dziennik pesymistyczny

„roztropną troską o wspólne dobro”

Obublikował pavvel dnia Komentarzy: 4

Było kilka minut przed świtem. Za oknem szarzało. Latarnie świeciły więdnącym blaskiem. To była ta właśnie magiczna chwila, ten właściwy moment w którym powinny kończyć się nocne Polaków rozmowy. Tak się jednak się nie stało.

– Będziesz głosował w wyborach prezydenckich – spytał przyjaciel nagle i jak najbardziej niespodziewanie z niedopasowaniem do chwili i nastroju. – Zdecydowanie nie – odparłem, próbując powrócić do atmosfery leniwego poranka. – A widzisz, popełniasz  błąd. Bo dobrowolna rezygnacja z udziału w wyborach jest grzechem zaniedbania, ponieważ jest odrzuceniem odpowiedzialności za losy Ojczyzny – wyrecytował szybko przyjaciel składając i odkładając  na stolik gazetą którą dotychczas czytał. – Dobrze się Szanowny Pan czuje? – zaniepokoiłem się stanem zdrowia  mojego partnera w rozmowie – Może wody podać dla odmiany? – wykazałem jak najbardziej logiczną troskę.

– Ludzie wierzący winni oddać głos na te osoby, których postawa i poglądy są im bliskie, a przynajmniej nie sprzeciwiają się wierze katolickiej i katolickim wartościom oraz zasadom moralnym – powiedział przyjaciel spoglądając na gazetę. – Musisz zagłosować oczywiście „właściwie”, czyli zgodnie ze swoimi przekonaniami moralnymi, pamiętając oczywiście jako Polak i katolik, że jest tylko jedna wykładnia moralności w tym kraju – dodał. Przypomniałem mojemu rozmówcy, że po pierwsze: ja nie głosuje z przyczyn które są mu znane od dawna. Po drugie: nawet jakbym zagłosował, to raczej nie brałbym pod uwagę wartości wyznawanych przez hierarchów kościoła katolickiego. A po trzecie: ten teatrzyk z czasową wymianą świń (z całym szacunkiem do świnek) przy korycie kompletnie mnie interesuje.

– Ja przecież tylko wskazuję ci właściwą drogę. Ja nie namawiam. Nie ograniczam sumienia.  Ja nie uzurpacje sobie prawa do nakazywania Ci czegokolwiek, ale moim obowiązkiem duchowym jest prowadzenie Cię właściwą ścieżką i przypominanie na każdym kroku o wyższości prawa bożego nad stanowionym przez ludzi oraz o tym kto ma monopol na interpretacje tegoż prawa bożego. Ja tylko przedstawiam Ci – jako Polakowi i katolikowi od niemowlęctwa – etyczne kryteria dotyczące twoich obowiązkowych przecież wyborów. A te kryteria nie podlegają żadnym kompromisom  – niezrażony moimi słowami przyjaciel kontynuował tyradę zerkając  co chwila na leżącą na stole gazetę.

– Czy mógłbyś przestać agitować mnie z samego rana? Do tego jeszcze nie swoimi poglądami i słowami – starałem się po raz kolejny przerwać jego męczące poranne wywody. – Nie jesteś księdzem biskupem.

– Nie jestem, ale przemawiam do Ciebie jego słowami, pamiętając przy tym, że duchowni nie powinni angażować się w kampanię wyborczą po żadnej ze stron, lecz respektować dojrzałość ludzi świeckich i „przez formację ich sumień pomagać im taką dojrzałość osiągnąć” – rzekł przyjaciel.

– Ale to co mówiłeś to typowa wyborcza agitka! – przypomniałem. – Powinieneś jeszcze dla kompletu wspomnieć o obronie ludzkiego życia od poczęcia do naturalnej śmierci, rodzinie opartej na trwałym małżeństwie mężczyzny i kobiety i o obronie wiary oraz o głosowanie na takich kandydatów którzy głoszą powyższe wartości. – Nie, nie mogę tego zrobić używając słów biskupa, bo przecież on jako kapłan nie jest ustanowiony dla polityki, ale dla formacji sumień tak, aby były one zdolne do podejmowania samodzielnych decyzji – powiedział przyjaciel po czym wstał, podszedł do kosza na śmiecie i ostentacyjnie wrzucił tam gazetę.  Świt poczerwieniał pierwszymi promieniami słońca.

dziennik pesymistyczny

Tyle mi zostało, co mi nakapało

Obublikował pavvel dnia Komentarzy: 0

Super rząd w Brukseli oraz krajowy rząd w Warszawie mają wspólne plany jak na siłę uszczęśliwić Polaków wprowadzając, w trosce o ich zdrowie i czystość dusz, podwyżki cen alkoholu.  Wszak Polak, szarak i pracownik musi być trzeźwy każdego ranka gdy przystępuje do pracy. Polak nie powinien przynosić strat pracodawcy oraz państwu swym trwaniem w skacowaniu. Tą samą logiką kierowali się zapewne politycy w czasach słusznie minionych, gdy wprowadzali zakaz sprzedaży alkoholu do godziny trzynastej. Ale tak jak drzewiej, tak i teraz jest sposób, aby sobie z zakazami i podwyżkami poradzić. Przecież od zawsze wiadomo, że Polak potrafi… pędzić bimber.

