. Ogłosiłem domownikom oraz wszystkim moim znajomym na Facebooku, że rozpoczynam akcje protestacyjną – powiedział gdy wróciłem z baru z nową kolejką. – Na początek zgodnie ze stara świecką tradycją wywiesiłem w oknach flagi narodowe, na starym prześcieradle napisałem wielkimi literami STRAJK (nie zapominając oczywiście o odpowiednim do sytuacji z zgodnym ze sztuką liternictwie) no i włożyłem biało-czerwoną opaskę – w tym miejscu pokazał mi to, co miał na ramieniu.

– Ale przecież ty nie jesteś górnikiem dołowym, ty nie możesz protestować mając pretensje do rządzących – starłem się przywołać w nim rozsądek. – Mogę i będę! – wykrzyknął tak, że zainteresowała się nami ochrona knajpy. – Jak górnicy mogą to ja też! Mnie się też coś należy! Mnie też rząd musi pomóc! Przecież ja w obronie swojego miejsca pracy protestuje. I powiem więcej: będą podejmowane konkretne działania. Nie wiem nawet czy w ramach eskalacji nie zjadę do piwnicy protestować pod ziemią.

Zaproponowałem, żeby jeszcze zamówić małe Conieco, bo bez tego możemy się wypracować porozumienia – mówiąc stosownie do okoliczności. Przystał na propozycje. – Oczywiście stworzyłem już sztab protestacyjny w ramach którego odpracowujemy listę naszych żądań oraz strategie działania – powiedział, gdy już wypiliśmy i zakąsiliśmy. – Rząd prze do konfrontacji, bo jeszcze nikt nie odpowiedział na moje postulaty, co jest oczywiście jawną prowokacją. Musimy przygotowywać szybką ścieżkę protestów – zapowiedział.

– Chciałbym zaapelować do pani premier, by jak najszybciej się ze mną skontaktowała, tak abyśmy mogli usiąść i prowadzić rozmowy – powiedział. – A czy ona o tym wie? – zapytałem z troską. – Nie wiem czy wie, ale przecież powinna się interesować losem obywateli, ja też jestem obywatel, to więc i likwidacja mojego miejsca pracy nie powinna być jej obojętna – dodał. – To wszystko to konsekwencja braku rozmów i autentycznego dialogu społecznego – stwierdził i zaproponował żebyśmy jeszcze wypili po maluchu.

cdn.

dziennik pesymistyczny

Drugie danie za prace

Obublikował pavvel dnia Komentarzy: 1

– Nie istnieje coś takiego jak darmowe obiady – mawiał Milton Friedman, ekonomiczne guru ultraliberałów. To wzniosłe hasło nowych czasów w Rzeczpospolitej postanowił urzeczywistnić Miejski Ośrodek Pomocy Rodzinie w pewnym mieście leżącym w niezbyt wysokich górach. Osoby korzystających tam z pomocy od stycznia zamiast dwóch dań dostają tylko zupę z wkładką. – Chcemy motywować. Gdy znajdą zajęcie, dostaną również drugie danie – mówi wicedyrektorka.

W myśl zasady, że kto chce jeść ten musi pracować MOPR poprzez zmniejszenie racji żywnościowych dla ludzi biednych chce ich zmotywować to pracy. Nie wiem, może ja jestem skarżony wojennymi filmami, może mnie się coś niesłusznie skojarzyło, ale mam wrażenie, że takie metody już ktoś stosował i to raczej nie w czasach mało radosnych dla Rzeczpospolitej a w zasadzie dla jej obywateli.

Dotychczas potrzebujący pomocy otrzymywali od tej instytucji talony na obiady w barach mlecznych o wartości 7,50 zł. Dzięki temu mogli za to zjeść zupę, drugie danie i wypić kompot. Teraz jeśli nie wykażą się dowodem zatrudnienia dostaną tylko zupę z wkładką. To że podopieczni Miejskiego Ośrodka Pomocy Rodzinie w niskogórskim mieście nie dostają dwudaniowego obiadu jest skutkiem zarządzenia wydanego przez dyrektora tej instytucji. – Nie tyle obcięliśmy świadczenia, co je zracjonalizowaliśmy – przekonuje zastępczyni dyrektora MOPR.

Ludzie biedni, którzy nie znajdą zatrudnienie zgodnie z nowymi przepisami dostaną teraz o połowę tańszą zupę z wkładką białkową. Może to być kawałek mięsa, nabiału lub jajko. – Chcemy w ten sposób zachęcić osoby w sile wieku do skuteczniejszego zadbania o siebie i znalezienia pracy. Będziemy im w tym pomagać, żeby nie stracili kompetencji społecznych – wyjaśnia urzędniczka racjonalizatorka.

