dziennik pesymistyczny

Polityka alternatywnie historyczna

Obublikował pavvel dnia Komentarzy: 0

– Jakby się Rosjanie nie wtrącili do sami byśmy wojnę z Niemcami wygrali – taką mniej więcej wizje początków II wojny światowej przedstawił pewien historyk nowego pokolenia podczas audycji w pewnej stacji telewizyjnej.  Myślałem, że nic głupszego już nigdy w życiu nie usłyszę, ale znów się pomyliłem.  – Nikt nam nie może ukraść zwycięstwa. To przecież flaga polska powiewała w Berlinie w maju 1945 roku – powiedział pewien Janusz, ekspert ds. dyplomacji i ceremoniału państwowego.

Ja tam do tej pory wiedziałem, że co prawda polscy żołnierze zdobywali Berlin, faktycznie nad gruzami stolicy III Rzeszy powiewała polska flaga, ale nie wiedziałem jednak, że Polska Armia dokonała tego samodzielnie. A tu proszę, taka niespodzianka.  Janusz, ekspert ds. dyplomacji i ceremoniału państwowego uważa, że zwycięstwo było nasze i nikt nam tego zwycięstwa nie może ukraść. A już szczególnie Rosjanie, którzy jak pewnie uważa pan Janusz tylko Armii Polskiej pomagali w szturmie Berlina. – Trzeba odzwyczaić Rosjan, że obchody muszą odbywać się zawsze w Moskwie – stwierdził ekspert Janusz.

Przez ostatnie ponad dwadzieścia lat różni z Bożej łaski historycy razem z pożal się Boże politykami wmawiali mi, że Polska Armia, która przyszła ze wschodu to nie jest ta właściwa Armia Polska – mówiąc najłagodniej.  A tu nagle Janusz, ekspert ds. dyplomacji i ceremoniału państwowego nazywa ich zwycięzcami. Życie jest pełne niespodzianek. Człowiek uczył się w kilku szkołach historii, potem przez lata studiował, coś tam przeczytał i nie wiedział, że polska była samodzielnym zwycięzcą w II wojnie światowej i szturmu na Berlin dokonała bez udziału i pomocy Armii Czerwonej.

Ale co się tam dziwić ekspertowi Januszowi przecież nasz minister od spraw zagranicznych też uwielbia zabawy z historią. Niedawno przez 70. rocznicą wyzwolenia hitlerowskiego obozu koncentracyjnego Auschwitz-Birkenau przez Armię Czerwoną, pan minister, zapytany przez dziennikarzy o to, dlaczego na uroczystości do Polski nie został zaproszony prezydent Federacji Rosyjskiej, oznajmił, że „to front ukraiński, pierwszy front ukraiński i Ukraińcy wyzwalali (Auschwitz), bo tam żołnierze ukraińscy byli wtedy w ten dzień styczniowy i oni otwierali bramy obozu i oni wyzwalali obóz”.

– To jest oczywiste, że Armia Czerwona wyzwoliła obóz, ale także oprócz Rosjan było wielu, setki tysięcy, ponad milion żołnierzy ukraińskich, Kazachów, Tatarów – mówił trochę później szef polskiej dyplomacji. Podkreślił jednak, że trzeba przypomnieć, iż pierwszy czołg, który rozbijał bramę obozu, był dowodzony przez Ukraińca.

Jakoś nie słyszę ciągłego podkreślania, że w szeregach Polskiego Wojska w 1939 roku służyli Ukraińcy, Żydzi czy Białorusini. A przecież szacuje się, że we wrześniu 1939 roku, gdy III Rzesza uderzyła na Polskę, w szeregach Wojska Polskiego walczyło od 100 do 115 tysięcy żołnierzy narodowości ukraińskiej. Najwięcej z nich służyło w jednostkach piechoty, choć można ich też było znaleźć w pododdziałach kawalerii, artylerii i innych rodzajach wojsk. Oprócz Ukraińców czy Białorusinów była też spora liczba zmobilizowanych do wojska obywateli polskich pochodzenia żydowskiego. Na ogół w literaturze szacuje się tę liczbę na 100 tysięcy czyli około 10 procent ogółu powołanych pod broń.

Szczególną walecznością odznaczali się ukraińscy oficerowie kontraktowi, dawni oficerowie armii petlurowskiej. W tym kontekście najczęściej wymienia się ppłk. Pawła Szandruka z 29. brygady piechoty, który uratował w czasie bitwy pod Tomaszowem Lubelskim brygadę przed całkowitą zagładą. Za wyczyn ten został on w 1965 roku odznaczony przez gen. Władysława Andersa orderem Virtuti Militari. Czy ktoś odważyłby się powiedzieć, że to Ukraińcy walczyli pod Tomaszowem Lubelskim z Niemcami, bo tam żołnierze ukraińscy byli wtedy w ten dzień wrześniowy i oni stawiali opor hitlerowcom – parafrazując ministra.