Pewnego dnia, gdy po raz kolejny porządkowałem domowe archiwum, wpadł mi w ręce plan budowy domowej destylarni alkoholu. Pięknie wyrysowany ołówkiem schemat pokazywał jak w prosty i tani sposób, korzystając z ogólnie dostępnych materiałów, zbudować aparaturę do pędzenia bimbru.

Teraz, gdy oblepiona państwową akcyzą butelka wódki będzie kosztować co najmniej trzydzieści dwa złote, a pół litra piwa cztery złote nadszedł czas, aby przypomnieć sobie stare sprawdzone metody walki i oporu przed głupotą rządzących jakie stosowali nasi ojcowie i dziadowie.  Nadchodzi czas księżycówki.

Zastanawiam się coraz częściej czy nie warto upędzić trochę samogonu? Tak w ramach protestu oczywiście i dla kultywowania rodzinnych tradycji. Ale zaraz przychodzi – nomen omen – otrzeźwienie i przypominam sobie, że żyje w Polsce, a w tym kraju z zasady wszystko jest zabronione.

W wielu krajach wytwarzanie samogonu jest dozwolone. Ale w Polsce nadal nie wolno tego robić nawet na własny użytek. W kraju nadwiślańskim produkcja alkoholu etylowego jest dozwolona jedynie po uzyskaniu setki jak nie tysięcy zezwoleń. Jak się człowiek uprze, zostanie przedsiębiorcą, uzyska wpis do rejestru prowadzonego przez ministerstwo rolnictwa, spełni całe mnóstwo skomplikowanych warunków dotyczących bezpieczeństwa, spraw fiskalnych związanych z akcyzą oraz załatwi poprawnie sprawy kontroli jakości i produkcji  to, w tzw. składzie podatkowym pod ścisłą kontrolą celników, może zacząć produkcje alkoholu.

Ale jak każdy kto próbował uzyskać coś od urzędów wie, że łatwiej zostać neurochirurgiem niż legalnym gorzelnikiem. Czyli praktycznie oznacza to, że produkcja bimbru na własny użytek jest przez prawo całkowicie zabroniona i podlega karze do roku pozbawienia wolności, a w przypadku produkcji znacznych ilości, które tylko sugerują zamiar pokątnej sprzedaży, grozi kara do dwóch lat pozbawienia wolności.

Nasz prawodawca i państwowy nadzorca nadal uznają że Polakowi, który wyprodukuje na własne potrzeby litr bimbru należy się kara lub więzienie.  Bimber w majestacie prawa można produkować na terenie Czech. Tam roczny limit dla jednej rodziny został ustalony na poziomie trzydziestu litrów, których nie można wprowadzać do sprzedaży. Podobnie domowa produkcja jest dopuszczona m.in. w Austrii, Włoszech, Chorwacji oraz Niemczech. W Polsce nadal jednak obowiązują totalitarne regulacje prawne, bo przecież Polak to nie Włoch czy Chorwat. Temu kogo nie stać na wciąż drożejący alkohol w państwowo regulowanej cenie pozostaje zejść do głębokiego podziemia i w konspiracji produkować bimber na własne potrzeby, ciągle pamiętając słowa klasyka: „Tyle mi zostało, co mi nakapało. Jak przyjdzie milicja, będzie prohibicja”.

dziennik pesymistyczny

Kara za darmowe leki

Obublikował pavvel dnia Komentarzy: 0

Rozdawanie leków za darmo to prosta droga do urzędniczej kary.  Pewien lokalny polityk przekazał emerytom lekarstwa o wartości czterdziestu tysięcy złotych. Za ten czyn dostał od państwowej instytucji dwadzieścia tysięcy kary.

We wrześniu 2014 roku pewien pan działający z ramienia Fundacji Jana Pawła II postanowił pod jedną z pionkowskich aptek rozdać emerytom lekarstwa. Po darmowe leki przyszło – co jest sprawą jak najbardziej oczywistą zwarzywszy ceny medykamentów – bardzo dużo emerytów i osób starszych.