Dobrze, mogę nawet zrozumieć to nowoczesne zastosowanie zasady bez pracy nie ma kołaczy (w tym przypadku drugiego dania i kompotu) w mieście gdzie bezrobocie nie istnieje a gazety zawierają więcej ogłoszeń z ofertami pracy niż reklam. Ale w mieście, w którym urzędnicy z MOPR-u wpadli na tej oryginalny w swej prostocie pomysł, stopa bezrobocia według oficjalnych danych na koniec listopada 2014 roku osiągnęła poziom 9,9%. Z bezpłatnych posiłków korzysta tam 10 tys. osób miesięcznie. Urzędnicy z MOPR-u obliczyli, że wprowadzone zmiany dadzą 300 tysięcy zł oszczędności rocznie. Zastanawiam się czy biurokraci racjonalizatorzy nie posuną się w swych oszczędnościach jeszcze dalej i niewprowadzona zostanie zasada, że Ci biedacy, co nie wykażą się aktualnym zatrudnieniem, dostaną tylko talerz zupy z brukwi. Będzie jeszcze taniej.

– Przez dziesięć godzin w tygodniu wykonują drobne prace: sprzątanie, dbanie o zieleń, odśnieżanie w instytucjach miejskich. Chodzi o takie, które funkcjonują non profit, np. szkoły czy instytucje kulturalne. Dostają osiem złotych za godzinę, a do tego talon na obiad – opowiada wicedyrektorka. No niby jest w tym teoretyczny sens, ale czy w praktyce wszyscy chętni znajdą zatrudnienie? Bo jeśli nie, to przestaje być to sensowne. Naprawdę obawiam się, że taka forma motywowanie prowadzi prosto do tego żeby zmusić biednych do pracy za miseczkę ryżu o przepraszam zupy.

dziennik pesymistyczny

Puree z solą

Obublikował pavvel dnia Komentarzy: 0

– Puree ze smalcem. – Nie ma smalcu, z dżemem są puree – to pamiętny dialog miedzy klientem a kasjerką pochodzący z komedii „Miś”. To było dawno, teraz coś takiego, takie zamówienie i taka oferta w barach mlecznych jest nie do pomyślenia. Tłuszcz zlikwidowano dawno. Teraz Ministerstwo Finansów postanowiło nie dopłacać do potraw, które zostały przyprawione czymś więcej niż tylko solą. Teraz zgodne z literą prawa pozostały już tylko ziemniaki puree z solą.

Nie miałem żadnych złudzeń, co to tego, że współczesna mi Rzeczpospolita Urzędniczą to kraina biurokratycznych idiotów, którzy dla uzasadnienia potrzeby własnego istnienia produkują na wyścigi coraz to bardziej absurdalne przepisy. Tym razem głuptaki z Ministerstwa Finansów wpadły na pomysł obcięcie dotacji do barów mlecznych. Państwo Polskie postanowiło ograniczyć dobra luksusowe serwowane nierobom, nieudacznikom i innej biedocie posilającej się w najtańszych jadłodajniach. Już wcześniej państwowej dotacji pozbawione zostały dania polane skwarkami co skończyło dopłaty do tak zbytkownych dań jak gryczana ze skwarkami.  Od pierwszego stycznia 2015 roku w barach mlecznych chcących otrzymać państwową dotacja trzeba gotować posiłki tylko i wyłącznie z surowców, o których mowa w specjalnym załączniku do rozporządzenia przygotowanym przez ministerialnych urzędników. Dodanie czegokolwiek spoza zawartej tam listy oznacza, że bar nie dostaje dotacji, a więc traci pieniądze.

W powyżej wspomnianym załączniku na liście przypraw jest tylko sól. Brak tam miedzy innymi tak popularnych i zdawałoby się oczywistych dodatków do potraw jak kminek, majeranek, cynamon, ziele angielskie czy papryka w proszku. Nie można dodać nawet pieprzu. Bo choć taki składnik jest na ministerialnej liście, to z jakiegoś bliżej nieznanego powodu urzędnik idiota polecił stosowanie pieprzu świeżego. A ten w naszym kraju jest praktycznie niedostępny. Powszechnie występującego u nas pieprzu suszonego niestety brak.

Ale to nie koniec rewelacji. Ministerialni fachowcy nie umieścili na liście wody, więc przynajmniej teoretycznie też nie wolno jej używać podczas gotowania, bo można stracić dotacje. Podobne wątpliwości budzi też pietruszka. W gotowanych daniach stosuje się bowiem jej korzeń, ale też i nać. Część izb skarbowych uznaje, że dofinansowanie należy się tylko do części podziemnej rośliny. Dodanie naci pietruszki oznacza pozbawienie potrawy rządowej dotacji.

