dziennik pesymistyczny

Smerf Maruda, który ciągle marudzi

Obublikował pavvel dnia Komentarzy: 0

– Jest taki smerf Maruda, który ciągle marudzi, ciągle mówi, że coś jest nie tak, że coś jest najgorsze, coś jest najsłabsze, coś w Polsce idzie nie tak – powiedział prezydent i jednocześnie kandydat na prezydenta. – Kogo miał na myśl? – zastanawiają się dziennikarze i politycy. Żeby ukrócić wszelkie spekulacje, przyznaje się. To ja jestem tym poszukiwanym smerfem Marudą. Można już zakończyć tropienie. Tak, to ja jestem marudą i jestem z tego dumny.

To ja ciągle marudzę, o czym można się łatwo przekonać czytając wszystko co zamieściłem na tym blogu przez wszystkie te lata. To ja ciągle mówię, że „coś jest nie tak, że coś jest najgorsze, coś jest najsłabsze”. We mnie nie tkwi głębokie przekonanie, że właśnie jest „naj”. Raczej uważam, że wszystko jest „fuj”. A już zdecydowanie z niczego nie jest dumny. No taki już jestem i nic na to nie poradzę.

Na przykład teraz, gdy pisze te słowa kompania policjantów pięćdziesiąt metrów od mojego mieszkania urządziła sobie próbne strzelanie. Walą chłopaki równo salwami w powietrze ze swoich kałachów lub z tego, co tam aktualnie maja na wyposarzeniu, i nic sobie nie robą z tego, że ja za każdym razem, po takie serii, podskakuje pod sufit. To są przecież panowie Władza, im wolno. Przecież sami sobie nie wystawią mandatów. Mają – co prawda – poligon gdzieś na zabitej dechami wsi pod miastem, ale kto by się tam fatygował tyle kilometrów żeby pierdolnąć kilkadziesiąt serii z kałacha. Lepiej, no i łatwiej a także przyjemniej postrzelać w centrum miasta. Przecież im wolno, oni są policją państwową więc kto im zabroni postrzelać jak im przyjdzie na to ochota. O że huku narobią, przestraszą wiele osób, że to kilkadziesiąt metrów od bloków? A w dupie to mają, przecież to jak wspominałem policja państwowa nie obywatelska.

Tak, ja ciągle słyszę, że wszytko jest rozwiązane, wszystko jest super, znakomicie, że jest „naj”, że coś się udało, i z czegoś warto być dumnym.  Wiem, że prezydent nie ma wpływu na tą policyjną kanonadę za oknem. Ale też wiem, że prezydent jest nam potrzebny… nie właśnie, do czego jest nam potrzebny prezydent? Nie tak teoretycznie, tylko praktycznie. Nikt pewnie nie wiem, i nie trzeba się obawiać, że ktoś zapyta. Pobawmy się więc w kapanie wyborczą, zabawmy się w wybory, koci łapci, koci łapci. Do wyboru znakomici kandydaci: leśny dziadek – gajowy Marucha, mało znany pan czyli nowa wersja starego prezesa, piękny Ken i małomówna Barbi, idiota i komediant plus kilku oszołomów. Bawmy się!

Ma prezydent i kandydat na prezydenta w jednej osobie racje, nie można Polski oddać we władanie smerfa Marudy, który będzie wszędzie podkreślał, że jest źle. Lepiej jest tak jak jest. Policja postrzela sobie, bo może a my zajmijmy się wyborami tak dla zabawy.  A ja sobie pomarudzę, w końcu jestem smerf Maruda, który ciągle marudzi.

dziennik pesymistyczny

Rozbudowa lotniska czyli po co zającowi dzwonek?

Obublikował pavvel dnia Komentarzy: 1

– Port Lotniczy dostał pozwolenie na przebudowę lotniska! – przeczytałem radosny i wielce optymistyczny artykuł pod takim właśnie tytułem. Wielu malkontentów mówiło, że potrzebny jest mam ten miejski port lotniczy jak zającowi dzwonek. A tu proszę, nie dość że lotnisko  jest, to teraz będą to co jest jeszcze rozbudowywać. Port lotniczy w moim prowincjonalnym mieście co prawda stoi pusty, praktycznie nie obsługuje pasażerów, generuje same straty, ale to przecież nie powód żeby go nie rozbudować.  Zajączek musi mieć dzwonek i już.