Uważamy, że trzeba skończyć z szydzeniem z historii i dochodzeniem swoich racji za wszelką cenę nawet przez naginanie i manipulowanie faktami. Chyba już dość licytowania się, kto bardziej zasłużył na miano zwycięzcy. Czas przystopować z propagandą historyczną. Dotyczy to w równym stopniu tak samo Rosjan jak i Polaków. Podsycanie histerii antyrosyjskiej w Polsce jak i antypolskiej w Rosji służy tylko politykom a im zależy tylko na własnych interesach.

Czasem brednie wypowiadane przez polskich czy rosyjskich polityków a następnie z uwielbieniem publikowane przez media po prostu zwyczajnie mnie śmieszą . Ale czasem jest mi  śmieszno, i straszno  zarazem.

dziennik pesymistyczny

Pan Władza szuka obrączki

Obublikował pavvel dnia Komentarzy: 1

Pewien pan Władza zgubił na sali treningowej obrączkę. Niby nic w tym dziwnego. Każdemu może się zdarzyć. Ale w tym wypadku szukającemu w poszukiwaniach zaginionej własności postanowili pomóc inni przedstawiciele władzy. Do mieszkań pracowników ośrodka sportowego, w którym Pan Władza zgubił obrączkę, wkroczyli funkcjonariusze. Szukali zaginionej biżuterii.

Nad ranem do mieszkań pracowników ośrodka sportowego weszli uzbrojeni funkcjonariusze z nakazem prokuratorskim w ręku i przeprowadzili tam dokładną rewizję. Osoby, u których przeprowadzono przeszukanie, stały się podejrzane o przywłaszczenie tylko dlatego, że są pracownikami ośrodka w którym to Pan Władza zostawił obrączkę.  Mundurowi szukali w spodniach i w surducie, w prawym bucie, w lewym bucie. Wszystko w szafach poprzewracali, macali szlafrok, palto macali. Pod kanapą, na kanapie. Szperali w piecu i w kominie, w mysiej dziurze i w pianinie – parafrazując klasyka. Zrobili to bardzo dokładnie. Zaglądali w każdy kąt mieszkań, sprawdzili każdą szafkę, komodę, łóżko. Potem policjanci zabrali podejrzanych na komendę, by ich przesłuchać.

Mimo takich zakrojonych na szeroką skale poszukiwań obrączki w mieszkaniach nie znaleziono, teraz mundurowi będą podobno przeszukiwać lombardy. Tak się zastanawiam, czy następnym krokiem funkcjonariuszy będzie przeszukanie mieszkań rodzin pracowników i klientów siłowni, potem rodzin ich rodzin, wszystkich ich znajomych, potem znajomych znajomych, następnie wszystkich mieszkańców miasta, potem gminy, w następnej kolejności przyległych gmin, województwa, kraju na koniec pewnie poszukiwania zacznie Interpol.

Pracownicy ośrodka są wściekli. Wzięto ich przecież za złodziei. Uważają oni – całkiem słusznie – że gdyby cała sprawa nie dotyczyła pana Władzy to prokuratura by się nią tak szybko i tak dokładnie nie zajęła. Funkcjonariusze i śledczy twierdzą jednak, że to rutynowa czynność i nie ma żadnego znaczenia, że to policjant złożył zawiadomienie o przestępstwie.

Kilka lat temu miałem włamanie do piwnicy. Zgłosiłem sprawę policji. Funkcjonariusze przybyli na miejsce przestępstwa. Spisali co mi tam zginęło i po pięciu minutach już ich nie było. Po miesiącu przyszedł list informujący o umorzeniu dochodzenia. Zapytałem telefonicznie policje jakie to czynności podjęto w sprawie kradzieży mojego mienia przez ten miesiąc. Funkcjonariusz rozmawiający ze mną telefonicznie poradził mi żebym napisał w tej sprawie pismo z zapytaniem. Napisałem i do dziś czekam na odpowiedz. To już prawie sześć lat tak czekam. Wnoszę z tego, że czynności operacyjnych było tak wiele, że opisanie tego zajmuje aż tyle czasu. Czekam. Bo co mam zrobić? Ja nie jestem przecież pan Władza, i na władze nie poradzę.

dziennik pesymistyczny

Zlikwidować gołębie, czyli skutki lotniskowej nudy

Obublikował pavvel dnia Komentarzy: 1

– Przyszło do mnie ostatnio kilku panów z naszego Portu Lotniczego, z tego co to jest a tak jakby go nie było, i poinformowali mnie, że muszę zlikwidować swoje gołębię – powiedział smutno kolega przyjaciela. Staliśmy tak sobie w ustronnym miejscu, bo jak wiadomo w kraju nadwiślańskim nie wolno pić piwa na świeżym powietrzu, bo widok osób pijących mógłby wywołać nieuleczalną traumę w społeczeństwie, które akurat o tej porze nie może się napić browarka.