Nie wszystkim jednak podobało się takie darmowe rozdawnictwo i jak to u nas często bywa ktoś doniósł do Mazowieckiego Wojewódzkiego Inspektora Farmaceutycznego, że mogło dojść do naruszenia prawa. Urzędnicy z Głównego Inspektoratu Farmaceutycznego pochylili się z troską nad tym przypadkiem i po kilku miesiącach wykryli, że takie rozdawanie leków za darmo to zło i nałożyli na Fundacje Jana Pawła II dwadzieścia tysięcy złotych kary. Urzędnicy stwierdzili w uzasadnieniu swojej decyzji, że akcja charytatywna była reklamą apteki, a prawo farmaceutyczne tego zabrania. Uznali, że „prawdopodobnie wzrosła znajomość apteki wśród mieszkańców Pionek, a sama apteka zaczęła się kojarzyć bardzo pozytywnie, jaka ta, w której są wydawane darmowe leki”. A to przecież całkowity skandal. Bo jak wiadomo leki muszą być drogie.

Przy okazji inspektorzy z Głównego Inspektoratu badając szkody, jakie wyrządziło darmowe rozdawanie leków wśród osób starszych oraz emerytów, dokonali bardzo ciekawego odkrycia. Stwierdzili mianowicie, że wspomniane osoby „z uwagi na wiek i zachodzące z tego względu procesy degeneracyjne mózgu, często nie potrafią obiektywnie ocenić sytuacji”.

No tak, przecież rozdawanie leków za darmo jak i czegokolwiek za darmo jest nie do przyjęcia. Tylko ten, kto jest w podeszłym wieku i ma zachodzące procesy degeneracyjne mózgu nie potrafiłby obiektywnie tego przyznać. Przecież już Milton Friedman – guru polskiej klasy panującej – już dawno stwierdził, że nie istnieje coś takiego jak darmowe obiady, więc co dopiero darmowe leki.

(źródło Pionki24.pl)

dziennik pesymistyczny

Zdrożeje wódka i piwo?

Obublikował pavvel dnia Komentarzy: 0

Cztery złote za butelkę pięcioprocentowego piwa i trzydzieści dwa złote za pół litra czterdziestoprocentowej wódki. Takie najnowsze propozycje specjalistów rządowych dotyczące cen minimalnych na alkohol zawarte zostały w projekcie Narodowego Programu Profilaktyki Rozwiązywania Problemów Alkoholowych. Miałby on obowiązywać od 2016 roku.

Jeśli głównym lub jedynym rozwiązaniem problemów alkoholowych wśród Polaków ma być podwyżka cen wódki to zdecydowanie nie jest to właściwa droga. Ten kto pije, i ma z tym swym piciem wielki problem, nie przestanie pić tylko, dlatego że jakiś specjalista rządowej agencji wpadł na pomysł by za pół litra wódki uzależniony od alkoholu zapłacił o trzydzieści pięć procent więcej.

Jedna z licznych rządowych agencji opracowała program Narodowej Profilaktyki Rozwiązywania Problemów Alkoholowych gdzie postanowiła zaproponować podwyżkę cen alkoholu, jako najlepsze ich zdaniem rozwiązanie problemu nadmiernego spożycia wśród Polaków. Oprócz tego twórcy Narodowego Programu Profilaktyki Rozwiązywania Problemów Alkoholowych wpadli na pomysł, aby ograniczyć liczbę lokali sprzedających alkohol. W założeniach Programu zamierza się zredukować liczbę lokali, które mogą sprzedawać alkohol tak, by jedno miejsce gdzie dostępny jest alkohol  przypadało od tysiąca do półtora tysiąca mieszkańców okolicy. Obecnie szacuje się, że na jeden lokal przypada około trzystu obywateli.

Po za tym rządowi specjaliści wpadli na pomysł całkowitego zakazu reklamy alkoholu. Kompletnie ignorując fakt, że wódka i piwo jest reglanie sprzedawanym produktem w Polsce, od którego państwo pobiera ogromny haracz w postaci podatków.

– Polityka cenowa to jeden z najskuteczniejszych elementów walki z alkoholizmem – mówi mediom wiceminister zdrowia. Jak tłumaczy ten państwowy urzędnik, w Polsce około sześćdziesięciu procent konsumpcji alkoholu stanowi piwo. – To pokusa dla młodych osób. Ścieżka do szybkiego upicia się. Nie ma kultury spożywania piwa dobrej jakości – komentuje. Wygląda na to, że jakby cena piwa wynosiła tysiąc złotych za butelkę to problem uzależniania od alkoholu wśród młodzieży zniknąłby całkowicie i to już w styczniu 2016 roku zaraz po wprowadzeniu zapisów proponowanych w Narodowym Programie Profilaktyki Rozwiązywania Problemów Alkoholowych.

Pewnie minimalna cena alkoholu byłaby również wspaniałym sposobem na wsparcie kasy polskiego państwa, bo wtedy łatwiej byłoby zaplanować i kontrolować wpływy do budżetu z akcyzy na alkohol. Dlatego nie dziwię się radości ministra z podwyżek cen alkoholu, w końcu przecież zatrudnia go państwo a państwo czerpie korzyści z podatków od cen wódki i piwa.

