dziennik pesymistyczny

Cios w twarz od policjanta czyli nietykalność cielesną funkcjonariusza

Obublikował pavvel dnia Komentarzy: 0

W pewnej gminie zdarzyła się interwencja policji. Należy w tym miejscu podkreślić, że była to interwencja w całkowicie słusznej sprawie ochrony porządku publicznego. Jak to często bywa w takich sytuacjach świadkowie zdarzenia zaczepiali policjantów. Radzili ich, nie przebierając w słowach, co też mają mundurowi czynić i jak się zachowywać, więc siłą rzecz doszło do szarpaniny. W pewnym momencie jeden z gapiów otrzymał cios w twarz od policjanta a inny został zwyzywany rasistowskimi odzywkami oraz brutalnie popchnięty. Co na to policja? Policja tradycyjnie mówi o naruszeniu nietykalność cielesnej funkcjonariusza publicznego na służbie.

Ja naprawdę nie mam żadnej obsesji na punkcie służ mundurowych. To, że państwowe organy przymusu społecznego są częstym tematem moich tekstów wynika tylko i wyłącznie z ich szczególnego upodobania do nadużywania własnej władzy i własnych uprawnień. Może mam małą  alergie na funkcjonariuszy wyniesioną z czasów ustroju słusznie minionego i pogłębioną w czasach „wolności”, ale to chyba nie przyczyna, lecz skutek.

Ale do sprawy. Policjanci obezwładnili mężczyznę, który awanturował się w tramwaju. Dokonywali tego w asyście gapiów.  Jeden z nich chciał pomóc zatrzymanemu, bo uważał, że ten ma atak padaczki. Doszło do szarpaniny w wyniku której funkcjonariusz uderzył jednego z gapiów w twarz. Policjanci twierdzą, że przechodnie przeszkadzali im w pracy. A to że obywatel dostał w dziób, to się tam kiedyś wyjaśni w odrębnym postępowaniu oczywiście.

 – Zakuli go w kajdanki, psiknęli gazem i przewrócili na ziemię. W tym momencie ten pan dostał prawdopodobnie ataku padaczki. Ja chciałem mu udzielić pomocy, policjanci nie dopuścili mnie, odpychali, zaczęła się szamotanina – powiedział pan Piotr – ratownik medyczny – na antenie TVN24. Tą próbą niesienia pomocy pan Piotr podobno dotkliwie znieważył funkcjonariuszy i naruszył ich nietykalność cielesną. Mundurowi w ich mniemaniu słusznym odwecie zwymyślali pana Piotra rasistowskimi wyzwiskami. – Osoby postronne nie powinny zachowywać się (tak) w stosunku do policjantów. Przechodnie zachowywali się wulgarnie, nie mając pojęcia o tym, co robią funkcjonariusze – tradycyjnie tłumaczył zachowanie funkcjonariuszy podkomisarz z policji dodając oczywiście coś o naruszeniu nietykalność cielesnej funkcjonariusza publicznego na służbie.

Ja rozumiem, że czasami policjanci działając zgodnie z prawem używają siły, ale chyba powinno to zdarzyć się tylko wtedy, kiedy jest to konieczne. W tym przypadku funkcjonariusze założyli mężczyźnie kajdanki, po czym psiknęli gazem i zatrzymanego delikwenta przewrócili na ziemię. Tak wynika z relacji świadka. Gazem zakutego w kajdanki? Trochę dziwne. Ale dziwniejsze są rasistowskie odzywki policjanta w stosunku do świadka zdarzenia, który tylko chciał nieść pomoc. A już najdziwniejsze jest to, że jeden z gapiów otrzymuje cios w twarz od policjanta. Czy to klasyczne zachowanie organów mundurowych?  Kto tu komu naruszył nietykalność?

Ja, jak widzę mundurowego, to choć jestem z natury i wychowania najspokojniejszym i najniewinniejszym człowiekiem pod słońcem to jednak czuje strach. To jak z wielkim niebezpiecznym psem (porównanie nie zawiera żadnych podtekstów).  No, czuje irracjonalny strach, nic na to nie poradzę, ale z drugiej strony przecież już samą swoją obecnością mogę naruszyć „nietykalność cielesną funkcjonariusza publicznego” za co grozi kara grzywny lub „pozbawienia wolności do lat 3”. Albo przynajmniej zarobić w dziób od policjanta, więc strach jest.

dziennik pesymistyczny

Religijni obrażalscy

Obublikował pavvel dnia Komentarzy: 0

Pewien pan przebrał się za Jezusa. – No i co z tego – zapyta ten i ów. Przecież wielu jest takich co w przepraniu Chrystusa uczestniczy w religijnych rytuałach kościoła rzymskokatolickiego. Ale ten pan co się przebrał za Jezusa, i to w Boże Ciało, nie śpiewał na chwałę i nie maszerował ku chwale, ten jegomość po prostu siedział przy stoliku, popijał kawę i machał do idących w pochodzie.  A to przecież coś niebywale obraźliwego dla niektórych wiernych. Dlatego też jeden z nich uznał występ pana przebranego za Jezusa za obrazę jego uczuć religijnych po czym powiadomił prokuraturę. Podobnie takie uczucia obraził Prezydent Słupska.  Do tamtejszej Prokuratury Okręgowej wpłynęło zawiadomienie dotyczące usunięcia z gabinetu Prezydenta obrazu przedstawiającego św. Jana Pawła II.