– Co im te biedne ptaki przeszkadzają? Nasrają im na ich samoloty czy na pasażerów, których tam nikt nigdy nie widział? – żalił się Wiesław (bo tak miał na imię kolega przyjaciela).  – Tak, to prawda. Na tym lotnisku mają już wszystko. Granice państwową, służbę celną, obsługę pasażera, kilka sklepów, radiolatarnie, najnowocześniejsze wozy straży pożarnej, spory parking i miejsca dla rowerów, tylko im pasażerów i lądujących samolotów tam brakuje. Po co im jeszcze wojna z gołębiami? – zastanawiał się przyjaciel miedzy jednym łykiem z butelki a drugim. – Może to z nudów? – powiedziałem. – Faktycznie czytałem u lokalnych niusiarzy informacje o tym, że dziesiątki mieszkańców miasta i ościennych gmin powinno zlikwidować gołębniki. Podobno ptaki zagrażają bezpieczeństwu ruchu samolotowego – przypominałem sobie. – Ale tam nie ma żadnego ruchu lotniczego! – rzekł Wiesław z rozpaczą w głosie. – Nie ma, ale rzecznik prasowy z prezesem Portu twierdzą, że będzie, tak w bliżej nieokreślonej przyszłości – przypomniałem. – Tak, nuda w pracy to straszna rzecz – podsumował przyjaciel.

Kolega przyjaciela opowiedział nam, że na jego osiedlu już od dawna działają lotne (z nazwy) brygady pracowników portu lotniczego, którzy informują mieszkańców o niebezpieczeństwie jakie dla ruchu lotniczego stwarzają gołębie. Specjalni agenci pod koniec 2013 roku dokonali identyfikacji i inwentaryzacji 105 czynnych gołębników.  Pojawiły się obwieszczenia wzywające do likwidacji tychże siedlisk zagrożenia.  Jesienią 2014 roku przeprowadzona została akcja informacyjna w najbliższym otoczeniu lotniska. Dodatkowo ustalono kolejne 40 gołębników. Wszyscy właściciele tych obiektów otrzymali materiały informacyjne i pokwitowali ich odbiór. Egzekwowaniem wezwań do likwidacji zajmują się teraz policja i straż miejska. – Funkcjonariusze dali mi czas do końca lutego. Jeśli się nie dostosuje do przepisów to ciupasem trafie do sądu. Takie jest prawo – powiedział smutno Wiesław. – A ja kocham te moje gołębie. Dlaczego mi to robią? Przecież tam nic nie lata na to lotnisko i nie zapowiada się nawet, że coś tam kiedykolwiek zacznie latać. Nawet moje gołębię trzymają się od niego z daleka – dodał.

– To wszystko z nudów. No, bo wyobraźcie sobie, idziecie do roboty na szóste, odbijacie kartę, potem normalnie przebieracie się w służbowe, pijecie kawę czy herbatę, stajecie na stanowisku pracy i przez osiem godzin czekacie na pasażerów, o których wiecie, że i tak nie przylecą – powiedział przyjaciel – Jakież to musi być wielce frustrujące zajęcie. Nie ma dziwne, że pracownicy portu szukają zajęcia i chcą się na kimś wyżyć.

– To prawda, nie ma w tym nic dziwnego, że z nudów tak ich przypiliło z tymi gołębiami – powiedziałem. – Dobrze, że nie wysiedlają ludzi ze strefy wokół lotniska. To by dopiero było – zaniepokoił się Wiesław i dla ukojenia nerwów wypił całą butelkę piwa. – Niewykluczone, że i do tego dojdzie wraz z rozwojem Portu Lotniczego – dodał przyjaciel. – Ale tam nie ma żadnego ruchu pasażerskiego, po co to wszystko? Z nudów? – zapytałem. – Z nudów. Z nudów – zgodzili się Wiesław oraz mój przyjaciel.

dziennik pesymistyczny

Schron nie dla każdego

Obublikował pavvel dnia Komentarzy: 0

O  dużym prawdopodobieństwie zbrojnego ataku Rosji na Polskę dowiedziałem się z radia. Co prawda inwazja nie miała nastąpić tak od razu, jutro czy po jutrze, ale w przyszłości. Ta zapowiedź przyszłej wojny była reakcją polskiego szefa Biura Bezpieczeństwa Narodowego na słowa byłego doradcy Władimira Putina o tym, że „Inwazja na Polskę i kraje bałtyckie nastąpi w ciągu dwóch lat”.

Zanim jeszcze na niebie nad moim prowincjonalnym miastem pojawią się rosyjskie bombowce postanowiłem sprawdzić gdzie mogę się schować przed bombami.  – Na terenie Polski znajduje się 91 schronów przystosowanych do ochrony ludności w czasie ataku nuklearnego – poinformował w odpowiedzi na pytanie posła resort spraw wewnętrznych, o czym można przeczytać w dzienniku „Rzeczpospolita”. Jeden z nich znajduje się na terenie województwa opolskiego, a 90 na Podkarpaciu. Schrony posiada także resort obrony narodowej, ale ich liczba jest niejawna. Jako mieszkaniec Mazowsza uznałem, że najbliżej mam do tych niejawnych. Ale pewnie nikt mnie i tak tam nie wpuści.  Przecież, jako zwykły obywatel, nie stanowię dla Państwa takiej wartości jak politycy czy urzędnicy.

