Czas idiotów
O jakże okrutne musi być bóstwo, które umieściło moją marną egzystencję, w tym kraju politycznych dziamdziaczy! Dlaczego już od urodzenia jestem skazany na słuchanie tych nawiedzonych politycznych głuptaków? Wiecznych wojowników o lepsze jutro, które dziwnym zrządzeniem losu zawsze jest przewidywane za kilka lat. Mam już serdecznie dość tych samych twarzy w zmiennych konfiguracjach. Od rana do wieczora, od poniedziałku do niedzieli, od stycznia do grudnia, rok po roku wysłuchuję rządzących, i tych, którzy aktualnie nie są u koryta. Słucham tego ich dziamdziania, tych zapewnień, pouczeń, wzajemnych oskarżeń. Tego nawiedzonego marudzenia. Mówienia o prawdzie, porządku, tragedii. I te zawsze cudowne recepty na świetlaną przyszłość. Śmierć, prezydent RP, pan premier, i ministrowie, senat i sejm, budżet i bezrobocie. Te mordy, gęby miniaste i nadęte, państwowo wypasione, politycznie umaszczone. Te ich „Zwyciężymy, jesteśmy silni. Tam gdzie jest wiara jest zwycięstwo”.
Mam dość tych ubranych w barwy narodowe ciamkaczy, głosicieli własnych praw, tych idiotów w komisjach i na trybunach. Tego ustawicznego potoku świętych praw absolutnych płynących ze stron, z każdego możliwego medium. Mam dość wypasionych świń w garniturach zapewniających mnie z wysokości urzędów i trybun, że ich prawda jest najważniejsza z najważniejszych.
Pokraki polityczne, pogrobowcy w wiecznej żałobie po dawnych bohaterach, krzyżowcy wierzący, że Polska Chrystusem narodów. Lewica jak prawica, prawica jak lewica. Tłumy z flagami, krzyże, krzyże i tragedie, wieczne tragedie. Groby, znicze, kwiaty, Jarosław, Jarosław, symbole walki. Marsze, i flagi, i ich patriotyzm ciągle atakowany, te wieczne, odwieczne sztandary narodowe. Czas wzajemnej adoracji. Korowód pasibrzuchów oderwanych od rzeczywistości. Ich usta wypchane frazesami o narodzie, kraju, ojczyźnie, państwie. Twarze zadowolone lub wiecznie niezadowolone, zacietrzewione, czerwone ze złości, uśmiechnięte lub wiecznie umęczone. Platforma w ruchach prawa i sprawiedliwa, w sojuszach lewicowa i demokratycznie ludowa, bo polska jest najważniejsza. Bo za miliony cierpią katusze.
Tłumaczą nam, że mamy żyć dokładnie według ich wizji świata. Dla nich nie jest ważne jak chcę przeżyć własne życie, oni doskonale wiedzą co dla mnie będzie najlepsze. Pasibrzuchy sejmowe zanurzone w fotele. Pluskwy i karaluchy. Wieczni opozycjoniści. I ci wiecznie u władzy. Puchate panie i wymuskani panowie. Wszystkowiedzący. Upajający się bezsensowną paplaniną. I słowa, słowa, słowa. Tylko słowa. Coraz więcej słów. By Polska była silna, dumna i suwerenna. Zawsze przekonani, że dożyją w niedługim czasie Polski, w której będą stawały pomniki. Bo pomniki to ich pasja. Bo ich patriotyzm przecież nie jest pusty. Oni mają przekonania, oni są przekonani, oni przekonują, oni krzyczą, że mają święte prawo walczyć o prawdę i mają obowiązek tej walki. Wódz, nad wodzem flagi, przed wodzem tłumy. Na imię mu Legion, bo jest ich wielu. Krzyczą: „Chcemy prawdy” by Polska trwała. I trwać ma, bo są w Polsce miliony patriotów, którzy nie dadzą się zmanipulować. Póki oni żyją, to Polska nie umarła. Owacje. Marsze z pochodniami. Słowa. Słowa. Transparenty. „Zemsta, zemsta, zemsta na wroga, Z Bogiem, a choćby mimo Boga”.