Dla pan, zwanego „Człowiekiem Motylem”, to nie pierwszy pozew o obrazę uczuć religijnych. Doniesienie do prokuratury złożył już cztery lata temu pewien ksiądz proboszcz Ireneusz, po tym jak wspomniany pan przebrał się za motyla i dołączył do procesji. Miał na sobie rajtuzów oraz obcisłą koszule. Na głowie druciki z piłeczkami pingpongowymi imitujące czułki. Posiadał też skrzydła z cienkiej tkaniny naciągniętej na druciany stelaż, przyozdobione czerwonymi kropkami. Tak przebrany, gdy zobaczył procesję, przyłączył się do niej, a właściwie to pląsał między wiernymi.

Kilka dni później na stronie katedry ks. proboszcz Ireneusz zamieścił oświadczenie, w którym napisał, że wierni są oburzeni zachowaniem osoby przebranej za motyla. Stwierdził, że incydent „zaburzył przebieg procesji Bożego Ciała. Zaś reakcja wiernych oraz kapłanów każe sądzić, że doszło do obrazy uczuć religijnych”. No i natychmiast zawiadomił prokuraturę, jednak ta odmówiła wszczęcia postępowania. Prokurator nie dopatrzył się bowiem złośliwego przeszkadzania w obrzędzie religijnym. Uznał też, że zachowanie artysty nie poniżało wiernych.

W ostatnie katolickie święto Bożego Ciała pan, zwany „Człowiekiem Motylem”, tym razem przebrał się za Jezusa. Usiadł przy turystycznym stoliku, spokojnie popijał kawę machając do wiernych idących w procesji. Ale nie wytrzymał takiej obrazy pewien wierny kościoła rzymskokatolickiego, który złożył doniesienie o podejrzeniu popełnienia przestępstwa. Jego zdaniem performer w przebraniu Jezusa obraził uczucia religijne jego i innych wiernych. Prokuratura prowadzi postępowanie sprawdzające.

Do Prokuratury Okręgowej w Słupsku wpłynęło zawiadomienie dotyczące usunięcia z gabinetu Prezydenta tego miasta obrazu przedstawiającego św. Jana Pawła II. Takie bezbożne usuniecie obraziło pewnego pana Ryśka z Ogólnopolski Komitet Obrony przed Sektami i Przemocą. Pan Rysiu uważa bowiem, że prezydent Słupska znieważył św. Jana Pawła II a tym samym uczucia religijne tym, że bezprawnie „usunął ze swojego gabinetu wizerunek świętego, który jest obiektem czci religijnej”. –  Chroni go Kodeks Karny  – mówił na antenie TVN24 pan Ryszard. – Schował ten obraz do piwnicy, a dopiero w niedzielę trafił on do kościoła – dodał zatroskany.

No dobrze, ja co prawda nie wpadłem na pomysł przebrania się za Jezusa, czym niechybnie obraziłbym uczucia religijne. Ale za to kilka tygodni temu pewna pani zobaczywszy moją brodatą i zakapturzoną twarz uznała, że przypominam Jezusa.  Następnie, nie dalej jak tydzień temu, znajomy uznał mój brodaty wygląd za łudząco podobny do przedstawicieli przedwojennej społeczności żydowskiej. Niby nic, ale tak się zastanawiam czy w tym zestawienie moich podobieństw do osób świętych i nie świętych nie urażam uczyć religijnych?

Znalazłem ostatnio starą gazetę z podobizną papieża Jana Pawła II, już świętego. Miałem wyrzucić, ale teraz zastanawiam się czy mogę, bo jak kto zobaczy, że ja ten obrazek do śmietnika na makulaturę wyrzucam i doniesie do pana Ryśka, to ten jegomość  niechybnie zawiadomi kogo trzeba. Ciężkie jest życie osoby, która nie chce obrazić uczyć religijnych. Niebezpieczeństwa z tym związane czyhają na każdym kroku. Życie wśród obrażalskich katolików to jak stąpanie po polu minowym.

dziennik pesymistyczny

O „La donna e mobile” w polityce

Obublikował pavvel dnia Komentarzy: 0

Mamy panią premier, ujawniła się też kandydatka na premiera z ramienia prawych i sprawiedliwych, a do tego jeszcze kobieta jest kandydatką na fotel marszałka czy raczej marszałkini Sejmu. To sfeminizowanie sceny politycznej przypominało mi, że nie tak znów dawno odbyła się poważna naukowa konferencja na Uniwersytecie Wrocławskim, na której debatowano miedzy innymi o „patologicznej głuchocie kobiet w pierwszych dniach miesiączki”.

Spokojnie drogie Panie, nie jestem antyfeministą. Nie ma co od razu zbierać podpisów za usunięciem tego artykułu. Nie ma co wygrażać mi od męskiej szowinistycznej świnki. To, co pisze, to w żadnym razie nie jest przejaw męskiego szowinizmu. Tak po prostu skojarzył mi się (może i niefortunnie, ale jednak) fakt, że tylu kobiet jednocześnie w tak eksponowanych funkcjach jeszcze w polskiej polityce nie było z tą ciekawą konferencją z przed kilku miesięcy, na której naukowcy rozmawiali o tym, że kobiety mogą stanowić zagrożeniem dla samych siebie.

Konferencja „La donna e mobile. Prawne aspekty następstw cykliczności płciowej kobiet”, bo o niej mowa, poświęcona była m.in. takim zagadnieniom jak pytanie czy napięcie przedmiesiączkowe może być okolicznością łagodzącą w trakcie procesu sądowego. Przedstawione argumenty miały być potwierdzeniem naukowym na to, że kobieta w stanie napięcia przedmiesiączkowego jest bardziej skłonna popełnić przestępstwo, a nawet może doprowadzić do własnej śmierci.