Może więc w górach znajdę ocalenie? Na Podkarpaciu schronów jest przecież dziewięćdziesiąt. Ale niestety przypomniałem sobie, że Władimir Władimirowicz groził kiedyś tym, że gdyby tylko chciał, rosyjskie oddziały mogłyby w ciągu dwóch dni być nie tylko w Kijowie, ale także w Rydze, Wilnie, Tallinie, Warszawie lub Bukareszcie, więc nie mam szans na dotarcie do celu przed dzielnymi sołdatami. Ten schron w opolskim sobie darowałem z tego samego powodu.

W wypadku wojny czy ataku terrorystycznego nie mam, co liczyć na ratunek. Według oficjalnych danych tylko dwa procent Polaków będzie mogło znaleźć miejsce w schronach publicznych w razie apokalipsy lub wybuchu wojny. Miejmy nadzieje, że przynajmniej rząd ocaleje. Zwykłym śmiertelnikom takim jak ja pozostaje modlitwa. Trzeba modlić się żarliwie, bo zostało podobno w najlepszym wypadku tylko dwa lata, a tu nawet nie ma się gdzie schronić.

dziennik pesymistyczny

Ławeczka z widokiem

Obublikował pavvel dnia Komentarzy: 2

– Zostałem liderem projektu, dzięki któremu powstanie ławeczka widokowa poświęcona twórczości jednego z najwybitniejszych przedstawicieli nowoczesnej twórczości architektonicznej – wyznał mi przyjaciel, którego spotkałem w barze mlecznym.  – Zgłoszę projekt i spodziewam się, że decyzją zarządu województwa mazowieckiego otrzymam unijne dofinansowanie. A spodziewam się ponad 734 tysięcy złotych – ekscytował się chyba trochę nadmiernie.

– A możesz mi nieco przybliżyć swoją wizje? – zapytałem. – Ależ oczywiście! – ucieszył się przyjaciel, miałem wrażenie, że tylko na to czekał. – Masz, czytaj – powiedział podając mi tablet. – Jak już informowaliśmy wcześniej, liderem projektu, dzięki któremu powstanie szlak poświęcony twórczości Stefana S., jest parafia Najświętszego Serca Jezusowego w R. Ciekawostką jest fakt, że wieża kościoła, to najwyższy punkt w R. widoczny z odległości ponad 15 km! – przeczytałem na ekranie początek tekstu z jednego z lokalnych portali, tego od niusów. – Niżej, niżej – podpowiedział przyjaciel i siorbnął kompotu z kubeczka. –  Główną częścią projektu dotyczącego powstania szlaku będzie remont frontonu kościoła, w którym od ubiegłego roku trwają prace konserwatorskie – przeczytałem głośno.

– O! I właśnie o to chodzi! – zawołał tryumfalnie przyjaciel – Główną częścią projektu dotyczącego powstania ławeczki widokowej będzie budowa mojego domu, według projektu jednego z najwybitniejszych przedstawicieli nowoczesnej twórczości architektonicznej – dodał. – To wszystko? – spytałem. – Nie, to tylko, cytując autora artykułu, będzie „główną częścią projektu” reszta to wspomniana już ławeczka widokowa naprzeciwko mojego domu. Dodatkowo willa będzie mieć nową, piękną iluminację. A przy dobrej pogodzie, wieczorem bądź nocą będzie widoczna z odległości nawet kilku kilometrów a co dopiero z ławeczki.  Będzie to nowa atrakcja turystyczna, tak bardzo potrzebna w naszym regionie – zakończył.

– Zaraz, zaraz, chwilunia… Skąd ta pewność, że wujcio zarząd województwa i ciocia unia daczą ci pieniądze? – spytałem. – Nie mówiąc już o tym, że pomysł dotyczy głównie budowy twojego domu plus ustawienia naprzeciwko skromnej ławeczki z widokiem na tenże dom. – No przecież sam czytałeś, główną częścią projektu dotyczącego powstania szlaku będzie remont frontonu kościoła. Czym to się różni od mojego pomysłu? Trzeba się uczyć od najlepszych – przekonywał. – Fakt, przyznałem, pomysł dobry i co najważniejsze sprawdzony. Nie należy też zapominać, że to nowa atrakcja turystyczna – przyznałem racje przyjacielowi. – To wszystko ładnie pięknie, ale widzę jeden mały problem: nie jesteś proboszczem parafia Najświętszego Serca Jezusowego w R. – starałem się ostudzić jego zapał poprzez swój wrodzony pesymizm. – No tak, to faktycznie może być pewna przeszkoda – odparł, po czym popadł w zadumę.

dziennik pesymistyczny

Strajk prywatny plus ksiądz

Obublikował pavvel dnia Komentarzy: 0

– Niech będzie pochwalony! – rzekł głośno przyjaciel, a po tym oświadczeniu zwalił się całym swym ciężarem na krzesło. – Teraz i na zawsze! Na wieki wieków! – odpowiedzieliśmy chórem jak tam nas siedziało z pięciu czy sześciu. Zastanowiło mnie wtedy jak wielka jest siła przyzwyczajenia i presja środowiska. Nikt z towarzystwa, które akurat  siedziało ze mną przy stoliku w knajpie, nie był w kościele już pewnie z kilka lat. Każdego z nich nawet nie podejrzewałem o religijność. A tu proszę, taka pobożność, że klękajcie narody.