Rocznie na bary mleczne w budżecie państwa rezerwuje się kwotę 20 mln zł. To przerażająca suma, więc nie można się dziwić, że nasza klasa rządząca chce jak najbardziej ograniczyć tę gigantyczną kwotę, jeśli nie do zera to przynajmniej do minimum. Przecież ministrowie też ludzie i coś tam muszą od czasu do czasu przekąsić. Jak pamiętam z doniesień z „afery podsłuchowej” rządzący nie wybrzydzali i jedli, co im dano. Taki na przykład minister Sienkiewicz i prezesem Belką zamówili na obiadek: rzodkiewki piklowane, grillowany kozi ser ze szparagami i carpaccio z mlecznej jagnięciny. Jako przekąski, minister i szef Narodowego Banku  zażyczyli sobie także kawior z łososia oraz kawior z anchois a także tatar. Na głównego dania policzki, ogony wołowe i ośmiornicę. Poza tym winko i „sześć wódeczek” – na początek. A na końcu rachunek wyniósł dwa tysiące złotych. No i jasno widać na tym przykładzie, że Ministerstwo Finansów musi oszczędzać na dotacjach. Słuszną linię ma nasza władza.

– Nie mają chleba? To niech jedzą ciastka! – rzekła kiedyś Maria Antonina żona Ludwika XVI. Królową Francji pamiętliwy lud skrócił o głowę. Teraz ministerialni idioci radzą biedocie jeść bezmięsnie i bez przypraw. Pocieszające jest to, że historia lubi się powtarzać.

dziennik pesymistyczny

Obowiązek meldunkowy wiecznie żywy

Obublikował pavvel dnia Komentarzy: 0

Podczas świątecznych porządków wpadł mi w ręce fragment broszurki wydanej nielegalnie pod koniec PRL-u. Autor artykułu traktującego o zniewoleniu Polaków przez uwcześnię rządzących wymieniał tam kilka przykładów, jakimi to system komunistyczny gnębi społeczeństwo. Jednym z podstawowych oskarżeń przeciw PRL-owskiej władzy a jednocześnie koronnym przykładem łamania podstawowych praw człowieka i obywatela był dobrze nam znany obowiązek meldunkowy.

Czy to nie dziwne, że minęło już przeszło dwadzieścia pięć lat nowej, wolnej, przecież o wiele lepszej Polski a ten obowiązek, który swoje początki ma jeszcze w czasach stalinowskich nadal nas niewoli i gnębić będzie jeszcze długo. A przecież dawna opozycja to teraz nasza demokratycznie wybrana władza. Przecież nie powinno być już kłopotów ze zniesieniem tego, co za PRL-u było tak znienawidzone? I tak dawnym opozycjonistom przeszkadzało.

Obowiązek meldunkowy miał być zniesiony już bardzo dawno temu. Ale jak to bywa w naszej krainie uśmiechu, coś tam się nie udało, coś nie bardzo zagrało i tak już mija ćwierć wieku obowiązku meldunkowego obowiązującego w wolnej Polsce. – Międzyresortowy Zespół ds. Przygotowania Administracji Rządowej do Zniesienia Obowiązku Meldunkowego zarekomendował pozostawienie obowiązku rejestracji miejsca zamieszkania w obecnie obowiązującej formie – przyznała rzeczniczka Ministerstwa Spraw Wewnętrznych. Opinia tego zespołu o tak wspaniałej nazwie jest istotna i wielce zabawna jednocześnie, bo przecież tylko u nas może istnieć komisja, która miała przygotować zniesienie obowiązku meldunkowego a zarekomendowała jego pozostawienia.

Obowiązek meldunkowy polega na zameldowaniu się lub wymeldowaniu z miejsca pobytu stałego lub czasowego, zgłoszeniu wyjazdu lub powrotu poza granice Rzeczypospolitej Polskiej z zamiarem stałego pobytu, jak i bez takiego zamiaru, ale na okres dłuższy niż sześciu miesięcy. Ciąży zarówno na obywatelach RP jak i na cudzoziemcach. Powyższej powinności dopełnić należy w ciągu trzydziestu dni od dnia przybycia do miejsca pobytu stałego.

Dlatego pamiętaj obywatelu krainy wolności Rzeczypospolitej Polskiej! Masz ponadto obowiązek meldować się podczas urlopu, deklarować swoje wykształcenie i stosunek do służby wojskowej. Właściciele, dozorcy i administratorzy nieruchomości pamiętajcie! Macie prawny obowiązek donoszenia na niezameldowanych lokatorów. Tak sobie pomyślałem, może trzeba jeszcze raz opublikować broszurkę wydaną przed trzydziestu laty? Tak dla przypomnienia o co walczyła dawna opozycja która teraz jest u władzy . Bo jak widać punkt widzenia zmienia się w zależności od punktu siedzenia. Inaczej było w dawnej opozycji inaczej jest w ławach rządowych.