O nie, ja się nie czepiam, mnie kobiety na stanowiskach nie przeszkadzają. Chociaż bardziej chciałbym, żeby w kwestii państwowych posad czy objęcia urzędu decydowały względy merytoryczne a nie płciowe.  Ja nie wierze, że promowanie kobiet przez parytety czy mechanizm suwakowy to coś, co zapewni właściwy dobór naszych przedstawicieli w parlamencie czy na państwowych urzędach. Nie może być tak, że w walce z jedną dyskryminacją zezwala się na tworzenie drugiej dyskryminacji. Równość to równość, bez specjalnych przywilejów. Ale ja nie o tym.

Jak pomyśle, że kobiety zdominują najważniejsze stanowiska w państwie i potem zestawie to z tematami z tej konferencji naukowej to resztki owłosienia jeża mi się na głowie. To prawdziwa zgroza. „Cykliczności płciowej kobiet, od jej początku aż do końca, towarzyszą różne następstwa, mniej lub bardziej dolegliwe, niekiedy mające duże znaczenie także dla oceny prawnej różnych zdarzeń” – piszą na swojej stronie internetowej organizatorzy. Czy z tego wynika, że kobieta premier czy kobieta marszałek sejmu w czasie swych „trudnych dni” może mieć zaburzenia związane z poprawną oceną sytuacji?

Na konferencji naukowcy poruszali  m. in. „kwestię ważności oświadczeń woli”. Jeśli najwyższa osoba w państwie popadnie w „tych dniach” w depresje? Czy podpisane przez nią dekrety, ustawy czy umowy międzynarodowe będą miały moc prawną? To niby śmieszne, ale jak się głębiej nad tym zastanowić to nie jest już tak śmiesznie.

To, co pisze, to nie próba dyskryminacji płci pięknej, to w świetle konferencji, która odbyła się na Uniwersytecie Wrocławskim zasadne pytanie o przyszłość naszej ojczyzny, no i tego polskiego państwa, jeśli to kogoś jeszcze interesuje. Kobieta premier, kobiety na stanowiskach partyjnych i rządowych, w ministerstwach, w spółkach skarbu państwa, to z jednej strony dobry kierunek. Ale jeśli – jak chcą naukowcy – kobieta przez pewien czas jest ciut rozchwiana emocjonalnie, mówiąc łagodnie, to czy jej stan ma wpływ na podejmowane przez nią decyzje?

Kandydatka PiS na premiera często podkreśla, że każdy w Polsce zasługuje na to, by go wysłuchać, a jej „obowiązkiem i obowiązkiem wszystkich polityków jest dzisiaj słuchać Polaków, bo tego dialogu i słuchania bardzo dzisiaj w Polsce brakuje”. Podobnie obecna pani premier chce podczas kampanii wyborczej słuchać zwykłych ludzi. Ale jak to z tym słuchaniem będzie nikt nie może mieć pewności, bo przecież przypominam, że na wspomnianej już wielokrotnie konferencji naukowcy udowadniali, że „kobiecemu okresowi towarzyszą też patologiczne zaburzenia słuchu”.

dziennik pesymistyczny

Teoretyczny obywatel teoretycznego państwa

Obublikował pavvel dnia Komentarzy: 0

Od rana wysłuchiwałem narzekań pewnego prezentera z informacyjnej telewizji śniadaniowej na temat społeczeństwa, które przy pomocy narzędzia szatana, czyli internetu, destabilizuje państwo polskie. Jeśli nawet nie destabilizuje to bardzo nieładnie kibicuje pewnej stonodze, która tej destabilizacji dokonała poprzez ujawnienie tego, co miało być już być na zawsze tajne i poufne.

Mija dokładnie rok od czasu afery podsłuchowej, w której społeczeństwo dowiedziało się z podsłuchanych rozmów co o państwie, polityce i społeczeństwie naprawdę myślą władcy narodu. Przez ten rok media głównego nurtu prawie całkowicie wyciszyły szum powstały po słowach prawdy wypowiadanych przez polityków. Udało się wskazać winnych, czyli tych co podsłuchiwali. Ci podsłuchani, choć ujawniali w prywatnym gronie prawdziwe relacja jakie rządzą polityką okazali się niewinni. Prokuratura umorzyła wobec nich śledztwa. I teraz pan z telewizji ma pretensje, bo jak tak można oni przecież nie informowali, więc tak naprawdę nie ma i nie powinno być takiej informacji.

– Państwo polskie istnieje jedynie teoretycznie – twierdził podsłuchany były już minister spraw wewnętrznych Rzeczpospolitej Polskiej. No to ja się bardzo cieszę, że minister takie ma zdanie o państwie, w którym przyszło mi żyć. Bo jak ja głosiłem podobne poglądy na ten temat, to nikt mi nie wierzył. A większość moich rozmówców znacząco stukała się w czoło. Ja mogę się na tym nie znać. Ja mogę coś tam po swojemu uważać, co nie koniecznie jest prawdą. No, bo ja biedny żuczek, po prostu mogę się mylić. Ale jeśli minister polskiego rządu twierdzi, że państwo polskie istnieje jedynie teoretycznie, to on zdecydowanie wie lub przynajmniej powinien wiedzieć co mówi, bo on przecież jest z wewnętrznego kręgu władzy, do którego szarzy obywatele nie mają dostępu ani nie powinni mieć o tym żadnej wiedzy. Ale on posiadł na ten temat odpowiednią wiedzę. Dlatego jego opinie można, a nawet trzeba przyjąć za pewnik. Państwo polskie istnieje tylko teoretycznie.  Nie mówił tego byle kto, jak na przykład ja w swej skromnej osobie, ale znawca tematu. Praktyk, nie teoretyk że tak to określę.