Mamy super wypasione lotnisko. Formalnie działa od połowy ubiegłego roku, jednak nie odbywają się z niego regularne loty, bo żadna linia lotnicza nie chce z niego latać. Teraz Port Lotniczy dostał pozwolenie na przebudowę tego, co jeszcze nawet nie zaczęło zarabiać na siebie.

Wojewoda wydał pozwolenie na przebudowę drogi kołowania i miejsca postoju samolotów. Decyzja ma rygor natychmiastowej wykonalności. Inwestor czyli spółka Port Lotniczy – może przystąpić do prac – informuje rzeczniczka wojewody.

Teraz lotnisko dysponuje płytą postojową tylko dla dwóch samolotów. Tam żadnego ciężkiego samolotu pasażerskiego nikt nigdy nie widział. A już dwóch na raz to nawet nikt się nie spodziewał zobaczyć. Ale to nie szkodzi, teraz zarząd lotniska chce zbudować nową płytę postojową, na której byłoby miejsce dla dziewięciu maszyn.

Do tego niedziałającemu lotnisku potrzebna jest według władz aeroportu gruntowna przebudowa istniejącej wąskiej drogi kołowania, która nie zapewnia podobno właściwej nośności ciężkim samolotom. Według władz lotniska potrzeba też budowy infrastruktury w której odbywa się wsiadanie i wysiadanie pasażerów, załadowywanie lub wyładowywanie towaru, bagażu czy poczty. Przypominam, że na tym działającym od roku lotnisku bardzo trudno spotkać pasażera, ale jak widać zarządowi Portu Lotniczego wydaje się, że i tak jest tam okropny tłok, więc potrzeba rozbudowy tego co i tak stoi puste.

Na tym lotnisku mają już wszystko. Granice państwową, służbę celną, obsługę pasażera, kilka sklepów, radiolatarnie, najnowocześniejsze wozy straży pożarnej, spory parking i miejsca dla rowerów, tylko im pasażerów i lądujących samolotów tam brakuje. Będzie tego jeszcze więcej. Teraz potrzeba jeszcze stanowiska dla dziesięciu samolotów pasażerskich.

To naprawdę wygląda na zarabianie przez lata na interesie, który ma znikome szanse powodzenia, którego sens ekonomiczny nie jest potwierdzony żadną zawarta umową z liniami lotniczymi. Ale ten kto ma zarobić, zarabia.  –  Prawdziwe pieniądze zarabia się tylko na drogich, słomianych inwestycjach – jak powiedział pewien prezes. I jak widać miał racje.

dziennik pesymistyczny

Nic nikomu się nie stanie

Obublikował pavvel dnia Komentarzy: 2

– Nikomu nic się nie stanie jak dzieci się pomodlą, niech nie robią cyrków – powiedziała jedna z mamuś komentując w ten sposób spór o modlitwę rozpoczynającą lekcje w pewnej szkole. Myślę, że ta wysoko racjonalna myśl wypowiedziana przez mamuśkę jest esencją podejścia pewnej części polskiego społeczeństwa do życia. Swoistym wariantem znanego hasła „Polacy nic się nie stało”

Od dwudziestu pięciu lat uczniowie wspomnianej szkoły na polskiej prowincji każdą pierwszą lekcję zaczynali od modlitwy do Ducha Świętego. Teraz wszystko może się zmienić, bo dyrekcji poskarżył się rodzic, któremu tradycja szkoły publicznej wcale się nie podoba.  No i rodzic wyszedł na oszołoma, bo co mu tam przeszkadza jak się dzieciaki pomodlą w państwowej szkole, przecież od modlitwy nic się nikomu nie stanie.

Może by tak tą podstawową w polskim myśleniu zasadę stosować to innych dziedzin życia. Leworęcznych zmuszać do pisania prawą ręką, bo przecież nic im się nie stanie jak trochę popiszą prawą. Pacyfistów zmusić choćby tylko presją do szkolenia wojskowego, bo przecież nic im się nie stanie jak się poduczą jak stać na straży granic. Wegetarian zmusić do jedzenia mięsa, a mięsożerców do wegetarianizmu, przecież nic im się nie stanie jak zmienią dietę. Można by tak jeszcze długo wymieniać ofiary zasady „nic im się niestanie”. Ale po co, przecież nic się nie stanie jak tego nie zrobię.