dziennik pesymistyczny

Fleksitarianin z przypadku

Obublikował pavvel dnia Komentarzy: 0

Jestem fleksitarianinem. Tak drogi czytelniku. Nie chciałem nim być, nie wiedziałem, że nim jestem, a jednak nim jestem. A jak już nim jestem, to postanowiłem być z tego faktu dumny i zadowolony. Odkryłem też że przez większość mojego życia byłem fleksitarianinem i nawet o tym nie wiedziałem. W mrocznych czasach dzieciństwa, w okresie słusznie dawno minionym, za lat młodzieńczych, w nowej Polsce, w pierwszej pracy i na kolejnych szczeblach kariery, w korporacji, w firmach rodzinnych i na państwowych posadach, podczas prowadzenia własnego biznesu, w trzeciej Rzeczpospolitej i w tej czwartej, przez wszystkie te lata byłem mimowolnym fleksitarianinem. I co gorsza nie zdawałem sobie z tego sprawy.

Ale przyszedł ten dzień objawienia. Pewna pani z telewizji oznajmiła podczas programu kulinarnego, że jest fleksitarianką. Nie żebym od razu zareagował na to kulinarne wyjście z szafy (Coming out – dla tych co nie mogą bez angielskiego), bo przecież nie wiedziałem nawet, co to takiego. Ale po zgłębieniu tematu doszedłem do wniosku, że byłem i jestem zajadłym fleksitarianinem. Od razu wszystkich uspokajam, że nie wstąpiłem to religijnej sekty, nie postanowiłem zmieniać świata za pomocą przemocy (przynajmniej na razie), nie mam dziwnych zapędów erotycznych ani nie studiuję dziwacznej idei politycznej.

To pani z telewizji odkryła we mnie fleksitarianina, a raczej nazwała to co było nienazwane. Opadły mi łuski z oczu i ujrzałem świat inaczej, do moje życie kulinarne chmurne i durne nagle nabrało kolorów, bo mogłem je nazwać, zaszufladkować. Mogłem przyłączyć się to tych znanych i lubianych, ba nie tyle mogłem, co odkryłem, że jestem im równy przynajmniej w sposobie żywienia. Mam jedną wspólną cechę (dobra, po za oczywistymi z racji gatunku i rasy) z tymi, co to w telewizji ukazują mi sens i cel życia.

Ale nie tylko moja skromna osoba w tak przypadkowy sposób odkryła, kim naprawdę jestem. Ta która uprzytomniła mnie z ekranu również przez zbieg okoliczności odkryła, kim jest naprawdę.     – Dowiedziałam się przez przypadek, że całkiem nieświadomie i to już kilka lat temu zostałam fleksitarianką. O co chodzi? Otóż mięso jem sporadycznie. W zasadzie mogłabym się bez niego obyć, ale wegetarianką nie śmiałabym się nazwać, bo jednak czasami mam ochotę na trochę mięsnego białka: na kurczaka z grilla, pieczoną rybę czy nawet chudego tatara. Nachodzi mnie może raz w tygodniu. I tyle wystarczy żeby stać się fleksitarianinem. Nigdzie o tym wcześniej nie słyszałam, ale teraz okazuje się, że zupełnie intuicyjnie stosuję ponoć najzdrowszą dietę świata – przeczytałem na blogu kingarusin.bloog.pl we wpisie zatytułowanym Seksi Fleksi.

Jakaż bliska jest mi twoja filozofia Kingo Rusin! Ja mam tak samo. Mnie też przypadek uświadomił. To dzięki tobie wiem, że moja dieta ma teraz sens.  Przecież ja podobnie całkiem nieświadomie i to już kilkadziesiąt lat temu zostałam fleksitarianinem. Mięso jadam sporadycznie. Wołowiny nie widziałem już… nie pamiętam od kiedy. No dobrze, nie tyle nie widziałem, bo mogę na nią popatrzeć w sklepie, co nie smakowałem, ale smaku też nie pamiętam. Szczególnie w ostatnich latach stałem się ortodoksem w swej nowo nazwanej diecie. Czasem coś tam chapnę mięsnego. Skrzydełko z kurczaka. Czasem trochę wieprzowiny, jeśli jest akurat w promocji. Czasem rybę, gdy kończy się jej w sklepie okres przydatności do spożycia. W zasadzie obywam się bez mięsa, ale wegetarianinem nie śmiałbym się nazwać, bo jednak czasami mam ochotę na trochę mięsnego białka. Jednak moja codzienna dieta to przede wszystkim warzywa i czasem owoce. Nie powiem, czasami (no dobrze przeważnie) mam ochotę na: kurczaka z grilla, pieczoną rybę czy nawet tatara, ale to dla mnie za drogie, więc pałaszuje ziemniaki lub sałatkę.