W pewnej Gazecie, pewien dziennikarz nazwał wszystkich tych, którzy cieszą się z ujawnienia tego co powinno być z woli urzędników czy polityków tajne i poufne „teoretycznymi obywatelami”. Pisze on, że: „ po reakcji na ujawnienie akt prokuratury można mówić o „teoretycznych obywatelach”, czyli ludziach, którzy naprawdę cieszą się z wszelkich kłopotów państwa i jego organów”. I choć dziennikarz z Gazety pisał to w pejoratywnym znaczeniu, to ja na takie określenie jak najbardziej się zgadzam. Ja już dawno uznałem, że moje istnienie w strukturach tego państwa jest zwyczajnie teoretyczne. Teoretycznie mam jakieś prawa, mam przywileje a praktycznie mam tylko obowiązki. Jeśli tak jest to jak tu się dziwić, że większość teoretycznych obywateli cieszy „się z wszelkich kłopotów państwa i jego organów”, bo tylko ta radość im pozostała tak w praktyce.

Państwo jest przymusową organizacją, wyposażoną w atrybuty władzy zwierzchniej – wynika z ogólnie przyjętej definicji. Państwo to organizacja przymusu. Jeśli zaś nie ma państwa, bo jest teoretyczne, to znaczy, że został sam przymus działający w określony sposób w celu osiągnięcia wymiernych własnych korzyści.  To coś, ten twór, który sprawuje nad nami władze, jest wyposażony w wymierną siłę. Posiada policje, tajne służby i wojsko. Przypominam, że państwem jest tylko teoretycznie. Zasadne jest, zatem pytanie: jeśli to nie państwo, to może jest to organizacja przestępcza o charakterze zbrojnym? A jeśli tak, to poczułem się nie jak obywatel, ale bardziej właśnie „teoretyczny obywatel”, bo praktycznie państwo polskie(czy jak ten twór nazwiemy) przypomina sobie o tym, że istnieje tylko wtedy, gdy coś ode mnie chce. I wtedy okazuje się potrzebny i jakby mniej teoretyczny.

dziennik pesymistyczny

Władza i niepoczytalność

Obublikował pavvel dnia Komentarzy: 1

Pewna pani nieopatrznie przeszła przez skrzyżowanie w miejscu niedozwolonym. Według zeznań interweniujących policjantów podczas zatrzymania pieszej, miała ona odmówić podania swoich danych osobowych oraz znieważyć funkcjonariuszy obelżywym słowem i agresywnym czynem. Kobieta twierdzi, że to policjanci byli wobec niej brutalni i siłą wrzucili ją do radiowozu. Sprawa trafiła do sądu, który ukarał kobietę nie tylko za znieważenie funkcjonariuszy, ale także wysłał na przymusowe badania psychiatryczne.

Sąd Rejonowy pierwszej instancji postanowił ukarać kobietę grzywną oraz obarczyć ją kosztami sądowymi. Kobieta nie zgadzając się z tą decyzją, postanowiła się odwołać. Sąd Okręgowy gdzie trafiła sprawa, uchylił wyrok Sądu Rejonowego, jednak nie na podstawie opinii biegłego, który był korzystny dla oskarżonej, a z powodu błędów formalnych.

Kobieta rozdrażniona decyzją sądu zaczęła kierować do tej instytucji obraźliwe pisma. Sąd odpowiedział powołaniem biegłego z dziedziny psychiatrii, który miał ustalić czy kobieta jest poczytalna. Biegły, po przeanalizowaniu pism wysyłanych przez kobietę oraz na podstawie kilkuminutowej rozmowy rozpoznał u kobiety schizofrenię. Tym samym sprawa została umorzona, jednak grzywna za znieważanie jest nadal obowiązująca, wyrok bowiem zapadł, zanim rozpoznano niepoczytalność.

I tak to można w prosty sposób trafić za przejdzie w niedozwolonym miejscu na badania psychiatryczne. Wystarczy się postawić policjantowi, mieć po prostu inne zdanie, nie zgadzać się z jego oglądem sprawy, aby być oskarżonym o znieważenie funkcjonariusza. Obywatel, który sprzeciwia się policji, sądowi czyli wszelkiej władzy państwowej, nie ma szans, by dochodzić swoich spraw przed sądem, i szybko trafia na badania psychiatryczne gdzie okazuje się, że jest niepoczytalny.

Wystarczy złożyć zawiadomienie o przekroczeniu uprawnień przez funkcjonariusza, aby w odpowiedzi na postawione mu zarzuty zostać oskarżonym między innymi o używanie słów wulgarnych i obelżywych w stosunku do funkcjonariusza w mundurze. Łatwo zgadnąć, komu uwierzy sąd, gdy już przed nim staniemy i słowa mundurowego będą przeciwko naszym słowom. Wielokrotnie słyszałem o takich przypadkach. Wystarczyła krótka sonda wśród moich znajomych, aby potwierdzić, że nawet niewinnie wyglądającym i grzecznym z natury osobom zdarzyły się oskarżenia o używanie słów wulgarnych i obelżywych w stosunku do funkcjonariusza.

I mnie to kiedyś spotkało. Ja też byłem pomówiony przez funkcjonariuszy. Chociaż każdy, kto mnie zna przyzna najpewniej, że jestem niespotykanie spokojnym człowiekiem. Gdy mundurowi wręczali mi mandat nie dyskutowałem. Nie marudziłem. Spokojnie zgodnie z prawem odmówiłem przyjęcia mandatu, bo mieliśmy z funkcjonariuszem inne zdanie na temat różnic między zatrzymaniem i postojem pojazdu. A że nie chciało mi się dyskutować, więc uznałem, że sąd jest najwłaściwszym miejscem do rozstrzygnięcia, który z nas dwóch ma rację.