A dla tych co nie chcą, mimo tego, że nic im się nie stanie? – Niech albo zmieni szkołę, albo nie puszcza dzieci do szkoły – radzi inna mamuśka. To też można rozszerzyć na inne dziedziny współżycia społecznego. Zresztą taką zasadę już stosowano wielokrotnie w przyszłości. Jak się komu nie podoba to żegnam. Paszport w dłoń i bilet w jedną stronę i pa, pa. Zaraz jaki paszport!? Pozwolenie na wyjazd. I wynocha. Przecież nic się nie stanie jak sobie pojadą. Tu jest Polska i tu nic się nie stanie jak dzieci się pomodlą.

dziennik pesymistyczny

Posłanka Krystyna idzie na wojnę

Obublikował pavvel dnia Komentarzy: 0

Pewnej bardzo znanej posłance Krystynie – tej z Prawych i Sprawiedliwych – zachciało się powalczyć czynnie, a nie jak dotychczas tylko słownie. W tym celu postanowiła przejść szkolenie wojskowe.  Taką sensacyjną i zdecydowanie zmieniająca układ sił na kontynencie europejskim informacje podała telewizja Superstacja.  Decyzja posłanki o wstąpieniu w szeregi – w celu zapoznania się z techniką wojskową – jest podyktowana napiętą sytuacją międzynarodową.

Podobno pani Krystyna skontaktowała się już z Wojskową Komendą Uzupełnień. Prawa i Sprawiedliwa parlamentarzystka w młodości przeszła szkolenia, a teraz chciałaby „zaktualizować swoją wiedzę”. Niestety posłanka nie ujawniła w jakiej dziedzinie wojskowości chciałaby się doszkolić i zaktualizować. Istnieje taka możliwość, że posłanka przejdzie przeszkolenie w oddziałach odpowiedzialnych za wojnę psychologiczną, gdyż jest do tego idealną kandydatką.

– Ja chciałabym wiedzieć jak to wygląda. Nigdy nie wiadomo, po Rosjanach można się wszystkiego spodziewać – powiedziała parlamentarzystka. Tak waleczne jednostki jak pani Krystyna mogą stać się ruchomymi (w pewnym ograniczeniem oczywiście) i znaczącymi punktami oporu, więc należy tylko przyklasnąć takim inicjatywom.

– Pan minister obrony zaprosił nas, żebyśmy szli na ochotnicze przeszkolenia. Ja pójdę, zgłoszę się na ochotnika i poproszę o przeszkolenie. Chociaż mam już po 60-tce, to dam przykład, żeby pokazać jakich wartości bronimy – powiedziała w telewizji Superstacja Krystyna P.

Posłanka jak zapowiedziała tak i zrobiła. Zgłosiła się do Wojskowej Komendy Uzupełnień, ale tam spotkało ją rozczarowanie. Powiedziano jej, że nie ma rozporządzeń o ochotniczych przeszkoleniach. – Ona (pracownik komendy) może przyjąć tylko moją chęć i jak będą przepisy, to dopiero będą to organizować. Chciałam pokazać w jaki sposób ten rząd działa. To jest tylko po to, aby ludzi uspokoić. Nikt tego nie organizuje – stwierdziła posłanka Krystyna. A szkoda, bo gdyby posłanka Krystyna P. stała na straży naszych granic los każdego „zielonego ludzika” byłby nie do pozazdroszczenia.

dziennik pesymistyczny

Sikanie a sprawa polska

Obublikował pavvel dnia Komentarzy: 0

Pewien zapowiadacz z telewizji zdumiał się wielce tym, że nasze aktorki grające w „Idzie”, dowiedziały się o przyznanym im Oscarze na korytarzu, gdy wędrowały do toalety w wiadomej sprawie.

– Poszłyśmy na korytarz do toalety, a później napić się wina i w tym momencie okazało się, że przydzielano nagrody w naszej kategorii, więc zostałyśmy na korytarzu i krzyczałyśmy przed telewizorem – tłumaczyła Agata Trzebuchowska jak tylko w mediach pojawiła się informacja, że wraz Agatą Kuleszą podczas ogłoszenia wyników w kategorii, w której nominowana była „Ida”, wyszły do łazienki.