I choć zostałem fleksitarianinem z przypadku – podobnie jak znana prezenterka – to teraz odczuwam radość i wzruszenie, że intuicyjnie stosuję ponoć najzdrowszą dietę świata. Odczuwam też wdzięczność, bo przecież do niedawna myślałem, że nie jadam mięsa częściej, bo mnie na nie zwyczajnie nie stać, a tu proszę jest inne wytłumaczenie. I to, jakie eleganckie. Jakżeż modne i jakie subtelne. Jestem fleksitarianinem i jestem z tego dumny, bo inaczej byłbym tak pospolicie biedny.

dziennik pesymistyczny

Domniemamy bruderszaft z mundurowym

Obublikował pavvel dnia Komentarzy: 0

Wracałem ci ja nieborak do domu z przyjęcia gdzie wypiłem, no nie powiem, wypiłem, nawet nie wiem ile, bo kto by tam liczył w przyjemnym towarzyskie. Wracałem dla przyjemności piechotą, bo postanowiłem się przejść w uroczych, choć mroźnych, okolicznościach przyrody. A tu nagle wyrasta mi na drodze dwóch nieułomków, co to za twarz bez wyroku od razu pięć lat. Przyjemniaczki od razy zaczynają się spowiadać jak to często w takich razach bywa, że wszystko przegrali w pokera i teraz groszem nie śmierdzą, a pić się im chce. Opowiadają jak to wczoraj wyszli z więzienia, a do domu mają daleko. Wspominają też, że żony ich rzuciły, a temu mniejszemu pies zdechł przed tygodniem, obaj też co najmniej od osiemdziesiątego dziewiątego nic nie jedli. Ogólnie dramat.  Ja już wtedy wiedziałem jak to się skończy, bo przecież zawsze jakimś dziwnym trafem właśnie takich osobników przyciągam jak magnes. No i się nie pomyliłem, niestety.  Już po chwili prosili mnie o piętnaście złotych na bilet, o papierosa i o możliwość zadzwonienia z twojej komórki do umierającej babci w Zakopanym itd. Klasycznie chcieli wsparcia finansowego lub rzeczowego. Tłumaczyłem im – jak komu dobremu – że nie mam ani grosza, że nie pale a telefon zostawiłem w domu. Panowie byli jednak dość nieustępliwi i koniecznie chcieli sprawdzić czy aby na pewno nie posiadam przy sobie środków płatniczych, tytoniu oraz telefonu. „Wnet zakipiałem cały z tych moralnych strat, chciałem od razu jego rąbnąć w głupią pałę”, ale jak raz przypadkowym szczęściem w nieszczęściu pojawił się patrol mundurowych, więc panowie, co to chcieli usilnie coś pożyczyć nagle zniknęli jak pod wpływem magii.

Ja zostałem, bo to mnie napadnięto. To ja czułem się o ofiarą. – Wyliśmy? – zapytał mnie pan w mundurze przerywając w pół zdania moja oracje na temat  krzywd moralnych doznałem i możliwych strat majątkowych, których mogłem doznać. – Co się włóczysz po nocach nawalony? – dopytywał drugi funkcjonariusz.  Ku mojemu ogromnemu zdziwieniu okazało się, że jestem z oficerami po imieniu. Ja nic takiego sobie nie przypominałem, ale jednak oni uparcie mówili mi per Ty.

Innym razem wracałem do domu ze spotkania, na której oprócz dobrego jedzenia był też alkohol. Wypiłem na przyjęciu kilka drinków, co skłoniło mnie oraz jeszcze kilku moich współbiesiadników do spaceru w drodze powrotnej do domu. Liczyłem, że w ten sposób pozbędę się z organizmu tych alkoholowych procentów. Podczas wieczornej przechadzki staraliśmy się przemknąć ulicami mojego prowincjonalnego miasta w ten sposób, aby nie rzucać się w oczy wystającym w bramach kamienic osobnikom. Szła sobie tak nasza wesoła gromadka spokojnie i choć zdarzało się, że któryś z nas zbyt głośno dyskutował ze swym towarzyszem spaceru, to w trosce o nasze bezpieczeństwo i spokój w mieście wzajemnie się uciszaliśmy. Faktycznie byłem w stanie, który służby mundurowe zakwalifikowałyby, jako wskazujący na spożycie, ale przecież daleko mi było do kroków nieskładnych.