– Takie decyzje prowadziłyby do zaburzeń na rynku. Cena nie jest najskuteczniejszym instrumentem ograniczenia nieodpowiedzialnej konsumpcji alkoholu – uważa przedstawiciel Związku Pracodawców Polskiego Przemysłu Spirytusowego.

Ale nie tylko branża spirytusowa zaniepokojona jest planami rządu. – Ja ciągle jestem pijany, ewentualnie mogę być mniej lub bardziej pijany. Jeśli wódka będzie za droga, to ludzie będą pić świństwa albo pędzić bimber – mówi Pan Staszek, alkoholik z wieloletnim stażem, zapytany przez nas o komentarz na temat planów rządu.  – Tak to jeszcze coś zostawało z tego, co ten mój wydawał na wódkę, to i co kupił czasami dla mnie czy dla dzieciaków. A teraz jak droższa wódka będzie to wszystko wyda na gorzałę – dodaje pani Janina, żona pana Staszka.

dziennik pesymistyczny

Dieta alkoholowa odpowiedzą na presje fitnessjugend

Obublikował pavvel dnia Komentarzy: 0

To była tylko kwestia czasu aż moda na bycie fit dojdzie do Polski. No i stało się, teraz wszyscy moi znajomi biegają, chodzą na długie spacery, jeżdżą na rowerach, podskakują, wymachują, pływają, wylewają siódme poty podnosząc żelastwa w siłowniach, no i oczywiście odchudzają się. Jako że Bozia obnażyła mnie genetycznym wręcz wstrętem do wysiłku fizycznego, moją odpowiedzą na presje wyznawców fitnessjugend będzie dieta alkoholowa.

Teraz wszyscy chcą być fit, bo tak chce moda, a wiadomo jak moda to standaryzacja. Jak odstajesz od normy to już masz mniejsze szanse na sukces i powodzenie, tak w życiu osobistym jak i karierze zawodowej. Jesteś gorszy, bo masz za dużo kilogramów. Oponka czyli wystający brzuszek jest jak piętno które musisz nosić i znosić. Ale nie martwcie się wszyscy Ci, którzy nie biegacie i nie jeździcie na rowerze, nie jecie zieleniny i nie pijecie przecierów z cykorii. Są diety i dla was.

Jak wyczytałem w wszechwiedzącym internecie w przedwojennych podręcznikach dla studentów medycyny znajduje się ciekawa dieta alkoholowa która polegała na tym, że do bardzo skąpego menu typu 100 g chudego mięsa 3 razy dziennie lub 1500 g warzyw należało wypić 100 g wódki na dobę. Autorzy tej diety wychodzili z założenia, że alkohol przyspiesza przemianę materii i powoduje szybki spadek masy ciała. Jeśli nie wystarcza wam wiedza z ubiegłego wieku proponuje zapoznać się z badaniami amerykańskich naukowców z Uniwersytetu Columbia w stanie Missouri, którzy donieśli na łamach dziennika Scienc Daily o najnowszej modzie – odchudzaniu poprzez picie alkoholu.

Ta nowatorska dieta od pewnego czasu dołączyła do grona diet stosowanych przez pragnącą chudości ludzkość. Na czym polega nietypowa dieta alkoholowa? Otóż drunkoreksja (od „drunk” – pijany i „anorexia” – anoreksja) – bo o niej tu mowa – zabrania jedzenia normalnych posiłków. Trzeba je wyeliminować lub przynajmniej ograniczyć. Nie jemy pokarmów, aby pozostawić miejsce na alkohol. Niekiedy kontrolowanie własnej sylwetki ma tak daleko zakrojoną formę, że przybiera skrajną postać – prowokowanie wymiotów przed stadnym chlaniem gorzałki, by nie mieć problemów z nadliczbowymi kaloriami spożytymi wraz z piciem, bo kieliszek wódki czystej 50 ml to przecież 110 kcal.

Dieta alkoholowa, tak jak większość innych diet jest podyktowana chęcią posiadania szczupłej sylwetki. A że wielu z nas lubi imprezować, ale też bardzo wielu na poważne spożywanie napojów alkoholowych w dużych ilościach po prostu nie stać z powodów finansowych to nic dziwnego, że często stajemy przed dylematem: zjeść czy wypić.  Drunkorexia jest odpowiedzią na to iście makbetowskie pytanie. Stosujący dietę nie jedzą, ale za to piją alkohol, przez co oszczędzają i kalorie, i pieniądze. Chcą zachować szczupłą sylwetkę i pełny portfel, co pozwoli im na intensywniejsze picie alkoholu. Genialnie w swej prostocie prawda?

Efekty takiej diety są niezwykłe i występują szybko. Z tym, że taka dieta przeważnie prowadzi do wielu groźnych schorzeń, ale jak to mówią: coś za coś. Żyj szybko, umieraj młodo i wyglądaj świetnie!