– Ze zdumieniem przeczytałem, że nasze aktorki grające w „Idzie”, dowiedziały się o Oscarze dla nich na korytarzu, bo właśnie, jak same stwierdziły ” poszłyśmy do toalety, a później napić się wina”. Rzeczywiście jest się, czym chwalić. Pierwszy polski Oskar w historii, a panie w toalecie. Żałosne… – ostro skomentował zachowanie aktorek pewien zapowiadacz telewizyjny niejaki Krzysztof Ibisz.

Ja tam panie aktorki całkowicie rozumiem. Mam tak jak one. Nieraz mi się zdarzyło nie zobaczyć czegoś czy gdzie się spóźnić z powodu wezwania natury. Człowiek czeka na coś ważnego a tu nagle natura daje znać o sobie i trzeba biec do toalety. Z naturą nawet Polak nie wygra. Jak przyciśnie to koniec, choćbyś się człowieku starał i wstrzymywał ile sił w organizmie to nie dasz bracie czy siostro rady, jak musisz to musisz. A że panie do tej toalety poszły razem? Toż to od wieków powszechnie jest wiadomo, że natura kobieca do miejsca ustronnego każe niewiastom udawać się w parach. Natura to potęga i wielka zagadka.

– Z naturą Polaka coraz bardziej mi nie po drodze – skomentowała słowa Ibisza moja koleżanka. Tu też się zgadzam. Mnie moja natura czasem strasznie wnerwia. I jako Polakowi nie jest mi z nią po drodze. Coś do cholery trzeba z tym zrobić. Nie może być tak, że natura panuje nad Polakiem. Sikać (czy to drugie) powinno się robić tylko wtedy, gdy jest do tego dogodna i odpowiednia pora. Nie może przecież dochodzić do takich haniebnych incydentów, że tu mi wręczają Oskara a ja zamiast na scenie jestem w kiblu. Coś trzeba z tym koniecznie zrobić. Nie możemy pozostawiać na to bierni. To człowiek powinien panować nad natura a nie natura nad człowiekiem.

dziennik pesymistyczny

Rząd zakazał noszenia munduru

Obublikował pavvel dnia Komentarzy: 0

Zomowiec nad rzeką pałuje z zapałem żabę. Podchodzi do niego starszy facet i pyta: – Co pan pałuje tą biedną żabę? Nic panu nie zrobiła! – Nie dość że w moro to jeszcze podskakuje! – odpowiada zomowiec. To stary dowcip, ale sprawa której dotyczy znów zrobiła się całkiem świeża i na czasie. Rząd zakazał noszenia munduru wojskowego bez odpowiednich uprawnień. Zmiany takie wprowadzono w obawie przed możliwością inwazji obcego wojska w nieoznaczonych mundurach.

Tych co właśnie zamierzali pobiec aby zniszczyć swoje kurtki czy koszulki z demobilu uspokajam, takie obostrzenia wprowadził na razie tylko rząd litewski. Ale przecież, tylko patrzeć jak nasi dzielni parlamentarzyści w obawie przed rosyjską inwazją wprowadzą i u nas takie ograniczenia dotyczące ubioru. Nie tylko ja powinienem się obawiać pozbawiania odzieży ale też tysiące wędkarzy czy na przykład  grzybiarzy, którzy przecież uwielbiają stroje maskujące pochodzące z demobilu.

Mam w domu amerykańską kurtkę wojskową i bardzo mi trudno będzie się z nią rozstać. Co prawda pochodzi ona z lat siedemdziesiątych ubiegłego wieku, ale mundur to mundur. Teraz jeszcze dokupiłem sobie kolejną kurtkę z demobilu tym razem austriacką. Po co? To proste. Była tania, ciepła i mi się podobała. A tu proszę, może się okazać, że mój rząd zabroni mi nosić moje ulubione kurtki.

Wprowadzone na Litwie poprawki zakazują noszenia całego munduru, ale także jego części oraz znaków rozpoznawczych przez osoby, które nie posiadają odpowiednich uprawnień. Tylko patrzeć jak nasi dzielni posłowie też wpadną na ten sam pomysł. Dla naszego dobra oczywiście i na złość Putinowi.

dziennik pesymistyczny

Ustawa 1066

Obublikował pavvel dnia Komentarzy: 0

– Będzie gorzej, jeśli robotnicy wyjdą z zakładów pracy i zaczną dewastować komitety partyjne, organizować demonstracje uliczne itd. Gdyby to miało ogarnąć cały kraj, to wy [ZSRR] będziecie nam musieli pomóc. Sami nie damy sobie rady z wielomilionowym tłumem – to słowa przypisywane są generałowi Wojciechowi Jaruzelskiemu, który podobno w ten sposób prosił o „bratnią pomoc”. Rok temu prezydent Komorowski podpisał ustawę o tzw. „bratniej pomocy” (ustawa 1066), która dopuszcza udział zagranicznych jednostek zbrojnych dla pacyfikacji niepokojów społecznych w Polsce. I to nie budzi już takich kontrowersji, bo jak zawsze wszystko zależy od punku siedzenia.