I tak się stało. Spotkaliśmy się przed obliczem sądu z panem mundurowym i tam dowiedziałem się z ust funkcjonariusza, że podczas gdy on pełen skromności i wymogów służby starał się wręczyć mi mandat, ja podniesionym głosem używałem w stosunku do niego słów wulgarnych, ogólnie uważanych za obelżywe, czym go uraziłem do żywego. Byłem po prostu agresywny i wulgarny. Zdziwiłem się, bo albo miałem pomroczność jasną, albo po prostu mundurowy kłamał, że byłem taki, jakim nigdy nie bywam. Na pytanie wysokiego trybunału czy tak było zaprzeczyłem i przywołałem na świadka osobę, która podróżowała wtedy ze mną samochodem. I tu jakby to moje szkalowanie munduru znikło zupełnie. Bo ani funkcjonariusz już więcej do kwestii słów wulgarnych nie powracał, ani sąd jakoś nie drążył tematu mojej wmawianej mi przez niego obelżywości i agresywności.

I tak miałem szczęście, bo pamiętam sprawę sądową, w której sędzina w uzasadnieniu wyroku tłumaczyła, że nie ma podstaw, żeby nie wierzyć funkcjonariuszom m.in. „ze względu na ich dobrą znajomość prawa i pełnioną funkcję”.

Dlatego bardzo się cieszę, że miałem tyle szczęścia, bo mogłem skończyć jak ta kobieta. Mogłem zostać przez sąd skierowany na przymusowe badania psychiatryczne, gdzie biegły na podstawie kilkuminutowej rozmowy rozpoznałby u mnie schizofrenię i uznał za niepoczytalnego.

dziennik pesymistyczny

Nieprzystawalny

Obublikował pavvel dnia Komentarzy: 0

Ja się zdecydowanie nie nadaje do współczesności. Ja po prostu tu nie pasuje. Jestem nieprzystający tak do społeczeństwa jak i do tego państwa. Może urodziłem za późno albo może za wcześnie. Ta kapota utkana z praw i obowiązków obywatela jest dla mnie w rękawach za krótka w barach za szeroka i jakoś tak ogólnie mi nie leży. Czuje, że na siłę zostałem w nią ubrany jak w kaftan bezpieczeństwa.

Mnie nie interesuje rywalizacja, która dla moich współplemieńców stała się świętą wiarą którą wyznają i której składają ofiary. I choć nie wyznaje kultu posiadania, to też nie jestem ascetą, lubię mieć to, co ułatwia mi życie. Ale nie mam potrzeby własności czegoś za cenę poddania się innym. Nie mam, to nie mam. Mam to mam. Nie będę mieć dziś, to może znajdę to jutro. Nie odczuwam presji posiadania.

Nie czuje potrzeby kłamania dla uzyskania tak władzy jak i wszelkich stanowisk. Nie chce władać za wszelką cenę.  I choć nie mogę powiedzieć, że mam udane życie to nie udaje się „na zmywak” do Londynu lub Dublina – parafrazując wypowiedz pewnej politycznej belki.  Wole zostać, tu nad Wisłą, bo gdzie mi będzie tak żle jak tutaj. „Wolę polskie gówno w polu, niż fijołki w Neapolu” – jak pisał poeta.

No i jeszcze mam jedno poważne niedopasowanie społeczne. Mam w głębokim poszanowaniu wszelkie gry zespołowe.  Nie kibicuje tym, co spoceni biegają po trawniku za piłeczką, więc „nie ma we mnie uczyć patriotycznych” – jak mnie określił pewien znajomy.

Większość tego, co ważne dla innych, ja nie zauważam, albo ignoruje. Nie mogę się wpasować w ogólnie przyjęte normy społeczne. Nawet tak banalne sprawy jak ogólnonarodowa tendencja do bycia wybieganym, wychudzonym, czerstwy i żylastym, z płaskim umięśnionym brzuszkiem jest dla mnie niekompatybilna.

Bardziej pociągają mnie sprawy i rzeczy które zdecydowanie są nie do przyjęcia przez zdrowe jądro naszego społeczeństwa. „Lubię pić, jestem leniwy, nie mam boga, polityki, idei ani zasad. Jestem mocno osadzony w nicości, w swego rodzaju niebycie, i akceptuję to w pełni”.

dziennik pesymistyczny

Czy są dopłaty do nowych połączeń lotniczych z Radomia?

Obublikował pavvel dnia Komentarzy: 0

Zarząd radomskiego Portu Lotniczego poinformował, że podpisał umowę z łotewskim przewoźnikiem AirBaltic. To zakrawa na prawdziwy cud, bo nieudało się to od lat, a tu proszę sukces zaprzeczający twierdzeniom, że lotnisko to inwestycyjny niewypał. Jednak nim popadniemy w radosny nastrój optymizmu warto chyba zadać władzom miasta i lotniska pesymistyczne pytanie: czy aby nie dopłacamy do tego sukcesu? Zdecydowanie warto spytać czy z w związku z podpisaniem przez Port Lotniczy Radom umowy z łotewskim przewoźnikiem zawarto też z tą firmą inne umowy np. marketingowe? Czy miasto, jako właściciel Portu przewiduje „dopłaty” dla mowo otwartych połączeń? Czy przewoźnik otrzyma wysokie zapłaty za świadczone przez siebie usługi promocyjne, jeśli takie oczywiście przewidziano?