Ps. Dla tych, którzy uznali mój tekst za promocje alkoholizmu przypominam, że przed przejściem na dietę warto skonsultować się ze specjalistą, lekarzem, dietetykiem bądź poszukać pomocy w poradni alkoholowej.

dziennik pesymistyczny

Wojna o panowanie w powietrzu

Obublikował pavvel dnia Komentarzy: 0

Niedawno zarząd Portu Lotniczego w moim prowincjonalnym mieście uznał w swej nieprzeniknionej mądrości, że realnym zagrożeniem dla operacji lotniczych (które mogłyby się tam odbywać w bliżej nieustalonej przyszłości) stanowią gołębie ze znajdujących się w okolicach lotniska hodowli. Teraz decydenci z lotniska twierdzą ze stanowczością, że czas na nową wojnę z ptactwem o panowanie w powietrzu. Wypowiedzieli więc wojnę bocianom.

Ten Port Lotniczy to jedno z najdziwniejszych lotnisk w skali światowej.  Mają tam już wszystko. Wspaniałą hale dworcową, stanowiska obsługujące granice państwową, służbę celną, ochronę, profesjonalną obsługę pasażerską, kilka sklepów, radiolatarnie, najnowocześniejsze wozy straży pożarnej, spory parking oraz miejsca dla rowerów, tylko im pasażerów i lądujących regularnie samolotów tam brakuje.

Pod dostatkiem jest tam jednak nudy, więc z tej nudy zabrali się za wojnę o panowanie w powietrzu. Od dawna już wysyłane były w teren lotne (z nazwy) brygady pracowników portu lotniczego, którzy informowali mieszkańców o niebezpieczeństwie, jakie dla ruchu lotniczego stwarzają gołębie. Specjalni agenci pod koniec 2013 roku dokonali identyfikacji i inwentaryzacji 105 czynnych gołębników.  Pojawiły się obwieszczenia wzywające do likwidacji tychże siedlisk zagrożenia.  Jesienią 2014 roku przeprowadzona została akcja informacyjna w najbliższym otoczeniu lotniska. Dodatkowo ustalono kolejne 40 gołębników. Wszyscy właściciele tych obiektów otrzymali materiały informacyjne i pokwitowali ich odbiór. Egzekwowaniem wezwań do likwidacji zajęła się policja i straż miejska. Przy takiej przewadze sił i środków ptaki nie miały szans.  Wojna z gołębiami została wygrana.

Kilka dni temu w miejscowości położonej tuż przy lotnisku, służby energetyczne zniszczyły bocianie gniazdo. Ptaki w swej desperacji je odbudowywały, ale nie mają już szans na pobyt w tym miejscu. Decydenci z lotniska uznali, że bociany zagrażają i że ptaki mają się wynieść i już.

Mieszkańcy stanęli w obronie ptaków interweniując w różnych instytucjach. Nic to jednak nie dało. Był wniosek Portu Lotniczego, była opinia jakiegoś ornitologa ze Szczecina, była decyzja i jest eksmisja bocianów.

Według badań ornitologów, w całym powiecie położonym w okolicach lotniska znajduje się 255 bocianich gniazd. Nikt nie wie ile jeszcze z tych ptaków będzie stanowić „realne zagrożenie dla operacji lotniczych”. Warto jednak przypomnieć, że na tym prowincjonalnym lotnisku już od lat nie odbywał się i nie odbywa regularny ruch pasażerski, więc przez panującą tam wśród zarządu i pracowników przejmującą nudę można się spodziewać zaostrzenia wojny z ptactwem o panowanie w powietrzu.  Bo przecież czymś z nudów trzeba się zająć.

dziennik pesymistyczny

Komu dzwoni ten odpowie przed sądem za zakłócenie mszy

Obublikował pavvel dnia Komentarzy: 0

– Jakby ktoś pytał to od dwóch godzin jestem z tobą cały czas i pijemy sobie – wyszeptał mi do ucha przyjaciel. Wpadł do knajpy zdyszany, cały mokry od potu. Zrzucił płaszcz, usiadłszy przy stoliku zakrył się przed światem rozpostartą płachtą gazety.  – Przepraszam, co się szanownemu panu przydarzyło – zapytałem wpatrując się tam gdzie za papierowym parawanem spodziewałem się jego twarzy. – Uciekam, kryj mnie – usłyszałem dyskretny szept. – Polej, musimy być wiarygodni w zeznaniach, że piliśmy, a ja trzeźwy jestem jak ryba – dodał. Spełniłem jego prośbę.