– Jak tam strajk? – spytałem już tradycyjnie. – A dyć jakoś to idzie, wielmożny panie. Niech was Najświętsza Panienka wynagrodzi za ludzkie słowo. Jeśli premier nie spotka się z nimi w ciągu sześciu dni, zorganizujemy „marsz gwiaździsty” na Warszawę lub zablokujemy tory i drogi – wyrecytował przyjaciel. – Jeszcze dzisiaj wystosujemy odezwę do mieszkańców Warszawy w której wyjaśnimy, że prawdziwym organizatorem tej akcji będzie premier i polski rząd. Jeżeli nie potrafią rządzić, to dokonamy utylizacji rządu, jak Boga kocham – zakończył, po czym plasnął dłonią w blat stołu.  Postanowiłem polać przyjacielowi, bo miałem wrażenie, że on jest po prostu za trzeźwy i przez to nielogiczny.

– Nie dziękuje, nie pije – odpowiedział przyjaciel, a po tych jego słowach przy stoliku zrobiło się absolutnie cicho. Odniosłem wrażenie, że nie tylko przy stoliku, ale w całym lokalu zapanowała grobowa cisza. Nawet wyjąca dotąd jak opętana pani z telewizora jakby na chwile zamilkła. – Chory jesteś? – zapytał z niepokojem ktoś z naszego towarzystwa. – Nie, ślubowałem księdzu, że ani kropli aż do zakończenia strajku nie wezmę do ust – zakomunikował uroczyście przyjaciel. Po czym wyjaśnił, że ksiądz zjawił się u niego przypadkiem. Chodził po kolędzie i wszedł katabas w jego prywatny strajk całkiem jak filmowy partyzant w kocioł przygotowany przez filmowe gestapo. – Jak już wszedł to postanowiliśmy z komitetem strajkowym, że poświeci nam lokal. Nie było czasu zaprosić elit, mediów czy choćby przedstawicieli władz miasta  – opowiadał przyjaciel z zapałem. – Ale szybko się zorganizowałem i już po chwili w podniosłej atmosferze przecinałem wraz z osobą duchowną biało-czerwoną wstęgę zawieszoną przed drzwiami.  Następnie pozwoliliśmy działać wyposażonemu w kropidło księdzu, który nadał ceremonii jeszcze większy rozmach i lokal poświęcił – zakończył opowieść.

– I tam, na tym poświęceniu, Ci się tak stało, że już nie pijesz przyjacielu – zapytałem z troską. – Tak, tam. Ksiądz wymógł na mnie takie przyrzeczenie w zamian za to właśnie poświecił naszą siedzibę – wyznał. – Odbiło Ci, prawda? – zapytał ktoś ze zgromadzonych. – Ależ nie, ja tylko idę za ogólnym trendem – powiedział przyjaciel, po czym opowiedział jak to w meinstrymowych media wyczytał, że pewien Urząd Miejski pochwalił się na swoim fanpejdżu oddaną niedawno do użytku nowoczesną windą. Wśród lokalnych notabli zaproszonych na ceremonię przecięcia wstęgi był również ksiądz, który windę poświęcił. W innym zakątku Polski inny ksiądz uczestniczył czynnie w uroczystym otwarciu nowego McDonalds’a. Poświęcił budynek, pracowników, klientów oraz maszyny do przyrządzania bułek z kotletem. Potem dobił nas jeszcze informacją, że w Urzędzie Miejskim z innej części naszej ukochanej ojczyzny podczas sesji rady miasta w obecności radnych oraz przedstawicieli Komitetu Organizacyjnego Intronizacji Chrystusa Króla burmistrz „uroczyście powiesił obraz Chrystusa Króla wraz z Aktem Intronizacji Chrystusa Króla” w sali konferencyjnej tegoż urzędu.

– Wiadomo, bez księdza z kropidłem nie może nie odbyć w kraju nadwiślańskim żadna uroczystość państwowa czy samorządowa. A ja co gorszy jestem? A że nie miałem pieniędzy to musiałem coś księdzu obiecać – zakończył opowieść i zwiesił smutno głowę. – I co nie będziesz już pił? – zapytałem szczerze zaniepokojony – przecież twój strajk może trwać latami.  Przyjaciel myślał dłuższą chwile, po czym zamaszystym ruchem chwycił kieliszek w dłoń i wypił jego zawartość aż do dna, tak po Bożemu. – Postanowiłem… postanowiłem… zawiesić… strajk do jutra, do pierwszych oznak kaca – rzekł sięgając po zagrychę. – Wtedy zacznę strajkować na nowo, jutro nie będę pił jak obiecałem i dodatkowo będę cierpiał, a cierpienie uszlachetnia – oznajmił zebranym, a następnie nalał sobie oraz innym zgromadzonym „po następnym” żeby się marnować zawieszonej akcji strajkowej.

cdn.