„Bratnia pomoc”, czyli wejdą czy nie wejdą? To pytanie było chyba najczęściej powtarzaną sentencją w Polce w latach 1980–1981. W czasie festiwalu Solidarności groźba radzieckiej interwencji dyskutowana była na wszelkie możliwe sposoby. Jednak współczesna ustawa o „bratniej pomocy”, uchwalona przez władze nowej wolnej Polski, nie jest już tak bardzo powszechnie dyskutowana i mało kto się o niej dowiedział, bo media propaństwowe właściwie zignorowały tą sprawę.

Nowa ustawa dopuszcza udział zagranicznych posiłków dla pacyfikacji niepokojów społecznych w Polsce. Zgodnie z ustawą, funkcjonariusze lub pracownicy obcych formacji zbrojnych i policyjnych mogą zostać przysłani z innych krajów do pomocy na wniosek Rady Ministrów, ministra spraw wewnętrznych lub Komendanta Głównego Policji, Komendanta Głównego Straży Granicznej, szefa Agencji Bezpieczeństwa Wewnętrznego czy szefa Biura Ochrony Rządu. I mogą – pod dowództwem i w obecności polskiego funkcjonariusza – stosować środki przymusu bezpośredniego, legitymować i zatrzymywać obywateli RP, dokonywać kontroli osobistej i przeszukań mieszkań czy pojazdów oraz używać materiałów pirotechnicznych tak samo jak Policja, a nawet używać broni palnej.

A podobno nic dwa razy się nie zdarza. A tu proszę, Prezydent, Rząd, Premier, spore grono polityków, wojskowi i urzędnicy nie widzą już nic złego w „bratniej pomocy” przy pacyfikacji niepokojów społecznych w Polsce. Nie wiem czy to największy przejaw hipokryzji obecnych władz, ale na pewno jeden z najbardziej jaskrawych jej przykładów.

http://www.sejm.gov.pl/sejm7.nsf/PrzebiegProc.xsp?nr=1066

dziennik pesymistyczny

Prochem jesteś i w grosz się obrócisz

Obublikował pavvel dnia Komentarzy: 0

– Nie jest łatwo żyć a co dopiero umrzeć w Wąbrzeźnie – rzekł mój przyjaciel przesuwając w moją stronę kieliszek. –  Pewna staruszka usłyszała tam od księdza, że albo zapłacimy od razu 2400 złotych, albo pogrzebu jej zmarłego syna nie będzie – dodał po tym jak wypiliśmy to, co było nalane.

Przyznaje, nie bardzo wiedziałem o co się szanownemu przyjacielowi rozchodzi z tym Wąbrzeźnem, bo wzorem pewnego byłego naczelnego lokalnej gazety poczułem się zmęczony „ludzką głupotą” i podobnie jak wspomniany zaaplikowałem sobie „radykalny odwyk od informacyjnych TV i portali internetowych”.

– Spokojnie, ja ci to szybko wytłumaczę – powiedział przyjaciel, po czym On nalał, My wypiliśmy a On mi opowiedział, co następuje. – W niejakim Wąbrzeźnie nie ma cmentarza komunalnego – rozpoczął swoja opowieść  -są za to dwa parafialne miejsca wiecznego spoczynku którymi administruje proboszcz parafii Świętych Apostołów Szymona i Judy. A że cmentarze to własność kościoła, a jak wiadomo w Najjaśniejszej Rzeczpospolitej własność prywatna to podstawa, a zwłaszcza własność kościelna to podstawa to jak ksiądz dobrodziej administruje to i stawia twarde warunki – przyjaciel przerwał na chwile opowieść, bo nadszedł czas na kolejny kieliszek.

– Jego to własność to mu wolno. Takie są nieprzebłagane prawa rynku. Jest tam monopolistą, więc dyktuje warunki – wtrąciłem korzystając z przerwy w opowieści kilka wpojonych mi przez te wszystkie lata kapitalizmu zasad współżycia społecznego.