Po dłuższej chwili i po kilku głębszych trochę się uspokoiwszy, mój przyjaciel opowiedział mi co go spotkało. – Byłem w kościele i tam, tak w połowie mszy,  zadzwonił mój telefon. Szukałem go po kieszeniach, w torbie a ten dzwonił i dzwonił. Gdy go w końcu zlokalizowałem i wyłączyłem, ten zaczął ponownie dzwonić. I tak kilka razy. Znów wyłączyłem i gdy podniosłem wzrok zobaczyłem, że wszyscy wierni zebrani w kościele, ksiądz przy ołtarzy, ministranci i nawet kościelny, wszyscy patrzą na mnie nienawistnym wzrokiem – opowiadał z przejęciem przyjaciel. – Wtedy zrozumiałem, że już po mnie. Uciekłem z kościoła co sił w nogach. A teraz błagam Cię mój przyjacielu, daj mi alibi, może policja uwierzy, że to nie byłem ja, że to nie ja tym telefonem w kościele dzwoniłem – dodał.  I tak mnie prosił, tak prosił, że się zgodziłem skłamać organom, choć z natury jestem prawdomówny.

– A dlaczego sądzisz, że coś ci grozi za ten dzwonek telefonu w kościele? Przecież za to nie wsadzają do pierdla – spytałem, gdy już się nieco uspokoił. – I tu się szalenie mylisz przyjacielu – odparł. Po czym zaczął poszukiwać czegoś w torbie. Wyciągnął z niej tablet, coś tam na nim postukał i podstawił mi go pod nos. – Poważne zarzuty usłyszał 20-latek, który zakłócił mszę w kiełkowskim kościele (województwo podkarpackie). Mężczyzna w tracie obrządku zaczął głośno rozmawiać przez telefon. Oburzeni mieszkańcy wyprowadzili go z budynku, a następnie zawiadomili policję – przeczytałem z ekranu. Zamurowało mnie. Zaproponowałem żebyśmy natychmiast wypili, bo uznałem, że na trzeźwo ten świat zdecydowanie jest nie do przyjęcia.

– Ponieważ 20-latek sprzed budynku odjechał samochodem, funkcjonariusze ustalili, kto jest właścicielem pojazdu. Następnie zatrzymali mężczyznę. Postawiono mu zarzut złośliwego przeszkadzania w publicznym odprawianiu aktu religijnego – przeczytałem kolejne linijki artykułu. Nie mogłam uwierzyć. Wiele nieprawdopodobnych rzeczy widziałem, a o wielu słyszałem, przecież mieszkam w Polsce, ale coś takiego było dla mnie nowością.

– Teraz rozmowny wierny poniesie konsekwencje przeszkadzania we mszy. Oprócz grzywny może na niego zostać nałożona kara ograniczenia lub pozbawienia wolności – przeczytał zakończenie tekstu mój przyjaciel, bo ja trwałem w osłupieniu. Zabrałem mu tablet i sprawdziłem: tekst na tym portalu informacyjnym umieszczono 2 kwietnia 2015 o 12: 39, a więc to nie primaaprilisowy żart. – No to masz przyjacielu szczęście, mogłeś za to zakłócenie aktu religijnego przez twój dzwoniący niewczas telefon pójść pierdzieć w pasiaki – stwierdziłem. Postanowiliśmy wypić za ocalenie przyjaciela i za tego nieszczęśnika z kiełkowskiego kościoła w województwo podkarpackie.

dziennik pesymistyczny

Nie warto żyć normalnie

Obublikował pavvel dnia Komentarzy: 0

Mój przyjaciel zaordynował „po setce na dzień dobry”, gdy tylko zdążyliśmy usiąść przy barze. – W grube szkło nalać czy w cienkie? – zapytała matowym głosem dziewczyna stojąca za barem. Teraz z barmanką odbywali ten sam tradycyjny już przy takich okazjach dialog.  – Wszystko jedno, wódka jest wódka – odpowiedział mój towarzysz.  – Bo to czasem trafi się taki, co to nie wypije z grubego szkła żeby nie wiem co – powiedziała dziewczyna nalewając wódkę do kieliszków.

– Nie warto żyć normalnie, trzeba żyć ekstremalnie – rzekł przyjaciel, co stanowiło zaproszenie do wypicia wódeczki. – Wiesz, tak mi czasem brakuje takich prawdziwych rozmów z facetami, takich spotkań w męskim gronie – powiedział mój towarzysz jednocześnie delikatnie chwycił mnie za łokieć. Mówił jeszcze coś o tym, że teraz uczęszcza na takie luźne spotkania gdzie poruszany jest zawsze jakiś temat z życia faceta. Wspomniał coś o tym, że to bardzo wartościowe, że przychodzą tam mężczyźni niezależnie od wieku czy przekonań. On tak mówił i mówił, a ja słuchałem go jak przez ścianę, bo cała moją uwagę skupiłem na jego dłoni trzymającej mój łokieć w uścisku.