Faktem jest, że nieoficjalnie wiadomo, że przewoźnicy nierzadko stawiają sprawę w sposób radykalny. Albo bardzo wysoki kontrakt reklamowy („dopłata”) albo nie będzie żadnych połączeń. Czy tak było w przypadku umowy Portu Lotniczego Radom z AirBaltic?

Radomskie lotnisko nie miało bardzo długo szczęścia. Ponad sto czterdzieści osób na etacie, koszty utrzymania na poziomie miliona złotych miesięcznie. I jeden problem: brakuje podróżnych, bo z Radomia nie odleciał jeszcze żaden pasażerski samolot. Poza tym ze strony nowych platformowych władz Radomia na Zarząd Spółki wywierana była i jest wywierana ogromna presja: albo podpisanie umowy z przewoźnikiem i uruchomienie regularnych lotów do końca tego roku albo koniec zabawy i likwidacja inwestycji. Nic więc dziwnego, że to co nie udawało się zrobić przez kilka lat ziściło się w kilka miesięcy.

A jak nie wiadomo o co chodzi. A w przypadku takiego niespotykanego wręcz cudu gospodarczego naprawdę nie wiadomo, to wiadomo, że stoją za tym pieniądze. Nie jest tajemnicą, że dopłaty od Portów lotniczych i samorządów stanowią dla tanich i tych mniejszych przewoźników znaczące źródło przychodu. Taki na przykład Ryanair może rocznie otrzymywać w ten sposób nawet ponad 700 mln euro.

Lotniska ani tym bardziej samorządy miast w większości przypadków nie mogą bezpośrednio dofinansowywać połączeń lotniczych odbywających się z tychże miejsc, bo nie pozwalają na to unijne przepisy. Dlatego też najczęstszą formą dopłat są tak zwane opłaty marketingowe. Wygląda to następująco: Zarząd Portu lotniczego lub samorząd podpisują z przewoźnikiem kontrakt na promocję połączenia lub regionu na stronie internetowej linii lub w wydawnictwach kolportowanych na pokładach samolotów. Pieniądze, na które opiewają takie umowy, zwykle są liczone w milionach złotych lub euro. Oczywiście dla spokoju unijnych urzędników i opinii publicznej takie umowy oficjalnie służą jedynie promocji. Jednak nieoficjalnie, bardzo często są warunkiem, od którego przewoźnik uzależnia otwarcie nowych połączeń lotniczych. Może przy całym tym hurra optymizmie warto zadać sobie pytanie ile naprawdę radomianie dopłacą do takiego korzystnego interesu?

dziennik pesymistyczny

Sędzia Dredd po polsku

Obublikował pavvel dnia Komentarzy: 1

Nowe prawo drogowe dało oręż do walki z tymi, co w samochodach z nadmierną szybkością przemieszkają polską krainę.  Na drogach i ulicach polskich miast pojawili się policjanci niczym nowe wcielenia filmowego sędziego Dredda. Prawodawca broniąc się przed chaosem drogowego bezprawia ustanowił radykalny system wymierzania sprawiedliwości.  Piratów drogowych ścigają teraz Policjanci – Sędziowie. Kiedy kogoś dopadną, wolno im na miejscu go osądzić, wydać wyrok i wymierzyć karę.

W myśl nowych przepisów, gdy kierowca przekroczy w terenie zabudowanym prędkość o ponad 50 km/h lub gdy będzie przewoził nadmierną liczbę osób, to policjant w czasie kontroli drogowej zatrzyma kierowcy prawo jazdy. Czyli w praktyce oznacza to, że funkcjonariusz dopadnie przestępcę, na miejscu go osądzi, wyda na niego wyrok i wymierzy karę jaką będzie zabranie kierowcy uprawnień do prowadzenia pojazdu. Od wdrożenia nowych, zaostrzonych przepisów drogowych mijają zaledwie trzy dni a już policjanci zatrzymali w ten sposób 144 prawa jazdy.

Dodatkowo  policja nie dysponuje miernikami prędkości, które spełniają podstawowe wymogi prawa metrologicznego co sprawia, że pomiary prędkości wykonywane przez policjantów są bezprawne, a często też nieprawidłowe. Przede wszystkim urządzenia te nie rejestrują pomiarów, a sądy opierają się jedynie na zeznaniach funkcjonariuszy. Praktycznie zatem każdy policjant może zatrzymać prawo jazdy komu chce, a udowodnienia swojej niewinności jest bardzo trudne jak niemożliwe.

Co prawda policjant po zatrzymaniu prawka prześle dokument do właściwego starosty, który – wydając decyzję administracyjną – formalnie zatrzyma uprawnienia, ale to raczej będzie przyklepanie wyroku, który na kierowcę wydał jednoosobowo funkcjonariusz policji państwowej niż sprawdzenie poprawności postępowania mundurowego. Za pierwszym razem prawo jazdy zatrzymane zostanie na 3 miesiące.

Zgodnie z nowymi przepisami starosta może wydać decyzję o zatrzymaniu uprawnień do kierowania pojazdami nie tylko w sytuacji, kiedy prawo jazdy zostało fizycznie zatrzymane przez policjanta. Starosta – a w praktyce urzędnik starostwa – może to zrobić zawsze wtedy, gdy stwierdzi dopuszczenia się jednego z powyższych czynów. Czyli na przykład wtedy, gdy kierowca przekroczy w terenie zabudowanym prędkość o ponad 50 km/h i stwierdzone to zostanie na podstawie zdjęcia z fotoradaru. Wtedy starosta wyda decyzję o zatrzymaniu prawa jazdy pod rygorem natychmiastowej wykonalności oraz zobowiąże kierowcę do zwrotu prawa jazdy.

