„roztropną troską o wspólne dobro”
Było kilka minut przed świtem. Za oknem szarzało. Latarnie świeciły więdnącym blaskiem. To była ta właśnie magiczna chwila, ten właściwy moment w którym powinny kończyć się nocne Polaków rozmowy. Tak się jednak się nie stało.
– Będziesz głosował w wyborach prezydenckich – spytał przyjaciel nagle i jak najbardziej niespodziewanie z niedopasowaniem do chwili i nastroju. – Zdecydowanie nie – odparłem, próbując powrócić do atmosfery leniwego poranka. – A widzisz, popełniasz błąd. Bo dobrowolna rezygnacja z udziału w wyborach jest grzechem zaniedbania, ponieważ jest odrzuceniem odpowiedzialności za losy Ojczyzny – wyrecytował szybko przyjaciel składając i odkładając na stolik gazetą którą dotychczas czytał. – Dobrze się Szanowny Pan czuje? – zaniepokoiłem się stanem zdrowia mojego partnera w rozmowie – Może wody podać dla odmiany? – wykazałem jak najbardziej logiczną troskę.
– Ludzie wierzący winni oddać głos na te osoby, których postawa i poglądy są im bliskie, a przynajmniej nie sprzeciwiają się wierze katolickiej i katolickim wartościom oraz zasadom moralnym – powiedział przyjaciel spoglądając na gazetę. – Musisz zagłosować oczywiście „właściwie”, czyli zgodnie ze swoimi przekonaniami moralnymi, pamiętając oczywiście jako Polak i katolik, że jest tylko jedna wykładnia moralności w tym kraju – dodał. Przypomniałem mojemu rozmówcy, że po pierwsze: ja nie głosuje z przyczyn które są mu znane od dawna. Po drugie: nawet jakbym zagłosował, to raczej nie brałbym pod uwagę wartości wyznawanych przez hierarchów kościoła katolickiego. A po trzecie: ten teatrzyk z czasową wymianą świń (z całym szacunkiem do świnek) przy korycie kompletnie mnie interesuje.
– Ja przecież tylko wskazuję ci właściwą drogę. Ja nie namawiam. Nie ograniczam sumienia. Ja nie uzurpacje sobie prawa do nakazywania Ci czegokolwiek, ale moim obowiązkiem duchowym jest prowadzenie Cię właściwą ścieżką i przypominanie na każdym kroku o wyższości prawa bożego nad stanowionym przez ludzi oraz o tym kto ma monopol na interpretacje tegoż prawa bożego. Ja tylko przedstawiam Ci – jako Polakowi i katolikowi od niemowlęctwa – etyczne kryteria dotyczące twoich obowiązkowych przecież wyborów. A te kryteria nie podlegają żadnym kompromisom – niezrażony moimi słowami przyjaciel kontynuował tyradę zerkając co chwila na leżącą na stole gazetę.
– Czy mógłbyś przestać agitować mnie z samego rana? Do tego jeszcze nie swoimi poglądami i słowami – starałem się po raz kolejny przerwać jego męczące poranne wywody. – Nie jesteś księdzem biskupem.
– Nie jestem, ale przemawiam do Ciebie jego słowami, pamiętając przy tym, że duchowni nie powinni angażować się w kampanię wyborczą po żadnej ze stron, lecz respektować dojrzałość ludzi świeckich i „przez formację ich sumień pomagać im taką dojrzałość osiągnąć” – rzekł przyjaciel.
– Ale to co mówiłeś to typowa wyborcza agitka! – przypomniałem. – Powinieneś jeszcze dla kompletu wspomnieć o obronie ludzkiego życia od poczęcia do naturalnej śmierci, rodzinie opartej na trwałym małżeństwie mężczyzny i kobiety i o obronie wiary oraz o głosowanie na takich kandydatów którzy głoszą powyższe wartości. – Nie, nie mogę tego zrobić używając słów biskupa, bo przecież on jako kapłan nie jest ustanowiony dla polityki, ale dla formacji sumień tak, aby były one zdolne do podejmowania samodzielnych decyzji – powiedział przyjaciel po czym wstał, podszedł do kosza na śmiecie i ostentacyjnie wrzucił tam gazetę. Świt poczerwieniał pierwszymi promieniami słońca.