Nie skądże znowu, ani przez chwile nie podejrzewałem przyjaciela, że ten nagle zmienił orientacje. A nawet jakby tak było to nie mnie go sądzić i oceniać. Ale ta jego przemowa o męskim gronie w połączeniu z tym moim łokciem w jego uścisku… to wszystko wzbudziło moje lekkie zaniepokojenie.   – Dziś w strefie ducha brakuje mężczyzn, a przede wszystkim przekazu dla mężczyzn – kontynuował wywód przyjaciel. – Faceci przecież mają zupełnie inne od kobiet cele i zdecydowanie różne role do spełnienia w swoim życiu, potrzebują mocnego, męskiego głosu który wskaże im drogę. Spotkania o których mówię organizowane są po to, aby mężczyźni mieli szansę na osobiste spotkanie z Przedwiecznym, tylko w męskim towarzystwie, gdzie nie muszą się niczego wstydzić – dodał.

– Poproszę bardzo, bardzo szybko poproszę cztery setki, kolega postradał rozum, ale może da się go jeszcze uratować – niemal wykrzyczałem zamówienie do barmanki. Gdy co zamówione zostało polane, wypiliśmy po pierwszej setce. – Znowu Cię wzięło na mistycyzm? – zapytałem mając w pamięci kilka poprzednich flirtów mojego przyjaciela ze strefą duchową jego osobowości. – No wiesz jak jest, nie warto żyć normalnie, trzeba żyć ekstremalnie – odparł przyjaciel, po czym wskazał wzrokiem na stojące przed nami kolejne setki. Zrozumiałem. Wypiliśmy.

– No wiesz jak jest, im głównie zależy na osobach, które zaczynają swoją przygodę z wiarą, a ja nie lubię żyć normalnie. Ja musze żyć ekstremalnie. To mnie do nich ciągnie – powiedział mój przyjaciel, po czym wstał, lekko się zatoczył, ale już po chwili wrócił do pionu, by znów usiąść przy barze. – Może rozchodniaczka? – zaproponowałem, na co mój przyjaciel przystał z ochotą, choć zaznaczył, że to będzie jego ostatni na dziś, bo on musi na spotkanie, tam gdzie w męskim gronie rozmawia się o sprawach duchowych.

– Poproszę jeszcze dwie setki i koniec, idziemy – zamówiłem. – Albo, wie pani co? Niech Pani poda jeszcze po dwie od razu – dodałem przemyślawszy szybko sprawę. Kiedy podano wypiliśmy po pierwszej setce. – Oj, musze iść – rzekł mój towarzysz – czekają na mnie. Na te słowa zaproponowałem szybkie wypicie drugiej setki, co natychmiast uczyniliśmy. Po rozchodniaczkach mój przyjaciel wstał ze stołka barowego, po czym znów na nim usiadł, ale tym razem jakoś tak niepewnie. – Płacić – rzuciłem do barmanki. Zapłaciłem. Potem w taksówce, i jak targałem przyjaciela do jego mieszkania na poddaszu rozmyślałem o tym, że tak całkiem normalnie udało mi się dziś uratować jego podatną na wpływy dusze przed ekstremalnymi doznaniami.

dziennik pesymistyczny

Już kuferek stoi zrychtowany

Obublikował pavvel dnia Komentarzy: 0

– Kryj się! – szepnął przyjaciel pociągnąć mnie za sobą w najdalszy z najdalszy, najciemniejszy kąt bramy. – Co jest? Przed kim się chowamy – spytałem również szeptem dostosowując się do niecodziennej sytuacji. Ukrywaliśmy się w cieniu kamienicy w której mieszkał, przywarci do muru, niewidoczni dla przechodniów na ulicy. – O jest, idzie ten cholernik – rzekł cichutko przyjaciel wskazując wzrokiem na wchodzącego do bramy. Był to osobnik w ciemnej kurtce, w czapce na głowie oraz z wielką torbą przewieszoną przez ramie. – To listonosz – bardziej stwierdziłem niż zapytałem. – Cicho, bo nas zauważy – usłyszałem w odpowiedzi – kryj się.

Gdy doręczyciel po dokonaniu czynności które są przypisane jego powinnością zawodowym opuścił już bramę a mój przyjaciel przestał się obawiać, zapytałem o przyczynę jego dziwnego zachowania.  Przyjaciel bez słów wyciągnął z kieszeni kartkę papieru a następnie drżącymi dłońmi podsunął mi pod nos. – Ministerstwo Obrony Narodowej zamierza w najbliższych dniach sprawdzić możliwość mobilizacyjną polskiej armii. Gdy otrzymasz wezwanie do skrzynki, za 4 godz. musisz stawić się w jednostce! – przeczytałem wydruk artykuły z lokalnego portalu informacyjnego.  Zdziwiłem się, bo wiedziałem dobrze, że mój przyjaciel podobnie jak ja nigdy w wojsku nie był, więc nie rozumiałem zagrożenia. – Karty mobilizacyjne zostaną rozdysponowane przez listonoszy Poczty Polskiej, wójtów, burmistrzów oraz policjantów. Każdy kto otrzyma dokument w ciągu czterech godzin będzie musiał stawić się na ćwiczeniach z dowodem osobistym, książeczką wojskową oraz zdrowia – przeczytał tym razem przyjaciel z przerażeniem w głosie. No teraz w końcu zrozumiałem dlaczego unika mundurowych w tym listonoszy Poczty Polskiej. – Cztery godziny! A ja nawet nie wiem gdzie jest moja książeczka wojskowa, nie mówiąc już o tej na zdrowie – żalił się przyjaciel.