dziennik pesymistyczny

Par excellence złodziej

Obublikował pavvel dnia Komentarzy: 2

Można odnieść wrażenie, że w kraju nadwiślańskim najdogodniej jest kraść, jako funkcjonariusz publiczny lub ewentualnie, jako urzędnik państwowy, bo wtedy ma się za sobą siłę państwa i w zasadzie można robić co tylko się chce. Uzbrojony w mocne papiery, w stosowną pieczątkę oraz legitymacje służbową funkcjonariusz w zasadzie jest niepokonany a jego działania mogę w wielu przypadkach pozostać bezkarne. Przykład? Ależ proszę! Sąd Rejonowy w pewnym mieście na Mazowszu umorzył skargę rolnika na czynności komornicze, któremu asesor z kancelarii komorniczej zajął i sprzedał ciągnik, choć mężczyzna wcale nie był dłużnikiem. Sąd stwierdził, że jeśli traktora nie ma, to zajmowanie się tą sprawą jest „bezpodmiotowe i zbędne”. To sytuacja całkiem jak z filmu „Miś”: klientowi zginął w restauracji płaszcz, a szatniarz na to: „Nie mamy pańskiego płaszcza i co pan nam zrobi? Cham się uprze i mu daj. No skąd ja wezmę, jak nie mam!”.

Można na mocy praca coś komuś w biały dzień ukraść wcale się z tym nie kryjąc. Potem to co się ukradło spokojnie sprzedać i co? I nic.  Niby tam wysoki sąd wiedział, że rolnik nikomu nic nie był winien. Sąd, choćby nawet z telewizji, wiedział zapewne, że to nie rolnik ukradł, ale jemu ukradli. Może nawet wysoki sąd tak po ludzku człowiekowi okradzionemu przez asesora z kancelarii komorniczej współczuł. Ale sprawę umorzył. Bo sąd jak widać ma to wszystko w głębokim poważaniu.

Prawo jest bardzo często wykorzystywane do odbierania majątku osobom niemającym długów. Nikt się jednak nie spieszy aby nowelizować przepisy kodeksu postępowania cywilnego i ustawy o komornikach. W tym kraju lepiej kraść jako dyrektor, fabrykant, sekretarz, komornik czy inny prezes niż kraść par excellence jako złodziej. Choć tak jest chyba uczciwiej – parafrazując klasyka.

dziennik pesymistyczny

Strajk prywatny – trzecia odsłona konfliktu z władzą

Obublikował pavvel dnia Komentarzy: 0

Zobaczyłem go z daleka. Ucieszyłem się na widok niedużej – opatulonej zimowo na zimowe przecież okoliczności przyrody – szarej postaci. Zakapturzonej i okutanej jak średniowieczny rycerz. A może bardziej przypominał pielgrzyma w drodze do ziemi świętej? Z torba przewieszoną przez ramie, którą sam nazywa dziadowski pokutnym workiem, rzeczywiście kogoś takiego przypominał. Stał ten dzielny samozwańczy przywódca strajkowy przy kiosku przytupują na mrozie nogami. Dopiero jak podszedłem bliżej zobaczyłem, że kupił gazetę. – Co tam panie w polityce – zagadałem wskazując na dziennik, który trzymał w ręku – Czy rząd przysłał do Ciebie negocjatora?

– O sprawach tak ważnych nigdy nie rozmawiał na sucho – odparł przyjaciel wyniośle, po czym zaproponował abyśmy odwiedzili pobliską knajpę w celach konsumpcyjnych. Było już kilka minut po trzynastej, więc nie widziałem przeciwwskazań i chętnie przystałem na jego propozycje. – Zdecydowaliśmy na spotkaniu z załogą, aby utrzymać pogotowie strajkowe i daliśmy czas szefowej rządu na rozpoczęcie rozmów do 31 stycznia. Jeżeli premierzyca się nie ugnie, strajk wybuchnie ponownie – zrelacjonował krótko sytuacje przyjaciel, jak tylko wypiliśmy po pierwszym łyku z kufli przyniesionych przez kelnera.

– Jak to „na spotkaniu z załogą”? – zdziwiłem się – Masz jakiś załogantów? Zatrudniłeś kogoś? Przecież jesteś na samozatrudnieniu? – zapytałem zaciekawiony nagłym zwrotem sytuacji. – Załoga to ja, ja jestem sobie załogą i własnym szefem i w zależności od okoliczności występuje w odpowiedniej do sytuacji osobie – odparł.  – Teraz i ja, jako prezes, i ja, jako załoga występujemy wspólnie, jako komitet strajkowy. W jedności siła – dodał z nieukrywana dumą. – To jakiś absurd! Jednoosobowo? Tak nie można – zaprotestowałem. – Tak myślisz? – powiedział podsuwając mi gazetę. A tam stało czarno na białym plus kolorowe zdjęcie, że zamiast dwudziestu pięciu  radnych Zieloną Górą rządzi tylko jedna osoba. Zwołuje kolejne sesje jednoosobowej rady miasta, rozpoczyna sam ze sobą dyskusje, sprawdza listę obecność na której jest tylko jego nazwisko i dalej w tym samym tonie. Zgodnie z prawem będzie tak jako jednoosobowa rada miasta rządził miastem i gminą, aż do wyborów, które mają odbyć się 15 marca. Przyznałem przyjacielowi racje: można.