– Ten ksiądz proboszcz z Wąbrzeźna za pogrzeb zażyczył sobie około 2 tysięcy złotych.  Nie chce On czekać, aż Zakład Ubezpieczeń Społecznych przeleje rodzinie pieniądze z zasiłku pogrzebowego na konto – kontynuował opowieść mój przyjaciel. –  On chce pieniądze teraz, zaraz i natychmiast. A jak nie dostanie pieniędzy, to ciała syna biednej wdowy nie pochowa. – W myśl zasady nie ma kasy, niema pogrzebu? – zapytałem. Przyjaciel przytaknął i podjął przerwany wątek.

– Ksiądz dobrodziej wyjaśnia, że problem jest głębszy, niżby się wszystkim wydawało – mówił przyjaciel.  Ostatnio były cztery pogrzeby, za które wierni nie zapłacili. A przecież to biznes i nikt tu niczego nie będzie robił za darmo. Ksiądz inkasuje po około 2 tysiące złotych za pogrzeb bez podatków, wystawia druk KP. z adnotacją „złożono w formie ofiary” i nie będzie dla nikogo robił wyjątków. Wdowi grosz jest mu potrzebny i będzie tak jak on chce – zakończył.

Wysłuchałem opowieści przyjaciela i przyznałem mu racje że nie jest łatwo żyć, a umrzeć jest jeszcze trudniej w tym Wąbrzeźnie.  – Postanowiłem, że jeszcze pożyje, nie stać mnie na pogrzeb – powiedział na koniec przyjaciel i znów wypiliśmy, tym razem za długie życie. Bo tak wyjdzie taniej.

dziennik pesymistyczny

Sen o Lufthansie

Obublikował pavvel dnia Komentarzy: 0

– Obudziłeś się? – spytał mnie głos. A że miałem wrażenie zawieszenia miedzy jawą i snem postanowiłem grać na zwłokę. – Kto mnie wołał czego chciał – zapytałem klasycznie.  – Naprawdę się obudziłeś? – dociekał głos, który najwidoczniej nie miał ochoty na ujawnienie swojej tożsamości. – A wiesz, że według krążących w kuluarach informacji, z naszym lotniskiem nie jest źle i niebawem powinno ono ruszyć ze sporym rozmachem. Mówi się nawet, że z naszym portem kooperować będzie niemiecki przewoźnik Lufthansa – zapytał tajemniczy głos.

Jeśli miałem jeszcze jakieś wątpliwości, to teraz już naprawdę byłem pewien, że śnie. Dopadł mnie najgłębszy etap snu. Jak nic faza REN. Przecież pojawiły się marzenia senne. I do jakie niedorzeczne. W moim prowincjonalnym mieście jest, co prawda super wypasione lotnisko. Formalnie działa od połowy ubiegłego roku, jednak nie odbywają się z niego regularne loty. Teraz nagle dowiaduje się, że tajemniczym i z dawna wyczekiwanym operatorem lotniczym dla naszego lotniska widmo jest Lufthansa. Po takich wieściach byłem pewien, że śnie.

– Słyszałeś, że jeden z czołowych lokalnych blogerów, na swoim blogu poinformował o chytrym planie w myśl którego na pokłady samolotów linii Lufthansa mieliby na naszym lotnisku wsiadać podróżni, którzy „dosiadaliby się” do samolotów lecących z innych miast do miejsc docelowych w Polsce i Europie – zapytał głos. Bardzo ładnie – pomyślałem – to dopiero sen mi się zdążył. Ja rozumiem, że w marzeniach sennych wszystko jest możliwe, ale bez przesady, no choć trochę realizmu by się jednak przydało. Przyznaje wizja samolotu który niczym pociąg osobowy zatrzymuje się na kolejnych lotniskach – stacjach była bardzo przyjemna i kołysała mnie tak aż do chwili gdy znów usłyszałem.