Zbliżałem się do domu, więc pożegnałem się ze znajomymi, i pustawą o tej porze ulicą podążałem dalej do celu. Krok miałem zdecydowany, a że było mi raczej zimno to i tak nie miałem ochoty na śpiewy i głośna rozmowę z samym sobą. Nie śledziłem węża, nie tropiłem z nosem przy ziemi, nie zataczałem się tanecznie od krawężnika do krawężnika – po prostu zdecydowanie podążałem tam gdzie czekało na mnie ciepłe łóżeczko. Skręciłem za róg ulicy i tu nagle wyrosło przede mną jak spod ziemi dwóch panów w czarnych ubrankach oraz w jaskrawych kamizelkach z napisem wskazującym, że to oni tu strzegą porządku o nocnej porze. Starałem się ich grzecznie wyminąć, ale usłyszałem, że mam się zatrzymać oraz natychmiast wylegitymować. Zmroziło mnie, bo mam taką traumę z dawnych czasów i na widok munduru dostaję dreszczy, ale przypomniałem sobie, że przecież teraz to oni nam obywatelom wolnego państwa służą i nas bronią, więc poczułem się pewniej. I to mnie zgubiło. Odniosłem wrażenie, że powinienem zapytać o powód zatrzymania mojej skromnej osoby przez patrol umundurowany. A na dodatek jakoś tak mi się zebrało na wywód na temat wolności i praw obywatelskich. W tak zwanym „międzyczasie” z trudem, bo jakoś zaplątałem się we własnej garderobie, znalazłem jednak dowód osobisty, który przedstawiłem do wglądu organom porządku publicznego w liczbie dwóch Panów w czerni z jaskrawymi akcentami.

 I tu nagle mój nastrój radości nagle się zmienił radykalnie. Zdziwiło mnie, że jestem z tymi panami po imieniu. To znaczy oni ze mną są zaprzyjaźnieni, bo zwracali się do mnie per – Ty. Gdy bardzo grzesznie zapytałem czy ja też mogę poznać ich imiona, bo jak domniemywałem znamy się, ale jakoś nie mogę sobie przypomnieć okoliczności poznania. To nagle zrobiło się nie bardzo przyjemnie. Ja nagle z osoby po kilku drinkach awansowałem na pijaka, co to nie powinien się odzywać. Po chwili dowiedziałem się też, że jak się zaraz nie zamknę to wyląduję na dołku szybciej niż zdążę to nawet zauważyć. Panowie w mundurach dali mi jasno do zrozumienia, że jak się nie zamilknę to oni już będą wiedzieć, co ze mną, pijakiem zrobić. Oczywiście nie obyło się tu bez kilku grubszych słów w stosunku do mnie, których nie przytoczę, ale każdy pewnie je zna.

A ja przecież tylko grzecznie zapytałem o powód protekcjonalności i fraternizacji funkcjonariuszy w stosunku do mojej osoby. Bardzo daleki jestem od tego żeby nie doceniać pożytecznej pracy mundurowych, co to muszą się użerać, co noc z nietrzeźwymi. Naprawdę doceniam ich zaangażowanie, ich trud i ciężką służbę. Ale mam tylko taką maluteńka prośbę o to, żeby traktować nawet pijanego, lub tak jak w moim przypadku leciuchno zaprawionego z szacunkiem. Bo przecież, choć po kilku głębszych to jednak nadal mam swoje prawa. I zasługuję nie na tego Pana Pawła, a nie od razu pijaka. Bo przecież spożyłem alkohol za cenę zawierająca wysoką akcyzę, kupiłem go w legalnym sklepie, zapłaciłem za niego podatek VAT, więc w jakieś tam części sfinansowałem istnienie państwa zatrudniającego funkcjonariuszy w mundurach. Więc proszę z większym szacunkiem do mnie oraz do innych pijących.

dziennik pesymistyczny

Kłopoty z liczeniem

Obublikował pavvel dnia Komentarzy: 0

– Nieważne kto głosuje i na kogo głosuje, ważne kto liczy głosy – mawiał Iosif Wissarionowicz Dżugaszwili i niewątpliwie miał racje. A przynajmniej ta stara prawda sprawdza się idealnie w odniesieniu do naszych wyborów. Oczywiście nie chce być tu podobny w swoich osądach do prezesa Jarosława  który tradycyjnie jest przekonany o fałszowaniu każdych wyborów nawet tych wygranych przez jego partie. Ja tylko zauważyłem, że ogólnie rzecz ujmując nasza państwowa władza na spory problem legalizacją własnej władzy.

Nowy system informatyczny kupiony za relatywnie skromne pieniądze miał zapewnić wiedzę o wynikach wyborów już po kilku godzinach od zakończenia głosowania. Państwowa Komisja Wyborcza zapewniała obywateli przed wyborami, że system został wnikliwie sprawdzony a testy wypadły bardzo dobrze. A jak jest? Teraz każdy to widzi. Miało być dobrze, a wyszło jak zawsze. Choć tak wielkiej kompromitacji z podawaniem wyników wyborów dawno nie było. Państwowa Komisja Wyborcza kilka dni po wyborach nie jest w stanie podać wyników wyborów samorządowych i jak donoszą media nie bardzo jest w stanie ustalić, kiedy będą znane oficjalne wyniki. A przecież za organizację i przeprowadzenie tych wyborów zapłaciliśmy dwa razy więcej niż za poprzednie elekcje.