Oczywiście można powiedzieć, że to nie jest jednoosobowe oraz subiektywne orzekanie o winie i wydawanie wyroku przez urzędnika czy policjanta, bo ustawodawca w swej wspaniałomyślności przewidział tryb odwoławczy. I tak od orzeczenia policjanta czy starosty będzie się można odwołać do Samorządowego Kolegium Odwoławczego, a następnie do Wojewódzkiego Sądu Administracyjnego. Ale znając szybkość działania polskich instytucji sprawiedliwości to takie pisanie jest jak pisanie na Berdyczów. Nie sądzę żeby tryb odwoławczy był krótszy od 3-miesięcznego okresu, na jaki zatrzymywane będzie prawo jazdy.

Należy też wspomnieć, że kierowcom, którzy zdecydują się na jazdę mimo 3-miesięcznego zakazu, okres zatrzymania prawa jazdy zostanie wydłużony do 6 miesięcy. Jeśli mimo to będą prowadzić auto, zostaną im cofnięte uprawnienia do kierowania pojazdami. A wtedy odzyskanie prawa jazdy wiązać się będzie z koniecznością ponownego zdania egzaminu i spełnienia warunków przewidzianych dla osoby po raz pierwszy ubiegającej się o prawo jazdy. Czyli praktycznie można stracić prawo jazdy na zawsze w wyniku jednoosobowej subiektywnej opinii funkcjonariusza, który dopadną kierowcę za przekroczeniu prędkości, na miejscu go osądzi, wyda wyrok i wymierzyć karę. Tanie państwo prawa. Policjant i Sędzia w jednym.

dziennik pesymistyczny

Polski Harry Houdini

Obublikował pavvel dnia Komentarzy: 0

Czy możliwe jest, aby mając ręce skute kajdankami za plecami wyjąć z kabury konwojującego policjanta pistolet, odbezpieczyć, przeładować a następnie oddać strzał?  Potrafiłbyś tego dokonać drogi czytelniku? A czy byłbyś na tyle sprytny aby zrobić to po pijaku, na tylnym siedzeniu samochodu, który właśnie pokonuje rondo?  Ja bym nie potrafił. Nie znam też nikogo, kto byłby tak uzdolniony. A jednak prokuratura znalazła biegłych, który uznali, że to możliwe.

– Ale nie uprzedzajmy faktów – jak mawiał klasyk.  W pewien wiosenny wieczór policjanci zatrzymali dwudziestotrzyletniego mężczyznę. Do aresztu konwojowało aresztanta dwóch funkcjonariuszy. Jeden prowadził auto, a drugi siedział z tyłu obok zatrzymanego. Podczas jazdy chłopak odebrał broń policjantowi siedzącemu obok niego a następnie śmiertelnie się z niej postrzelił.  Taka jest wersja policji i prokuratury która umorzyła śledztwo w tej sprawie.

Nikogo nie wzrusza fakt że taki czyn wymagał od tego chłopaka nadludzkiej wprost zręczności.  A może nawet umiejętności z pogranicza magii. Wielki Harry Houdini nie powstydziłby się takiej sztuczki. Według prokuratury żył w małej miejscowości na Mazowszu ktoś, kto był równie uzdolniony jak wielkim magik z Ameryki.  Dokonał tego co niemożliwe, jak się okazało na swoje nieszczęście.

Jak informuje prokuratura sekcja zwłok wykazała, że wlot pocisku znajdował się w bliskiej odległości od kręgosłupa, z tyłu, mniej więcej na wysokości paska od spodni. – Pocisk przemieszczał się przez ciało pod kątem 30 stopni, wylot pocisku był na brzuchu, po lewej stronie. W rezultacie utkwił w dachu pojazdu – informuje rzeczniczka tej instytucji.

Prokuratura powołała biegłych, którzy mieli wyjaśnić jak to się mogło zdarzyć, że pokrzywdzony mając skute ręce do tyłu kajdankami mógł wyjąć pistolet z kabury, przeładować go i strzelić sobie w plecy. W celu wyjaśnienia tej zagadki przeprowadzono eksperyment z udziałem pozorantów. Użyto tego samego samochodu, tych samych kajdanek oraz broni policjanta.

 I okazało się, że jest to możliwe. Podobno nie jest żadnym problemem to, że ma się ręce skute kajdankami na plecach, bo to dawało dużą manewrowość i można było swobodnie manipulować pistoletem w takiej pozycji. Również z opinii biegłych wynika, że w tej konkretnej sytuacji było możliwe wyjęcie z kabury pistoletu, przeładowanie go i oddanie strzału w swoją stronę.

To coś niesamowitego. Coś co mogłoby rozsławić Polaków na cały świat. Toż to przecież najprawdziwsza magia. I co ciekawsze okazuje się, że biegli wynajęci przez prokuraturą tą magie rozszyfrowali i potrafią ją, jak się domyślam, wielokrotnie powtórzyć. Wstyd, że się tego bardziej nie nagłaśnia. Przecież można by na taki pokaz prawdziwej magii bilety sprzedawać i duże pieniądze zarobić.

Jakoś nie mogę sobie wyobraził tego zdarzenia. Ale jak prokuratura i jej biegli tak ocenili to pozostaje mi wierzyć na słowo, choć bardzo chętnie zobaczyłbym taki eksperyment.