-Zadałem Ci pytanie? Naprawdę się obudziłeś – to głos zapytał po raz kolejny. – Naprawdę nie wiem – odpowiedziałem zgodnie z prawdą.  – Nam nadzieje, że jeszcze się nie obudziłem – dodałem naprawdę przerażony tym, że to jednak może nie być sen.

dziennik pesymistyczny

Drogie państwo biednych ludzi

Obublikował pavvel dnia Komentarzy: 0

– Na tym świecie pewne są tylko śmierć i podatki – rzekł mój przyjaciel cytując dawno zmarłego amerykańskiego polityka. – Ja na ten przykład – kontynuował wypowiedz – zarabiam miesięcznie niewiele ponad 250 złotych, a i tak dowalili mi podatek.  Ledwo wiąże koniec z końcem a jeszcze muszę utrzymać z tych marnych groszy urzędników, polityków, całe to państwowe tałatajstwo – żalił się przyjaciel, którego spotkałem na ulicy.

Wiedząc, że na trzeźwo nie damy rady dogłębnie omówić tego tematu zaproponowałem kontynuowanie rozmowy w bardziej przyjemnym miejscu, to jest w pobliskiej knajpie. Tu na ulicy śnieg i mróz, a tam przyjemnie ciepło i sucho – przekonywałem.– Zapraszam, ja stawiam – uprzedziłem obawy przyjaciela. Ten radośnie skinął głową na znak akceptacji i już po chwili wchodziliśmy do znanego nam wnętrza. – Pani Kasiu, dwa setuncie, popychacz i coś na ząbek – zaordynował przyjaciel otrzepując ze śniegu ściągniętą z głowy futrzaną czapkę uszatkę. Usiedliśmy przy barze obserwując w zamyśleniu panią Katarzynę, która że znawstwem i aptekarską dokładnością nalewała dla nas życiodajny płyn do kieliszków. – Czytałeś, że te osły z PO i PSL odrzuciły w sejmie projekt dotyczący podniesienia kwoty wolnej od podatku? – zapytał mój towarzysz, gdy tylko wypiliśmy po pierwszej pięćdziesiątce. – Tak, słyszałem, syty głodnego nigdy nie zrozumie – skwitowałem. – Podatek płacą teraz i zapłacą w przyszłości nawet ci, którzy zarabiają zbyt mało, by się utrzymać na godnym człowieka poziomie życia – dodałem.

– Działanie tego rządu jest w najwyższym stopniu niemoralne i zarazem sprzeczne z elementarnym poczuciem sprawiedliwości społecznej – rzekł wyniosłe przyjaciel. Miałem nieodparte wrażenie, że gdzieś już takie, lub podobne słowa słyszałem lub czytałem, ale nie chciałem przerywać. – Chora jest taka sytuacja, w której państwo pobiera daniny od dochodów, które nie pozwalają na pokrycie wydatków na żywność i opłaty za mieszkanie – kontynuował przyjaciel. Gestem, bo nie chciałem żeby zgubił wątek, zaproponowałem żebyśmy wypili pozostałe conieco. Tak, też i zrobiliśmy.

Mimo moich starań zapadło milczenie. Bo co było mówić. W Polsce można nakładać podatki nawet na osoby żyjące w skrajnym ubóstwie i jak widać nikomu z rządzących to nie przeszkadza. W życiu szaraków pewne są tylko śmierć i podatki. Ja tam nawet nie spodziewałem się, że projekt podniesienia kwoty wolnej od podatku do poziomu zależnego od dochodów potrzebnych do zapewnienia minimum egzystencji przejdzie w Sejmie. Wiedziałem, że politycy nie popuszczą i nie odetną się od najlepszego źródła dochodów. Bo i po co mieliby to zrobić?

– Pani Kasiu, jeszcze raz to samo, dwie setki – zamówiłem, przerywając milczenie i wyrywając przyjaciela z zadumy. – Wiesz, jak ja bym dorwał któregoś z tych polityków czy urzędników, to dałbym im te moje zarobione 250 złotych i kazałbym tym (i tu padło wiele słów obraźliwych, niecenzuralnych, uwłaczających godności oraz szargających opinie) przeżyć za to przez miesiąc –wyrzucił z siebie przyjaciel, po czym wypił nie czekając nawet na moje towarzystwo. – Ja bym im (tu wymienił kilka rzeczy, które spokojnie można by uznać za groźby karane). – Państwo to nie jest tania rzecz – zakończył już nieco łagodniej. Wtedy przypomniałem sobie, że gdzieś czytałem, że w tym roku na utrzymanie prezydenta wydamy 175 milionów złotych. To o 1,4 procent mniej, niż w zeszłym roku. Faktycznie, to nie są tanie rzeczy – jak mawiał klasyk.

cdn.