– Zwracamy się do pani premier o natychmiastowe rozpoczęcie negocjacji – mówił dalej popijając z kufla. Oświadczył mi, że jego zdaniem, rząd chce uprawiać dialog „konia i woźnicy”, gdzie głównym atrybutem jest bat. – My na taki dialog nie pozwolimy – oznajmił. Zaznaczył ponadto, że dopiero po pierwszym spotkaniu z premierzycą ocenią (czyli On i załoga), czy jest ze strony rządu „dobra wola”. – Wówczas komitet protestacyjny podejmie decyzję o zawieszeniu pogotowia strajkowego lub o ewentualnym zaostrzeniu sporu – powiedział z przekonaniem.

– Do tego czasu – jak zaznaczył – nie ma mowy o zawieszeniu pogotowia strajkowego ani o żadnych ustępstwach z naszej strony. – Wszyscy są w gotowości – dodał dopijając piwo. – Teraz musze już lecieć, bo mam spotkanie – powiedział – zostały powołane grupy robocze, które doprecyzują scenariusz kolejnych niewykluczonych przecież akcji protestacyjnych. Po tych słowach wstał, ubrał się w wierzchnie okrycia, przewiesił swój worek pokutny przez ramie, rzucił mi krótkie – Cześć –  i wybiegł.

cdn.

dziennik pesymistyczny

Czy się stoi czy się leży, to wypłata się należy

Obublikował pavvel dnia Komentarzy: 2

Kto by nie chciał pracować na lotnisku? Wielu pewnie ma takie przyziemne marzenie.  A pracować na lotnisku które nie odsługuje ruchu pasażerskiego, bo nie lądują tam takie samoloty? To pewnie prawie każdy kto nie lubi się przepracowywać, ale za to lubi dostawać za chęci do pracy solidną pensję. Port Lotniczy w moim mieście zatrudnia już 142 pracowników. I choć nie ma tam żadnego ruchu pasażerskiego i nigdy takiego nie było a nawet nikt nie spodziewa się pasażerów w dającej się przewidzieć przyszłości, to zarząd lotniska znów pożyczył trzy miliony od miasta, bo zabrakło mu na wypłatę pensji dla swoich pracowników.

Za czasów słusznie minionych mówiono, że „czy się stoi czy się leży, to wypłata się należy”. W nowym lepszym świecie, powstałym w Polsce po zwycięstwie kapitalizmu, uczono mnie i usilnie przekonywano, że niema nic za darmo. A tu proszę, taka niespodzianka, jednak coś jest za darmo. A jeśli nie za darmo to przynajmniej za nieduży lub żaden wysiłek.  Można pracować na lotnisku które nie obsługuje ruchu pasażerskiego, bo nie lądują tam żadne samoloty i brać za to pieniądze. Jak się wydaje najlepiej pracować tam w dziale obsługi pasażera.

A jakby tak pójść dalej i w myśl tej światłej idei wybudować w mieście port, nie lotniczy tym razem, ale Port Morski. Genialny pomysł prawda? Założyłoby się miejską spółkę, zatrudniło w niej wielu specjalistów, prezesa, trzech wiceprezesów, kilku dyrektorów, każdemu po sekretarce. Do tego jeszcze specjalistów od  pijaru, marketingu, reklamy, kilku prawników, rzecznika prasowego i kilku ochroniarzy. Po zakupie służbowych aut i ładnego budynku z przeznaczeniem na biura można by zaczynać budowę. Po oddaniu inwestycji do „użytku” zatrudniłoby się jeszcze tak ze 140 pracowników i co roku można prosić miasto o pożyczkę na działalność do czasu uzyskania mitycznego inwestora.

A że miasto nie leży nad morzem? A że do naszego Portu Morskiego nie zawinie żaden statek, bo to fizycznie niemożliwe? A co tam, stać nas. Przecież to byłby miejski Port Morski na skale naszych możliwości i to nie byłoby nasze ostatnie słowo – parafrazując klasyka. Potem przyjdzie czas na miejski kosmodrom, bo czemu by nie?

dziennik pesymistyczny

Strajk prywatny – kontynuacja

Obublikował pavvel dnia Komentarzy: 1

– Jak tam twój prywatny strajk! Jakieś nowości? Strona rządowa przystąpiła do rozmów? Bo czytałem, że górnicy odnieśli zwycięstwo – zapytałem przyjaciela, gdy po wypatrzeniu go w tłumie podszedłem. Stał on sobie spokojnie z kubeczkiem w ręku tuż przy stoisku z warzywami. – A dziękuje, rozwija się. To wszystko jest dla mnie bardzo ważne. Planuje nowe akcje i to nie tylko informacyjne – podkreślił. Dodał jednak, że nie zdradzi szczegółów dotyczących ewentualnej eskalacji jego poczynań protestacyjnych, bo scenariusz ten ma być zaskoczeniem. – Nie dla społeczeństwa, ale dla rządzących, bo to oni ponoszą winę – zaznaczył.