Ja bym na trzeźwo tak nie potrafił a co dopiero „pod znacznym wpływem alkoholu”. Trudno mi uwierzyć, że mocno pijany chłopak, ze skutymi na plecach rękoma, odbiera broń policjantowi, przeładowuje i następnie strzela do siebie. Jeśli tego nie zobaczę to nie uwierzę.  I choć nic nie sugeruje, to tak po prostu trudno mi w to uwierzyć. Ale możliwe przecież, że mieszkał w Polsce drugi Harry Houdini szkoda tylko, że zginał.

dziennik pesymistyczny

Rok nie wyrok, dwa lata w zawieszeniu też nie kara

Obublikował pavvel dnia Komentarzy: 0

Wygląda na to, że w Polsce najlepszym narzędziem zbrodni stał się samochód. Za zabójstwo młotkiem, nożem, siekierą, za zastrzelenie z broni palnej czy za uduszenie swojej ofiary morderca niechybnie dostanie po schwytaniu i osądzeniu, jeśli nie najwyższą kare, to na pewno karę bezwzględnego pozbawiania wolności. Jeśli jednak zabije jadąc samochodem z prędkością ponad stu dziesięciu kilometrów na godzinę i nawet, jeśli dokona tego czynu na przejściu dla pieszych, to możesz liczyć jedynie na kare dwóch lat w zawieszeniu na pięć lat.

Ponad rok temu zawodowy kierowca Krzysztof I. pędził samochodem miejską ulicą z prędkością około 110 km/h. Wjechał na pełnej szybkości na przejście dla pieszych i na pasach potrącił dwie dziewczyny. Osiemnastolatka doznała ciężkich obrażeń ciała i zginęła na miejscu. Jej o rok młodsza koleżanka przeżyła, ale została ciężko poturbowana. Ponad tydzień spędziła w szpitalu i do dziś odczuwa zdrowotne skutki wypadku.

Prokuratura za czyn, którego dokonał Krzysztof I. zażądała dla niego dwóch lat pozbawienia wolności w zawieszeniu na pięć lat, czyli za rozjechanie dwóch nastolatek na pasach zażądała drastycznie niskiej kary i do tego w zawieszeniu.

Sędzina Katarzyna Siczek w procesie karnym skazała oskarżonego na dwa lata pozbawienia wolności w zawieszeniu na pięć lat. Dodatkowo orzekła zakaz prowadzenia pojazdów mechanicznych przez pięć lat, wypłacenie po 10 tys. zł nawiązki dla każdego z rodziców zmarłej i 5 tys. dla dziewczyny która przeżyła potrącenie na pasach oraz dla obu rodzin pokrycie kosztów procesowych.

– Oskarżony przyznał się do stawianego mu zarzutu, w żaden sposób nie utrudniał postępowania – mówiła sędzia uzasadniając wyrok. – O taką karę prosił prokurator, a także sam oskarżony, który chciał dobrowolnie poddać się karze, choć rodzice, jako oskarżyciele posiłkowi żądali dla niego roku bezwzględnego więzienia.

Sędzina Katarzyna Siczek nie neguje faktu tragicznych skutków tego wydarzenia, jednak przyjęła wbrew stanowisku oskarżycieli posiłkowych, że czyn oskarżanego miał charakter nieumyślny. Mimo tego, że zawodowy kierowca pędził samochodem przez miasto ponad sto dziesięć kilometrów na godzinę, co już samo w sobie stanowiło naruszenie zasad ruchu drogowego przez oskarżonego i zdecydowanie było działaniem umyślnym, to jednak skutek, który spowodował, zdaniem sędziny, nie był objęty jego zamiarem.

– Dlatego to zdarzenie pozostaje tylko spowodowaniem wypadku o określonych skutkach w sposób nieumyślny – tłumaczyła pani sędzina. Czy to nie jest sygnał dla kierowców, że na ulicach miasta kierowcy łamiący ograniczenia prędkości i rozjeżdżający pieszych na pasach pozostaną prawie bezkarni? No niech nawet będzie, że kara jest, ale co to za kara w zawieszeniu, to sygnał, że rozjechanie kogoś nawet jadąc z nadmierną prędkością nie jest zabójstwem tylko tragicznym wypadkiem.

Wyrok w zawieszeniu tak naprawdę będzie dla sprawcy nieodczuwalny. Ten kto wsiada do samochodu i jedzie przez miasto z prędkością prawie 120 km/h musiał wiedzieć, że łamie przepisy i że może spodziewać się pieszych na przejściach. Musiał wiedzieć, że zderzenie z pieszym na przejściu będzie dla tego ostatniego śmiertelne. Musiał wiedzieć, że jeśli samochody stoją przed przejściem to stoją tam w określonym celu i omijanie ich jest śmiertelnym zagrożeniem dla przechodzących przez pasy. I dlatego ktoś taki bezwzględnie powinien mieć zarzut umyślności. Jednak polskie sądy często wydają w takich sprawach łagodne wyroki chociaż w żadnym innym europejskim kraju nie ginie tylu pieszych, co w Polsce.  To wynika z pobłażania kierowcom. Z niskich wyroków, ale też retoryki policji, która ostrzega tylko pieszych, tak jakby tylko oni byli winni tego, że giną na przejściach dla pieszych.

Może nadszedł czas żeby wzorem innych krajów zacząć traktować samochód jako niebezpieczne narzędzie? A kierowca będzie musiał pamiętać, że posiadając takie niebezpieczne narzędzie i używając go w zagrażający innym sposób ma zdecydowaną przewagę nad tymi, którzy takiego narzędzia nie posiadają. Prowadzący samochody muszą być świadomi faktu, że jadąc z nadmierną prędkością narażają na śmierć pieszych. A taką świadomość wymusi na nich tylko nieuchronność  kary pozbawienia wolności i to nie w zawieszeniu.