Rada Starszych czyli Państwowa Komisja Wyborcza – jak każdy mógł zobaczyć na własne oczy – nie bardzo jest zaznajomiona ze światem cyfrowym. Dla tych starszych panów oraz pani to jakaś czarna magia podawana „w postaci tych swoich cyferek, znaczków i temu podobnych hieroglifów”.

A jak już w końcu udało im się coś tam przy pomocy liczydeł, kalkulatorów i na palcach policzyć to okazało się, że wyniki zdecydowanie różnią się od wyników badań sondażowych a co czwarty z oddanych głosów jest nieważny.  – Uzyskano nieautoryzowany dostęp do baz danych strony internetowej www.pkw.gov.pl – potwierdziła w nocnym komunikacie Państwowa Komisja Wyborcza. Prezes Kongresu Nowej Prawicy niejaki Janusz Korwin-Mikke zaapelował, by w związku z problemami PKW przy liczeniu głosów wybory samorządowe zostały powtórzone. – Mamy poważny kryzys państwa! – wtóruje mu pan Gowin od niedawna prawy i sprawiedliwy, który też żąda powtórzenia wyborów. To wszystko wyjątkowo jest zabawne i już nawet nie na swój pokręcony sposób tylko tak zwyczajnie zabawne i już. Ale pocieszające jest to, że wszystko to ma swój pierwowzór w kultowym filmie „Miś”, bo jak się wzorować to na najlepszych.

– Czyli, że zasadniczo Pan się musi na tym rozeznać całkowicie żeby wiedzieć ile i gdzie… – pyta Stanisław Paluch pana inkasenta w komedii Barei. – Dotychczas tak było, ale teraz mamy komputer. Może Pan pisać co tylko Pan chce to nie ma żadnego znaczenia – odpowiada inkasent z „Misia” – Eeee, on się i tak zawsze pomyli przy dodawaniu, proszę pana. Nie było miesiąca, żeby się nie pomylił – dopowiadając po chwili. Czy ta filmowa scena z komedii nie pasuje jak ulał do obecnej sytuacji w Państwowej Komisji Wyborczej? Pasuje! I owszem. Każda konferencja prasowa PKW to jak obrazy żywcem wycięte z „Misia”. – Czyli, że teraz nie trzeba się tak znać na robocie? – pyta Stasiek Paluch z filmu Barei. A ja mam wrażenie, że to pytanie zadają dziennikarze członkom komisji. – A teraz już nie. Teraz jest dużo łatwiej, jest proszę pana – odpowiada inkasent całkiem jak przedstawiciel Państwowej Komisji Wyborczej.

Acha, na koniec chciałbym przypomnieć każdemu wyborcy – za reklamą namawiającą do uczestnictwa w wyborach – że jego głos jest ważny. Jeśli oczywiście jest policzalny.

dziennik pesymistyczny

Kronika policyjna

Obublikował pavvel dnia Komentarzy: 0

 – W poniedziałek, 4 listopada, o godzinie 8:10 dyżurny straży miejskiej otrzymał interwencje, iż na ulicy Kilińskiego przy Staszica dochodzi do kradzieży płotu – przeczytałem na stronie pewnego lokalnego portalu informacyjnego. Po lekturze takich wiadomości zawsze dręczą mnie pytania czy sprawcy dokonali tego czynu zabronionego zwyczajnie z biedy czy też może, aby się wzbogacić na sprzedaży desek z płotu? Czy do tego straszliwego czynu pchnęła ich chęć zdobycia kilku złotych na chleb (nawet taki w płynie) czy raczej sprawcy chcieli po dokonaniu kradzieży zysk ze sprzedaży płotu wpłacić do banku i potem żyć w bogactwie do końca życia?

Chętnie poznałbym tło tych wydarzeń. Dowiedziałbym się czegoś więcej. Ale takie notki zawsze są takie suche. Zawsze mam wrażenie, że ich autorem nie jest dziennikarz, który w pocie i trudzie studiował ten trudny zawód latami lub zdobywał doświadczenie zawodowe przez lata, lecz policjant lub strażnik miejski, który zwyczajnie sporządził notkę z interwencji.  Potem zapisek trafił faksem lub maile do redakcji aby następnie w niezmienionej formie znaleźć się na stronie wśród innych doniesień, informacji oraz artykułów.

„Na miejsce wysłano patrol straży miejskiej, funkcjonariusze ujęli dwóch mężczyzn” – czytam dalej i znów z podświadomości do świadomości pcha mi taka chęć, aby poznać tło wydarzeń. Tak bardzo chciałbym poczytać jak przebiegła interwencja. Poznać jakieś szczegóły tej niebezpiecznej misji funkcjonariuszy straży miejskiej. „Na posesji stwierdzono rozłożoną część płotu w tym również deski drewniane” – przeczytałem i to był błąd, bo teraz będzie mnie męczyć pytanie bez odpowiedz: z jakiegoż to materiału wykonana była „rozłożoną część płotu”. Bo przecież, jeśli „w tym (były) również deski drewniane” to jakież, motyla noga, były te inne części niedrewniane?