Staliśmy tak sobie gawędząc tuż przy beczce z ogórkami kiszonymi omawiając jego plany i poczynania. – Czytałem, że górnicy zrealizowali hasło „kopalnie nasze, straty wasze” to i ty masz szanse w swoim konflikcie z władzą – zauważyłem. – A pewnie, spłata długów Kompanii Węglowej (około 4,2 mld zł) spadnie na podatników. W sumie za tak zwany plan restrukturyzacji KW zapłacimy około 6 mld zł. Korzyści z tego wydatku dostrzec nie sposób. To i mnie się kilkadziesiąt tysięcy należy od podatników. A co ja gorszy jestem niż górnik? – odpowiedział jakby czytał z gazety.

– Co ty pijesz? – zainteresowałem się spojrzawszy na plastikowy kubeczek który przyjaciel trzymał w ręku, bo obawiałem się, że to co pije może mieć wpływ na to co mówił. – Wodę z ogórków kiszonych – odparł z godnością – wczoraj miałem akurat naradę z kolektywem która przeciągnęła się do późnych godzin nocnych. Po jego słowach ja też poczułem, że musze uzupełnić bilans płynów w organizmie. Poprosiłem więc miłą panią ekspedientkę o kubek z życiodajnym płynem również dla mnie.

– Jestem wkurzony i zdeterminowany. Będę walczył o swoje pojedyncze miejsce pracy ile się da i jak długo się da – zaznaczył po kolejnym łyczku z kubeczka. – Pamiętasz, że ty jesteś samozatrudniającym się pojedynczym przedsiębiorcą z jednym dominującym kontrahentem – upewniłem się. – Oczywiście, ale jak już wspominałem moje miejsce pracy jest dla mnie równie ważne, jak dla górnika dołowego jest ważna jego kopalnia – zauważył. Trudno się z tym nie zgodzić i choć nadal byłem sceptycznie nastawiony to jego strajku to jednak nie mogłem przyznać mu racji, co do słuszności obrony miejsca pracy.

– A skontaktował się ktoś z Tobą? Może premierzyca? Któraś z ministerek, minister lub podsekretarz stanu przynajmniej? – zapytałem. – Jeszcze nie, ale zastanawiam się nad podpaleniem opony przed biurem a to na pewno przyciągnie uwagę – odparł. Zarzucił też przy okazji stronie rządowej brak dialogu. – To już jest dyktatura, a nie demokracja – ocenił. – Strona rządowa pokazała jedno: idą ku konfrontacji, ta kula śniegowa już ruszyła – podkreślił.

– Oj Pijaki! Pijaki! Pijaki! – usłyszeliśmy za plecami głos naszego kolegi, który w swej karierze zawodowej poszedł w urzędniki czy inne tam rzeczniki. Zniesmaczył mnie jego widok, bo zawsze tak mam jak go widzę. – Pijemy wodę z kiszonych ogórków dla zdrowotności. Taka nowa dieta. Nie dostałeś wytycznych z centralnego urzędu w tej sprawie – zapytał nowo przybyłego przyjaciel. – Co słychać – spytał kolega urzędnik czy inny rzecznik ignorując zaczepkę. – Zależy gdzie ucho przystawić. Przyjaciel na przykład strajkuje – poinformowałem. – Tak? Nie wiedziałem, że zostałeś górnikiem? – zdziwił się kolega urzędnikorzecznik. – Wszyscy jesteśmy górnikami – odparł filozoficznie przyjaciel. W tym miejscu postanowiłem w skrócie przedstawić sytuacje strajkową przyjaciela czyli to, że samotnie podjął walkę w obrobię własnego pojedynczego miejsca pracy.

– Nie wierze? Jak tak można sobie żarty robić? – zaperzył się urzędnik czy rzecznik gdy obaj z przyjacielem zaczęliśmy go przekonywać, że akcja strajkowa przyjaciela jest jak najbardziej na poważnie. – Jak można naigrawać się z tak poważnej sprawy! Nie znacie ciężkiej pracy górników to się nie wypowiadajcie, dają z siebie dwieście procent żeby było wam ciepło. Sercem jestem byłem i zawsze będę z górnikami. I mam prośbę, nie wypowiadajcie się na ten temat, jeżeli w ogóle nie macie pojęcia o tej pracy i co by stało gdyby zamknęli kopalnie. Słuchaliśmy go spokojnie popijając kolejną porcje życiodajnego płynu.  – Nawet nie jestem w stanie nazwać was chamami spod budki z piwem, którzy „wywalili” kilka jabcoków, bo to jest dla was zbyt dobre określenie – wykrzyczał kolega urzędnik lub rzecznik, po czym złożył wniosek formalny o wykluczenie się z naszego grona i poszedł sobie mrucząc coś pod nosem. – Co mu się stało przecież on przy korytku na trzecim piętrze chlewika gabinet swój ma? – zapytałem. – Przy korycie, na urzędniczym wikcie i owszem jest, ale on z tych uśpionych opozycjonistów prawych i sprawiedliwych, więc ma zdanie jak najbardziej odmienne – odparł przyjaciel.

cdn.