– Nas nie wezmą w kamasze, za starzy jesteśmy – starałem się go uspokoić. – Nieprawda, mogą. Wojsko może powołać wszystkie osoby, które mają odpowiednią kategorię zdrowia i są w wieku od 18 do 60 lat – przeczył ze swej karteczki i poinformował mnie podnosząc rangę tych słów, że to powiedział sam generał. Faktycznie, mogli nas powołać. Łapaliśmy się i w kategorii wiekowej i w kategorii zdrowia.

– No, jeśli tak, to trzeba być przygotowanym – powiedziałem – pamiętam z dzieciństwa jak starsi koledzy szli do wojska to zawsze byli pijani w sztok. A my przecież mamy teoretycznie cztery godziny, aby się doprowadzić do stanu godnego rezerwistom wezwanym na służbę. Tradycja przecież zobowiązuje.

dziennik pesymistyczny

Droga dla twardzieli

Obublikował pavvel dnia Komentarzy: 0

Nie mogłem uwierzyć w to, co zobaczyłem. Mój przyjaciel w dresie, w stosownej do takich okoliczności czapeczce oraz w odpowiednim obuwiu wykonywał z wysiłkiem, ale jednak z ekstazą na twarzy, serie przysiadów. Przetarłem oczy ze zdziwienia, wyczyściłem szkła w okularach jednak nawet to nie pomogło. To co zobaczyłem to zdecydowanie była rzeczywistość. – Jezusie Nazareński, Królu Żydowski, co Ci się stało mój przyjacielu serdeczny? – ze wzburzenia wezwałem imię najwyższego nadaremno i wyraziłem troskę o zdrowie psychiczne kolegi jednocześnie.  – Trenuje do drogi krzyżowej – odparł w taki sposób jakby było to coś najzwyczajniejszego z rzeczy jak najbardziej zwyczajnych.

Uszczypnąłem się kilka razy dla pewności sprawdzając czy przypadkiem nie jest to senny koszmar. – Przyjacielu, wybacz mi to pytanie, ale co ty piłeś i w jakich ilościach – zapytałem z troską, bo przecież stan wiecznego upojenia był dla mojego kolegi czymś do tej pory całkiem normalnym. – Jestem trzeźwy jak ryba – odparł, po czym zrobił trzy ekstremalne pajacyki. – Nie warto żyć normalnie, trzeba żyć ekstremalnie – dodał tajemniczo nie przerywając ćwiczeń gimnastycznych.

Postanowiłem przysiąść na ławce, gdyż nogi się pode mną ugięły na samą tylko myśl o tym, że mój przyjaciel zwariował. Ale faktom i własnym oczom nie mogłem zaprzeczyć. Mój przyjaciel ubrany w dresy, czy inne tam ubranko do biegania, podskakiwał pociesznie w parku. – No dobra – powiedział siadając przy mnie na ławce – widzę, że nie rozumiesz, postaram się wyjaśnić. Po tych słowach zdjął malutki plecaczek i pogrzebawszy w nim przez chwile wyciągnął z niego tablet. Poklikał na nim przez chwile, po czym podał mi go ze słowami: masz, czytaj.

„Ciemność – samotność – zmęczenie – cisza. 45 km nocnej wędrówki, 14 stacji z (…) do Sanktuarium Matki Bożej Pięknej Miłości  (…) – tak przebiegać będzie Ekstremalna Droga Krzyżowa, która po raz drugi wyruszy z (…)! Zapisz się już dzisiaj!” – przeczytał a następnie spojrzałem przyjacielowi głęboko w oczy poprosiłem aby chuchnął.

– „Nie warto żyć normalnie, trzeba żyć ekstremalnie – to hasło tegorocznej ekstremalnej drogi krzyżowej. Uczestnicy ubiegłorocznej edycji podkreślili, że to wyjątkowe wydarzenie” – przeczytał przyjaciel jak tylko wyjął z moich zastygłych w odrętwieniu dłoni tablet.

– Postanowiłem przestać żyć normalnie, tak zwyczajnie, to już nie dla mnie. Teraz postanowiłem żyć ekstremalnie – powiedział wstając z ławki z nadzwyczajną dla niego energią. Po czym schowawszy do plecaka tablet, pożegnawszy się słowami – szczęść Boże –  pobiegł truchtem przed siebie.  Biegł ekstremalnie, jak twardziel.  A ja, cóż ja, ja zwyczajnie, tak po prostu, podreptałem do najbliższego baru gdzie normalnie strzeliłem dwie szybkie. – Jakie ja mam normalne życie – powiedziałem sam do siebie.

CDN.