„Jeden z mężczyzn przyznał się do kradzieży płotu” – donosi portal informacyjny. No dobrze, jeden ze sprawców się przyznał, a co drugim? Zaprzeczał? Nie przyznawał się? Twierdził, że tylko przechodził kierując swe kroki do kościoła? Nic o nim nie wiadomo. Wiadomo za to, że „sprawców zdarzenia przewieziono na I komisariat policji, gdzie zostali przekazani do dyspozycji oficera dyżurnego”. No tak, dobrze, ale nadal nie dowiedziałem się jak ich losem zadysponował oficer dyżurny? Co się z nimi stało? Same zagadki. Psia kostka, zawsze tak jest, że takie notki rodzą więcej pytań niże odpowiedzi.

dziennik pesymistyczny

Zgadzam się z prezesem, czyli „władza jest celem samym w sobie”

Obublikował pavvel dnia Komentarzy: 1

Z prezesem nigdy się nie zgadzałem. Staram się nie słuchać i nie czytać jego wypowiedzi, ale w kraju gdzie wszystko jest polityczne, takie podejście do sprawy nie jest łatwe. Dlatego też – jak powiedział klasyk – nie chce, ale musze. Tym razem prezes był łaskaw wypowiedzieć się na temat tego, co myśli o rządzących. Ja, jako obywatel miasta rządzonego przez Prawych i Sprawiedliwych od listopada 2006 roku postanowiłem jego słowa odnieść do tej władzy samorządowej, jaką znam i jaką obserwuje od ośmiu lat i musze przyznać, że po raz pierwszy zgadzam się z oceną sytuacji, jaką przedstawił prezes.

– Dzięki przewadze medialnej, we władzach wszelkiego typu, dzięki temu, że choć nie było terroru, ludzie zaczęli się bać, to mogło trwać przez siedem lat – podsumował wódz Prawych i Sprawiedliwych. I jak tu się nie zgodzić? Ta przenikliwość w ocenie władz mojego miasta naprawdę mnie wzruszyła. Według niego, jednym z założeń przyjętych przez obecnie rządzących było to, że: „władza jest celem samym w sobie”. Znowu bardzo trafnie.

– Ta władza wiedziała, że rzeczywistość jest inna niż oni opisują. W związku z tym musiała skorzystać z metody, która jest znana od wieków, ale która szczególnie rozwinięta była w komunizmie: media miały stworzyć zupełnie inny kształt rzeczywistości niż ten, który jest – ocenił prezes. Od razu przypomniałem sobie jak w maju bieżącego roku ujawniono w mediach, że magistrat poza obowiązującymi procedurami wydał ponad 145 tysięcy złotych. Pieniądze poszły na… gazetkę propagandową. Prezes to ma pamięć! Ja już prawie zapomniałem, a on pamiętał.

– Jest system, który służy mniejszości, zdecydowanej mniejszości, która za nic ma interesy większości obywateli. Ten system działa począwszy od samorządu, a skończywszy na władzach Warszawy. Mamy szanse zacząć to zmieniać – podkreślił prezes. Całkowicie się z tym zgadzam. Jest szansa na zmiany. Tylko w przypadku realnego wyboru miedzy dwie partiami sponsorowanymi przez państwo trudno mówić o zmianie systemu. To takie: zamienił stryjek siekierkę na kijek. Ale nie wchodząc w szczegóły zgadzam się ze słowami prezesa.

Słuchając tych wypowiedzi byłego premiera można by powiedzieć: nic dodać nic ująć. Gdybym tak właśnie zrobił, a nie zrobiłem. Tak, przyznaje, ująłem i wyciąłem ze słów prezesa troszeczkę i zostawiłem, co mi pasowało. Ale przecież miałem dobrych nauczycieli. Politycy w swych bezsensownych sporach robią to co ja codziennie, więc i ja – skromy prowincjusz – też sobie pozwoliłem na drobną manipulacje. Ale nie mogłem się powstrzymać. Przecież od ośmiu lat moim miastem rządzą Prawi i Sprawiedliwi. Dlaczego więc konwekcji partii nie urządzono tu właśnie? Przecież przy takiej okazji można by się pochwalić dobrymi sprawiedliwymi i prawymi rządami, dobrobytem mieszkańców, rozwojem miasta, spadkiem bezrobocia itd. Ośmioletnie rządy musiały przecież czymś zaowocować i powinny stać się dobrą podstawą do pokazania, czym dla obywateli będą rządy Prawych i Sprawiedliwych w innych samorządach. Bo jeśli jest tak dobrze, jak wmawiają nam lokalni działacze, to dlaczego prezes na stopniu krajowym nie chwali się miastem, w który jego partia rządzi od listopada 2006 roku?